Ana Martin podsunęła mi pod nos pewne czasopismo, nie czytuję takich, ale zrobiłam wyjątek, bo stała nade mną i nie popuściła, póki nie przeczytałam do końca. Poza tym było słowo ekstra w tytule, co brzmi światowo, myślałam, że będzie o gwiazdach, ale płonne nadzieje. Żadnych zdjęć nawet nie dali, tylko faceta z wąsami, dość nieładnego.
Ana pyta, co o tym sądzę? Aż cała chodziła z nerwów, często się to jej co prawda zdarza, ale głównie dlatego, że świat jej nie rozumie, albo nasz mały sanżilowski światek, i wtedy można to zrozumieć, bo ona chce dobrze, a reszta tego nie widzi; żeby jednak tak się zżymać z powodu jakiejś pisaniny? Ana mówi, że nie o tę pisaninę chodzi, nawet jeśli podobno słowa wyszły spod pióra jakiegos filozofa czy innego filomena, tylko o puszczenie w Polskę (no i Europę, dodaję, chrząkając znacząco, bo nie po to ruszyłam z Łap, by znowu być w Polsce, nawet jeśli to tylko figura literacka) fatalnego przekazu.
Nie zrozumiałam, więc Ana krzyczy, chociaż ona podobn rzadko krzyczy, czasami tylko podnosi głos, gdy nikt jej nie słucha; a więc - czy ja naprawdę nie pojmuję, że w kraju, w którym kobiety nie mają za co rodzić, dopiero się wprowadza urlopy tacierzyńskie dla ojców, rząd - tu Ana aż się zachłystuje powietrzem (jak mały Iwo, gdy żąda mleka: lait! lait! leeeeee!), bo aż jej słów brakuje, by opisać harce z in vitro, wicie się ministrów ze strachu przed klechami (jak to ona nazywa), rząd, czyli zbiór bezjajowych facetów-konserw - a więc że w takim kraju żaden filozof nie ma prawa napisać o kobietach, że są to niemądre, paplające wózkowe. Nawet jeśli jest nainteligentniejszy w całym kraju, co swoją drogą teraz jest możliwe, bo Ana już przecież rządzi na Sanżilu. I że to krzywda i obraza i co robić, gdy nawet mądrzy na oko faceci wypisują głupoty? Tylko usiąść w kącie i płakać, smuci się Ana, ja na to, że w tytule książki było inaczej, rzeka jakaś, ale Ana patrzy groźnie i mówi, bym takich książek akurat nie czytała, bo tylko w głowie mącą i udają literaturę. Żebym lepiej jej posłuchała choć raz (!!!) - jakby się dało inaczej, między nami mówiąc...
Ana leci dalej: jej zdaniem filozof siedział w pokoju, pod blokiem zasiadły jakieś niezbyt mądre kobiety i dalejże gadać o głupotach. Pech chciał, że stały obok nich wózki, dzieci pozostawiono same sobie. Filozof miał do napisania felieton. Zero pomysłu. Czas nagli. Nerwówka. Matki pod oknem palą, paplają, dzieci się drą, ciężko coś tu wymyślić. Szyby drżą. Filozof gna do okna, by je zamknąć, już ma wybiec na balkon i zwrócić uwagę tym na ławce, by pilnowały dzieci, zamiast strzępić język po próżnicy i nagle: eureka (czy ełreka??? co to?)! Jest temat! i zamiast pomyśleć, jak uogólniona nazwa "wózkowa" źle się przysłuży wszystkim Polkom, on, zaślepiony prywatną zemstą za brak natchnienia, dowala poniekąd wszystkim kobietom, matkom, babkom i singielkom też, dając do zrozumienia, że wózek równa się zmiękczeniu mózgu, brakowi ambicji, nieoczytaniu, nieokrzesaniu, że to ogólnie może jeden poziom nad zapitym menelem.
I Ana mówi, że nie zgadza się z Romanem, który twierdzi, że filozof napisał tylko o tych głupawych babach. Ana mówi, że w takim razie nie powinien był w ogóle wspominać słowa "wózek". Bo Ana i jej koleżanki od spacerów wcale nie są aż takie do niczego. Są po prostu sobą, może nawet głupie, ale nie przez wózek, tylko dlatego, że takie są. Rita stwierdziła nawet, że są na luzie, w porównaniu do matek z innej paczki. No i, wtrącam, Rita i Nina to przecież chuściary, wózki mają, ale mało używają, tylko, gdy już za ciężko od nabombanych leeeee bobasów. A teraz za jednym zamachem co najmniej na rok zostały wózkowymi.
