Saturday, 17 August 2013

(62) królowa

Polacy są wszędzie, nie trzeba być politykiem, ani nawet mędrcem, by to stwierdzić, wystarczy przejść się pod kościół w Łapach i zobaczyć, dokąd odchodzą busiki, nie ma chyba miejsca w Belgii, dokąd by nie odjeżdżały, to samo dzieje się pewnie w innych miastach, ciągną nasi na Zachód, to chyba naturalny kierunek wyjazdów dla Polaka A i B, bo o dziwo Niemcy są na Zachodzie nawet w stosunku do Polski A, kto nie wierzy, wystarczy spojrzećna mapę. Nic więc dziwnego, że wśród imigrantów znalazła się i królowa. E, a nie i, wtrąca się Ana Martin. Co e? Emigrantów, a nie imigrantów, jeśli już, bo wyjechała z kraju, zresztą, Roman, ona chyba już się urodziła na miejscu, co? Nie wiem, mruczy Roman, takie wiadomości chyba go niezbyt obchodzą; Anę niby też nie, ale widzę sama, jak podczytuje ukradkiem, co i jak, bo to naprawdę głupio, tak nic nie wiedzieć o świecie i życiu gwiazd.
I dobrze robi, bo w Brukseli mamy teraz królowę z Polski! Podkreślam to z Polski, by nie wyszło, żem nieuczona i Polski piszę, tak jakbym pisała o kimś innym, już mnie zbesztali w kościele na Trynite, jak się na głos dziwiłam, że tu Polka króluje, bo w Polsce królowa jest tylko jedna, i pochodzi z miasta na CZ. Ta brukselska natomiast z jakiegoś innego miasta, bo w tym mieście na CZ nie ma już miejsca, gdyż prawdziwa królowa jest tylko jedna, tak mi wyjaśnili i jako Polka tego się będę trzymać. Nie rozumiem tylko, jakim cudem częstochowskim w Brukseli mają też królowę Polkę, skoro ta prawdziwa królowuje gdzie indziej. Króluje, gromi mnie nie tylko wzrokiem Ana, nawet, jeśli to kobieta i mogłoby być tak, jak proponujesz, co za szkoda, że gramatyka jest tak opóźniona w stosunku do rzeczywistości!
Wiem, że ona, ta królowa z miasta na CZ znaczy się, jest zdolna i na pewno by się mogła rozdwoić, lub ktoś by jej w tym pomógł, co to dla nich tam w górze, no ale ta nasza, brukselska, jest do tamtej niepodobna, jasna z cery i włosów, a tamta, jak wiadomo ogólnie, nie. Może więc to z czyni różnicę, niech będzie. Serce z dumy w każdym razie rośnie, jak się słucha polskiej telewizji, że oto nam zakrólowała Polka. Czy też zakrólała? Ech, ta grama! 
Co do królowej, to udało się jej w sumie, bo kuzyn został tylko premierem, i to Polski, a nie Belgii, a ona, proszę! Ana Martin też powinna być zadowolona, w końcu to kobieta zaszła dalej, niż mężczyzna, do tego bogaciej o wiele, no i bardziej światowo, bo jednak przy takim pałacu królewskim obok Sanżila to nawet zamek w Krakowie nie da rady, choć też ładny i duży, no ale bez króla od dawno. I królowej Jadwigi, choć to chyba królewna była, jak Wanda, ta w rzece z kolei. Nic dziwnego, że Polki muszą sobie szukać tronów do zajęcia gdzie indziej, i tu akurat sprytnie obstawiono, bo stary król zszedł z tronu nawet przed śmiercią, o własnych siłach, a nie to, że umarł i siłą rzeczy byśmy Polkę i tak mieli. Tylko kiedy? A tak jest już prawie za młodu. I normalna na oko. Miła blondynka z dziećmi, tylko po diademie na głowie widać, że to nie taka zwykła osoba.
W sumie chyba żadna inna Polka nie zaszła ostatnio tak wysoko, nawet modelki na szczycie list to jednak nie to samo. I chudsze są, a ta ta przy kości, bardziej ludzka przez to. Nie tak, jak Dajana, królowa serc, ale własna, bo nasza. E tam, Ksenia, jaka to Polka? Tylko w połowie, a Polski to pewnie z życia nie zna, tylko z opowieści dziwnej treści, zżyma się Ana Martin, nauczyłam się tego słowa i uważam, że do Any świetnie pasuje. Nasłuchasz się bajek w telewizji i potem tym żyjesz, ciągnie dalej, natomiast zaręczam ci, że królowa na pewno nie czuje się Polką, bo by na tronie tu nie siedziała, tylko w Polsce leczyła kompleksy podupadłej arystokracji i całego narodu, co nie może przeżyć, że nawet o królowej Polski wiedzą tylko w mieście na CZ i okolicach. Tak więc, dalej Ana, ma słowotok chyba, lepiej nie chwal się królową, bo to ani nasza zasługa, ani jej, że ma w historii rodu jakiś tam herb, nie ona jedna. Po czynach ją poznacie, kończy za Anę Roman, który chyba ma dość rozmów o gwiazdach na dziś i w ogóle.

