Gdzie najlepsze fryty w Brukseni? Nie pytajcie mnie, bo serce boli.
Dlaczego? Bom z Sanżila, i powinnam od razu powiedzieć, że nie ma to jak okoliczności bariery, czyli za przystankiem tramwajowym w stronę marokańskiej górki.
Ale Ana Martin zakosztowała była ostatnio z Iwonkiem frytury z Żurdana i twierdzi, że chyba nawet lepsze. A szczególnie lepsze w nich to, że kolejka mniejsza, niż na Fladze, i jest gdzie przycupnąć.
Ale niedługo już, paczcie! Proces zmian brukseńskich sięgnął frytury. Żurdan ma być nówką sztuką, znika parking, to znika i frytura.
Mamusiu, frytek nie będzie tych, co tam keczup nawet mogłem jeść? Jak mi go Tymek dał i zabrał potem? O nie!
Będą chyba. Spokojnie.
Jak to? Nie będzie legendarnego kiosku?
Chwilowo nie będzie w wersji pięciokąta bez kółek. Ale spokojnie. Zamieni się w wersję hipsterską- mianowicie: ciężarówkę jedzeniową.
Fudtraka, kiwam głową z powagą.
Ano.
Wspaniale w sumie, zyska na nowoczesności i mobilności. Będzie krążył po targach
Ale to nie to samo, kręci nosem Ana.
Od kiedy to Ana chcesz, by zawsze było tak samo.
No nie chcę, ale coś mi to pachnie nie fryturą nawet, tylko początkiem końca.
To w Belgii fryt nie będzie? To absolutnie niemożliwe, mówię z pewnością.
A nawet jeśli - to Ana sam widziałaś w Warszawie i innych okolicznościach w Polsce D, że fryty belż są po prostu wszędzie, jakby to było normalnie jakieś nowe jedzenie zdrowe. Polska je uratuje, o, jak Ojropę niby na żarty.
Spokojnie. Na Eterbeku też potrafią walczyć i zawiązał się komitet obrony frytury z żurdana. I nie popuszczą, póki nie stanie nowy kiosk. Który ma być większy, nowocześniejszy, lepiej wyposażony.
Mnie pociesza to, że właściciele nie spuszczają nosa na kwintę, tylko ze spokojem przyjmują zmiany. Takie czasy, mówią, trzeba się dostosować.
Smak ma zostać ten sam. Co go znają celebryci różni, w tym niejaka Andżela Em.
Wednesday, 15 March 2017
Tuesday, 14 March 2017
na wykończeniu
Wiesz może, co robić, gdy ktoś umrze? Też nie wiedziałam, ale już wiem. Bo ta rodzina, co w Owerajze do nich jeżdżę na całe wtorki, i dlatego wieczorami w poniedziałki do was nie chcę przychodzić, tam to daleko, normalnie busem trzeba jechać o szóstej, no więc w tej rodzinie umarł ten mąż.
Ojej. Nagle?
Nie bardzo, raka miał. Na wykończeniu był. Wiadomo było, że nic z tego nie będzie. Ja to tam normalnie raz przyszła, patrzę - nikogo nie mam. To i zaczęłam sprzątać, jedna godzina mija, nie ma, druga- nie ma. No to wzięłam zamknęłam drzwi za sobą, bo teraz normalnie już klucze mam wszędzie prawie, tylko do was nie.
Bo do nas to blisko, a ja mam często gości, to nie mogę ci dać.
Wiem, wiadomo, to tu po dzielnicy, jak u mnie w Malinowie normalnie.
Ale to fajnie, że tu zaufanie takie do drugiego człowieka mają, że klucze dają, ja soebie w Malinowie nie mogę wyobrazić, że ktoś mi klucze da do siebie. A tu proszę.
