Wednesday, 26 September 2018

drogi panie

Tego to akurat Roman nie mógł się spodziewać zaprawdę. Bo wiadomo, że Ana Martin, ta to zawsze coś palnie i język niewyparzony nosi w gębie, feministka jedna na ef, przynajmniej ma za swoje, jak jej ktoś przywali albo wyzwie od takich i owakich, ogólnie niewychowanych.
Za to Roman niezwyczajny. By do niego pisać: drogi panie? By tak go wywoływać i przywoływać do porządku? No no.
No i form takich nie zna i nie używa Roman, bo na komisjach to oni tam jednak inaczej piszą, uczenie i w obcych językach, gdzie dir i szer owszem, ale po polsku to by winno być szanowny, zdaniem Any Martin. Doktorki, przypominam. Od języków, w tym polskiego.
Ojczyzna matczyna - jedną ją mamy. 
Drogą jak ten pan, czyli coraz mniej. Choć na D ostatnio też.
Dobrze, że na Sanżilu złota zimnawa brukseńska jesień a la belż, to i jakoś idzie to znieść to wszystko, jak się popaczy za oknem zdrowym okiem. Choć po co to nam i na co?
Tak czeba, kiwają głową Ana i Roman. Łatwe to nie jest, oj nie jest, ale ataki będą i czeba stawiać czoła dla przyszłości dzieciarni.
I to w przededniu rocznicy czarnego.

Tuesday, 25 September 2018

zaproszenia

Owszem, zawsze się można spodziewać jakichś zaproszeń, owszem, w końcu Sanżil jest centrum świata, a już na pewno okoliczności, i niejedno takie zaproszenie na nas spłynęło swego czasu. Głównie w rodzaju zabaw z dzieciakami, a co, takie czasy, kwituje Roman  i tak pewnie pociągniemy do jakiegoś 2030 r., o ile nie dłużej, dodaje Ana Martin, bo co tu innego powiedzieć w takim układzie sił dorośli - dzieci, jaki u nas?
Znacie pewnie, to co się będę wymądrzać, no sami wiecie jak jest i dobrze (albo i nie).
Za to że w ciągu jednego dnia spłyną na nas aż dwa zaproszenia szkolne - tegom się naprawdę nie spodziewała. Nie mówię o urodzinach, annif, o odwiedzinach klasowych na farmie, zwanej też fermą, lapan, ańjo i tego rodzaju tjutjutju - o nie, tu kaliber jest znacznie większy. I żadne tjutjutju nie wchodzi w grę.
Tak to Ana określiła, zszokowana nieco. W nastroju bojowym. Więc kaliber pasuje, zdaniem Romana, jak ulał. 
Albo i ułan.
Zaproszenia dotyczą bowiem Iwonka. Ni mniej, ni więcej. I są bardzo miłe w treści. Bardzo układne, zachęcające do współpracy.
Jedno - w międzynarodowych, jak na Bruksenię przystało - dialektach. Anglosaskim i francuskim. Zachęca do wizyty na mes. Taka wymowa w obu obcych i naszym prawie też, więc nie tłumaczę.
To jeszcze odpuszczam, mamrocze Ana. Można iść mesować, jakby ktoś chciał - skoro to nie nasi na czele. Czyly nie powinno być zbyt polytycznie.
Za to to drugie zaproszenie - no to już naprawdę wymiar nieznośny. Polytyczny że hej, albo i heja! Fatalny w swej treści - bo podstępnie miły i nojtralny światopoglądowo. Niejedna się dała na to złapać, a i niejeden, i poszło w świat.
Sanżil czuwa jednak. I Ukle też - w osobie Sąsiadki.
Bo miłe są tylko niewinne pozory. Maluchy namalują, nieco więksi coś ulepią, nakręcą, sfotografują - niby dostaną nagrody, a jeszcze się ich wystawi, więc radocha z biegania po niekończących się korytarzach, zajadania  się słodyczami za pieniądze wyborców z Polski A B i C jeszcze - a tak naprawdę: propagandówka.
Gadzinówka, rymuje Roman. Gadom polytycznym na użytek. Których nie chcemy ani w Brukseni, ani w Ojropie, ani w Polsce D.
Więc zasiadł Roman do pisania.
A pisać to on umie. Co by innego robił w tej pracy, jak nie to.
Odpisał.
Teraz Ana puchnie w dumę. Że też ślubny tak się w ślubne rocznice pięknie spisał! 

