Bokwa, bokwa, nie bukwa, jak chciałby Roman. Tak jakby bukwa miało znaczyć coś więcej niż bokwa na przykład. Roman patrzy dziwnie i mruczy, że bukwa to litera, ale chyba chodzi mu o to, że u i o to litery, bo niby po jakiemu to miałoby być bukwa i dla kogo zrozumiałe? Bokwa natomiast już niedługo będzie znana, założę się, to coś całkiem nowego i służy do fitnesu. Tak mówili wczoraj na spotkaniu o tajemniczej nazwie szampan(tr) w centrum Sanżila. Ana Martin już stoi nade mna, czego chce?
Ksenia, to nie w Sanżilu wcale, zaczyna, tylko przecież pod pałacem królewskim było, a że szliśmy na piechotę jak u siebie na dzielnicy, to tylko dlatego, że był dzień bez samochodu, jak zresztą co niedzielę powinno być, dodaje w swoim stylu; w każdym razie to nie szampantr, tylko szampętr, dowiaduję się, bo nie od szampana, który przecież jest francuski, a wręcz szampański, z takiego minikraju, lecz od szą, pola, szamp w pisowni; i to wydarzenie polne było u królewny polskiej pod oknami, upewniam się? Tak, to już chyba nawet Bruksela Tysiąc, zastanawia się na głos Ana, nie wiem, mruczy dalej Roman, któremu to najwidoczniej obojętne, gdzie ten szampon, szampan czy szą się odbywał, najważniejsze, że było fajnie! I smacznie!
To prawda, najedliśmy się jak dzikie świnie, można by to obrazowo powiedzieć, to znaczy my duzi we troje, bo mały uczestnik jadł tylko chleby przeróżne ekobjo zapewne, ale chyba mu to nie przeszkadzało, bo żuł z wielkim przekonaniem zębami sztuk 6 i 2 kawałki. My natomiast krążyliśmy między stoiskami, to uszczknęliśmy owoców, to kiełbasy, to wpisaliśmy się na listę obrońców pszczół, to nadgryzliśmy śliwkę, to gofra, to sama nie wiem co, bo takie nazwy, że w dawnych czasach powiedziałoby się: można pióro i język połamać, ale teraz już tylko palce na klawiaturze. Można też było własnoręcznie zrobić szejka, a nawet własnonożnie, bo pedałując. Na rowerze, prawdę mówię!
W każdym razie było tam co jeść i pić, i to nie tylko tylko te szejki. Z innych atrakcji były też sceny tańczące i śpiewające, a także lekcja gimnastyki dla tych, co na co dzień mają jednakże dzień z samochodem, czyli nie my, ale większość. No i patrzę, tańczą, więc podchodzę.
Myślałam, że salsa, czy jakaś inna rozrywka dla dziewczyn po 30., bo na tyle mi wyglądały, zagaduję taką jedną fikającą, co jużem słyszała, że nasza, więc na pewno zrozumiem, pytam z miną znawczyni, czy salsa czy samba, a ona, że bokwa! Zdębiałam więc, jak wy teraz, nie dziwię się. Bo co? dukam. Bokwa, czyli taka zumba plus. Zumba? Rumba chyba? Nie no stara, zumba, nie znasz? Znam, znam, a jakże, nadrabiam miną, a czym się różni? Znaczy się bokwa od zumby? Wszystkim, po prostu to inna wizja ciała, tłumaczy ta ćwicząca.
Hmm, co po tym powiedzieć? Widać, żem z Łap i ominęło mnie po drodze kilka wizji.
E tam Ksenia, nie martw się, dziarsko mówi Roman. Ja też nie wiem, co to zumba, rumba, sambę widziałem sto lat temu w tiwi, a salsę może też, ale nie wiem, co to było, więc może i salsa, ale kto wie, czy nie inna wizja ciała? Cha cha, co za określenie. Wizja pewnie niezła, na to Ana, dodając skromnie: co to bokwa, to nawet ja nie wiem, ale próbowałam zumby, jak jeszcze mogłam się zginać, i ta wizja mi nie odpowiadała. Ciału może i tak, ale duszy nie. Podobnie jak inne wizje, więc nie martw się Ksenia, przeminęła zumba, nawet nie zauważyłaś, że była, przeminie i bokwa, tylko salsa zostanie chyba, bo te dziewczyny po 30. są sprzed fejsa, i jak ja nie potrafią się tak szybko zmieniać.