Ana załamana. Ale o nią się nie martwmy, ona da sobie radę. Jakoś mi dziś smutno z powodu innych wózkowych, bez szans na zrozumienie u Romana i potrzebujących wsparcia od państwa, rodziny oraz ludzi nauki, w tym filozofa.
Tuesday, 9 October 2012
Saturday, 6 October 2012
(18) iwo(nek)
Widzę wyraźnie, że po moim powrocie Ana Martin też odetchnęła. Jestem jej potrzebna jak
nigdy dotąd, bo i na Sanżilu wielkie zmiany. Jest maluch i to nie byle
jaki! Ma na imię Iwo. Też mi pomysł! Podobno Romana, zaznacza Ana
Martin, i dodaje, że ona woli imiona rosyjskie, czyli ruskie, w rodzaju Iwan, Iwo to końcówka wyraźnie zbyt zachodnia, jak na jej gusta, włoska albo nawet francusko-hiszpańska, a Ana jest komunistką, zawsze chce, by było po równo, zapomina o tym tylko, jak zawsze wychodzi na jej; ponieważ większość rzeczy w domu wymyśla jednak Ana, bo - jak już nie raz i nie dwa pisałam, u nas głównie ona ma rację, a nawet jak nie ma, to i tak gada tyle, że w końcu ma, mimo tego komunizmu - no więc ten jeden raz pozwoliła mieć rację Romanowi i Roman mógł sobie wybrać imię dla synka. Wybrał może i nie najtrafniej, jest przecież tyle dźwięcznych i nowoczesnych imion, w rodzaju Adrian, Krystian czy Kewin, ale na męski upór nie ma mocnych, wzdycha Ana Martin, tak jakby sama nie była uparta jak kozioł. I podkreśla, że Borys albo Igor byliby odpowiedniejsi (wszystko, byle nie ruskie dać, co ta Ana, zmysły postradała, ale tak w ciąży podobno się dzieje).
Iwo dziwo, podśpiewuję sobie, krzątając się po domu. Raz Roman usłyszał i mówi: a ty jesteś Ksenia, też niezbyt was dużo. Święta prawda, oprócz tej z czeskiej bajki, którą znają starsi, co w latach 80. oglądali telewizję, nie znam żadnej. Swoją drogą ciekawe, jak matuś na to wpadli? Zaraz zaraz, to chyba z tego czeskiego filmu właśnie, w końcu mama jest prawie że w wieku Any Martin, tylko dzieci wcześniej rodziła, jak przystało, nie czekając na ostatnią chwilę, jak Ana.
Z Arabelli, czechosłowackiego serialu, a nie czeskiego, wtedy była Czechosłowacja, a w niej skarby nieprzebrane, jak białe tenisówki z gumką, uściśla Ana Martin, ona zawsze się przyczepi, sama mówi o sobie, że jest małostkowa, a jej matka to już w ogóle nie może tego w niej ścierpieć. Roman jeszcze może, bo ją kocha. A małego Iwa (lub Iwona, jak śmiesznie należy podobno napisać) kochają bezgranicznie obydwoje. Iwo dziwo.
Iwo dziwo, podśpiewuję sobie, krzątając się po domu. Raz Roman usłyszał i mówi: a ty jesteś Ksenia, też niezbyt was dużo. Święta prawda, oprócz tej z czeskiej bajki, którą znają starsi, co w latach 80. oglądali telewizję, nie znam żadnej. Swoją drogą ciekawe, jak matuś na to wpadli? Zaraz zaraz, to chyba z tego czeskiego filmu właśnie, w końcu mama jest prawie że w wieku Any Martin, tylko dzieci wcześniej rodziła, jak przystało, nie czekając na ostatnią chwilę, jak Ana.