Sunday, 11 August 2013

(61) place

Jak Sanżil długi i szeroki, wszyscy Polacy gnają na place. (Polacy na place, prawie rym albo taka inteligentna gra słów, Polacy na placy, to by dopiero było). Albo są na placu, i to właśnie ja, Ksenia. Nie sądziłam, że po to jadę na Brukselę, ale tak wyszło. Na początku nie wiedziałam, że tu się nie mieszka ani nie pracuje, tylko właśnie ma place, lepsze lub gorsze, ale w końcu odważyłam się rozpytać wśród Siemiatyczan po mszy, co i jak, i teraz już wiem, że u Martinów jest mój plac, mimo że ja nie jadę na czekach, tylko z ręki do ręki biorę, nawet nie wiem, czy na czarno, czy na biało, ale w euro, albo ero, jak się mówi po belgijsku, z dziwnym akcentem na e, a może to intuicja, a nie akcent. 
In-to-na-cja, albo in-to-nac-ja, deklamuje prawie że Ana Martin, intuicji to ty nie masz dziewczyno za grosz, że się tak swoim placem pod kościołem przechwalasz, stawki zawyżasz, ale rób, jak chcesz, a tak w ogóle to po prostu wymowa e, pobędziesz tu dłużej, to sama zobaczysz, że e innemu e nierówne; po francusku znaczy się, układam sobie w głowie, bo po naszemu jest jedno, najnormalniejsze w świecie, i komu to szkodzi? I na biało jesteś, na legalu znaczy się, dodaje, bośmy cię zgłosili na ratuszu i wykupili ubezpieczenie, więc możesz chorować, ile wlezie, tylko Iwonka nie zaraź.
W każdym razie od kiedym na placu, pieniędzy za stałkę i Iwonka, co nam dobił niespodziewanie do drużyny Martinów, zażyczyłam sobie w gotówce, by od razu wiedzieć, ile mi sie należy. Tak uczyli już w Łapach, a w busiku linii Sanżil - Lież - Siematycze - dom potwierdzili. Że ojce mądrzy, bo nie ma to jak pieniądz konkretny, w łapie (z Łap ta łapa, że tak znów zażartuję, ale mi intelekt dopisuje, to chyba z ładnej pogody), bo te kąta to tylko po to, by człowieka ogłupić, bankom złodziejom dawać zarabiać, i za co to, pośredników tuczyć i karty gubić, bo przecież płacić nimi nikt normalny nie będzie, kto to widział, by pieniądze wydawać, nawet ich nie zobaczywszy wcześniej, a i później też nie, bo jak wydane, to przecież już nie moje. Więc przezornie nie zakładałam, by nie wyjść na taką, co do przodu przed szereg się wyrywa, ledwo z Łap wyszła, a już się kątem wywyższa, jakby lepsza była, nie z Polski B, tylko A co najmniej, choć w telewizji żalili się podobno, że Polacy A i B zgodnie bankom nie ufają i kąt nie zakładają, przynajmniej raz jedność w narodzie.
Ksenia, ale ci do głowy nakładli, już lepiej zrezygnuj z wyjść niedzielnych i z nami siedź, wzdycha Roman. Wiadomo, pieniądze męska rzecz, to i on mi klaruje, co i jak, choć nie jestem nigdy pewna, kto tu tak naprawdę zarządza. I nie słuchaj mądrości w busiku, ciągnie Roman, masz tu u nas swój plac, jak to zwiesz, dostajesz co miesiąc ero, nie musisz latać za nowymi placami, ani liczyć na place od kogoś. Bo podobno, tak twierdzi Ana, nie wiem Ksenia, czy potwierdzisz, placami się handluje? Pewnie, ile to takich historii słyszałam! Mogą cię nawet wcisnąć na gorsze, a ty o tym nie wiesz, boś właśnie w busiku do domu i nie pilnujesz interesu, wracasz na swoje, a to już nie twoje, bo ktoś ci plac sprzątnął sprzed nosa, i to dosłownie sprzątnął, bo to głównie o stałkę sprzątaniową chodzi. Inne place są mniej chodliwe, bo prasowanie inaczej się rozlicza, a starcy i niemowlęta to już w ogóle nielegalnie, ale tego się jeszcze wywiem, będzie okazja w czwartek, cud nad Wisłą trza święcić, i wkrótce opiszę.

