Wstyd się przyznać, bo powinnam kochać zwierzęta, tak przynajmniej pisałam zawsze koleżankom w Złotych Myślach w podstawówce, na tutejsze szkole elementarnej; wstyd jednak, nie kocham ich, przemyślałam sprawę gruntownie i w niedzielę pójdę do spowiedzi i powiem, co i jak. Mimo że przy Pierwszej Komunii, rocznicy komunii, na bierzmowaniu i przy okazji licznych chrztów nigdy tego nie wyznałam, i nawet nie czułam siły grzechu, to teraz poczuję. Wcale ich nie kocham, zwierząt znaczy się, a nie grzechów, to by dopiero było, tak grzechy uczłowieczać, już nawet zwierzęta i dzieci to przesada zdaniem niektórych. Dzieci póki co nie, ale zwierząt się wręcz boję, czyli, jeśli już tak wyjeżdżam ze szczerością, wkurzają mnie one bardziej, niż czasami Ana Martin, bo przecież nie Roman czy Iwonek.
Myślałam, że półdzikie psy zostały raz na zawsze w Łapach, tam, gdzie mnie z nimi nie ma. Ale nieprawda. Część z nich jest wszechobecna i nie raz i nie dwa zda mi się, że je widzę na Sanżilu. Na smyczy jednakże, co przynajmniej trochę mnie zabezpiecza, ale tylko przed warstwą zwierzęcą, bo ludzką, czyli właścicielami, już nie. A ci to dopiero są, kwiatki prawdziwe! Kochają te swoje zwierzaki, ubierają w przedziwne ubrania, chwalą się nimi wszem i wobec, prowadzają do barów, zamawiają im portrety, a po śmierci, czyli zdechnięciu zwykłym, nagrobki, sklepy takie mają futrzaki, że można się pomylić i dla siebie coś kupić; ale najłatwiejszego wyprowadzacze często nie potrafią, a mianowicie: schylić się po kupę.
Ana Martin zawsze twierdzi, że wariactwa biorą się z braku zmartwień, ale tu muszę jej wejść w słowo jakąś dygresją i powiedzieć swoje: nieschylanie się po kupę to chamówa przez duże H. Dostrzegam to szczególnie, od kiedy mamy Iwonka, do Iwonka wózek, a w nim rozłożoną budkę, zza której nie ma jak, wszystkich kup nie dojrzysz. I mimo że staramy się jak możemy, lawirujemy na prawo i lewo między kałużami, kostkami bruku i innymi zasadzkami, często nie da się inaczej, niż wjechać w produkt. Psi, rozumie się. Jak już wjedziesz, szukasz kijka. Naturalnie, gdy potrzebny, to go nie ma, albo tak rozmokły od deszczu, że się nie nadaje do skrobania.
Skrobię, skrobię, końca nie widać, a tu idzie kolejna jedna czy druga wyfiokowana dama ze swoim buldogiem czy innym monstrum, myśli, że ja zajęta skrobaniem, to nie widzę, co się dzieje wokół, a ja przecież urodzona firma ucho oko, więc jużem czujna, i dobrze, bo ona najczęściej hyc! i już pod drzewem, psisko hyc! i już kupa, ona hyc! i odchodzi, a ja na to prostuję się zza wózka ha! i mówię, tak jak mnie Ana wyszkoliła: Pani, chyba pani nie zauważyła, że pies narobił! Ona najczęściej trzepocze rzęsami i źle udaje zdziwienie, ale sprząta. Gorzej z nastolatkami: te udają, że wyprowadzają psy znajomych. A faceci się kłócą, że można wyprowadzać, ale wzorem Any kłócę się bardziej, niż oni, i czasami wygrywam. Czasami nie, bo jak wiadomo, skrobię kółka, więc nie mogę dać z siebie wszystkiego. Ale krok po kroku, dojdę do perfekcji. Bo napisałam, że zwierząt nie kocham, ale jeszcze mniej kocham ich właścicieli. Ale z tego się spowiadać nie będę, bo oni mnie też nie miłują jak bliźniego swego.
Tuesday, 28 May 2013
Friday, 3 May 2013
(54) policja
Ponieważ nie żyję aż tak długo, jak Roman czy nawet Ana Martin, ciężko mi się czasami połapać, co było przed czym, a konkretnie mi chodzi o nazwy. Np. taka policja, czy ona jest policją od dawna, czy od niedawna, i jak ma się do tego milicja? Czy policja to sanżilowska police, czy jednak bardziej jakiś twór po milicji jedynie, a police po milice? I kto od kogo przejął nazwę, bo nie ulega wątpliwości, że brzmi podobnie, Polacy A i B od Belgów, czy Belgowie od naszych? Ani jedno, ani drugie, mądrzy się Ana, po pierwsze, to słowo pochodzi z francuskiego, jeśli już, a po drugie tak naprawdę z łaciny, więc i jedni drudzy przejęli, a reszta to już zawirowania historii. Czyli znowu komuna, samoloty itp., a ja nadal nie wiem, kogo w Łapach tak nie lubili, milicjantów czy policjantów? To jedno i to samo czasami, śmieje się Roman, a po co ci to Ksenia? Coś przeskrobałaś? Ja? Skądże! Tylko bym chciała wiedzieć, jak w przestrzeni geograficznej usytuować historyjkę, co ją taki jeden Polak A chyba opowiadał dziś na cały głos w tramwaju, zupełnie, jakby w Polsce jechał i d komórki na luzie gadał, że już mija kościół i zaraz dojedzie, a tu przecież Sanżil i tylu rozumiejących po naszemu, że naprawdę mógł ciszej nadawać.