Z Arabelli, czechosłowackiego serialu, a nie czeskiego, wtedy była Czechosłowacja, a w niej skarby nieprzebrane, jak białe tenisówki z gumką, uściśla Ana Martin, ona zawsze się przyczepi, sama mówi o sobie, że jest małostkowa, a jej matka to już w ogóle nie może tego w niej ścierpieć. Roman jeszcze może, bo ją kocha. A małego Iwa (lub Iwona, jak śmiesznie należy podobno napisać) kochają bezgranicznie obydwoje. Iwo dziwo.
(17) stąd
Ksenia, a gdzie ty żeś się podziewała i jak ty wyglądasz, niebożę, załamała ręce Ana Martin, gdy po roku pokazałam się w jej drzwiach. No normalnie, mówię na to, trzeba było jechać do Łap na gwałtu rety, to pojechałam. Bez słowa, prawda. Nieładnie. Sytuacja taka się zrobiła nagle z Waldkiem, że normalnie wstałam w nocy i wyszłam. Autobus jeździ co sobotę, to na poniedziałek byłam w domu. To było rok temu, ale czas leci! Wiem, że Ana Martin się martwiła, a Roman nawet był na policji w Sanżilu. Głupio mi było tak uciekać, więc z nerwów nic nie napisałam. Dopiero na święta napisałam na żeesema, że wszystko sa wa i że trochę to potrwa. I że zobaczymy.
Ale wróciłam. Musiałam sprawdzić, czy Ksenia jest jeszcze stamtąd i co z Waldkiem. Już wiem. A więc - Ksenia już nie jest stamtąd. Jest stąd. Swojska, znaczy się - z Brukseli. A Waldek - stamtąd, i niech tam siedzi. Oraz znaczy to, że będę pisać dalej. Może nauczę się francuskiego albo tego drugiego języka, chociaż może nie trzeba, bo to prawie jak niemiecki, a tego to akurat nieco liznęłam, gdy pracowałam przy polowaniach w Białowieży.
Może Kseni trzeba szukać już w Brukseli? Pamiętam, że jak powiedziałam Anie Martin, że szukam siebie, chcąc brzmieć jakoś tak podniośle i autentycznie, jak ktoś z Bitwy na głosy albo Mast bi de muzik, Ana zaśmiała się i spytała, czy w takim razie dzwonię z Indii? Nie zrozumiałam, o co jej chodzi, w sumie z Łap bliżej do Azji, niż z Belgii, ale kto by tam jechał, ohydnie gotują, gorąco i robaki. Zresztą jak się zastanowić, to w sklepikach na Ikselu może i bliżej do Azji, niż w Polsce? Śmierdzi w każdym razie jak tam zapewne i dziwne rzeczy sprzedają.
Jestem więc z powrotem w Belgii. Coraz więcej polskich sklepów, nowe towary, nowe twarze w kościele. I ja jakby odnowiona. Już stąd, nie stamtąd. Brawo Ksenia, mówi Roman. Bo nie można żyć naraz w dwóch miejscach.
Ale wróciłam. Musiałam sprawdzić, czy Ksenia jest jeszcze stamtąd i co z Waldkiem. Już wiem. A więc - Ksenia już nie jest stamtąd. Jest stąd. Swojska, znaczy się - z Brukseli. A Waldek - stamtąd, i niech tam siedzi. Oraz znaczy to, że będę pisać dalej. Może nauczę się francuskiego albo tego drugiego języka, chociaż może nie trzeba, bo to prawie jak niemiecki, a tego to akurat nieco liznęłam, gdy pracowałam przy polowaniach w Białowieży.
Może Kseni trzeba szukać już w Brukseli? Pamiętam, że jak powiedziałam Anie Martin, że szukam siebie, chcąc brzmieć jakoś tak podniośle i autentycznie, jak ktoś z Bitwy na głosy albo Mast bi de muzik, Ana zaśmiała się i spytała, czy w takim razie dzwonię z Indii? Nie zrozumiałam, o co jej chodzi, w sumie z Łap bliżej do Azji, niż z Belgii, ale kto by tam jechał, ohydnie gotują, gorąco i robaki. Zresztą jak się zastanowić, to w sklepikach na Ikselu może i bliżej do Azji, niż w Polsce? Śmierdzi w każdym razie jak tam zapewne i dziwne rzeczy sprzedają.
Jestem więc z powrotem w Belgii. Coraz więcej polskich sklepów, nowe towary, nowe twarze w kościele. I ja jakby odnowiona. Już stąd, nie stamtąd. Brawo Ksenia, mówi Roman. Bo nie można żyć naraz w dwóch miejscach.