Monday, 24 September 2018

wywiad

- Madam. Eskon pe wu poze kelke kestjon?
Podnosi Ana wzrok, zdziwiona, paczy - a tu młodzież. Bardzo młoda. Dzieci właściwie. 2 na 2. Dwie na dwóch. Niepewnie przestępują z nogi na nogę.
- Mi pytania? Ależ proszę bardzo. Na jaki temat?
- Seksualite.
Ana nadstawia ucha, bo skąd ona niby na Sanżil zjechała, jak nie z centrum, gdzie o kongresie  i seksualite wte i we wte gadała. 

- Proszę bardzo.
- Włala. Mersi. Pytanie pierwsze: jaki wieki jest pani zdaniem odpowiedni do rozpoczęcia pożycia seksualnego?
- Myślę, że siedemnaście lat.
Ana widzi zawód na młodych twarzach, więc dodaje szybko: - Ale jak byłam młodsza, to myślałam inaczej. Że może nawet 15 lub 16. Każdy wie za siebie. Oby!
Oddech ulgi.
- Drugie pytanie: czy myśli pani, że mężczyźni tak samo odczuwają przyjemność, jak kobiety? - Ana widzi kątem oka, że młodzież się chyba jej jednak wstydzi.
- Myślę, że nie. Bo kobiety wyglądają inaczej, niż mężczyźni. Co nie znaczy, że kobiety mają gorzej. Inaczej. Może i lepiej, kto wie.
Hmm - hmm. Liczne pomruki. Niedowierzanie i radość.
- Pytanie trzecie: co sądzi pani o pornografii?
 - O nie, moi drodzy. Jestem przeciwko raczej - ogólnie - a w waszym wieku - to już zupełnie. Paczcie na siebie, a nie na głupie telefony.
- Bardzo pani dziękujemy za wywiad!

Thursday, 20 September 2018

zapisy

Oczywiście, że mam wyrzuty Roman, że przegapiłam lipcowy termin zapisów na wybory, bom myślała, że jest ci on sierpniowy; oczywiście, a co ty sobie myślisz innego, że mogłam to załatwić, mogłam cię albo Ksenię dać na pełnomocników, a Iwonka wyznaczyć na skreślającego. Oczywiście, że jest to nie fer, fair zapisz Ksenio, w stosunku do lebelż. No ale trudno.
Bardzo to polskie, odzywa się Roman.
Bardzo, owszem, zgadzam się. I wcale się nie chwalę, lecz staję w jednym szeregu z tymi, co to i w Polsce - wtedy A B i C - nie zagłosowali, a potem narzekali, że z tego powstała Polska D. I czarne protesty i tego owego. A teraz co?
To samo. Czy Sanżil, czy okoliczności, czy Polska D - brak postawy obywatelskiej. W stosunku do tzw. naszych i tzw. obcych.
No nie pacz tak na mnie Roman! Wiem, że źle zrobiłam! To wszystko przez te dzieciaki na pewno. Nowe i stare!
I wiek, że nie będę nic Anie wyrzucać, i wiek też robi swoje. To już nawet nie 41 na liczniku. To już zaraz…42! Wzrok nie ten, mózg nie ten, brzuch ten za to - jak najbardziej.
Roman, a wiemy, ilu Sanżilaków zagłosuje? Bo po sąsiedzku na Fore do głosowania zapisało się raptem 200 Polaków. Na Eterbeku - 150. Donoszą kandydaci lub ich bliscy, czytaj: roznoszące ulotki i rozklejające plakaty.
Śmiech na sali. Zamiera na ustach.
Bo mieszkańców polskich tam jak mrówków przecie.
Na szczęście są przecież takie, co się dwoją i troją. Jak Sanżobska, co to aż spotkanie z kandydatami zrobiła, o polskich korzeniach, mowie lub przynajmniej wyglądzie. Wszystkie i wszystkich sprosiła, posadziła i kazała gadać. Dobrze! Ekolo nie ekolo, socjo nie socjo, emer, nie emer, defi i niedefi.
Nie wszyscy przyszli, a może i dobrze. Zwłaszcza jedna pani z okoliczności niebrukseńskich, antwerpskich za to, co to nie pojęła jeszcze, że jej partia najpierw wywali jej rękoma przybyszy z innej religii, a potem ją samą usunie. Z partii i Belżik zwanej też Belhje. 
Takich kandydatek nie chcemy. Już w Polsce D ich za wiele.
Eszet nie poszedł też. A dlaczego - to już innym razem. Pisał.
No wiem, że źle zrobiłam! Poprawię się! Będę głosować!