Ale że te klucze tam miałam, to akurat dobrze, bo by mi czeki przepadły na to umieranie. A tak to zadowoleni byli, że mimo że w szpitalu - to jeszcze czysto. Bo oni to bardzo czysto chcą mieć, nie jak Belgowie normalnie, po pogrzebie to normalnie dziesięć godzin tam byłam chyba, tyle było prania i prasowania, magiel w domu mały mają do pościeli nawet.
Do tych dzieci, co od ciebie kontakt miałam, po południu nie mogłam nawet, tyle obrusów.
I jak ten pogrzeb? Co zrobiłaś? Bo ja to w ogóle na szczęście na prawie żadnym pogrzebie jeszcze nie byłam.
Ja właśnie też nie. Ale kwiatek zaniosłam i coś tam powiedziałam, ile to ja po francusku umiem w końcu, że mi przykro i takie tam.
Ale oni zadowolone miny mieli jakieś takie i tak.
Dziwne. Ale może wiedzieli, że na wykończeniu był, to i nie płakali. A może tu tak ludzie mają. Jacyś inni są od Polaków.
I całe szczęście.
Ojej. Nagle?
Nie bardzo, raka miał. Na wykończeniu był. Wiadomo było, że nic z tego nie będzie. Ja to tam normalnie raz przyszła, patrzę - nikogo nie mam. To i zaczęłam sprzątać, jedna godzina mija, nie ma, druga- nie ma. No to wzięłam zamknęłam drzwi za sobą, bo teraz normalnie już klucze mam wszędzie prawie, tylko do was nie.
Bo do nas to blisko, a ja mam często gości, to nie mogę ci dać.
Wiem, wiadomo, to tu po dzielnicy, jak u mnie w Malinowie normalnie.
Ale to fajnie, że tu zaufanie takie do drugiego człowieka mają, że klucze dają, ja soebie w Malinowie nie mogę wyobrazić, że ktoś mi klucze da do siebie. A tu proszę.
Ale że te klucze tam miałam, to akurat dobrze, bo by mi czeki przepadły na to umieranie. A tak to zadowoleni byli, że mimo że w szpitalu - to jeszcze czysto. Bo oni to bardzo czysto chcą mieć, nie jak Belgowie normalnie, po pogrzebie to normalnie dziesięć godzin tam byłam chyba, tyle było prania i prasowania, magiel w domu mały mają do pościeli nawet.
Do tych dzieci, co od ciebie kontakt miałam, po południu nie mogłam nawet, tyle obrusów.
I jak ten pogrzeb? Co zrobiłaś? Bo ja to w ogóle na szczęście na prawie żadnym pogrzebie jeszcze nie byłam.
Ja właśnie też nie. Ale kwiatek zaniosłam i coś tam powiedziałam, ile to ja po francusku umiem w końcu, że mi przykro i takie tam.
Ale oni zadowolone miny mieli jakieś takie i tak.
Dziwne. Ale może wiedzieli, że na wykończeniu był, to i nie płakali. A może tu tak ludzie mają. Jacyś inni są od Polaków.
I całe szczęście.
Monday, 13 March 2017
ulica/ rue jest kobietą
Co tu robić z okazji Dnia Kobiet, kiedy minął nie tylko on sam w postaci ósmego marca, który się zamienił w dziewiątego itepe itede, co jest wszakże normalnym biegiem dziejów, ale także gdy z prasy i tiwi zeszło napięcie, by koniecznie powiedzieć coś na temat ósmego owego? zastanawia się Ana Martin. Co robić, by uwaga nie zeszła z kobiet na zupełnie inne sprawy?
O proszę, masz. Można policzyć ulice. Na Sanżilu i w okolicznościach różnych, w rodzaju cała Belgia, a nawet wręcz Walonia w reprezentacji Lież, Namur zwany omenem Namenem z łaciny, Szarlerła i inne Molenbeki.
Ulice? A tak, widzę tu kobiece, męskie i wszelkie inne, bo przecież i takie się zdarzają.