Tuesday, 20 September 2011
(16) kolacja
Już wiem, co się stało na kolacji. Ana Martin aż zgrzytała zębami, jak o tym opowiadała. I że - jak to zwykle ona - z góry wiedziała, jak to się skończy. Podziwiam ją naprawdę za tę umiejętność, zawsze jej to szczerze powtarzam, a ona się denerwuje, że się nabijam. A więc poszli się spotkać z znajomymi. Ci znajomi zaprosili innych znajomych. Jak to w Brukseli, umówić się niełatwo. Wszyscy pracują do późna, potem mają zajęcia dodatkowe, zazwyczaj maksymalne nieprzydatne, jak: gotowanie brazylijskie, układanie mozaik, wycinanki bynajmniej nie łowickie, lecz z kartonu, zalza czy inne tańce, można by tak bez końca. Uczą się i douczają na okrągło, nikt nic z tego nie ma, oprócz zajęcia czasu do momentu pójścia spać, tak by już nie trzeba się było zastanawiać nad tym wszystkim, i nad samym sobą przed wszystkim, tak twierdzi Ana. No ale udało im się umówić. Typowa kolacja komisyjna, według Any, nie rozumiem, o co jej chodzi, a ona, że takie spotkanie zaczyna się od pytania, w którym biurze komisji się pracuje, by określić, z kim mamy do czynienia. Nie rozumiem, jakiej komisji, tej samej, co Any? Albo Romana? To wszystko jest to samo, Ksenia, ila razy mam ci powtarzać, że tu tak to wygląda, że większość ludzi z Polski pracuje - upraszczając dla ciebie, Ksenia! ostrzega lojalnie Ana - jakby w jednym budynku. Nieprawda, co też ta Ana Martin wygaduje, większość ludzi z Polski pracuje na budowie albo na stałce! Racja, mówi Ana, ale większość z tych, dla których komisja jest ważnym punktem odniesienia, pracuje właśnie tam i co gorsza życia sobie poza nią nie wyobraża. Rozumiesz Ksenia? Żyją w szklanej bańce i myślą, że wszędzie na świecie jest tak dobrze, a nawet jak nie jest, to trudno! I co, znacie takich? i to ilu! prawie że krzyczy Ana. I takie osoby były w sobotę? badam. Jedna taka, a druga chyba pod jej wpływem, albo tak zdoktorowana czymś innym, że już sama nie wiem, podnieca się dalej Ana. Zdoktorowana? To tak jak ty, Ana, chcę się dowiedzieć? Zin-do-ktry-ni-zo-wa-na, skanduje Ana, a to nie jak ja! Znaczy się, może i jak ja, ale z innej strony, to jest prawej. A ty z lewej? uściślam. Lewej czy lewicowej, odpowiada, a mi się wszystko miesza, więc siedzę już cicho i czekam co powie.
Piszę, to co Ana wyrzuca z siebie jednym tchem: to była dziewczyna. I była: mloda, atrakcyjna, pracująca od lat, niezależna, wykształcona. Wydawało się nawet, że dosyć mądra i rozsądna, ale jednak nie. Bo oto doszło niestety do rozmów nacechowanych politycznie (Ksenia, komisja na tym polega, zawsze tak jest, nawet, jak wszyscy się śmieją, to nie może to długo trwać, bo zawsze musi być za poważnie...aaa! to Ana, nie ja) i ta dziewczyna mówi, że ona nie popiera parytetu dla kobiet. Bo to by oznaczało, że rządzić będą osoby do tego nieprzygotowane. Nie wiem, co to parytet, udaje mi się wtrącić w monolog Any. Parytet jest wtedy, gdy kobiet w rządzie jest tyle, co mężczyzn, tłumaczy Ana. Natomiast parytet w Polsce wygląda tak, że kobiet z urzędu ma być mniej, ale i tak większość gardłuje, że i te nierówne 35% to za dużo. I że Ana myślała, że głównie krzyczą mężczyźni, ale właśnie nie! Nie tylko! Kobiety też, tak jak ta tu, Ana małpuje ją, wydymając wargi, kobiety też uważają, że im się to nie należy! To się Anie w głowie nie mieści, którą - zgodnie z podwórkowym przysłowiem - w tym przypadku nazywa pałą. Żeby ktoś chciał mniej znaczy się, mimo że może być więcej? próbuję przetłumaczyć na łapskie. Mniej więcej, przytakuje Ana. Że dla siebie, to nic, niech sobie siedzi na swojej grzędzie. Ale co gorsza, i to już zakrawa na zbrodnie, chce mniej dla innych! Czyli dla połowy społeczeństwa! Czyli jest ślepa! rozpacza Ana. Powiedz mi Ksenia, czy to ja zwariowałam???