Monday, 23 September 2013
Sunday, 22 September 2013
(70) panda
Wydawałoby
się, że misie panda, te czarno-białe, nie te brunatne ani polarne,
nie pochodzą z Brukseli ani jej okolic, w rodzaju Lież albo
Luksemburg, a jednak! Niezłe zamieszanie przez nie powstało, i to
wszystko w kraju, gdzie właściwie nie powinny się w ogóle
znaleźć, bo przecież tu nigdzie się nie uświadczy dzikiej
puszczy czy innej dżungli, za las uchodzi park bładekambr, a tak w
ogóle gdzie nie spojrzeć, to wszędzie zabudowa, ani jednej luki,
gdzie by się wcisnęło zwierzę, nawet małe, o wielkim
niedźwiedziu nie wspominając. Ale pandy znalazły inny sposób i
weszły do przestrzeni publicznej, jak to ładnie wyczytałam w
prasie, tylnymi drzwiami.
Po
bajbusie weszły, śmieje się Roman. Po jakim bajbusie? Od bejbi
angielskiego, Iwonka takiego jakby? Bambusie, a nie bajbusie cha cha,
kwiczy mi tu Ana Martin, nie na darmo córka biolożki, choć w domu
żadnego zwierzęcia nie ma, a pluszowe nie wywołują entuzjazmu
nawet u Iwonka; po bambusie Ksenia, bo pandy jedzą bambusy. Jak to,
to co u nas próbuje rosnąć w doniczce? I to im starcza? Takim
wielkim, ciężkim? Chyba że to włos im tyle waży? E nie, tam,
skąd pochodzą, czyli z Chin, nie z żadnej puszczy, bambusy to
drzewa, tłumaczy Roman, który z kolei na roślinach moim zdaniem
naprawdę się nie zna, nawet ich by nie jadł, gdyby nie przymus
Any; choć ciężko mi to sobe wyobrazić bez internetu, w Azji
bambusy są wielgachne jak dęby, to nie rachityczne gałązki
związane sznurowadłem, by się nie złamały w przeciągu, jak u
Martinów, cha cha, mszczę się nieco za te bajbusy, choć
nieładnie, a przy niedzieli podwójnie nieładnie nawet, za to można
szybko i łatwo załatwić sobie odpuszczenie.
Bajbus
czy bambus, afera z pandami polega na tym, że w Belgii, nie w
Brukseli jednak, jak doczytałam, pojawił się prezent w postaci
pand. I zaczęły się kłótnie. Wszyscy je chcieli, bo takie ładne
misie, to zawsze warto mieć: i Belgowie A, i B, i ci, co mówią po
belgijsku, i ci drudzy, w tym nacjonaliści z miasta na A. Problem w
tym, że w tym mieście zoo jest stare, takie jak w Polsce A Any
Martin, czyli jeszcze sprzed 100 albo 200 lat, dawno przed
narodzinami moimi i pand też. Czyli ciasne i niefajne, dla pand
szczególnie, które przecież są przyzwyczajone do tych wielkich
bambusów, a nie ciasnych klatek. Ktoś się ulitował i zabrał
pandy do innego zoo, jakiegoś prywatnego i nowoczesnego, bilety
drogie tam bardzo, mówią, no ale przynajmniej nazwa przypomina
słowo raj, tak więc chyba i zwierzynie tam nieco lepiej. Powtarzam,
nie tak, jak na bambusie wielkim w Japonii, ale lepiej, niż w
mieście na A, zapomniałam nazwy doprawdy. Jednak Ci z miasta nie
chcą o tym słyszeć, by pandy słuchały komend po belgijsku
francusku, woleliby je szkolić w tym innym dialekcie. I powstał
problem, prawie że ponadpaństwowy, podobno piszą o tym nawet w
Azji, w tym dzwinym alfabecie. Co robić? Póki co, pandy chyba nie
rozumieją, że waży się ich los i przynależność państwowa,
spokojnie żują bambusy i gapią się na gości zoo aksamitnymi
oczyma. Obiecałam Iwonkowi, że pojedziemy je pogłaskać, bo w
końcu to takie duże psy bał bał.
