Wednesday, 15 November 2017

cepasy

Ja tam twierdzę, że nie żaden seksizm wcale, tylko kobiety wykańczają te cepasy. A od kiedy wprowadzili titr-serwisy - to już w ogóle. Umrzeć idzie.
Czyly jak, dawniej w Belgii nie było tak dobrze, ciągnie Ana,
Czekamy, bo Mariola coś się zamyśliła. Ani chybi wspomina, myślę se.
Staram się sobie przypomnieć, ale nie, tak to nie było, powtarza Mariola. Ja to dobrze wiem, bo koleżance mąż umarł, ledwo tu nastali. Na budowie robił. Dawno temu to było, ale on od razu na legalu, to i wiem, na czym ona jedzie od lat.
Na jego emeryturze mianowicie, bo dobrą mutuelę miał. Blisko 1000 euro z miejsca dostała, bo już euro było. Trzysta na syna, bo się uczył do niedawna, i proszę. nic nie robi 15 lat, tylko pije. Językiem żadnym, po naszemu też już bełkot tylko wychodzi.
Ja jej mówię: zobaczycie, wywalą was w końcu. To ja robię na te wasze cpasy i lenistwo. A pani jak sądzi, długo to jeszcze może przetrwać? Bo mi się wydaje, że nawet Belgowie belż się zorientują w końcu, jak ich ludzie w konia robią. 
W tym nasi.
A może nie.


Tuesday, 14 November 2017

mitu

Siedzi se Ana w piątek w leiku, u artysty Skarpety - a tak, każdemu wolno nazywać się, jak chce, szczególnie, jak jest Włochem - co to nam ożywił polsko-arabski róg na dzielnicy, zmieniając nieco stosunki przesiadujących przy kawie z 90% mężczyzn na 70% kobiet - siedzi se w piątek przy robocie kongresowej i nagle, jak jej nie olśni: toż to na urodziny czeba by zorganizować u Skarpety tańce właśnie!
Po czym za chwilę dopada ją smętna mina, bo doprawdy, nie ma jak tu czym organizować tańców jeszcze, chyba że by się było jośmiornicą, jak mawia Iwonek, i miało więcej macek.
I tak to se poszła na warsztaty z kopania, zamiast na tańce.
Nie macek, tylko rąk, krzywi się Ana. O macaniu to aż za dużo ostatnio. Mniej ważnych w męskich hierarchiach przez bardziej ważnych. Mitu - jateż - i taka kratka do tego - zatacza coraz szersze kręgi, w tym po Belgii. W tym po Sanżilu i okolicznościach, gdzie rożnego wieku aktorki dyskutują nad pojemnikami ekobjo z jedzeniem jeszcze bardziej ekobjo, jak to ten czy tamten reżyser je macał, a ten czy inny pisarz proponował wzrost sprzedaży w zamian za inny wzrost.
I czy to potrzebne było.
I co z tym zrobiły. Nic niestety. Ale teraz by już zrobiły - podobno.
Ech, czeba się bronić.
Same żeśmy na własne uszy słyszały z Aną na czarnym rynku, zwanym też targiem, marszenłar na nasze.
W stołówce Any czyly.
Bo wszędzie w świecie to samo. Mitu. Mitu.
I tak to tych rąk nie ma. Do pracy wolnych, znaczy się - bo jakieś tam nam zostały. Resztki, obolałe, bo w niedzielę wzięły się i zabrały za samoobronę. Wraz z nogami zresztą. W rytmie krafmagi, co to ją kiedyś ćwiczył na sobie Roman.
Brutalne to strasznie i agresywne, ale dały radę. Nawet, jeśli biodra i plecy  po urodzinach niepodległych nie te. Zapamiętają sobie na pewno: najpierw w oczy, zahaczając o nos, potem krok.
Krocze. 
Mitu
Mitu. Umiemy i wiemy!