Piszę, to co Ana wyrzuca z siebie jednym tchem: to była dziewczyna. I była: mloda, atrakcyjna, pracująca od lat, niezależna, wykształcona. Wydawało się nawet, że dosyć mądra i rozsądna, ale jednak nie. Bo oto doszło niestety do rozmów nacechowanych politycznie (Ksenia, komisja na tym polega, zawsze tak jest, nawet, jak wszyscy się śmieją, to nie może to długo trwać, bo zawsze musi być za poważnie...aaa! to Ana, nie ja) i ta dziewczyna mówi, że ona nie popiera parytetu dla kobiet. Bo to by oznaczało, że rządzić będą osoby do tego nieprzygotowane. Nie wiem, co to parytet, udaje mi się wtrącić w monolog Any. Parytet jest wtedy, gdy kobiet w rządzie jest tyle, co mężczyzn, tłumaczy Ana. Natomiast parytet w Polsce wygląda tak, że kobiet z urzędu ma być mniej, ale i tak większość gardłuje, że i te nierówne 35% to za dużo. I że Ana myślała, że głównie krzyczą mężczyźni, ale właśnie nie! Nie tylko! Kobiety też, tak jak ta tu, Ana małpuje ją, wydymając wargi, kobiety też uważają, że im się to nie należy! To się Anie w głowie nie mieści, którą - zgodnie z podwórkowym przysłowiem - w tym przypadku nazywa pałą. Żeby ktoś chciał mniej znaczy się, mimo że może być więcej? próbuję przetłumaczyć na łapskie. Mniej więcej, przytakuje Ana. Że dla siebie, to nic, niech sobie siedzi na swojej grzędzie. Ale co gorsza, i to już zakrawa na zbrodnie, chce mniej dla innych! Czyli dla połowy społeczeństwa! Czyli jest ślepa! rozpacza Ana. Powiedz mi Ksenia, czy to ja zwariowałam???
Sunday, 18 September 2011
(15) feminizm
Dziwię się sama sobie, że mieszkając z Aną Martin już tyle miesięcy, dopiero dziś piszę coś o feminizmie. (Chciałam napisać "feminiźmie", ale odkąd Ana położyła niby przypadkiem na biurku słownik, wszystko sprawdzam; pamiętam jednak, że w Łapach w takich wypadkach pisaliśmy przez "ź" i nikt nic nie mówił, ale może to było w ubiegłym wieku i reguły się zmieniły? Wszystko płynie, ktoś powiedział, spytam Romana, kto). Teraz też się waham, czy zostawić nawiasy, czy usunąć, bo chcę upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i napisać, że muszę spytać Romana jeszcze o coś, a mianowicie, o co chodziło Anie Martin, jak wróciła wczoraj z kolacji i wzburzona opowiadała o przestarzałych, nieprzystających do życia opiniach Polek z Brukseli? Które od lat są feministkami, same o tym nie wiedząc? Pewnie nie chodziło jej o wszystkie, ale zaraz wypytam Romana, widzę, że zabiera się do naprawy żyrandola, więc ma czas. (A nawias na razie zostawię, i drugi wstawiłam, co mi szkodzi!).