Za to jest o czym myśleć. Bo oto ten pan uznał, że Belgia jest krajem, w którym policja czy milicja właśnie, początek mi umknął i stąd moje zagubienie, jest inna niż gdzie indziej, co na oko można powiedzieć o wszystkim, ale nadstawiłam ucha, i może coś w tym jest. Pan mówił, że w Niemczech, wiadomo, porządnie jest, wiedzą o tym nie tylko Polacy, ale i Niemcy, tak więc każdy chce dostać mandat, jeśli zrobił coś źle, bo tak się po prostu należy. Policja ma przez to ręce pełne roboty, bo cały czas trzeba coś naprawiać, głównie obywateli. I że potem ktoś taki, jak ten pan ani chybi, wjeżdża do Belgii A lub B i widzi, że już tak nie jest. Że policja, czyli police, jest miła, chodzi w chmarach, pomaga i śmieje się i głównie sprawdza, czy dany ktoś mieszka pod adresem, jaki podał w dokumencie, czy nie.
To się zgadza całkowicie z moimi obserwacjami, ile razy to ja już odpowiadałam, że ja to ja, że Ana to Ana, a Roman to Roman, że po ślubie, tak, owszem, jak trzeba, i dziecko małe też jest, po ślubie się rodziło, nie przed. Co najważniejsze, do drzwi zawsze puka ten sam dzielnicowy, najpierw myślałam, że może się zakochał, czy co, tyle przychodził, ale on zawsze z grubym zeszytem, więc chyba służbowo jednak, choć niespiesznym krokiem, doprawdy. Gdy przychodzi teraz, jestem już właściwie zbędna, bo on zna już odpowiedzi, a szkoda w sumie, bo mówię przecież lepiej po belgijsku, niż kiedy zaczynaliśmy. Bardzo miły ten dzielnicowy, takie znajomości przydają się, matuś kazali spisać jego nazwisko na wszelki wypadek, ale jest w tym drugim języku, na razie spisałam tylko Van. Nie szkodzi, bo pewnie przyjdzie wkrótce znowu, a potem kolejny raz, więc mam czas.
Wracając do pana, to ten pan twierdzi, że trzeba jednak uważać. Że oni niby, ci policjanci czy milicjanci niby tacy milusińscy, ale swoje potrafią. Panu np. dali mandat nie za to, co mieli, jego zdaniem, czyli jazdę pod prąd, tylko za to, co dostrzegli, a on próbował ukryć. Że pas nie był zapięty, to ich przeraziło, a jazdę pod prąd uznali za roztargnienie, zwykły ludzki błąd, i uprzejmie kazali zmienić kierunek jazdy. A potem pocztą dosłali fakturkę na grube euro za pasy. I pan w to nie może uwierzyć, stąd chyba to głośne sprawozdanie w tramwaju, że grube mu uszło, a małe nie. Wniosek jest taki, że jednak Belgia to też państwo prawa, policja lub milicja tylko na pozór gapowata i że trzeba się mieć na baczności. Nawet tu. Licho nie śpi.
Za to jest o czym myśleć. Bo oto ten pan uznał, że Belgia jest krajem, w którym policja czy milicja właśnie, początek mi umknął i stąd moje zagubienie, jest inna niż gdzie indziej, co na oko można powiedzieć o wszystkim, ale nadstawiłam ucha, i może coś w tym jest. Pan mówił, że w Niemczech, wiadomo, porządnie jest, wiedzą o tym nie tylko Polacy, ale i Niemcy, tak więc każdy chce dostać mandat, jeśli zrobił coś źle, bo tak się po prostu należy. Policja ma przez to ręce pełne roboty, bo cały czas trzeba coś naprawiać, głównie obywateli. I że potem ktoś taki, jak ten pan ani chybi, wjeżdża do Belgii A lub B i widzi, że już tak nie jest. Że policja, czyli police, jest miła, chodzi w chmarach, pomaga i śmieje się i głównie sprawdza, czy dany ktoś mieszka pod adresem, jaki podał w dokumencie, czy nie.
To się zgadza całkowicie z moimi obserwacjami, ile razy to ja już odpowiadałam, że ja to ja, że Ana to Ana, a Roman to Roman, że po ślubie, tak, owszem, jak trzeba, i dziecko małe też jest, po ślubie się rodziło, nie przed. Co najważniejsze, do drzwi zawsze puka ten sam dzielnicowy, najpierw myślałam, że może się zakochał, czy co, tyle przychodził, ale on zawsze z grubym zeszytem, więc chyba służbowo jednak, choć niespiesznym krokiem, doprawdy. Gdy przychodzi teraz, jestem już właściwie zbędna, bo on zna już odpowiedzi, a szkoda w sumie, bo mówię przecież lepiej po belgijsku, niż kiedy zaczynaliśmy. Bardzo miły ten dzielnicowy, takie znajomości przydają się, matuś kazali spisać jego nazwisko na wszelki wypadek, ale jest w tym drugim języku, na razie spisałam tylko Van. Nie szkodzi, bo pewnie przyjdzie wkrótce znowu, a potem kolejny raz, więc mam czas.
