Friday, 15 February 2013

(44) igreje

Idąc Alsębergiem, zawsze sobie myślę, że chyba nie ma w Europie A drugiego kraju, gdzie na jednej ulicy sąsiadują ze sobą fryzjerzy: arabski, brazylijski, portugalski i polski. Polski to Marzena, arabski to chez Mohammed, a dwa pozostałe to homens, mulheres i czasami trzecie słowo a la kreatura, tylko że przez małe "c", bo to słowo zagraniczne. Ma to wpływ na to, kto mieszka na ulicy i wicewersa, jakby nie było kilentów, to fryzjerów też nie, bo kto by z nimi rozmawiał w tych wszystkich językach, które nie są belgijskim? Podaż czyni w końcu popyt, uczyli na wosiu.
Dobra, Ana Martin już patrzy krzywo, więc uściślę, że fryzjerzy nie sąsiadują ze sobą bezpośrednio, mogłoby to być niebezpieczne, rozdziela je nasz swojski Adrian, kilka pustostanów oraz dziwnych sklepów z napisem igreka, ale i tak salony są na tyle blisko siebie, że prowadzam tu wszystkich gości z Łap, by się osobiście zdziwili, jak to wygląda ten niby poukładany i czysty Zachód. Tyle się latami słyszało o porządku, wycinało z katalogów kolorowe fotografie, uczyło od starszych, jak to tu po niemiecku mówią i zamiatają ulice, a tu klops. Klops i kupy psie wszędzie, dodam jeszcze.
Ksenia, nie igreka, i nie sklepy, tylko igreźa i są to kościoły. Poza tym nie pisze się igreźa, słuchaj mnie, a nie uśmiechaj pod nosem, zauważa Ana, to się pisze igreja i oznacza kościół właśnie. Po jakiemu? Po portugalsku. A po brazylijsku jak to by było? Też igreźa, a może igreża, śmieje się Ana. Ale przecież Brazylia jest w Afryce, a Portugalia w Europie? W jakiej Afryce? No, ciemnoskórzy Afrykanie tam wchodzą, do tych kościołów, mówię. A co miałaś z gegry? Z geografii, podpowiada Roman, może w czasach Kseni nie mówiło się już gegra, Ana, poważnieje. No dobra, co miałaś? Nie miałam gegry, skończyła się się w gimnazjum, aha! No tak, biednaś, to ci podpowiem, że Brazylia leży w Ameryce i mówią tam po portugalsku, a czemu, to już doczytaj, wzdycha Ana.