Saturday, 20 July 2013

(60) wanmenem

Napiszę od razu, że w Belgii targi, o których ostatnio pisałam, służą głównie, po kolei: do jedzenia, picia napojów z alkoholem i czasami też bez, do niekończących się pogaduszek ze sprzedającymi, bo i oni, i kupujący, mają mnóstwo czasu i do powiedzenia też, potem do obgadywania jednych przez drugich, a na końcu: do kupowania.
Stragany na Wanmenemie idealnie podpasowują się pod tę klasyfikację. O obgadywaniu i winie nie piszę, bo Ana jest niezadowolona, że tyle go wszędzie, o o szóstej już nikt nie reaguje na prośby o ustąpienie miejsca dla wózka, który przecież co rusz ryje w korzeń jakiś, więc my solidarnie z wina nie korzystamy też, znaczy się Roman i ja, bo nie Iwonek przecież. Za to w jedzeniu jesteśmy specjalistami. Sanżil zagraniczny całą gębą (nawet pasuje mi do tematu jedzenia, zostawiam, choć może i wulgarnam), więc na targu je się bardziej po zagranicznemu, ani nie po belgijsku, ani nie po polsku, tylko po egzotycznemu. A konkretnie: z dwóch kontynentów na A i nie są to dwie Ameryki, ani trzy, jeśli doliczyć centralną, która nie wiem, czy jest kontynentem. Mogę chyba powiedzieć, że to Afryka i Azja, mogę, Ana kiwa głową, więc zaczynam od Afryki, alfabetycznie, afrabetycznie wręcz. 
Jak wynika ze stoiska, w Afryce je się pieczone banany, a do tego pieczoną kozę, nie pytajcie mnie, czy w kawałkach ją pieką, czy na rożnie całą, ja już widzę kawałki, ale głowy nie dam, to nie nasze obyczaje. Do kozy dają żółty ryż. Najpierw myślałam, że to dlatego, że pochodzi skądś innąd, nie z Polski np., ale Ana mnie pouczyła, że po prostu jest podkolorowany sztucznym barwnikiem E ileś tam, udającym szafran, ale tylko udającym, co można od razu poznać po cenie, bo z szafranem byłoby bardzo drogo, a z E wcale nie jest. Jest na kieszeń tzw. zwykłego człowieka, artysty, bo takich u nas dużo się kręci, szczególnie tam, gdzie podają wino. 
W jadłospisie mają też rybę o śmiesznej nazwie tilapia chyba, co do której nawet Ana nie miała pojęcia, że to ryba, celowała bardziej w dziwaczne danie, a tu proszę, niespodzianka, zwykła rybka. Z Nilu, jak twierdzi Roman, ale zdaniem Any, z Nilu to może była jej praprapra...prababcia, a teraz jest z supermarketu, jak zresztą wszystko, czyli pewnie i koza, i banany, i ryż, i pseudoszafran E. Ale - najważniejsze, że smakuje, podsumowuje Ana, nie będziemy się zastanawiać nad jedzeniem, bo nic nie będziemy jeść. Ana gustuje w Azji, czyli je u Taja, to chyba nazwa w skrócie, nie wiem od jakiego kraju, ale wstyd mi pytać. U Taja kilka pań, bardzo niskich i miłych, jedna z nich to wielbicielka Iwonka, a on się jej boi, no ma w sobie coś diabelskiego, przyznać trzeba. Ale dobrze gotuje, padtaje, coś takiego z przezroczystymi kluskami, zieloną trawą i nibypietruszką, która gorzej smakuje, na k, o już mam, kolęda. Kolendra, poprawia Roman, a tak, kolęda to przecież coś innego. Nawet babci Iwonka smakowało, a ona naprawdę nie lubi eksperymentować z jedzeniem, nawet Ana przy niej wysiada.
Na targu są też rzeczy prawie że normalne, polskie, o dziwnych nazwach, za to znanej w miarę zawartości. Pjadiny, to włoskie, oraz rapy, to z kolei ogólnoeuropejskie, w środku same warzywa. Jemy to na przemian, bo co za dużo, to niezdrowo. Teraz w lecie powrócili też Arabowie z bardzo słodką herbatą, podobno miętową, ale głównie gorącą; Ana, jak wiadomo, przywiązuje się bardzo do swoich zwyczajów, więc nawet w te upały popija herbatkę, ale może za moją radą zawiesi ją na kilka tygodni, bo naprawdę lato się zrobiło. Tym bardziej, że obiad czy kolację trzeba zakończyć obowiązkowym goferkiem, też ciepłym.