Monday, 13 November 2017

niepodlegle

Jak co roku, szczególnie od kiedy na Sanżilu i w okolicznościach pojawili się mali, niepodległe urodziny były bogate, szczególnie w podległość pod różne nieciekawe zdarzenia. 
Po kolei.
Początek obchodów załatwiła za nas z biegu Polska D, w której brązowo-szare-czarne prymitywy w chustkach z racami i obrazą na ustach tak upiększyły Anie święto przy wydatnym udziale polis, że aż Roman zabronił jej czytać internety. O 11.11 nie pozostało więc nic innego, niż pooddychać świeżym deszczem, wyjść na balkon czyly, gdzie coś niecoś dziwnie śmierdziało. To jednak do internetów, a tam info: pali się. Komin się pali normalnie, ten co to nam wydatnie na widoku z balkonu Rity i Fjotra sterczy na Anderlechcie czyly. Elektrownia czyly. Odór zatem.
Goście, zamiast do okien, skoczyli do komórek. Takie czasy.
Gdyż goście nasi tacy nowocześni i ważni widocznie, że się pochwalę, że nawet internetów nie poczebowali, bo policja sama do nich smsy słała, by się z domów na niepodległość nigdzie nie wybierać, bo ten zapaszek miły ci on nie jest nie tylko dla nosa, ale i dla całości ciała.
To i śmy się nie ruszyli, tylko karnie siedzieli i świętowali z rosołem i kurą, zwaną pule, przy wydatnym udziale gardeł poniżej lat 6.
Fajnie było, wesoło i gwarnie. Ubikacja zatkana. Eło-kupeło.
A wieczorem, jakby smrodu i krzyku było mało, i jakby sobie niepodległa chciała zasiąść w tramie - to też nie mogła. Znaczy się, zasiadła, ale od razu zauważyła, że wraz z nią do teatru jadą flagi. Może w stronę teatru bardziej. Bursy czyly.
Czerwone z gwiazdą. Zieloną. Pyta się znad lektury nasza niepodległa Romana, co to, a Roman, że on nie wie, ale chyba Maroko.
Marokanie taką flagę mają, ja na to? Taką komunę?
Ana dalej, że chyba i tu kibole działają, Polaków wyłączyliśmy w internetach, ale tu mamy swoich własnych, brukseńskich?
Dlaczego komunę, bo gwiazda? I nie żadni Marokanie, tylko Marokańczycy Ksenio. I tak, taką flagę mają, owszem. Wolę ją ostatnio miljon albo i dwa razy bardziej od tych pasów biało-czerwonych, podlegle zawłaszczonych przez faszystów.
Ale prali się tak samo. Kibole z polis. 22 policjantów rannych.
Kibolstwo zawsze takie samo. Denne.
My tam byliśmy i nie widzieliśmy, dziwię się. A podobno lali wodą i tłukli szyby. A my nic. Susi i cali dojechaliśmy o północy na dzielnicę. Iwonek nie spał prawie że. 
Ciekawe, co to za widoki przyjdzie znosić urodzinowo za rok, wzdycha Ana. Co tu się może jeszcze przytrafić?
Na razie tylko rok więcej. Ból w biodrze. Co tam.