Fakt, że na Alsębergu portugalskiego źźźźźź słyszy się od groma, ale dobrze, przynajmniej nie ma dominacji jednego języka. No i jednej wiary, jak widać, to przecież niemożliwe, by te sklepy to były kościoły; ale są, kłóci się Ana; nie chcę tego słuchać, Ana naprawdę się kiedyś doigra, a może nawet doigreja. Warto by było, napiszę od serca, choć nie należy być mściwym w stosunku do nikogo, nawet największych niedowiarków
Ana i Roman to bezbożnicy, wyduszę to wreszcie, szczególnie ona, i go przekabaca, i to nie tylko względem naszego kościoła, prawdziwego, mówiąc szczerze, ale i każdego innego; w cuda nie wierzą, nawet w te udokumentowane. Ale powiedzieć otwarcie, że te sklepy to kościoły? Czyli jak, kościół nie musi stać osobno, z krzyżem, może być parterem mieszkania? I są tam  kobiety? Oj ta Ana...
Tak jest, Ksenia, potwierdza Roman, stając jednym frontem ze swoją żoną (urzędową, to bo ja wiem, czy się liczy w ogóle). To są kościoły, bo tak już w Belgii, a więc i na Sanżilu jest, że nie ma przymusu. W Polsce nawiasem mówiąc też nie, wtrąca z przekąsem Ana. Zostaw Ksenię, uspokaja ją Roman, ale ja już idę dalej: czyli jak, w katolickim kraju już nie wolno dominować katolikom? Nie tylko nie wolno, ale i kościoły im pod nosem stawiają, zamaskowane jakieś, by się łatwiej wynaradawiać z wiary? Oj, gdybym to ja wcześniej wiedziała, w życiu bym tu nie przyjechała, a nawet jakbym jednak przyjechała, to nie zgodziła na służbę u Any...
Ksenia, codziennie to czytasz i mogłaś wcześniej spytać, ucina Roman. A tak - trudno. Ale powiedz sama, co ci szkodzi, że te kościoły są po prostu? Między fryzjerami i sklepami mięsnymi? No co? No nic, ale głupio tak. Co głupio? No że nie widać księdza. Bo może go nie ma? Kościół bez księdza? I tym pytaniem rozbrajam Anę Martin, po swojemu macha ręką i idzie oporządzać z kupy kolejnego bezbożnika Iwonka.