To już wiem. Roman mówi, że Ana zawsze tak ma, angażuje się w rozmowy z niezbyt mądrymi osobami, co do których na kilometr widać, że nie myślą, tylko powtarzają zasłyszane w rodzinie, radiu, telewizji, szkole czy kościele frazesy (nowe słowo i nowy nawias). Roman próbuje co prawda ją powstrzymywać, ale Ana już gna, denerwuje się głupotą rozmówcy, pryncypialnym podejściem (kolejne nowe słowo, czwarty nawias, co to się dzieje!), wydymaniem warg świadczącym o dziecinnym obrażaniu się, ale najbardziej tym - tak twierdzi Roman - że świat idzie do przodu, a niektórzy nie. Że kobiety mogą osiągnąć już to samo, co mężczyźni, i że on zawsze powtarza Ana, że są same dla siebie przeszkodą. Choć mogą wiele zyskać. Choć, jak mówi Roman, który jest - przypominam! - a-dwo-ka-tem!!!- bodajże po raz pierwszy w historii mają wszystkie instrumenty prawne, by nie czuć się na straconej pozycji z racji płci. Jak to, wtrącam się, to ktoś mógłby nie chcieć z tego skorzystać? Ja tam bym pierwsza chciała! To już, mówi Roman, zapisz się na studia! E tam, ja? Skąd! Nie poradzę sobie, odpowiadam zażenowana. I o to właśnie chodzi, tryumfuje Roman. Żaden facet nie udzieli takiej odpowiedzi, bo tak się już od wieków utarło, że mężczyźni się uczą, by rządzić, a kobiety - by się czuć niegodne sprawowania funkcji publicznych. Tak więc ty Ksenia z góry zakładasz, że sobie nie poradzisz, a facet - że sobie poradzi. Jak to, odpowiadam, ja to może i tak zakładam, bom głupia, ale na przykład taka Ana Martin? O, Ana Martin to dopiero, macha ręką Roman, ta to w ogóle w siebie nie wierzy. Co??? wybałuszam oczy, nasza Ana w siebie nie wierzy? Nigdy bym nie powiedziała...Ja ci to mówię, uśmiecha się Roman: 2 dyplomy, doktorat, języki znane i nieznane i wciąż się jej wydaje, że nic się jej za to nie należy, że pracuje, bo miała niesamowite szczęście, że wszystko, do czego doszła to nie jej zasługa. A czyja, pytam ogłupiała. No właśnie, zrezygnowany podsumowuje Roman: tego nie wie ona sama, ale żle czuje się tak czy owak.
Jestem skołowana! Muszę pogadać z Aną.
To już wiem. Roman mówi, że Ana zawsze tak ma, angażuje się w rozmowy z niezbyt mądrymi osobami, co do których na kilometr widać, że nie myślą, tylko powtarzają zasłyszane w rodzinie, radiu, telewizji, szkole czy kościele frazesy (nowe słowo i nowy nawias). Roman próbuje co prawda ją powstrzymywać, ale Ana już gna, denerwuje się głupotą rozmówcy, pryncypialnym podejściem (kolejne nowe słowo, czwarty nawias, co to się dzieje!), wydymaniem warg świadczącym o dziecinnym obrażaniu się, ale najbardziej tym - tak twierdzi Roman - że świat idzie do przodu, a niektórzy nie. Że kobiety mogą osiągnąć już to samo, co mężczyźni, i że on zawsze powtarza Ana, że są same dla siebie przeszkodą. Choć mogą wiele zyskać. Choć, jak mówi Roman, który jest - przypominam! - a-dwo-ka-tem!!!- bodajże po raz pierwszy w historii mają wszystkie instrumenty prawne, by nie czuć się na straconej pozycji z racji płci. Jak to, wtrącam się, to ktoś mógłby nie chcieć z tego skorzystać? Ja tam bym pierwsza chciała! To już, mówi Roman, zapisz się na studia! E tam, ja? Skąd! Nie poradzę sobie, odpowiadam zażenowana. I o to właśnie chodzi, tryumfuje Roman. Żaden facet nie udzieli takiej odpowiedzi, bo tak się już od wieków utarło, że mężczyźni się uczą, by rządzić, a kobiety - by się czuć niegodne sprawowania funkcji publicznych. Tak więc ty Ksenia z góry zakładasz, że sobie nie poradzisz, a facet - że sobie poradzi. Jak to, odpowiadam, ja to może i tak zakładam, bom głupia, ale na przykład taka Ana Martin? O, Ana Martin to dopiero, macha ręką Roman, ta to w ogóle w siebie nie wierzy. Co??? wybałuszam oczy, nasza Ana w siebie nie wierzy? Nigdy bym nie powiedziała...Ja ci to mówię, uśmiecha się Roman: 2 dyplomy, doktorat, języki znane i nieznane i wciąż się jej wydaje, że nic się jej za to nie należy, że pracuje, bo miała niesamowite szczęście, że wszystko, do czego doszła to nie jej zasługa. A czyja, pytam ogłupiała. No właśnie, zrezygnowany podsumowuje Roman: tego nie wie ona sama, ale żle czuje się tak czy owak.