(59) parwisy i inne

Tydzień za tygodniem mija, a każden jeden pod znakiem targu. Bo cała Bruksela, a szczególnie już Bruksela B, czyli koło nas na Sanżilu i okolicach, pokryta jest targami. Odbywają się jak w szwedzkim zegarku, pewnie z dziada pradziada na tym samym placu, bo jak zgodnie powtarzają Ana i Roman, w Belgii wojny nie było i wszystko zostało na swoim miejscu. Na mój rozum Martinowie mylą się, bo wszędzie wkoło budynki i bruk są tak stare, że wyglądają jak sprzed wojny właśnie, czyli jakaś wojna była, ale nie kłócę się, ostatnio jest tak upalnie, że nie będę podgrzewać i tak już gorącej atmosfery. Niech im będzie, nie pierwszy raz zresztą.
Cotygodniowy sezon targów (Ksenia, co to za nonsens, sezon targów, za dużo seriali oglądasz po nocach; podobnie zresztą jak szwedzki zegarek, no jaki kraj słynie z produkcji zegarków? strofuje Ana, i to dwa razy w jednej strofie nawet. No jaki? Szwecja przecież, odpowiadam ostrożnie. Nie Szwecja, tylko Szwajcaria, wzdycha Ana, i dalej czyta jak zwykle, chcąc wyczytać jak najwięcej, póki Roman z Iwonkiem zajmują się męskimi zajęciami, w rodzaju zakup śrubek); a więc cotygodniowy maraton targów, o to lepiej, chwali Ana, poetycko, rozpoczyna się w poniedziałek od Wanmenema, czyli placu pod ratuszem w Sanżilu, po tutejszemu zwanym hotelem miejskim, miasta nawet. Na placyku platany, cień, wino, tramwaje dwa, to się nazywa atmosfera! 
Nic dziwnego, że coś podobnie fajnego ciężko by było zaoferować klientom, tak więc we wtorek targu nie ma. Przynajmniej w Brukseli B, bo w A może i jest, ale to poza zasięgiem wózka, mimo że w spacerówce Iwonek by nawet przejechał, kątem plując okolicę. To mnie by mogli nie wpuścić do luksusowej dzielnicy, więc sama nie szukam kłopotów. Ksenia! No co ty! Ana aż wstaje z przejęcia. Co za kąpromitacja, Ksenia, przeszłaś samą siebie, toż to przecież od kątemplacji, kontemplacji dziewczyno, a nie od kąta. I plucia. Kompromitacja, też nie przez ą. No nic, przyjmuję to spokojnie, Ana w moim młodym wieku może też jeszcze nie znała się na wszystkim. 