Thursday, 7 February 2013

(43) dziecko z probówki

Gdybym była uważała na chemii w podstawówce, to może lepiej bym na tym wyszła, niż na Brukseli. O życiu bym coś wiedziała. Ksenia, czas zaprzeszły ci wyszedł, skąd ty to znasz w ogóle? dziwi się na gorąco Ana Martin i spogląda na mnie z zadowoleniem. Czas jaki? Zaprzeszły, powtarza, tak jak napisałaś w pierwszym zdaniu, podgląda znowu. Nie znam i nigdy o tym nie słyszałam, niepolski jakiś widać, a bo co? Bo napisałaś, jakbyś całe życie go stosowała, śmieje się Ana, i dodaje: brawo! Nie muszę chyba przypominać, ile znaczy taka pochwała w ustach Any wszyscy, których kiedyś spotkał ten zaszczyt, wiedzą, że nie łatwo zasłużyć.
Ja o tej chemii, bo dziś zawstydziłam się, żem naprawdę niedouczona. Idę sobie po parku na Midach z Iwonkiem, patrzę: nasze dzieci, w sensie nie nasze, domowe, anino-romanowe, tylko nasze, łapsko-brukselskie, mówią do siebie naraz po polsku i francusku, ale ubrane jakoś tak znajomo. Podchodzę, wiem już, że instynkt mnie nie zawiódł, Polska B i A chyba też grają w nogę, już chcę kibicować i pokazać Iwonkowi, co go czeka za kilka lat, a tu słyszę: dziecko z probówki! dziecko z probówki! drą się do siebie maluchy. Odwracam się, rozglądam i szukam tego dziecka, i nic mi się nie kojarzy. Widzę za to, że jeden chłopczyk jakoś zmarkotniał, wziął swój plecak i wyraźnie nie chce być dzieckiem z probówki. Co robić? ha, ale zagwostka! Smutno mi się zrobiło, że nie umiem pomóc. Z różnych powodów: raz - że nie lubię smutnych maluchów, dwa - że nie pamiętam dokładnie, co to ta probówka. Znaczy się: świta mi, że chemia, ale co ma dziecko do probówki, to jak piernik do wiatraka czy kwiatek do kożucha.
Znowu mieszasz porzekadła, Ksenia, śmieje się Ana. Znalazła się; ciekawe, czy ona wie, co to dziecko z probówki i do czego to przyrównać? Zagnę ją, sobie myślę, niech poczuje, jak to jest, ale z Aną - sami wiecie, nie jest łatwo, zawsze znajdzie odpowiedź, nawet jak nie ma pojęcia, o co chodzi; tym razem jednak wie naprawdę! Ksenia, przecież ty masz tylko jakieś śmieszne dwadzieścia lat, a gdy się tak mówiło, to ja miałam nie więcej niż dziesięć, tak więc skąd znasz to przezwisko? dopytuje zaciekawiona i odwraca się do Stefana. Stefan, a u ciebie pod trzepakiem też się tak darło? Pod jakim trzepakiem, Ana, na to Stefan, u nas się to nazywała klopsztanga...jasne, że tak! Ksenia, czyli ja, nic nie rozumiem, i nie wiem doprawdy, dlaczego Stefan mówi na trzepak nie po polsku, ważne jednak, że i Stefan zna powiedzenie "dziecko z probówki", proszę, że też ja myślałam, że on młodszy? Chociaż łysieje, fakt, to musi mieć co najmniej trzydzieści trzy...albo i więcej! 
Stefan rozczula się nagle na wspomnienie lat 80., młodości swej (no no Ksenia, dzieciństwa, już nie przesadzaj, grozi mi palcem), zdejmuje zaparowane okulary, więc wykorzystuję moment słabości, by dopytać, co to właściwie znaczy z probówki? A on na to, że inwitro. Ja oczy w słup, wybałuszam je, bo inwitro to przecież coś, czego w Polsce A, B i pewnie tej stefanowej nie ma, to znaczy podobno jest, ale nie na legalu, jak stałka na przykład, i stąd nie znam szczegółów. Skąd miałyby więc wiedzieć o tym, kto jest w probówce, a kto nie, dzieciaki w parku? Które najwidoczniej w probówce nie są? I w probówce czy z probówki, skoro in to po angielsku w, i po niemiecku też, zdaje się? Czy my wszyscy się z niej wzięliśmy?