Nawet nie tyle zdarzają, co stanowią większość. Dworcowe, Wrocławskie, Warszawskie, Bohaterskie i takie inne. W odpowiednich miejscowych dialektach oczywiście, ale żem po manifie umęczona, to nawet nie będę się starać tłumaczyć na lokalne. Zresztą Wrocławskiej ani Warszawskiej tu nie uświadczysz, twierdzi Roman i tak. Za daleko podobno i brak zainteresowania.
Jak kobietami nomen omen.
Tak źle, boję się?
Źle. Mocno smętnawo, jak pogoda na Szumanie w czasie manify. Dobrze, że zaraz po - zimą nadeszło lato!
Gdy redaktorzy z lesłara nałożyli na siebie siatki miast i ulic, wyszło, że w takiej Brukseni ogółem mamy 25,6 % ulic z nazwiskami mężczyzn i tylko 3,8 % z kobietami. W Louvain-la-Neuve, że wam przeliteruję, bo wiem, że niełatwo - 20,5 % kontra 2 %. Przy lotnisku samym w Szarerła jeszcze ciemniej, choć latarnie świecą, że hej - 33,8 % dla nich męskich i 1,5 % dla nich kobiecych.
Nie wierzę, nie wierzy Roman. Naprawdę tak szokujące różnice? Toż to niemożliwe. Dlaczego nikt tego nie zmienia, nawet tam, gdzie rządzą kobiety, jak na Molenbeku?
Czapka patriarchatowa naciągnięta na uszy i oczy, co chcecie.
Ana, działajmy!
Zaczynamy z kongresem, a jakże. Daj nam tydzień odsapnąć i jedziemy do przodu! Kobiecymi ulicami - z braku innych. Ale to chwilowe. Bo przecież ulica jest kobietą w końcu, kto to widział tego ulica?
I ru też, rue pisana.
Wszędzie to samo. Wszędzie niewidzialne kobiety.
Więc nagłaśniamy i naprawiamy.
O proszę, masz. Można policzyć ulice. Na Sanżilu i w okolicznościach różnych, w rodzaju cała Belgia, a nawet wręcz Walonia w reprezentacji Lież, Namur zwany omenem Namenem z łaciny, Szarlerła i inne Molenbeki.
Ulice? A tak, widzę tu kobiece, męskie i wszelkie inne, bo przecież i takie się zdarzają.
Nawet nie tyle zdarzają, co stanowią większość. Dworcowe, Wrocławskie, Warszawskie, Bohaterskie i takie inne. W odpowiednich miejscowych dialektach oczywiście, ale żem po manifie umęczona, to nawet nie będę się starać tłumaczyć na lokalne. Zresztą Wrocławskiej ani Warszawskiej tu nie uświadczysz, twierdzi Roman i tak. Za daleko podobno i brak zainteresowania.
Jak kobietami nomen omen.
Tak źle, boję się?
Źle. Mocno smętnawo, jak pogoda na Szumanie w czasie manify. Dobrze, że zaraz po - zimą nadeszło lato!
Gdy redaktorzy z lesłara nałożyli na siebie siatki miast i ulic, wyszło, że w takiej Brukseni ogółem mamy 25,6 % ulic z nazwiskami mężczyzn i tylko 3,8 % z kobietami. W Louvain-la-Neuve, że wam przeliteruję, bo wiem, że niełatwo - 20,5 % kontra 2 %. Przy lotnisku samym w Szarerła jeszcze ciemniej, choć latarnie świecą, że hej - 33,8 % dla nich męskich i 1,5 % dla nich kobiecych.
Nie wierzę, nie wierzy Roman. Naprawdę tak szokujące różnice? Toż to niemożliwe. Dlaczego nikt tego nie zmienia, nawet tam, gdzie rządzą kobiety, jak na Molenbeku?
Czapka patriarchatowa naciągnięta na uszy i oczy, co chcecie.
Ana, działajmy!
Zaczynamy z kongresem, a jakże. Daj nam tydzień odsapnąć i jedziemy do przodu! Kobiecymi ulicami - z braku innych. Ale to chwilowe. Bo przecież ulica jest kobietą w końcu, kto to widział tego ulica?