Wednesday, 19 September 2018

radar

Powiedz jeszcze Kseni Iwonku, jak to było z tym lotem włelyna,
Włelinga mamo! On ma litery takie specjalne, hiszpańskie, że to daje napis z g na końcu, jak groch!
Tak, jak Groszek, potwierdza Groszek. A ja wtedy leciałem?
Tak, leciałeś.
A dokąd?
Grochu, to nie pamiętasz, jak lecieliśmy z Hiszpanii do Brukseni?
Tak, z Hiszpanii. I co?
No i nie zlądowaliśmy w Hiszpanii wcale!
A gdzie Iwonku?
Grochu, ty nic nie wiesz! W Paryżu przecież.
Na wieży Ajfla?
Nie, ale blisko. Było ją widać. Ja ją widziałem.
Bo to było tak, że już w Hiszpanii wylecieliśmy z opóźnieniem. Bawiliśmy się długo na lotnisku, a pani cały czas mówiła, że tratata i tetete, w innym języku to mówiła, a mamusia nam tłumaczyła, że w Belgii coś się stało.
W Belgii, gdzie Kurtła i Lukaku?
W Belgii, gdzie nasz domek w Brukseni, Grochu! No i ona ta pani potem powiedziała, że już możemy lecieć. I lecimy lecimy, i pilot nagle mówi, że się popsuł radar! W Brukseni u nas nad domem! Naprawdę to mówi. Naprawdę. Sam rozumiałem, bo to po francusku.
I że trzeba zawracać!
I wróciliśmy.
Ja też? dopytuje się Groch.
Wszyscy! Cały samolot poleciał do Paryża.
To jak dojechaliście do Brukseni?
Autobusem, Ksenio, autobusem! Wyobrażasz sobie? Dwa autobusy pełne ludzi i bagaży, ale tego było! I pan kierowca nie znał trasy, bo on był z Paryża, a nie z Brukseni. Ale ludzie mu pomogli, i dojechaliśmy. 
A samolot został w Paryżu sam jeden.
To się nazywa przygoda!

Tuesday, 18 September 2018

synowa

Ma toto miejsce w Polsce. Choć odnosi się do nas wszystkich, na Sanżilu i w okolicznościach.
Ana opowiada i uczestniczy:
- Piękną synową masz, powiem ci tylko, zaprawdę, piękna kobieta. A jaka aligancka - wymowne spojrzenie na Anę.
Ana się uśmiecha pod nosem i nadaje dalej do Rity. Obie piękne i aliganckie, że hej!
- Owszem, owszem - słyszymy z pewnym wahaniem takim jednakże.  - Taaak, bardzo ładna i aligancka. A i owszem. To akurat.
- A co, intelekt nie ten? Nie macie o czym pogadać? - badanie terenu postępuje. Ze sztucznym przejęciem.
- Nie o to chodzi. Mądra to nawet jest. Ale cóż, skoro charakter nie ten.
Perlisty śmiech z drugiej strony.
 Ana miarkuje się, że robi się ciekawie.
- O jezusie, a co się dzieje, no wiesz co, nie wygląda na to - następuje wyjście z siebie z ciekawości. Będzie o czym na dzielnicy gadać, oj będzie.
- No taka dziwna ona. Nie idzie nam się dogadać.
- Ech - machnięcie ręką i perlisty śmiech. - Ech - śmiechu coraz więcej.
- A co, znasz z życia?
- Znam, a jakże!
- No to wiesz, jak jest.
- Wiem, żebyś wiedziała! Ten brak serdeczności, to choroba jakaś chyba. Powiedz kochana, a kim ona jest? Ma pracę? Bo niektóre to nawet do pracy nie chodzą.
- W szkole pracuje jako pedagog. W lyceum.
- Pedagożka - poprawia Ana.