Sunday, 3 February 2013

(42) nie gęsi

Maturę napisałam, nawet jeśli zdawałam ją po czasie, czyli zaocznie, czyli dalej - można by powiedzieć, że tylko przyszłam i odhaczyłam wzrokiem. Nic takiego, przygotowałam się porządnie, jak kazali, do testu, prezentacji, na pamięć wykułam cytaty, odklepałam i papier jest. Wiem stąd też, że Polacy nie gęsi i swój język mają, co metaforycznie można przenieść na inne warstwy życia, np. wyżyny sztuki. Takim trikiem poetycko-dramatycznym posłużyła się przynajmniej dziś Ana Martin, mówiąc o wystawie zdjęć, na którą karnie pomaszerowaliśmy. Do tego stopnia, że aż musiałam odpuścić kościół, bo expozycja czynna do 13 tylko, ale chyba mi ujdzie na sucho w konfesjonale, w końcu to był cel wyższy, na moje niezwyczajne artyzmu oko można by nawet powiedzieć, wyżyny wyższej półki, to i na górze zrozumieją.
Za to "x" w expozycji to niziny ortografii, podśmiewa się Ana. W ojczystej polszczyźnie nie ma takiej litery, upiera się swoim zwyczajem, choć przecież i ona nie jeden raz ją widziała i nie dwa, więc tylko udam, że wymazuję, by mi potem fani na forum nie pisali, że maturą się chwalę, a zagranicznych słów zapisać nie umiem, jakbym normalnie jakaś niedouczona była i ten papier maturalny tylko se kupiła gdzieś na targu w Polsce B.
W każdym razie wystawa na tyle daleko od Sanżila, że nawet surowa Ana nie kazała Romanowi, Stefkowi i jakby nie było - Iwonkowi, maszerować, tylko wolno nam się było przejechać autem, co to je Roman zakupił, a które teraz głównie stoi, bo Ana nie pozwala wsiadać, by przejechać się, jak to ona gdera, bez sensu. Tym razem pojechaliśmy więc całkiem z sensem do galerii w dalekiej dzielnicy, to już chyba nawet była część holenderska, czyli prawie zagranica, wyładowaliśmy majdan z taboru cygańskiego (coś się źle nauczyłaś powiedzeń do matury, kpi Roman) i hejże ha zwiedzamy! 
Pierwszy raz chyba byłam w galerii, choć na maturze właśnie o tym opowiadałam. Teraz widzę, że prezentacja trochę odbiegała od rzeczywistości, ale nieważne, zapunktowałam odpowiednio i zaliczone; dziś skończyły się jednak żarty i autentycznie obcowałam ze sztuką. Ana i Roman muszą być naprawdę kimś, skoro znają prawdziwych artystów! A oni ich i wicewersa. Bardzo mili, tak na marginesie, dwóch przystojnych szczupłych facetów (bo na diecie, twierdzi Stefan, ale ja nie wierzę, facet na diecie nie istnieje) w okularach, może nawet przed 40. i nieżonaci? To by było coś, pokazać takiego fotografa w Łapach! Ana ma dziwny wyraz twarzy, pewnie jej chodzi o tę dietę, bo kwestię ślubu mogłaby wyluzować, powtarzam, sama jest raczej w starszawych kategoriach. Ksenia, oni...zaczyna...a zresztą - macha ręką. Nie dociekam, widać artyści mi niepisani.
Zdjęcia gites. Nie rozumiem co prawda, ani być może Ana i chłopaki też nie (Iwonka nie liczę, bo spał, ten to ma dobrze, nie musi się wysilać), dlaczego wszystkie takie jakby popękane i poodbijane w lustrze, ale to chyba nie ze starości, tylko specjalnie, ale po co? Ha, dobrze, że wzięłam wizytówkę, napiszę do tego czarniawego, co wygląda nawet na zagranicznego Włocha czy coś w ten deseń, tak się dobrze maskuje kolorami, to może się umówi; ewentualnie niech będzie ten drugi, też nie za polski, strój granatowy, ale twarz już za nasza, więc mógłby uchodzić co najwyżej za Belga. W Łapach się nie połapią...Hmm, do tego wystawiają za granicą, świat sztuki o nich walczy...no i będę szczera, podobało mi się!