Za to w środę czysta przyjemność: Szatlen. To po francusku, po belgijsku prawdziwym:  kastel. Brzmi po włosku, nie pytajcie mnie, dlaczego. No, to jest targ dopiero. Na parkingu, brzydkim na co dzień, a targ taki ładny. Panowie z Afryki krzyczą na cały jarmark, że mają najtaniej. Owoce i warzywa. Gofry i tzw. galety, choć to gofry też, pachną na kilometr, aż można by zamknąć oczy i kierować się nosem, a też by się doszło. Na targu - tłumy. Nie wiem skąd się biorą, bo teoretycznie wszyscy pracują, no ale widać kryzys, choć jak kryzys, to nie powinni mieć pieniędzy...Ha! Ciężko jeździć czasami z wózkiem, bo korzenie wystają, a zawsze mamy takie szczęście, że mijamy się z innym wózkiem, którego wózkowa także próbuje jakoś przejechać, ale udaje się wszystko załatwić uśmiechem. Po bardzo słodkiej herbatce zarządzam odwrót i wracamy do domu.
Czwartek to dzień wahań, bo targi są dwa: na parwisie, co to słowo znaczy, nikt u nas nie wie, na parwisie, to od nas ostro w dół, i na albercie, czyli trochę w górę i w bok. Wahania zawsze te same: dokąd pójść? I w rezultacie zawsze zaliczam oba. Na pierwszym jem i przedzieram się z wózkiem przez bruki, na drugim kupuję warzywa i mięcho dla pasażera, by nieco krócej pchać ciężary. I tu, i tam, wszystkich znamy, a raczej nas znają, bo poznają po wózkach. Mądrzy ludzie sami, nie dali się zmylić, jak Iwonek zmienił wózek z pomarańczowego na różowy.
Piątek znów bez targu. Weekend też, ale nie dlatego, że nie ma, tylko dlatego, że Roman udomowiony, to i tyle miejsc, gdzie trzeba pójść, że na targi czasu nie starcza. A można by skoczyć na flagę albo na parwis, zamieniający się w marżę. Cztery targi na tydzień to i tak nieźle. I smacznie. I gadatliwie.

Friday, 12 July 2013

(58) pustki

Wiedziałam, że ten dzień nadejdzie! Podobno było już tak rok temu, w czasach mojego niesławnego nawiania z Sanżila do Łap, ale co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr, nauczyłam się ostatnio od wizytującej Iwonka babci; a więc podobno już w okresie oczekiwania na Iwonka na Sanżilu oraz w Brukseli A bywało pustawo, ale że do tego stopnia, to naprawdę było warto pożyć, czyli pohandryczyć się swoje z Aną Martin, nauczyć się czegoś od Romana, naprzewijać Iwonka, nadziwić lokalsom i naszym, by to zobaczyć, bo wreszcie są: pustki. Po prostu pustki. 
Widzę je, a raczej nie widzę, na własne oczy. Pustki są/ nie są wszędzie: na ulicach - brak korków. Na chodnikach - brak świeżych kup, dużo za to wyschniętych słońcem, jeszcze z czasów tłoku psiego i ludzkiego, nie padało, to i nie zmyło, pogoda przechytrzyła chamskich właścicieli, szkoda że im nie przygrzało. Co do pustek: na parkingach - nadmiar miejsc. W sklepach - małe rozmiary przecenionych ubrań nawet na takie osoby, jak ja i Ana Martin, czyli dwie osoby głównie i jedynie zainteresowane wyprzedażami pod naszym dachem. W barach - stosy krłasantów czekające na spóźnionych śnadaniowiczów. Tramwaje - z miejscami siedzącymi nie tylko dla młodych i szybkich, ale nawet dla starych, mniej sprawnych, ciężarnych oraz wózkowych. Knajpy - ze stolikami do zajęcia pod parasolem. Stragany - bez kolejek hipisów spragnionych jedzenia ekobjo, udaje się coś kupić bez kwadransu wysłuchiwania dyskusji o zaletach i wadach rzodkiewek. 
Nie hipisów, tylko hipsterów, to taka nowa odmiana modnych ludzi, tłumaczy Ana, no proszę, z tego wszystkiego nauczę się czegoś od niej, jakaś też taka uspokojona, może to babcia Iwonkowa tak na nią wpływa. Hipsterzy są raczej artystami, co sprawia, że nie pracują jak normalni ludzie, mają za to dużo czasu na dyskusje i kupowanie też, po czym opowiadanie o tych zakupach innym hipsterom spotkanym w kolejce. A pustki wszędzie, bo i hipsterzy, nawet jeśli nie pracują, mają prawo wyjechać na wakacje. 
Tłok za to na dziurach na ulicach, bo co krok coś naprawiają, przejść się nie da, dojechać to już w ogóle. Do tego dochodzi slalom między rusztowaniami ocieplaczy domów, nie dziwię się nawet, że tyle ich nastawiali, rusztowań, a na nich ocieplaczy znaczy się, w końcu nieczęsto zdarzają się nam w lecie dwa tygodnie letnich temperatur i do tego bez deszczu. 
Chodzę se tak z Iwonkiem i żal trochę wyjeżdżać niedługo, teraz to dopiero na Sanżilu jest swojsko! Cała dzielnica nasza.