I ru też, rue pisana.
Wszędzie to samo. Wszędzie niewidzialne kobiety.
Więc nagłaśniamy i naprawiamy.
Wednesday, 8 March 2017
strajk, mon wybór
No i doszło do 8 marca.
Strajku kobiet.
Na świecie i w Polsce.
Więc Sanżil i okoliczności strajkują.
Bo Ksenia jest kobietą. Ana Martin jest kobietą.
Bruksenia jest kobietą.
Wszystkie i wszyscy jesteśmy kobietami.
Strajkujemy i manifestujemy. O 12 na Szumanie.
Strajk mon amour.
Mon wybór, ups.
Strajku kobiet.
Na świecie i w Polsce.
Więc Sanżil i okoliczności strajkują.
Bo Ksenia jest kobietą. Ana Martin jest kobietą.
Bruksenia jest kobietą.
Wszystkie i wszyscy jesteśmy kobietami.
Strajkujemy i manifestujemy. O 12 na Szumanie.
Strajk mon amour.
Mon wybór, ups.
Tuesday, 7 March 2017
przed 8
Namnożyło się, oj namnożyło. Organizacji, manifestacji i innych. 8 marca i przed nim. Kobiecych czysto i kobieco-meskich. Ale wszystkie one - dla kobiet, w ich międzynarodowy dzień.
Nie w ich dzień, tylko w nasz dzień, Ksenio. 8 marca. Dzień ustanowiony, by pamiętać o losie wszystkich kobiet.
Bo po 8. to już chyba nie będzie co manifestować, zresztą zaraz dopytam Any, nigdy nic nie wiadomo z tymi feministkami na ef.
Nie, po 8. już nie. Miało być jedno spotkanie nie wiadomo w jakim celu, ale odwołane.
Bo taki jeden od książki rewolucji przyjeżdża, to nim się zajmiemy, dodaje z piwnicy.
Aha, ta rewolucja to ze snów ona utkana, przypominam se. A on Andrzej ma na imię.
W takim razie: już tylko trzeba objąć, gdzie idziemy 8 marca i już.
Jak to gdzie? Wszystko jasne. Z rana malujemy hasła, od 12 na Szumanie.
Nawet lesłar o tym napisał. Że Polki wzywają do strajku.
Ojej. No to powaga!
Wszystkie bez granic, balonowe, brukseńskie i inne, polskie i belgijskie oraz międzynarodowe. Na czarno najlepiej, z balonem lub bez niego. Za to na pewno prawie że gwarantowane, że z parasolką.
Czarną, gustowno-elegancką, w sam raz w stylu szumanowskiej elegancji. Masz ci los, jak się czarny protest zlewa w jedno z unijną demokracją, wtrąca Roman.
Dobra, pozwólcie, że powtórzę na głos, by se utrwalić: jutro o 12 na Szumanie, tak?
Tak.
Z hasłami, gwizdkami, magafonami?
Tak.
Z bojową miną?
Tak.
Kobiety dla kobiet?
Tak.
Mężczyźni dla kobiet?
Tak.
Wszyscy razem dla kobiet, byśmy wolne były?
O tak właśnie, Ksenio. 8 marca. Bez podziałów razem.
Nie w ich dzień, tylko w nasz dzień, Ksenio. 8 marca. Dzień ustanowiony, by pamiętać o losie wszystkich kobiet.
Bo po 8. to już chyba nie będzie co manifestować, zresztą zaraz dopytam Any, nigdy nic nie wiadomo z tymi feministkami na ef.
Nie, po 8. już nie. Miało być jedno spotkanie nie wiadomo w jakim celu, ale odwołane.
Bo taki jeden od książki rewolucji przyjeżdża, to nim się zajmiemy, dodaje z piwnicy.
Aha, ta rewolucja to ze snów ona utkana, przypominam se. A on Andrzej ma na imię.