Monday, 14 January 2013

(41) czekolada

Ojej, to auto jest z czekolady! Prawdziwej! Mlecznej! Pysznej - tak krzyczał wniebogłosy mały Borysek, gdy dostał wczoraj poświąteczny prezent z Sanżila. Z poważną miną dodał: do tego jest to auto makłin, czego nie zrozumiałam, ale tym razem nie byłam jedyna, bo nawet znawczyni większości spraw, Ana Martin, zmarszczyła brwi i skierowała pytający wzrok na Romana, a gdy i ten bezradnie wzruszył ramionami - na Nikę, mamę Boryska. Nika roześmiała się, i powiedziała, że chodzi o bajkę od disneja o samochodach, na punkcie której szaleje jej dziecko; wy też tego nie unikniecie, przepowiada Nika, zaraz się zacznie oglądanie w kółko tych samych odcinków i kupowanie na wyścigi ubrań i gazetów z bohaterami kreskówek, jeszcze kilka miesięcy i żegnaj spokoju ducha!
Gadżetów Ksenia, śmieje się Roman, nie chodzi przecież o gazety, tylko przedmioty, czyli gadżety właśnie, przez dż się pisze, uprzedza moje pytanie. Ech, teraz te bajki są zupełnie inne, niż kiedyś, nie wiadomo, czy to dla dzieci, czy dorosłych, no i nie ma już Reksia, myszki, kaczora i całej czeredy misiów. Gadżety to w ogóle nowość absolutna, można się ubrać od stóp do głów w takiego makłina właśnie albo coś innego, jeszcze brzydszego. A teraz jeszcze ta czekolada, w Łapach nikt by nie uwierzył, że z czekolady da się zrobić auto! Nawet jeśli to tylko makłin.
W Belgii jednak jest to widać norma, ale chyba dlatego, że tu dosłownie nie da się przejść ulicą, by człowieka nie zaatakował szyld sklepu z czekoladą. Jak nie szyld, to leżą tego stosy koło kasy, nawet u Araba na rogu. W najgorszym wypadku - papierek czy sreberko na ulicy. Po czekoladzie białej, mlecznej, półczarnej, czarnej w tylu a tylu procentach (tak jakby w reszcie procentów była biała), gorzkiej, deserowej, jak to się kiedyś na wedlowskiej czytało, słodkiej do granic możliwości, małej, dużej, prostokątnej, z wymyślnymi nadzieniem lub bez niego...Potem maszerują czekoladki, też we wszystkich możliwych formach i kolorach. Pchają do nich już sama nie wiem co, bo widziałam i z lawendą, i z morelami, i z figami - zupełnie jakby to wszystko były towary, które normalny człowiek spodziewa się znaleźć w środku czekoladki. 
Konsumpcja i kapitalizm, mówi Ana Martin, wydymając wargi. Po co tyle rodzajów? Zbędne to zupełnie. Ale sama zajada, aż miło patrzeć. Ty Ksenia nie jesteś gorsza, odparowuje Ana. Roman się śmieje z nas, bo on czekolady akurat nie lubi, i bardzo dobrze, twierdzi Ana, więcej dla nas.
Bo jak nie jeść? Firm produkujących to wszystko jest pewnie ze sto, mają ładne i romantyczne nazwy, typowo zagraniczne, niezrozumiałe. Symbole też wymyślne, złocone i diamentowe pewnie, torebki dodają bardzo ładne i nie gną się łatwo, przyjemny prezent, do Polski B dojeżdża niewymięty i nawet księdzu w kolędę nie wstyd wręczyć. Ale z tym makłinem przesadzili, co ma piernik do wiatraka? Albo czekolada do motoryzacji? Może jak Iwonek będzie starszy, to mu Borys wytłumaczy, a i ja co nie co uszczknę, bo wiadomo, że makłin może i z belgijskiej czekolady, ale tuczy, jakby był wedlowski, albo i z 22 lipca, dorzuca Roman. Nieważne, o co mu chodzi, na mleczaki szkodzi równie!