Wracając do pana, to ten pan twierdzi, że trzeba jednak uważać. Że oni niby, ci policjanci czy milicjanci niby tacy milusińscy, ale swoje potrafią. Panu np. dali mandat nie za to, co mieli, jego zdaniem, czyli jazdę pod prąd, tylko za to, co dostrzegli, a on próbował ukryć. Że pas nie był zapięty, to ich przeraziło, a jazdę pod prąd uznali za roztargnienie, zwykły ludzki błąd, i uprzejmie kazali zmienić kierunek jazdy. A potem pocztą dosłali fakturkę na grube euro za pasy. I pan w to nie może uwierzyć, stąd chyba to głośne sprawozdanie w tramwaju, że grube mu uszło, a małe nie. Wniosek jest taki, że jednak Belgia to też państwo prawa, policja lub milicja tylko na pozór gapowata i że trzeba się mieć na baczności. Nawet tu. Licho nie śpi.
Saturday, 20 April 2013
(53) kamienie
...są gorące, można by zaśpiewać, jak kiedyś, gdy byłam mała, ale komuna się już skończyła, musiało to być w czasach młodości Romana i Any, więc jak kiedyś śpiewał pan Robert o kobietach. Ana, to chyba nie Robert, tylko Norbi mu było, od Norberta, woła Roman. Norbi, Norbi, Ana wie wszystko oczywiście, ale przyznać muszę, pamięć to ona ma. Wstydzę się zapytać, ile mogli mieć wtedy lat, ale Ana sama oblicza, że to chyba było w liceum, czy jednak na studiach Roman? Ale Roman ma gorszą pamięć, niestety, poza tym nie zaśmieca jej sobie byle czym, więc chyba cichcem poszukam w internecie, choć wtedy internetu pewnie jeszcze nie było? Ciężko sobie wyobrazić takie życie, musiało być nudno, tylko telewizja zostawała, i to nie satelitarna.
Zaczęłam z tym gorącem, bo Sanżil nie przestaje mnie zaskakiwać; nigdy nie wiadomo, na co się trafi w kolejnej bramie, szczególnie na ulicach, gdzie rządzi Arabia, bo nie ma sił, by tak z powietrza zrozumieć, co mówią albo piszą, to i zaskoczenie większe. Dziś trafiłyśmy (powinnam napisać: trafiliśmy, bo był z nami Iwonek, i mimo że ma tylko ułamek naszych lat i doświadczenia, to w czasie przeszłym automatycznie wskakuje po polsku na 1. pozycję, Ana zżyma się na to nieustannie, ale nawet ona nic nie poradzi na reguły gramatyczne) na masarze kamieniami. Ksenia, bądźże uważna, zżyma się i wyżyma prawie Ana, przecież to nie masarz od mięsa, nie ufaj komputerom; już poprawiam: masaże. Tak, kamieniami (bez błędu było). I to jakimi! Gorącymi!
Rzadko się zdarza, by Ana Martin miała podobnie głupią minę jak ja, ale na gorące kamienie nie było mocnych, nikt z nas trzech (trojga, poprawia wiecie kto) nie miał (znów punkt dla Iwonka) pojęcia, o co chodzi. Stałyśmy z wózkiem z pięć minut przed wystawą, wreszcie Ana postanowiła wejść i dowiedzieć się, o co się rozchodzi. Wyszła rozpromieniona i wręczyła mi kupon, zwany też bonem, mówiąc, że to dla mnie i bym się niczym nie przejmowała, tylko spokojnie dała wymasować, a ona już sobie pochodzi z Iwonkiem. Ja na to, że naprawdę, nie trzeba, niech ona się masuje albo ją masują, a ja spokojnie z Iwonkiem pokrążę. Prawiłyśmy tak sobie uprzejmości, póki Ana nie sięgnęła po ostateczny argument z repertuaru Romana pt.: masz to w Polsce? no masz?, który zwala z nóg, bo co tu odpowiedzieć mądrego, szczególnie, że w Polsce B tego czegoś zazwyczaj nie ma, tak więc wzięłam głęboki oddech, przeżegnałam się i w myśl mądrości ludowej: raz kozie śmierć, wkroczyłam do kabinetu.
Gabinetu! Wiem, sama wiem, ale po tych kamieniach nic nie jest takie samo. Ana nie wie, co straciła. Przywitała mnie nastrojowa muzyczka, która by pewnie Anę zdenerwowała, bo ona nie lubi takiego uduchowionego rzępolenia, jak to nazywa. Do tego zapach; Anę zapaszki orientalne też irytują, nie ma mowy, by postawić kadzidełko lub świeczkę. Z oparów zapachu wyłonił się pan: młodawy, przystojny, czarny, higieniczny, ach. Złożył ręce jak do modlitwy, ale naszej, nie tej ich, skłonił głowę, spojrzał prosto w oczy gorejącym wzrokiem i zaprosił do salki. Nie wiem, skąd był, od nich pewnie, ale nie szkodzi, od razu mi się zrobiło gorąco, a gdy powiedział, by się rozebrać - wręcz się zagotowałam, sama nie wiem, czy ze wstydu, czy z radości?