W takim razie: już tylko trzeba objąć, gdzie idziemy 8 marca i już.
Jak to gdzie? Wszystko jasne. Z rana malujemy hasła, od 12 na Szumanie.
Nawet lesłar o tym napisał. Że Polki wzywają do strajku.
Ojej. No to powaga!
Wszystkie bez granic, balonowe, brukseńskie i inne, polskie i belgijskie oraz międzynarodowe. Na czarno najlepiej, z balonem lub bez niego. Za to na pewno prawie że gwarantowane, że z parasolką.
Czarną, gustowno-elegancką, w sam raz w stylu szumanowskiej elegancji. Masz ci los, jak się czarny protest zlewa w jedno z unijną demokracją, wtrąca Roman.
Dobra, pozwólcie, że powtórzę na głos, by se utrwalić: jutro o 12 na Szumanie, tak?
Tak.
Z hasłami, gwizdkami, magafonami?
Tak.
Z bojową miną?
Tak.
Kobiety dla kobiet?
Tak.
Mężczyźni dla kobiet?
Tak.
Wszyscy razem dla kobiet, byśmy wolne były?
O tak właśnie, Ksenio. 8 marca. Bez podziałów razem.
Monday, 6 March 2017
piaskownica
Ferie jeszcze raz.
Taka scenka z piaskownicy. Chodzimy po muzeum. Gadamy o 8 marca, bo blisko, od dziś to nawet za dwa dni, że przypomnę.
Taka scenka z piaskownicy. Chodzimy po muzeum. Gadamy o 8 marca, bo blisko, od dziś to nawet za dwa dni, że przypomnę.
Fajnie.
Iwonek czerwony, że hej, bo grzeją, jak w Polsce D nie przymierzając.
Mina synkowa szczęśliwa, to i Ana spokojniejsza.
Cisza przed burzą to jednak. Bo w ferie wojny niespodziewane muszą być oczywiście, polsko-polskie oraz zagraniczne, dziecięco-dziecięce i matczyno-matczyne.
Mianowicie w piaskownicy tejże muzealnej.
O pędzel. Którym można bylo omiatać kostki. Dinozaurów, albo i matek, co tam nogi obok trzymały, czyly były regularnie obsypywane.
Bo w piaskownicy ludzie w wieku 2 lata - 10 lat.
Co oznacza, że jedni są silniejsi niż drudzy.
Na przykład taki chłopczyk z kręconymi od naszego blondyna.
Pędzel za to jeden.
Zarekwirowali go bracia tego innego. W lokach.
A nasze chłopaki też go chciały.
Nasi mniejsi, tamci więksi Nasi może i waleczni, ale się boją. Tamci wiedzą, że więksi boją się mniej.
Najmniej boją się matki. Ana Martin czyly z jednej strony i takie w chustach z drugiej. Nazwę ten strój brzydkawy po imieniu, a co mi tam.
Więc wybucha dyskusja. Zaczęta przez Anę, która wymaga podzielenia się pędzlem i wspólnego omiatania kości przez naszych i innych.
Inni w piaskownicy może i by ustąpili, bo widzą, że z Aną to nie przelewki, ale matki stamtąd - nie.
I jak nie zaczną się okładać. Słowami. Niby o dzieciach, a naprawdę - o czymś innym.
I teraz napisać to, czy nie? Co myślę?
Napiszę.
Bo to może o tym, że ma się tyle dzieci, że się nie da ich upilnować w tej piaskownicy.
Może o tym, że ma się je w imię wyższej konieczności? A sił na upilnowanie - mało?
To się zwie religią, podpowiada Ana Martin.
Toć to mówię, na to Roman.
Ale wy przecież z dala od kościoła, ja już.
My nie, inni.
Wojna, uśmiecha się Ana. Kultury. Kraje. Ferie. Belgia. Emi-imi. Wszyscy naraz. Dobrze, że wymyślili szkołę i się uspokoi.