Thursday, 9 November 2017

produkcja

Pewnie o tym nie wiedzieliście, ja też oczywiście nie, bo na co dzień, między dzieciarnią a kongresem, ciężko zajmować się akurat takim aspektem życia; co nie zmienia absolutnie faktu, że oto okazuje się, że Sanżil i okoliczności wygrywają. Prawie.
W czym wygrywamy, ja wygrywam, krzyczy Iwonek.
Nie, to ja pierwszy, protestuje Groch.
Otóż wyszło, że labelż i lebelż, rozumiani jako pracownicy, pewnie nawet robotnicy, są drudzy pod kątem produkcyjności w Ojropie. Zachodniej.
Starej unii czyly, bez takiej Polski D na przykład, której w Unii zreszta znów być może nie być.
Hę? Belż superprodukcyjni? Hmmm...jak to rozumieć w czasach komputerów, które wszystko i tak obliczają inaczej?
Ciężko się połapać w tych skrótach takim jak ja, skromnie przyznaje Ana Martin. Tak wyszło wielkiej firmie, która jednakowoż zaznaczyła jednocześnie, że Belżik nie wiele z tego ma, bo koszty pracy są zbyt wysokie.
Czyly co?
Czyly należałoby je obniżyć. Mniej płacić i pobierać więcej podatków. Niby na rozwój przedsiębiorstw. A tak naprawdę - na wielkie firmy piszące takie raporty. HWPD to się zwie czy jakoś.
Kto przewodzi i jest najbardziej produkcyjnie-produktywny?
Ja! krzyczy Iwonek. Jestem pierwszy.
Nie, to ja, protestuje Groch. Ja piersi!
Szwajcaria.
No tak. Pieniądze tam nigdy nie giną, to pewne.
Co tu jeszcze czytamy ciekawego w raporcie?
Dwie rzeczy: że w Belżik coraz mniej ludzi zatrudnionych na pełen etat, a więcej na pół. Co ma dwie strony : z jednej - ci, co nie chcą, mogą robić mniej; z drugiej - ci, co chcą robić więcej, nie mogą, i to nie dlatego, że nie ma roboty, tylko ze względów podatkowych zapewne. Czyly mniej zarabiają.
Co oczywiście tłumaczone jest automatyzacją.
Wiecie co mnie szykuje w tym raporcie? Przeliczanie człowieka. Mianowicie zdanie: za jedno ojro zainwestowane w la lub lebelża przedsiębiorstwo zyskuje  średnio 1,11 ojro. Co wywołuje grymas niezadowolenia na lokalnych bogaczach, bo to poniżej średniej - 1,14.
Można cisnąć bardziej.
Co zapewne nadejdzie.