Potem było niebiańsko. Pan wzdychał, masował, odprawiał jakieś rytuały, kładł na mnie gorące kamyki, naciskał, oliwił, gładził po włosach...Jezuniu, ale miło! O mało co mu z tego stołu masarskiego nie spadłam. Godzina minęła jak z bicza trzasnął właśnie, chyba mylę przysłowia, ale mam prawo, jeszcze nie doszłam do siebie po takiej dawce dotyku i kamieni też. Nie muszę chyba pisać, że idę tam znowu, tym razem bez Any, jeszcze by mi wszystko popsuła kręceniem nosem, a tam, w samym sercu sanżilowskiej Arabii, szkoda tracić czas na wybrzydzanie, wystarczy dać się ponieść masażom i ukamieniować na gorąco.
Zaczęłam z tym gorącem, bo Sanżil nie przestaje mnie zaskakiwać; nigdy nie wiadomo, na co się trafi w kolejnej bramie, szczególnie na ulicach, gdzie rządzi Arabia, bo nie ma sił, by tak z powietrza zrozumieć, co mówią albo piszą, to i zaskoczenie większe. Dziś trafiłyśmy (powinnam napisać: trafiliśmy, bo był z nami Iwonek, i mimo że ma tylko ułamek naszych lat i doświadczenia, to w czasie przeszłym automatycznie wskakuje po polsku na 1. pozycję, Ana zżyma się na to nieustannie, ale nawet ona nic nie poradzi na reguły gramatyczne) na masarze kamieniami. Ksenia, bądźże uważna, zżyma się i wyżyma prawie Ana, przecież to nie masarz od mięsa, nie ufaj komputerom; już poprawiam: masaże. Tak, kamieniami (bez błędu było). I to jakimi! Gorącymi!
Rzadko się zdarza, by Ana Martin miała podobnie głupią minę jak ja, ale na gorące kamienie nie było mocnych, nikt z nas trzech (trojga, poprawia wiecie kto) nie miał (znów punkt dla Iwonka) pojęcia, o co chodzi. Stałyśmy z wózkiem z pięć minut przed wystawą, wreszcie Ana postanowiła wejść i dowiedzieć się, o co się rozchodzi. Wyszła rozpromieniona i wręczyła mi kupon, zwany też bonem, mówiąc, że to dla mnie i bym się niczym nie przejmowała, tylko spokojnie dała wymasować, a ona już sobie pochodzi z Iwonkiem. Ja na to, że naprawdę, nie trzeba, niech ona się masuje albo ją masują, a ja spokojnie z Iwonkiem pokrążę. Prawiłyśmy tak sobie uprzejmości, póki Ana nie sięgnęła po ostateczny argument z repertuaru Romana pt.: masz to w Polsce? no masz?, który zwala z nóg, bo co tu odpowiedzieć mądrego, szczególnie, że w Polsce B tego czegoś zazwyczaj nie ma, tak więc wzięłam głęboki oddech, przeżegnałam się i w myśl mądrości ludowej: raz kozie śmierć, wkroczyłam do kabinetu.
Gabinetu! Wiem, sama wiem, ale po tych kamieniach nic nie jest takie samo. Ana nie wie, co straciła. Przywitała mnie nastrojowa muzyczka, która by pewnie Anę zdenerwowała, bo ona nie lubi takiego uduchowionego rzępolenia, jak to nazywa. Do tego zapach; Anę zapaszki orientalne też irytują, nie ma mowy, by postawić kadzidełko lub świeczkę. Z oparów zapachu wyłonił się pan: młodawy, przystojny, czarny, higieniczny, ach. Złożył ręce jak do modlitwy, ale naszej, nie tej ich, skłonił głowę, spojrzał prosto w oczy gorejącym wzrokiem i zaprosił do salki. Nie wiem, skąd był, od nich pewnie, ale nie szkodzi, od razu mi się zrobiło gorąco, a gdy powiedział, by się rozebrać - wręcz się zagotowałam, sama nie wiem, czy ze wstydu, czy z radości?
Potem było niebiańsko. Pan wzdychał, masował, odprawiał jakieś rytuały, kładł na mnie gorące kamyki, naciskał, oliwił, gładził po włosach...Jezuniu, ale miło! O mało co mu z tego stołu masarskiego nie spadłam. Godzina minęła jak z bicza trzasnął właśnie, chyba mylę przysłowia, ale mam prawo, jeszcze nie doszłam do siebie po takiej dawce dotyku i kamieni też. Nie muszę chyba pisać, że idę tam znowu, tym razem bez Any, jeszcze by mi wszystko popsuła kręceniem nosem, a tam, w samym sercu sanżilowskiej Arabii, szkoda tracić czas na wybrzydzanie, wystarczy dać się ponieść masażom i ukamieniować na gorąco.