Tuesday, 8 January 2013

(40) paczki

Z tego internetu to jeszcze kiedyś wyjdzie większa draka, przeczuwam to od dawna, a świąteczny galimatias paczkowy tylko mnie w tym utwierdza. Powiedzcie sami, ile paczek można odebrać, a właściwie ich nie odebrać, w przeciągu dwóch dni? No? U nas na Sanżilu - pięciu. I żeby to jeszcze doręczanych przez Pocztę Polską, przez znajomego listonosza, którego zawsze można z daleka wypatrzeć, a jak nie to, to usłyszeć, jak zasuwa na zdezelowanej motorynce, zwłaszcza pod górę. Tu nie, jacyś nieznajomi doręczają, i to inni za każdym razem. 
Ksenia, Poczta Polska, jak sama nazwa wskazuje, doręcza przesyłki w Polsce, Belgowie mają swoją, jak każdy naród, poucza Ana Martin. Bpost się nazywa, a fakt, że oznaczenia ma zgoła niepocztowe, jakiś zakrętas na czerwonym tle. Zresztą w Polsce też nie wiadomo, jakie barwy obecnie obowiązują, w Polsce A zauważyłam dziwne uniformy niebiesko-żółte, to może i skrzynki zmienią, zastanawia się na głos? Kiedyś było wiadomo, że zielone skrzynki na listy miejscowe, czerwone na całą resztę, wspomina dalej Ana z łezką w oku pewnie, znam ją, lubi swoje dzieciństwo. I dziwię się: zielone skrzynki? W życiu nie widziałam. Ksenia, bo Łapy za małe, by listy sobie przesyłać w ich obrębie, uśmiecha się Roman, znalazł się wielkomiejski, nie będę wypominać, gdyż to nieładnie, gdzie się narodził, ale to miasto jest małe i na "ty"; tyle powiem.
W każdym razie w Belgii ciężko się połapać, jak wygląda listonosz, bo choć symbol poczty to zakrętas na czerwonym, listonosze chodzą na szaro-czerwono, do tego inni noszą małe paczki, inni wożą duże paki, a jeszcze inni listy. Chyba, tak wynika z moich obliczeń. Na tym jednak nie koniec, przynajmniej w naszym domu. Odkąd mamy Iwonka, mamy też wzmożony ruch przesyłek, jak na Dworcu Centralnym albo na Marszałkowskiej w Warszawie, nie przymierzając; piszę tak, bo słyszałam, jak ktoś używał takiego porównania, sam nie byłam, tylko na Śródmieściu, gdzie strasznie śmierdziało i na pewno nikt by do tego dworca akurat nic nie przyrównywał. 
Tak więc oprócz poczty B mamy Gieelesa/Geelesa, zależy, jak kto wymawia, Dehaela, Upsa i inne takie bogato obklejane auta, które co paczka, to przyjeżdżają w odmiennej porze. Ana denerwuje się strasznie i za każdym razem mówi, że to już ostatni raz i że trzeba z tym zrobić porządek. Bo problem polega na tym, że oni mogą przyjść między 9 a 18. Taki mają plan, właściwie go nie mając, jak widać. Wychodzi na to, że najlepiej nie chodzić do pracy, nawet na chwilę do sklepu też nie, bo co, jak się akurat pojawią? I nie daj Boże włączyć muzykę, bo jak się nie usłyszy dzwonka, to też klaps. Klopsssss, syczy Ana, dobra już. Zirytowała się znów, bo jutro, zamiast krążyć z Iwonkiem, musi objechać trzy magazyny za Sanżilem i nawet Forestem, bo cały czas nas nie było: ani o 9:31, ani o 12:16, ani też o 15:44, kiedy paczki właśnie przywieźli, złośliwość rzeczy martwych. Nie złośliwość rzeczy martwych, protestuje Ana, tylko brak logiki i planu, ja to bym ułożyła raz dwa, według dzielnic, takie a takie widełki czasowe i już! Łatwiej by się żyło, i z paczki byłaby radość jak dawniej, gdy dzięki motorynce, jak pisałam, od razu było wiadomo, że jedzie nowe. Czasami okradzione, ale i tak tajemnicze. A teraz? Wszystko z góry wiadomo, co zamówione, w internecie klikamy i czekamy. Ach, gdzie te dawne czasy!