Iwonek czerwony, że hej, bo grzeją, jak w Polsce D nie przymierzając.
Mina synkowa szczęśliwa, to i Ana spokojniejsza.
Cisza przed burzą to jednak. Bo w ferie wojny niespodziewane muszą być oczywiście, polsko-polskie oraz zagraniczne, dziecięco-dziecięce i matczyno-matczyne.
Mianowicie w piaskownicy tejże muzealnej.
O pędzel. Którym można bylo omiatać kostki. Dinozaurów, albo i matek, co tam nogi obok trzymały, czyly były regularnie obsypywane.
Bo w piaskownicy ludzie w wieku 2 lata - 10 lat.
Co oznacza, że jedni są silniejsi niż drudzy.
Na przykład taki chłopczyk z kręconymi od naszego blondyna.
Pędzel za to jeden.
Zarekwirowali go bracia tego innego. W lokach.
A nasze chłopaki też go chciały.
Nasi mniejsi, tamci więksi Nasi może i waleczni, ale się boją. Tamci wiedzą, że więksi boją się mniej.
Najmniej boją się matki. Ana Martin czyly z jednej strony i takie w chustach z drugiej. Nazwę ten strój brzydkawy po imieniu, a co mi tam.
Więc wybucha dyskusja. Zaczęta przez Anę, która wymaga podzielenia się pędzlem i wspólnego omiatania kości przez naszych i innych.
Inni w piaskownicy może i by ustąpili, bo widzą, że z Aną to nie przelewki, ale matki stamtąd - nie.
I jak nie zaczną się okładać. Słowami. Niby o dzieciach, a naprawdę - o czymś innym.
I teraz napisać to, czy nie? Co myślę?
Napiszę.
Bo to może o tym, że ma się tyle dzieci, że się nie da ich upilnować w tej piaskownicy.
Może o tym, że ma się je w imię wyższej konieczności? A sił na upilnowanie - mało?
To się zwie religią, podpowiada Ana Martin.
Toć to mówię, na to Roman.
Ale wy przecież z dala od kościoła, ja już.
My nie, inni.
Wojna, uśmiecha się Ana. Kultury. Kraje. Ferie. Belgia. Emi-imi. Wszyscy naraz. Dobrze, że wymyślili szkołę i się uspokoi.
Thursday, 2 March 2017
ferie
No to odbyliśmy ferie. Uff, na szczęście wiosna się zaczęła, więc ferie prawie skończyły i można wrócić do chodzenia do szkoły, nawet jeśli mimo marca nadal oznacza to wstawanie w ciemnicy. Nie szkodzi, nie szkodzi. Fajnie, że szkoła!
Cieszy się chyba sporo rodziców, co?
Dzieci raczej nie, ale wiadomo - dzieci i ryby głos mają i może, ale nie w przysłowiu, tylko w nowoczesnym rodzicielstwie bliskości i wegetarianizmie zaledwie. W życiu decyduje silniejszy, czyly rodzic.
Który ferie musi przeżyć sama lub sam, szczególnie jak babć brak. Ciałem głównie, które w ferie przydałoby się bardziej, niż duch, głównie jego oczy - do uważania - i rąk - do rysowania.
No ale jak nie ma, to organizujemy, organizujemy. Tu zabawy z tym, tu z tą, tu ikea i klopsiki, tu drukowanie koszulek u artystek, tu muzeum i jakoś tydzień mija.
A że tania środa muzealna wypadła, to jeszcze wpadliśmy do dinozaurów.
Wraz z nami na ten pomysł wpadło około miliona brukseńskich rodziców, mruknęła Ana Martin, patrząc na kolejkę kłębiącą się przed wejściem.
Koszmar jakiś.
No nic, wchodzimy, mruknęła do nas i znajomego macierzyństwa, co to żeśmy se razem zjechały z narybkiem. Już tylko zdjąć chłopaczarnię z dinozaura przed wejściem i można się bić o miejsce w szatni, przed gablotą, na nowoczesnej zabawie z kamerą, o ubikacji nie wspominając.