Friday, 19 April 2013
(52) dzień ojca
Z dawnych czasów pamiętam jeszcze, że rodziców, owszem, miało się dwoje, ale głównie miało się mamę, a tatę to jakby bardziej od święta, w rodzaju komunia, pokazywanie świadectwa, wyjście do wujostwa czy zakup nowej pralki albo lodówki. Na co dzień tato był tylko tak trochę, w przelocie wszedł do domu, usiadł na kanapie, w milczeniu zdjął buty, w milczeniu włożył kapcie, rozejrzał wokół i już do niego skakałyśmy, to gazeta, to obiad, to herbata, to cukier, tu tego za mało, to niedogotowane, to rozgotowane, to za słodkie, to za kwaśne, a tak w ogóle dajcie mi wszystkie święty spokój, cały dzień człowiek haruje na was, przychodzi do domu i jeszcze mu trują, spiski jakieś knują, jaka matka, taka córka, niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale ja wam pokażę. Co w ogóle w szkole, poprawiłaś oceny? Nic nie słychać? Znaczy dobrze. No już Ksenia, włącz teleekspres i zostaw mnie samego, no już, dobra, masz tu, kup sobie coś dobrego, no idź już.
I tak całe życie, matuś mnie wychowała, nie powiem, by tatko się udzielał. Dobrze Ksenia, że masz tego świadomość, podkreśla Ana Martin, bo jak tu inaczej prowadzić rewolucję, jeśli wszyscy twierdzą, że polscy ojcowie są, jak ich tak naprawdę nie ma? grzmi Ana i ma rację, i Roman też tak uważa, szczególnie od kiedy ma Iwonka i widzi różnicę ze swoją młodością, co była dawno i przeszła jeszcze w ubiegłym stuleciu chyba; bo co było, a nie jest, niby nie pisze się w rejestr, ale jednak się pamięta, nawet jeśli się ma tyle lat, co oni, czyli niemało.
W każdym razie Roman zawsze podkreśla, że i sam po sobie, i po Sanżilu widzi, a także po Stefanie, Staśku i innych, że ojcem obecnym można być i wcale to nic nie kosztuje, a wręcz sprawia radość. Jemu sprawia od 8 miesięcy, i Iwonkowi też, i kontakt mają, mimo że koledzy rozsiani po Polsce A i B przestrzegali go, że przed ukończeniem przez malucha 3 lat to w ogóle zapomnij stary, bo to ani nie mówi, ani nie chodzi, niezdara taka mała, płacze i nie wiadomo o co chodzi, a tu sobota, człowiek by się wreszcie wyspał, odpoczął, a tu gonią do zajmowania się, tak jakby w domu nie siedziały...Cicho to może mówili, bo wszyscy wiedzą, że Ana bardzo nie lubi określenia "siedzieć w domu" i by znów się oburzała feministycznie i by się trzeba za nią nieco wstydzić, a może bardziej nawet przed nią, że się tej swojej nie pomaga i nie docenia upływu czasu w życiu malucha?
Ja, Ksenia, zaświadczam za to, że na Sanżilu się tak by nie dało, i to właśnie szczególnie w sobotę, która jest chyba takim nieforemnym dniem ojca. Nieformalnym, moja droga, mówi łagodnie Ana Martin, bo podoba jej się, o czym piszę. Brawo Ksenia, szerz oświatę!
Bo faktycznie na Sanżilu co sobotę od 9 rano już można zaobserwować, jak ciągną hordy ojców z wózkami. Trochę zmęczeni, wiadomo, nienawykli do pchania pod górę, gdzie bar ze stołkami dla dzieci, no i siedzą w tych biurach, to i sportów wózkowych nie uprawiają, ale dają jakoś radę mimo wszystko się uśmiechać, pójść na zakupy, odpowiedzieć bonżur na bonżura, a nawet zrobić zakupy bez omyłki, odróżnić jedno warzywo od drugiego, fachowo i nieformalnie, za to foremnie, przewinąć pieluszkę z jedynką i dwójką też! Sama widziałam. I nie wstydzą się wcale, że koledzy patrzą, bo przecież koledzy, najczęściej też w podobnym podstarzałym wieku, też przecież właśnie wyprowadzają kogoś małego na spacer, ewentualnie psa, po którym też wypada posprzątać, choć nie na spacerze. I czapka im z głowy nie spada, a dzieci jak się cieszą!
Bo jedno się nie zmienia: mamy są od przepisów, a tato od zabawy. Mama czyha z obiadem, a tato robi głupie miny. Mama myje mimo protestów, tato pociesza pryskaniem wodą. Cóż, czasami nawet Ana Martin musi ulec stereotypom, choć myślę, że Roman by sobie poradził z przepisami tak samo dobrze, szkoda tylko, że ma mało okazji, tak między nami mówiąc, i to nie tylko dlatego, że chodzi do komisji.
Bo jedno się nie zmienia: mamy są od przepisów, a tato od zabawy. Mama czyha z obiadem, a tato robi głupie miny. Mama myje mimo protestów, tato pociesza pryskaniem wodą. Cóż, czasami nawet Ana Martin musi ulec stereotypom, choć myślę, że Roman by sobie poradził z przepisami tak samo dobrze, szkoda tylko, że ma mało okazji, tak między nami mówiąc, i to nie tylko dlatego, że chodzi do komisji.
Ale ogólnie napisz Ksenia, i powtórz wszystkim w Łapach i tym, co tu spotykasz, też, że sobota jest od tego, by mamy odpoczęły, mówi Roman. Any się to co prawda nie tyczy, bo Ana zawsze ma jakiś plan dla siebie też, i nigdy nie jest to odpoczynek, ale Roman jest na dobrej drodze. Mówię wam, będzie gorąco!