Thursday, 27 December 2012

(39) aldik

Ana Martin mówi, że nie ma to jak Niemcy, a raczej - niemieckie podukty spożywcze. Tanie, dobre, sensownie opisane, niepoudziwniane. Zdrowe też. Łatwo jej to twierdzić, mowę nienawiści chwyta w lot, sama gada po niemiecku, albo godo, jak się podśmiewa Stefan, ten z kolei ze Śląska, więc ma jakieś skrzywienie akcentowe. W ich Polsce A jeszcze całkiem niedawno były Niemcy, ale nie wiem, czy A, B czy C, bo to było chyba jednak przed wojną, i wtedy pisali tam innym alfabetem, więc nawet jakbym wiedziała, gdzie sprawdzić, to i tak bym nie odczytała. Ana i Stefan to inna para kaloszy (ale nie do pary), niemczyznę wyssali chyba z mlekiem matki, a teraz to samo czeka Iwonka, o ile już się nie stało, bo maluch równo zajada, więc pewnie już jest polityglotą. Na razie musimy poczekać, by to potwierdzić, mimo że dzidek jest bardzo zdolny, to jednak jeszcze nie mówi nawet po polsku.
Ana na złość Polakom to o Niemcach mówi, czyli samej sobie też, bo nie wyobrażam sobie, by prawdziwy Polak i Polka, w jej przypadku, mogli coś takiego naprawdę mysleć. Niemcy to jak Rosjanie, tylko z drugiej strony mapy, zachodniej, trochę lepszej niby, ale czy to naprawdę coś zmienia? Wróg to wróg w końcu, trzeba być czujnym i nie ufać za nic, nigdy nie wiadomo, wojny nie ma, ale zaszkodzić nam zawsze mogą. Na przykład złym jedzeniem właśnie. 
Śmiałam się więc w cichości ducha z gastronomicznej naiwności Any Martin, i Roman też, ale żarty się skończyły, od kiedy nie możemy już do woli chodzić do Araba, lecz dostaliśmy zlecenie na Aldiego, czyli sklep z niebieskim szyldem, wśród Polaków w Niemczech znany pod nazwą Aldik. Chodziliśmy tam ze wstydem w oczach całą wiosnę, oszukać się nie dało, bo Ana doskonale zna owe podobno świetne produkty i od razu by były wymówki, dlaczego się wstydzimy kupować nie w karfurze albo czempionie. Roman mówił, że to nie ma nic wspólnego ze wstydem, po prostu nie lubi brudnych sklepów, ale Ana, jak się uprze...wiadomo. 
Potem Aldik zamknęli. Ana była niepocieszona, skończyło się tanie jedzenie! Roman zacierał ręce, ja nawiązałam znajomości w nowym polskim sklepie. 
Ale tym tygodniu okazało się, że widać interesa Niemców szły gorzej i oto Aldik podpatrzył styl u konkurencji i wypiękniał! Chyba na nas się nawet wzorowali, Polakach znaczy. Naprawdę, lśni prawie tak samo, jak galerie handlowe w kraju, bo te tu to dziadostwo, jak mówi Roman, a więc: kafelki, piec do wypieku sztucznych bułek, czyste wózki, przestronne alejki, światło, aż razi! Kamery w każdym rogu! Nowe kasy z komputerkami! Nie ma co prawda sztucznych kwiatów, ale miejsca dość, więc może jeszcze dostawią.  
W Aldiku zawsze tłum, bo dużo Sanżilaków się widać nie wstydzi i chyłkiem tam przemyka, z torbami z innych sklepów co prawda, by nie wyszło, że obciach. Swoją drogą nie wiem, jaki stosunek do niemieckich produktów mają lokalni, wychodzi na to, że też chyba z lekka lekceważący, ale co zrobić, skoro gospodarka niemiecka narzuca im swoje reguły gry? Albo i Unia, czasami nie wiadomo. Chodzą w każdym razie na wyścigi, i to prawdziwi Belgowie, nie tylko Polacy i Marokańcy, Marokańczycy się mówi, powtarzam po raz setny, poprawia Ana.
Głupio, bo głupio, ale miałam pisać prawdę i tylko prawdę, więc się przyznam: aż chce mi się chodzić do tego Aldika. Można wziąć wózek, albo pchać Iwonka po prostu, jeździć sobie alejkami, marząc o lepszym życiu, oglądać półki, i nawet zakupy nie bolą tak, jak dawniej. Czasami kogoś spotkam i grzecznie się ukłonię po zagranicznemu, to nic nie kosztuje w końcu. Nawet Roman przyznał, że to chyba najpiękniejszy Aldik świata, a Ana Martin puchnie z dumy, bo ona to już dawno przewidziała.