Wednesday, 8 November 2017

kenia

Na Sanżilu, jakżeby inaczej, międzynarodowy dzień femistek, tak, tych na ef, owszem, tak, one, w znaczeniu my wszystkie i my wszyscy, mają swój dzień, a tak, a owszem, i wczoraj on był przypadł; ten to dzień, słoneczny, jak nie wiem co, bynajmniej na pewno nie jak przysłowiowy deszczowy listopad, a w Belgii to już wiadomo, że w ogóle deszczowy i straszny miałby być zdaniem naszych, jak to wieść gminno-komunalna po Sanżilu niesie - a więc dzień ten spędziłyśmy my go w doborowym towarzystwie.
Ksenia z Kenią. Kenia z kenią, można powiedzieć. Polak z Finem - dwa bratanki. Do tego wpływy włoskie, marokańskie, sfrancuziałe i inne. Markoni po prostu.
Bo Ana postanowiła nie szaleć. I po tym, jak już zaszalała przed południem i przemalowała żółć na włosiu na bielsze, obskoczyła teatr w tym drugim dialekcie, zachwyciła się nim, zakupiła na czsrnym rynku dzika na obiad dla Romana - to o 15.20 se postanowiła zasiąść. Co z tego, że Markoni mokrawy z wilgoci. Co z tego, że zimnawo, heloł, listopad!
Usiadła sobie, Ksenia z nią, chłopaki z bułkami w dłoni także, a z drugiej strony ławki - Kenia i inne małe chłopaki, bez bułki, co sprawiło, że zrodziła się międzynarodówka feministyczna na ef właśnie.
Bo Kenia to też niania. Wiemy o tym nie od dziś, z obserwacji codziennej - bo jednak z brązu biało-przezroczyste nie wyjdzie nijak,  co wiemy choćby po włosach Any Martin. A Kenię widujemy nie raz i nie dwa. Tamci dwaj malcy - z angielska zasuwają, że hej. Nasi - z francuska i polska. Tamci - ciekawi autek. I głodni.
A nasi malin mniej głodni. Nieowocowi ci oni.
Więc Ana poczęstowała tamtą część ławki, która maliny naszą niepolską z miejsca nazwała truskawą. Ana poprawiła Kenię, pytając przy okazji, skąd oni, bo chciała się przysłużyć z niemiecka podobno i dotłumaczyć małym w kurtach, co za różnica między maliną a truskawą.
A tu wot niespodzianka. Bo to Afryka i Ojropa w jednym.
Z Kenii i Finlandii  ci ona i oni. Z dwóch części świata. No, tego to na Sanżilu dawno nie widzieli, Maroko owszem, Polska owszem, ale Kenia?  Kto to widział? Do tego na ef?
O, na to Ana. Ja też Kenia nieco. Frau Kenia. Bywam nią, jak już nie Kjeżną. Bo to od kraju zależy.
Chyba mało osób z Kenii w Belgii, co? dopytuje Ana.
Mało. A Polaków dużo? 
No właśnie. Perspektywa. Zmienna bywa. Niepolska bywa. Kenijska lub kongijska.
Dużo. 
Aha, ucieszyła się na to Kenia strasznie po angielsku, weri gled; my też, że ktoś tak nas chce. Bardzo mi miło. Bardzo mi się podobają takie włosy jasne.
A ja Ksenia jestem, wtrąciłam się. I bardzo mi się podobają takie loczki.
Kenia - Ksenia -Kjeżna.  Na ef na Markonim w dzień feministek. Ksenia z Kenią. Kenia z kjelnią. Polak z Finem - dwa bratanki. Do tego wpływy włoskie, marokańskie, sfrancuziałe i inne. Wiwat kolorowy Sanżil, nawet jeśli to Forest.

Tuesday, 7 November 2017

plecakowa

Pękam ze śmiechu normalnie, pęka ze śmiechu widocznie bardzo nawet Ana Martin. No pękam, jak se lalibre z rana czytam, a tam oni na serio, jak jakiś organ rządowy bynajmniej, piszą, jak to se królewna wsiadła do samolotu i leci nim nad oceanem. Nasza, labelż. I zdjęcie dają, jak to se ufryzowana stoi nad pasażerami, taka miła dobra pani po prostu.
Nasza polska niby. Choć belż oficjalnie.
Nie nad oceanem Ano chyba, zaczynam niepewnie. Sprawdziłam, i do Indii tej nie trzeba nad oceanem, bo to po naszej stronie ziemi. Ziemi. Wielkiej i wielką literą.
Masz rację Ksenio. Indie, to dużo Indii, nie jedna jest po polsku. Co nie zmienia faktu, że styl tego artykułu nadal śmieszy mnie niesamowicie.
Bo niby tacy lewicowi, tacy równościowi, lalibr bardziej niż lesłar, a następnego dnia na odwrót, a tu nagle, jak nie zasuną pochlebstwem, jak się nie przymilą! 
Chwalą królewnę mianowicie, jaka to ona normalna, bo kiedyś już w Indiach była, i to sama, i to z plecakiem. Bakpakez się to zwie z angielska nieco, za to z wymową francuską.
Bakpakerka po polsku. Plecakowa.
Chwalą ją za to właśnie, że tak normalnie sobie jeździła, jakby to jakieś mecyje były. A kurczę życie tak wygląda, nie?