Jestem skołowana! Muszę pogadać z Aną.
(14) rowery
Thursday, 8 September 2011
(13) hipochondria
Już wiem, to słowo na samo h, o którym ostatnio pisałam, to wcale nie hipokryzja, cokolwiek by to miało znaczyć, ale hipochondria, chyba z greckiego, albo jeszcze starsze, z łaciny albo żydowskiego. Wszystko wyjaśniło się dzisiaj, gdy Ana Martin powiedziała w gniewie, że ma dość swoich koleżanek hipochondryczek, patrząc na mnie tak, jakby szukała zrozumienia, a ja nie wiedziałam, czy mam przytaknąć, czy zaprzeczyć, więc odważyłam się spytać, o co chodzi. Więc wiem, że chodzi o fałszywe zachorowania, a jeszcze bardziej nawet o umiłowanie złego samopoczucia, które z czasem pozwala znaleźć w chorobie (nieprawdziwej) wytłumaczenie dla całego zła świata. By się nie ruszać z domu. By narzekać. By zawsze we wszystkim potrafić znaleźć coś złego i oczekiwać, że świat to zrozumie. Tak mniej więcej wykrzyczała to Ana Martin i westchnęła, że i tak lubi koleżanki. I że ona im pokaże. Że skończyła się dobra Ana Martin, zawsze gotowa dojechać, donieść, dopieścić. Podobno teraz ją mają dopieszczać inni, nie rozumiem co prawda kto, ale zdaje się, że Ana Martin ma dość. Hmm. Spytałam czego, a ona - smutno jakoś - że ma wrażenie, że przyzwyczajono się, że ona może. Może co? pytam. Ana na to, że po prostu może być obecna i pomocna, bo ona tak ma. To prawda, potwierdzam, zawsze w biegu i zawsze chce gdzieś pójść. No właśnie, gorzko ciągnie Ana, oczywiście, że zawsze mogę, bo inni są bardziej zajęci, zapracowani, a przede wszystkim - zmęczeni. Tak jakby ona nie. To nieprawda, ośmielam się powiedzieć, sama widzę to przecież, że od rana gdzieś lata i pięciu minut nie usiedzi, nawet na filmie, jak z uśmiechem skarży się Roman, więc siłą rzeczy musi być troszkę zmachana. Ana mruczy, że ona tak lubi, i że nawet nadal może do wszystkich dojeżdżać, byle by tylko zrozumieć, że czasem trzeba dojechać do niej. I pocieszyć. I nie mówić na okrągło, jak ktoś się ma źle i jak boi się zarazić, bo na świecie są szczepienia, leki itp . i naprawdę większość chorób nie przenosi się tak lekko jak dżuma. Że większość koleżanek ma końskie zdrowie i że to tylko głupie nawyki.
O, entuzjastycznie podnosi głos Ana, mam! Ale jestem głupia! Że też wcześniej na to nie wpadłam...one to wyniosły z domu, wiedzą, że tak się zachowują mądre kobiety! Że niejedno można załatwić jako biedna istotka! Siedzę cicho i pytam, czy Ana też taka chce być, i mówi, że owszem, tylko jak ja mam Ksenia sobie spojrzeć w oczy, skoro czuję, że tak nie można? Że te choroby są w większości wymyślone i że ona jest zdrowa? I one też! Ksenia, ani mi się waż!
O, entuzjastycznie podnosi głos Ana, mam! Ale jestem głupia! Że też wcześniej na to nie wpadłam...one to wyniosły z domu, wiedzą, że tak się zachowują mądre kobiety! Że niejedno można załatwić jako biedna istotka! Siedzę cicho i pytam, czy Ana też taka chce być, i mówi, że owszem, tylko jak ja mam Ksenia sobie spojrzeć w oczy, skoro czuję, że tak nie można? Że te choroby są w większości wymyślone i że ona jest zdrowa? I one też! Ksenia, ani mi się waż!
Subscribe to:
Posts (Atom)