I żałuje od razu -  z jednej strony; a z drugiej nie oczywiście, bo wierna swoim zasadom gramatycznym się okazuje w ten sposób. Przynajmniej tyle, skoro już i tak się nie nadaje do niczego w kwestii serdeczności.


Wzrok piorunujący smarkulę, niech siedzi i się buja, skoro już nic nie robi, to niech się huśta w ciszy i skrobie do tej Rity czy kogo. Minę ma znów zresztą straszną, Ana ta. Bo przecież nie starsze, doświadczone i wszechwiedzące.

- No to ciężko masz, następuje fałszywe współczucie.
- A żebyś wiedziała. Żeby taka serdeczna była, chciałoby się, tu westchnięcie. A tak nic - dzieci zostawi i już jej nie ma. Czas ma dla siebie, to i piękna i aligancka może być.
- Wiem! Znam!

I w ten sposób Ana się dowiedziała, a ja dziś za nią, że jest piękna i aligancka.
Dobre i to.

Monday, 17 September 2018

londek

A powiedz mi kochana, jak tam naszych traktują, w tym Londynie - rozlega się nagle z ust pewnych.  Nie, nie moich, kseniowych znaczy się. Akcja wakacyjna w Polsce D.
Ana słyszy więc, że będzie ciekawie, więc czyta niby jeszcze intensywniej. Polską prasę w ogródku nadrabia.
Naszych? głupieje nieco Londyńska.
Naszych, tak. Biją? Czy też lubią nas? słyszy dalej z troską fałszywą i wymyślną. O świat cały, co to się go zazwyczaj nie lubi, tylko na poczeby tej ogródkowej konserwacji. Sezon ogórkowy, ot co.
Nas jako Polaków, kochana? dopytuje się jeszcze ta, co w Londynie na co dzień robi.
Tak, o naszych tam u ciebie pytam, czy dobrze im.
Wiesz, ciężko powiedzieć, ostrożnie stara się wybadać teren Londyńska, w końcu siedzi w sercu Polski D, gdzie tolerancji jak na kropelkę;  wiesz kochana, tam jest takie społeczeństwo wielokulturowe, że nikt nie paczy, skąd się pochodzi.
Aha - słychać po głosie, że to nie jest ta odpowiedź.
Następują więc dalsze próby.
Ale tobie jak tam?
Mi? świetnie. Ja się stamtąd do emerytury nie ruszam.
A kogo uczysz, włącza się Ana.
Naszych?
Nie, naszych nie. Ja ci powiem szczerze, Ana: to taka dzielnica, że dla naszych za drogo. Powiem ci też dlatego: narozdawali tych domów Afganom i Pakistanom, oni tam narobili dzieci, w międzyczasie ceny urosły, to tamci siedzą, a naszych nie stać. Więc jeśli mnie pytasz Ana, czy nasi tam są, to ja ci jak najbardziej powiem, że nie, nie ma. Była jedna dziewczynka - rybak to nasza chyba - ale już se poszła.
Nie wydoili.
90 na procencie to Pakistan więc, brzmi odpowiedź. I nowe przyjeżdżają co rusz do tego. Straszne. Jak to wyczymać?
Ojej, pada. Powiedz więc kochana, ktoś tu nie daje za wygraną, powiedz więc - niemiło uczyć w takich warunkach? Nie boisz się?
Dlaczego niemiło?
Nie niebezpiecznie czasami? Wiadomo co oni w tych strojach noszą?
One, bo to szkoła dla dziewczyn samych. W Londynie tak jest. Ale poza tym - to nic nie noszą, a co miałyby nosić? dziwi się Londyńska już naprawdę.
Bo na przykład w Brukseni, gdzie oni mieszkają - Ana pokazana - te zamachy były.
Wszędzie się mogły zdarzyć, dołącza nieśmiało Roman z szopy. Naprawdę wszędzie.
E, w takiej szkole to bardziej. Tyle lat żyję, to jedno wiem na pewno, że ze swoimi lepiej. To tak jak w Polsce - zmienia się społeczeństwo. I co, lepiej nam od tego niby?