Thursday, 11 July 2013

(57) kelbebemińą

Już nie pamiętam, co się mówiło w takich sytuacjach w Polsce B, w każdym razie tu, w Belgii B, bo Sanżil to najbiedniejsza komuna w Belgii, takie belgijskie Łapy, mimo że tu wcale nie komuna, tylko Zachód całą gębą, mówi się: kelbebemińą. A sytuacja wygląda tak, że Iwonek jest wyspany, rozdaje uśmiechy na prawo i lewo, jedzie wózkiem jak panisko, a jak ktoś wygląda interesująco, w rodzaju: pije piwo, zatacza się, jest zarośnięty, obdarty, porusza się krokiem księżycowym, jednym słowem: przyciąga uwagę małego człowieka, to wtedy już w ogóle jest wspaniale zainteresowany. Wtedy ten ktoś, o ile pozwala mu na to stan ducha i równowagi, nachyla się zazwyczaj nad wózkiem i zachwycony mówi: kelbebemińą. Czyli: ale słodki dzidziuś. 
Zastanowiło mnie to, bo Iwonek rozumie dokładnie tak samo dobrze, jak w Polsce, czyli przyjmuje uwagę ze spokojem, z miną mówiącą jednoznacznie, że się zgadza i że tak się należy. A głoski przecież zupełnie inne. Widać mądry. Pa mamusi i tatusiu trochę też.
Druga grupa nachylających się to panie w wieku iwonkowych babć, czyli nie za stare i dobrze zakonserwowane, ale już nie na tyle młode, by jeszcze mieć swoje dzieci, za to z wielką potrzebą babciowania, tulenia, przewijania i gugania oraz ze świadomością, że ich dzieci wcale a wcale tych potrzeb nie odczuwają. Nachylają się miło i ze smutkiem w oczach gruchają: kelbebemińą i ilakelaż, choć czasami wychodzi im elakelaż i wtedy speszone muszą się poprawiać, bo przecież Iwonek to nie el, tylko il, ale pomylić się łatwo, fakt, w końcu ma zupełnie nieprzepisowy różowy wózek.
Różowy jak róża z persilu, uśmiecha się Roman. Znaczy się jaka niby? Ana wzdycha: nie z persilu, tylko z Persji, perska róża, jak kot pers, też stamtąd pochodzi, choć nie różowy wcale, a Persja to był taki kraj podobno kiedyś, teraz jest tam Irak, Iran lub Izrael, nie pamiętam, na duże I w każdym razie i daleko, to i tak wszystko jedno w sumie.
Perska róża i róża oraz róż ogólnie prawem płci przypisane są jednak na pewno do dziewczynek, a nie do chłopców, też się dziwię, że Roman sobie na to pozwolił, bo że Ana tak chciała, to nic dziwnego, ona zawsze robi wszystko na opak i specjalnie tak, by się wszyscy pytali, co to za iwo dziwo, ale że Roman, kawał faceta, choć nie wiem, czy przystoi mi tak pisać, a więc że taki duży Roman nie wstydzi się krążyć z różowym wózkiem? A nie, mówi. Wiedziałam, że on nowoczesny, nie tak, jak Ana, no ale pod tym względem ciężko by ją było przebić, ale że aż tak...Hmm, muszę popytać dziewczyn z wózkami, co one na to. 
Kolor zwodzi jednak najbardziej tolerancyjne osoby, tak zwane do przodu, i wyjaśnia, dlaczego czasami nachylający się nad kelbebemińą nie wiedzą, czy to el czy il, na nasze: ona czy on, po polsku jeszcze może być jeszcze ono. Jak twierdzi Ana, płeć obojętna, ważne, że Iwonek jest mińą, jakich mało.