Potem frytura na Żurdanie. Czyli niepodziewany gratis i bonus dla dzieci.
Przy okazji westchnienia matczyne na widok stażystów, co to sobie beztrosko w pierwszy dzień stażu stoją i przedstawiają, łycz lengłyczi łots jor nejm, jakem dosłyszała, o beldze na fladze dysskutują, o tym, co robić będą.
Weri intrestin. Oł polent! Oł bulgarja! Oł spejn! Łonderful. I łoz der.
Mi tu!
Myślą, że coś zmienią, wzdycha znajoma matka, trochę umęczona chyba dziecięciem, co to na niej zwisa i jęczy.
Jeszcze zobaczą.
Kiwamy głowami ze zrozumieniem, że będzie to samo. Jak u nas.
Dla tych młodych w tym.
Ana budzi się: Nie narzekamy w 1. dzien kalendarzowej wiosny szczególnie. Cieszymy się, że młodzi wierzą! Że ferii nie mają właśnie, i lecieć nigdzie nie muszą! Na kolację przedwczesną chociażby, choć to można by na piwo się wybierać po pracy.
Na szczęście już tylko piątek! I szkoła juhuu!
No to odbyliśmy ferie.
Cieszy się chyba sporo rodziców, co?
Dzieci raczej nie, ale wiadomo - dzieci i ryby głos mają i może, ale nie w przysłowiu, tylko w nowoczesnym rodzicielstwie bliskości i wegetarianizmie zaledwie. W życiu decyduje silniejszy, czyly rodzic.
Który ferie musi przeżyć sama lub sam, szczególnie jak babć brak. Ciałem głównie, które w ferie przydałoby się bardziej, niż duch, głównie jego oczy - do uważania - i rąk - do rysowania.
No ale jak nie ma, to organizujemy, organizujemy. Tu zabawy z tym, tu z tą, tu ikea i klopsiki, tu drukowanie koszulek u artystek, tu muzeum i jakoś tydzień mija.
A że tania środa muzealna wypadła, to jeszcze wpadliśmy do dinozaurów.
Wraz z nami na ten pomysł wpadło około miliona brukseńskich rodziców, mruknęła Ana Martin, patrząc na kolejkę kłębiącą się przed wejściem.
Koszmar jakiś.
No nic, wchodzimy, mruknęła do nas i znajomego macierzyństwa, co to żeśmy se razem zjechały z narybkiem. Już tylko zdjąć chłopaczarnię z dinozaura przed wejściem i można się bić o miejsce w szatni, przed gablotą, na nowoczesnej zabawie z kamerą, o ubikacji nie wspominając.
Potem frytura na Żurdanie. Czyli niepodziewany gratis i bonus dla dzieci.
Przy okazji westchnienia matczyne na widok stażystów, co to sobie beztrosko w pierwszy dzień stażu stoją i przedstawiają, łycz lengłyczi łots jor nejm, jakem dosłyszała, o beldze na fladze dysskutują, o tym, co robić będą.
Weri intrestin. Oł polent! Oł bulgarja! Oł spejn! Łonderful. I łoz der.
Mi tu!
Myślą, że coś zmienią, wzdycha znajoma matka, trochę umęczona chyba dziecięciem, co to na niej zwisa i jęczy.
Jeszcze zobaczą.
Kiwamy głowami ze zrozumieniem, że będzie to samo. Jak u nas.
Dla tych młodych w tym.
Ana budzi się: Nie narzekamy w 1. dzien kalendarzowej wiosny szczególnie. Cieszymy się, że młodzi wierzą! Że ferii nie mają właśnie, i lecieć nigdzie nie muszą! Na kolację przedwczesną chociażby, choć to można by na piwo się wybierać po pracy.
Na szczęście już tylko piątek! I szkoła juhuu!
No to odbyliśmy ferie.
Subscribe to:
Posts (Atom)