No tak.
Pacz Ksenio dalej: cieszą się  jak dzieci, że król z królewną sobie wsiedli do samolotu, a potem w łasce swej królewskiej opuścili salonkę, uchylili kotary i przeszli się byli wśród normalnych pasażerów, znaczy się ludu, a lud ucieszony, jakby normalnie jakieś objawienie nastąpiło. A ci tacy mili, pochylają się, zagadują, no zbliżają do wszystkich normalnie.
Na jedzenie jednakże do siebie wrócili zapewne, za kotarę, tam lepsze dają, domyślam się.
Jakżeby inaczej.
Ech. Klasy, klasy.
Ana, a co tak krytykujesz?
Klasy. Sztuczne ci to i nieprawdziwe. Nie to, że naprawdę nie są mili, ci królowie do kupy, bo pewnie są, tylko to, jak o tym piszą lewaki jedne. Jak w Polsce D w tiwi normalnie - podobno, bo nie oglądam, ale nie lewacka ci ona wszak, ta tiwi, wcale a wcale.
A kurczę życie nie tak wygląda, nie?
No nie.
No to pękam dlatego! 

Monday, 6 November 2017

żółte

Tralalala tralalala, podśpiewuje od rana Ana Martin. I to nie tylko dlatego, że koniec ferii, juhuu, i jakaś taka cisza nastała w domu i w uszach po 10 dniach rozhasania i rozwrzeszczenia ogólnego na wiele dziecięcych gardeł. I nie tylko dlatego, że kolejny słoneczny, przepiękny listopadowy dzień nastał na Sanżilu i w okolicznościach, choć naród w łizerze - i rajanie też zapewne, czuję to, choć mnie w nim nie było, no ale  dwóch naraz być nie mogłam, sami żeście zrozumieli w międzyczasie - a więc  naród nadawał wczoraj na Belgię i lebelż, że hej. Normalnie Ana mówię ci, z deszczu i ciemności wylatywali w słońce nasze brukseńskie, ja z nimi, a już mówili, że trzeba do tego dziadostwa wracać. Nawet za okno nie wyjrzą, jaki błysk u nas. Normalnie narzekali już w kolejce, w którą karnie się były ustawiły Roksanki, Andżeliki, Leony i Dawidy. Jechali po Sanżilu, że hej, że wracać czeba, a w Polsce D tak wspaniale.
U nas wspaniałe bierze się z tego, żeśmy nie w Polsce D dla odmiany.
A więc Ana podśpiewuje, bo się przerobiła na żółte.
Na co zrobiła? woła spod progu Roman, który przybywa właśnie z oddali, nie całkiem w formie, bo z motoru, na którym się wywalił, a było to daleko, w Hiszpanii podobno, gdzie zresztą padało, a u nas nie, aha! Bo mu rajana nie odwołali, jak Anie i dzieciarni, stąd krzyki na Sanżilu, ale co tam, było minęło.
Na żółte, oznajmiam.
Ana na żółte?
A pacz! Tratatata, krzyczę, bo mało coś krzyku u nas.
O rany, Roman aż przysiada z wrażenia na tym bucie, co go se w Hiszpanii zniszczył motorem. O rany Ana.
Super, co? Ana zadowolona, że hej, bo mówię, i ferie się skończyły, i słońce, też żółte zresztą, no i... właśnie, włos żółty najnormalniej w świecie.
O rany Ana. O rany, ale blond. O rany, ale fajnie.
No trochę pomarańczowo może zbyt, nie tak, jak Rita, na siwawo, ale wiesz co Roman? W świetny humor mnie to wprawiło. Normalnie odżyłam, o odmłodnieniu nie mówiąc, jak taka jedna Prezeska raczyła skomplementować. Wesoło mi.
Nie no, fajnie Ana, o rany.
Fajnie, i do tego jakieś takie sianko mi się nagle na łepetynie zrobiło, czarny włos był jak ten dawny, jedwabisty, choć krótki, a ten jakiś taki sztuczny. Za to pięknie się trzyma żelem, lakierem i stoi!
Limal normalnie.
Kampino. Z totenhozen. Niemcy docenią.
Tralala śpiewa dalej Ana, przeglądając się w lustrze. Tralalala!
Koniec ferii i farba na włosy, oto przepis na szczęście.