Monday, 8 July 2013

(56) joga

Odkąd Iwonek nieco podrósł w sensie umysłowym, bo ciałkiem nadal niewielki, polubił niekończące się jazdy w wózku. Siedzi i patrzy, śpiewa i sylabizuje, serce się samo raduje. A jaki cierpliwy! Nie tylko Ana Martin, która pięciu minut spokojnie nie usiedzi, ale nawet ja już bym dawno wysiadła, w sensie dosłownym też, bo z wózka można, tzn. dwunożni mogą, Iwonek nie, sturlać się co najwyżej, choć nawet i nie to, pasami zapięty na amen, tak więc siedzi jak na tureckim kazaniu; hmmm, to ostatnie właściwie nieźle pasuje, bo przecież nasz pasażercio ma nóżki grzecznie skrzyżowane, czyli ćwiczy siad po turecku, jak to kiedyś w świetlicy w kółku graniastym czterokanciastym kazali, nawet tym, którzy chętniej siedzieli z nogami wykręconymi na zewnątrz, jak ja, co widać zresztą do dziś. 
Po turecku zdrowiej, chociaż to też nie tak do końca po turecku chyba, skoro Ana twierdzi, że po belgijsku to się nazywa na krawca, albo po krawiecku; nie po belgijsku, tylko po francusku, woła Ana, coś się jej myli, przecież to w Belgii tak mówią, u nas, na Sanżilu normalnie...Tu miejscami zresztą też mamy małą Turcję, taką Turczynkę, a Anie niedługo się w głowie pomiesza od nadmiaru wiedzy, no raczej. I to nawet po krawiecku to nie wersja ostateczna, bo tak naprawdę tak siedzą jogi! To z kolei wyszło na jaw całkiem przypadkiem, gdy kolejne osoby pochylające się nad wózkiem w stylu okelbebemińą zaczęły się zachwycać, jaki to Iwońcio mądry, że tak siedzi, i że to dobre dla aureoli, która z kolei daje spokój i coś tam innego, wewnątrz ciała ogólnie i ciałka iwonkowego też. Od razu poleciałam do Romana dopytać, o co chodzi z aureolą, do Any wszak strach zwracać się w sprawach wiary; co do aureol, w kościele się kiedyś słyszało coś w tym temacie, a i widziało podobno, znaczy ci co bardziej święci i zacni, czyli nie ja, ale żeby aureola wewnątrz? tego to nawet najbardziej uduchowione sąsiadki by nie wypatrzyły. Roman na to, że pewnie chodzi o aurę, ale nie pogodę, nie rozumiem, po co dopowiada, co ma aura do pogody w końcu? W każdym razie dalej tłumaczy, że w Brukseli i na świecie też podobno, bardzo popularny jest ostatnio sport jogi, i wtedy ma się taką aureolę wewnątrz, aurę ups. To znaczy może nawet nie tyle ma, co chce mieć. Należy też emanować spokojem i równowagą wewnętrzną, a można dojść do tego przez medytację i powolne ćwiczenia na macie. 
O, to coś dla Any, wymyka mi się, a Roman z Iwonkiem ucieszeni, bo przecież nawet Iwonek już czuje chyba, jaka jest Ana, jak to Ana właśnie, po swojemu, ale o jogi to chyba może zapomnieć. Ja za to może spróbuję. Matę mam, spokój jaki taki też, pokój do ćwiczeń też. A ja mam własny pokój, podpatruje Ana i uśmiecha się pobłażliwie, dodając: jak już skończysz ćwiczyć i rozwijać się na macie, to rozwińmy się literacko, czeka na ciebie ksiażka...i teraz nie wiem kogo, jakiejś babki o pokoju właśnie. Ha, może na jogi wyćwiczę pamięć i sobie przypomnę.