Wednesday, 19 December 2012

(38) (nie)użyci

Nadziwić się nie mogę, że gdzie bym nie mieszkała, tam spotykam nieużytych. W Polsce A i B, w Brukseli, na Sanżilu, a nawet w autobusie pomiędzy tymi dwoma miejscami. W Łapach wiadomo było od urodzenia, od kogo można coś pożyczyć, a do kogo lepiej nie zwracać się o przysłowiową szklankę herbaty na starość, chociaż stara nie byłam jeszcze, ale matuś mówiła od razu, że nawet lepiej, bo nie muszę sprawdzać, że tacy i owacy nie dadzą, nawet jeśli tej mojej starości dożyją. Gadania było o tym tyle, że myślałam już, że to tylko Polacy tak potrafią, a tu dziś kolejna niespodzianka: Belgowie też! I to nie tylko ci z Sanżila, gdzie czasami łatwiej o obcokrajowca, np. Polaka, co by mogło tylko potwierdzać to, co opisałam, i cała pisanina by była na nic, lecz nawet ci z innych dzielnic, jak np. z Forestu, czyli lasu dla ułatwienia.
Przyszedł Stefan i mówi, że chodził dziś po sąsiadach, by usunęli auto z miejsca parkingowego pod blokiem, gdyby tam stało oczywiście, bo zazwyczaj nie stoi. Stefan jest estetą, mieszka bogato na swoim i zamówił sobie nową bibliotekę. A że chciał, by chłopakom od noszenia mebli było łatwiej, to przeszedł się po sąsiadach, podobno sympatycznych, że hej, nawet do tego stopnia, że mają sympatyczne psy. Ale psy to tylko zmyłka, bo sąsiedzi, mimo że auta akurat odjechały w siną dal, wcale ale to wcale nie okazali się wyrozumiali dla pleców chłopaków z Romanii (którzy stosują doping cenowy i są tańsi pod względem przeprowadzek od Polaków B nawet) i zaczęli kręcić, że miejsca są im potrzebne, bo co, jeśli nagle przyjedzie tatuś? Papa, czytaj: pa-pa? W końcu święta za pasem, proszę, jacy rodzinni...Stefan patrzył na nich jak na wariatów,  w końcu chodziło o zwykłe ludzkie użyczenie na pięć minut, ojce mogą poczekać, ale nie wyszło. Nieużyczenie wyszło za to, jak w Łapach zupełnie, mimo że sąsiedzi jak najbardziej niepolscy. I to mnie dziwi bardzo, ale potwierdza też, że Polska od dawna jest w Europie, a nawet w awangardzie! Miłe i to.
A potem poszło w drugą stronę, bo Stefan posilił się u Adriana rodzimą strawą i przyniósł kapustę. Ana sceptyczna od razu była, jak zobaczyła, że to w worku, pakowane, konfekcjonowane, jak też słyszałam, ładne słowo;  nic dobrego nie mogło z tego worka kapuścianego jednak wyjść, jej zdaniem i moim od razu też, jak zobaczyłam jej minę. Mimo że Roman prosił, by dała szansę bezbronnej kapuście, Ana Martin zapakowała Iwonka do wózka i wio oddać kapustę do polskiego sklepu, bo nie lubi, gdy marnują się możliwości zrobienia dobrego uczynku, czyli w tym wypadku oddania kapusty potrzebującym na bigos czy pierogi; u nas od razu zostało zapowiedziane, że takie dania się nie pojawią. 
I tu Anę spotkała niespodzianka, bo wchodzimy grzecznie i mówimy, że mamy kapustę, chętnie się podzielimy. Kolejka polska na wskroś patrzy na nas jak na dwie wariatki, tzn. głównie na Anę, bo ja się przezornie schowałam za wózek, czego ta Ana chce, badają wzrokiem, czy to za darmo i czy wypada brać, bo co powie reszta? Moment niezdecydowania, walki wewnętrznej i w końcu jedna z pań wydusza z wydętymi wargami: phi, co nam po napoczętej kapuście! Użytej czyli. Przysięgam, że nie była użyta, a teraz nawet stała się nieużyta wręcz!
Paniom zrobiło się lżej, bo odpadł problem moralny, można było nadal kupować na święta. Ana natomiast obdzieliła blondynę tym swoim rozbawionym wzrokiem, którym patrzy na tych, co niespełna rozumu, niech ma za swoje! I poszłyśmy do domu, gdzie Roman się tylko uśmiał, bo miał dowód, że nadskakiwanie obcym nie ma sensu. Czyli nieużycie wygrywa jednak.