Thursday, 18 April 2013
(51) autor
W sumie wiem, że Ana Martin to nie byle kto, uczona, z dyplomami i w ogóle pani, no ale że się zna na tyle na książkach, że ją poproszą o rozmowę z prawdziwym pisarzem, to mi się po prostu nawet nie śniło. Tymczasem w poniedziałek jak grom z jasnego nieba spadła na mnie wiadomość, że nie ma żadnego fajrantu, tylko bez protestów i kwękań następuje wymarsz nas obu na spotkanie z autorem. Najpierw nie zrozumiałam, bo czemu ja, mało oczytana w stosunku do Martinów, choć i tak już biję łapskie i polskie chyba też rekordy, więc dlaczego ja, a nie Roman, którego mały Łukaszek nazwał nawet czytadełkiem, mam się pocić pod wzrokiem artysty, strzelać mądre miny i czerwienić, jeśli przypadkiem o coś spyta? Wywijałam się, jak mogłam, a to, że prasować trzeba, a to, że głowa, takie tam babskie wymówki, ale nie było zmiłuj się, Ana już dawno postanowiła, że to Roman zostanie z maluchem, a ja się będę dokształcać, przy gorącym aplauzie naszych mężczyzn, jednym słownym, drugim machanym łapami, bo oni lubią przebywać razem, najlepiej w myjni, garażu lub windzie, bo Iwonek jest zawołanym windziarzem. Poza tym wiecie, jak jest, jak Ana coś sobie wbije do głowy, to nie ma na nią mocnych, i po prostu nie było jak nie pójść.
Ale nie było źle. Po pierwsze autor okazał się Polakiem, i mimo że personel, jak zwie go Ana, to nawet nienapuszony, miły wręcz i ludzki względem młodszych i głupszych pewnie, jak ja. Persona, persona, klepie mnie po ramieniu Roman, jak tam twój francuski Ksenia, chyba wiesz, co znaczy personel, a co persona? A jak nie wiesz, to nie szkodzi, młoda jesteś, masz czas, pójdziesz znów na spotkanie z Aną co najwyżej, śmieje się. Po drugie, kontynuuję dalej, bez dalej, poucza Ana, ale zostawiam, bo tak mi się podoba, autor był schludnie ubrany, miał normalne włosy, a nie jakieś pozlepiane kłaki do pasa, można powiedzieć, że niczym się nie wyróżniał. Jak zwykły człowiek! Pił i palił jak wielu, nie mogę powiedzieć, jak każdy, bo ja nie, i do tego polskie picie różni się od belgijskiego. O czym zresztą też była mowa, że tu wino, a w Polskach A i B wódka, choć jak mawia Ana, główny cel jest ten sam, a reszta to wymówki światowców.
Po trzecie przyznaję, że wcale a wcale nie był straszny, tylko bezpośredni i fajnie opowiadał, jakby nas od dawna znał i sam nie był znany, jak wielu takich, co ledwie się raz w telewizji pokażą i już są niby lepsi. Gdyby nie był starawy, co najmniej tyle lat, co Roman, to bym zaryzykowała stwierdzenie, że był fajny! Normalnie jak jakiś kolega.
Po czwarte mam książkę z autogramem! Odręcznym! Podpisem takim specjalnym! Autografem zresztą chyba, ale sprawdzę. Sam mi ją dał i okiem mrugnął przy tym, że to na dobry początek drogi w Belgii, skorom najmłodsza na sali, a książka opowiada o Belgii właśnie, choć tytułu nie rozumiem, to jak będę sprawdzać autograf, to od razu zerknę pod m. Na okładce czekoladki. Hmm. Dziwny koncept, ale nie każdy urodził się artystą, jak widać, podsumowała moje wątpliwości Ana Martin, i tym wypadało chyba zamknąć, gdyż podpatrzyłam u autora, jak to on robi na końcu rozdziału i wyszło mi, że musi być mocny akcent. Nie zamknęłam, bo dopisałam, ale uczę się.
Ale nie było źle. Po pierwsze autor okazał się Polakiem, i mimo że personel, jak zwie go Ana, to nawet nienapuszony, miły wręcz i ludzki względem młodszych i głupszych pewnie, jak ja. Persona, persona, klepie mnie po ramieniu Roman, jak tam twój francuski Ksenia, chyba wiesz, co znaczy personel, a co persona? A jak nie wiesz, to nie szkodzi, młoda jesteś, masz czas, pójdziesz znów na spotkanie z Aną co najwyżej, śmieje się. Po drugie, kontynuuję dalej, bez dalej, poucza Ana, ale zostawiam, bo tak mi się podoba, autor był schludnie ubrany, miał normalne włosy, a nie jakieś pozlepiane kłaki do pasa, można powiedzieć, że niczym się nie wyróżniał. Jak zwykły człowiek! Pił i palił jak wielu, nie mogę powiedzieć, jak każdy, bo ja nie, i do tego polskie picie różni się od belgijskiego. O czym zresztą też była mowa, że tu wino, a w Polskach A i B wódka, choć jak mawia Ana, główny cel jest ten sam, a reszta to wymówki światowców.
Po trzecie przyznaję, że wcale a wcale nie był straszny, tylko bezpośredni i fajnie opowiadał, jakby nas od dawna znał i sam nie był znany, jak wielu takich, co ledwie się raz w telewizji pokażą i już są niby lepsi. Gdyby nie był starawy, co najmniej tyle lat, co Roman, to bym zaryzykowała stwierdzenie, że był fajny! Normalnie jak jakiś kolega.
Po czwarte mam książkę z autogramem! Odręcznym! Podpisem takim specjalnym! Autografem zresztą chyba, ale sprawdzę. Sam mi ją dał i okiem mrugnął przy tym, że to na dobry początek drogi w Belgii, skorom najmłodsza na sali, a książka opowiada o Belgii właśnie, choć tytułu nie rozumiem, to jak będę sprawdzać autograf, to od razu zerknę pod m. Na okładce czekoladki. Hmm. Dziwny koncept, ale nie każdy urodził się artystą, jak widać, podsumowała moje wątpliwości Ana Martin, i tym wypadało chyba zamknąć, gdyż podpatrzyłam u autora, jak to on robi na końcu rozdziału i wyszło mi, że musi być mocny akcent. Nie zamknęłam, bo dopisałam, ale uczę się.
Tuesday, 19 March 2013
(50) jufka
Chyba my jako Martinowie
to nie byle kto, bo Roman z pracy jeździ za granicę. Głównie do
Zalcburga we Francji, ale to była część niemiecka, więc taka
nazwa nie dziwi, nawet w zapisie, który wygląda inaczej, bo
Salzburg.
Normalnie tak go wysyłają
z dnia na dzień, jakby to była najnormalniejsza rzecz w świecie,
tak wyjechać. Bo to dziś jest najnormalniejsza rzecz w świecie
Ksenia, nic nie trzeba, teoretycznie trzeba mieć przy sobie paszport
albo jakiś dowód, ale praktycznie nikt tego nie sprawdza, mądrzy
się Ana; tak więc można wyjechać tak, jak się stoi, i dojechać
na drugi koniec Europy. To znaczy, poprawia się zawsze czujna Ana,
tylko ze Wschodu na Zachód, bo w odwrotnym kierunku trzeba jednak
paszport. Sama wiem, że do Rosji na przykład nie wjedzie się, i do
kilku innych nowych krajów też, takie różne Stany są tam teraz,
Ana nie musi mi wszystkiego tłumaczyć.
Patrząc z Sanżila podróż
zagranicę to naprawdę jest jak przejazd z Łap do Białegostoku
albo jak z Warszawy do Krakowa, to dla tych, co są bardziej obeznani
z Polską A i anatomia Polski B nic im nie mówi. Dlatego
pojechaliśmy do Francji, Romana posłali, a my udałyśmy się w
asyście legalnej, a Iwonek – nielegalnej. Wyjaśnić łatwo: my
mamy paszporty, co prawda ja przeterminowany, ale zawsze jest,
natomiast Iwonek – nie. Nie udało się wyrobić, mimo że Iwonek
ma piękne zdjęcie, na którym wyretuszowano fotoszopem rękę
podtrzymującego go Romana. No i z tym zdjęciem byliśmy wszyscy w
konsulacie, ale kolejka za długa, akurat załatwiali formalności z
transportem zwłok, a Iwonek miał to gdzieś. Dlatego przejechał
tak sobie, na luzaka całkowitego, jakby był bezpaństwowcem. Ta Ana
to naprawdę ma pomysły, i jeszcze sobie spokojnie całą drogę
czytała, jakby wszystko było zgodne z prawem doprawdy.
Dojechaliśmy. Myślałam
cały czas, że Roman tu do pracy, a wcale nie! Bo ledwo się
rozpakowaliśmy, to on już na jufkę się szykuje. My z Aną
wybałuszamy oczy, co to? A Roman, że specjalny kebap, a co jak co,
ale na kebapach to on się akurat zna. I że idziemy pod blok, bo w
Salzburgu/ Zalcburgu, gdzie właśnie Roman ma komisję akurat, co
blok to kebap.
Iwonka hop do wózka i
jedziemy, kierując się, jak zwykle, zapachem. Jest napis open, więc
wchodzimy. Jest i jufka, w jadłospisie znaczy się. Zamawiamy dla
każdego, a pan Turek pyta, skąd my. My, że z Polski. On
szczęśliwy, po minie sądząc, bo po zalcbursku mówi chyba, w
każdym razie słowa jakby francuskie, ale nieodmienione, więc
wnioskuję głównie z miny. Szczęśliwy, bo w jego ojczyznie, czyli
Turcji, mniemam, Polska ma ładną nazwę, a w mieście, z którego
przyjechał, jest nawet polska dzielnica. Tu natomiast pan Turek ma
polską sąsiadkę i też git.
Roman i ja gapimy się,
Ana kąwersuje, cały czas ma jakieś pytania, a to o dzieci, a to o
Turcję, tymczasem na placku już skrojony kurczak, tylko jufki brak.
Wreszcie i ja się odważam, i pytam, co to jest jufka? A pan, że to
krep. Jaki krep? Krepa zwykła, taki naleśnik?
Roman tłumaczy z
wyższością, że jest różnica: na Sanżilu jufkę wyjmą z worka
i nazwą pitadurum. Bo to nie zawsze są Turcy, głównie Maroko
obstawiło biznes, twierdzi Roman, podczas gdy w Zalcburgu – są
liczni Turcy. Uczciwi do tego, ekobio, nie idą na łatwiznę i nie
kupują gotowców. Dlatego tu ciasto na krepę robią sami i nazywają
jufką. Zresztą zaraz same spróbujemy, to zobaczymy.
Patrzymy po sobie z Aną i
chyba nam po głowie chodzi to samo. Ci faceci, naprawdę słów
brakuje! Wierzyć się nie chce, toż to na Sanżilu, w Warszawie, w
Siematyczach nawet - wszędzie się dostanie jufkę, bo to pitadurum
zwykły. Więc niech mi Roman nawet nie mówi, że po to narażaliśmy
Iwonka na zatrzymanie przez milicję w tej nowej Europie bez granic i
paszportów, gdzie nawet jufka rozlała się swobodnie z Turcji na
cały kontynent i sama nawet nie wie, że bywa też pitadurumem.
Monday, 18 March 2013
(49) atak zimy
Roman żyje na świecie
już chyba 40 lat, choć przyznam, że nawet na tyle nie wygląda, i
to wcale nie maciupki Iwonek go tak odmładza; z ducha też wydaje
się raczej fajny, oczywiście nie zna najnowszej muzyki,
najważniejszych gwiazd z Warszawy, z Krakowa, skąd pochodzi,
zresztą też nie, o programach telewizyjnych już nie wspomnę, bo
ani Ana, ani on, telewizji nie oglądają. Ba! Nie tylko nie
oglądają, ale nawet nie mają, znaczy się mają telewizor, ale nie
płacą abonamątu Krajowej Radzie i tak się tylko kurzy; dla
porządku dodam, że moi też nigdy abonamątu nie płacili, a
oglądali cały dzień, i to kablówkę, no ale u Martinów to
inaczej, oni po prostu nie są zainteresowani, a szkoda, bo na
Zachodzie jesteśmy bliżej świata i satelitów, i mówili u
Adriana, że z platformy można ściągnąć z 500 programów, czasu
na oglądanie za to już nie, złośliwie komentuje Ana.
Roman zna bardzo dużo
fajnych historyjek, które kiedyś wyczytał w bibliotekach, jak
jeszcze do nich chadzał, lub usłyszał w barach w Polsce A, jak też
do nich chadzał, choć jedno z drugim nie ma wiele wspólnego, bo w
bibliotece niby studiował mądrości, a w barach – życie, mówi,
zgrywając się nieco, jak to on. I w barach dowiedział się właśnie
chyba na przykład, że jak zbliża się niespodziewany atak zimy, to
zaskakuje drogowców, cieszą się na niego natomiast amatorzy
białego szaleństwa. Myślałam o tym cycacie dzisiaj, gdy wstałam,
spojrzałam za okno, a tam znowu biało! Atak zimy prawie wiosną! I
to na Sanżilu, nie u nas, gdzie w marcu jak w garncu, a kwiecień
plecień, więc kurtki do maja można nie chować, bo wtedy z kolei
trzej zimni ogrodnicy i wstrętna zimna Zośka. Co my będziemy robić
dziś, uwięzieni w domu? Komisję Romana zamknęli nawet, siła
wyższa podobno zadziałała, to się pokotłujemy we własnym sosie.
Jakbyśmy mieli telewizję,
przynajmniej jedynkę, to by sprawa była załatwiona. A tak co?
Gapić się w okno? Możesz pooglądać, jak chcesz Ksenia, wzrusza
ramionami Ana, jak już nie wiesz, co z sobą począć, my tu z
Romanem sobie poradzimy, a ty idź do Stefana, on ma programów z
tysiąc albo i dwa, i nie ogląda, to sobie włączysz, przynajmniej
raz się na coś przyda abonamąt. Idź, tylko nóg nie połam, na
drogach szklanka; w Belgii dziś zaskoczeni drogowcy, a amatorzy
białego szaleństwa i tak nigdzie nie dojadą, bo albo stoją w
korkach, albo nie mogą ruszyć na letnich oponach. Bo tu Ksenia nie
odśnieżają nawet lotniska, za mało pługów, więc w dzień ataku
zimy kraj po prostu zamiera. Idź do Stefka, sprawdźcie, co mówią
starsi belgijscy policjanci, jak wygląda sytuacja na drogach itp.,
skręca się ze śmiechu Ana.
Mi tam zima niestraszna, wiadomo, zawsze jakiś Francuz mi w końcu
powie, że w Polsce to dopiero mrozy. Trochę się zgadza, trochę
nie, Polska A to nie Polska B, pogodowo też się różnią, ale nie
prostuję już, bo ile można. W każdym razie w Łapach też pługu
nikt nigdy nie widział, a żyć trzeba było. Więc lecę na tiwi.
Że też nie wiedziałam wcześniej! Od razu żałuję, że Stefan
taki stary, tylko niewiele młodszy od Romana, o garść włosów,
można by powiedzieć, co by w Łapach na takiego powiedzieli. No i
ma swoje na koncie, wiadomo, w tym wieku rzadko kto jest dostępny
pod względem sakramentów. Takie czasy, jak mawiają najstarsi
górale, kwituję sobie sama.
Subscribe to:
Posts (Atom)