Wednesday, 4 September 2013
(69) patronka
Ana Martin wie podobno wszystko, a jeśli nie wszystko, to przynajmniej najlepiej, ale czasami naprawdę można ją złapać na tak podstawowych brakach, że po prostu ze wstydu mogłaby schować głowę w piasek, i to na dłużej. A czasami zdarza się wręcz tak, że to ja, Ksenia, muszę jej pokazać świat. Wiem, dziwnie to wygląda może na papierze, jak tak daje wyraz swojej wyższości nad starszymi i jeszcze ją utrwalam na dowód, że mnie źle wychowano, można by zastanowić się, gdzie w tym wszystkim szacunek dla siwych włosów, których Ana miała dwa, ale wyrwała, a Roman miałby może więcej, ale wiecie, jak jest; w każdym razie dziś rano to już nawet nie wiedziałam, co zrobić z żenu, ręce opadają na taką niewiedzę, bo czy zdajecie sobie sprawę, że Ana Martin, lat 30 i dobrych kilka co najmniej, nie wiedziała, że jest patronką?
Muszę powiedzieć, że aż mi się przykro zrobiło, jak jej mówię, że z niej dobra patronka, nie wszystkie dziewczyny tak mają, słyszy się to i owo na placu zabaw i pod sklepem. Bo naprawdę nie ma się na co skarżyć i jest niczego sobie, tłumaczę, podając Iwonkowi okruszki bułki. Ana na to dziwnie patrzy, widzę, że nie rozumie, więc brnę dalej, że co, przecież i mieszkać mam gdzie, i jem, co chcę, i kiedy chcę w sumie też, albo i nie jem, bo Ana jest z tych, którzy uznają, że można nie jeść, jak się nie chce albo nie lubi czegoś, co jest pewną nowością w moim życiu, bo w Łapach nie szło wydziwiać, oj nie, zawsze był wóz albo przewóz, tak mówili ojce, ale w rezultacie zawsze wypadało na wóz, czyli zjedzenie wszystkiego do końca, nawet jeśli był to bób albo mortadela. A u Any nie trzeba, kolejny punkt dla patronki.
To już i tak kilka plusów Ana ma, a przecież sam fakt, że u Martinów mam stałkę, a odkąd jest Iwonek, to nawet stałkę niańkową, też się liczy. Dobra patronka z Any, bo wiem, że nie przypadnie mi w udziale czyszczenie stuletnich domów, ostatnio zamiatanych przed wojną; że nie trzeba się będzie tłuc o 6 rano do Szarlerua albo pod Mąs, gdzie dodatkowo powstałby problem językowy. Z belgijkim tym drugim. Że nikt mnie nie oszuka na czekach, ani ich nie podbierze z mojego pokoju, bo przecież mieszkanie dzielę co prawda, ale tylko z patronami, a nie z nie wiadomo kim. Że płacone będzie na czas, a nie po czasie, który jednakże może się rozwlec w nieskończoność, tak mówią.
Tego wszystkiego bym się bała pewnie, a tak, z dobrą patronką, nie mam trosk prawie żadnych, oprócz tych, że nie wiem czasami, czy Sanżil to już u mnie, czy jednak jeszcze nie.
Więc w końcu pytam Any, co jej przeszkadza, a ona, czy ja wiem, co to patronka. Że jej to święta Anna, teraz Ana i w innych krajach w rodzaju Brazylia też. Że moja to chyba Ksenia. Że Romana to Roman, męski patron co prawda, bez ka na kńcu, a Iwonka - Iwo. Dziwo. Oj.
Dla Any natomiast dziwo to fakt, że jest patronką. Chyba nie chce nią być, coś czuję ósmym zmysłem. Ale wyboru nie ma, bo przecież patronka brzmi bardziej ludzko niż pani, kierowniczka itp. To już tak zostanie. Ale żebym ja, o tyle młodsza, jej unaoczniała, jak świat wygląda, to bym się nie spodziewała.
Muszę powiedzieć, że aż mi się przykro zrobiło, jak jej mówię, że z niej dobra patronka, nie wszystkie dziewczyny tak mają, słyszy się to i owo na placu zabaw i pod sklepem. Bo naprawdę nie ma się na co skarżyć i jest niczego sobie, tłumaczę, podając Iwonkowi okruszki bułki. Ana na to dziwnie patrzy, widzę, że nie rozumie, więc brnę dalej, że co, przecież i mieszkać mam gdzie, i jem, co chcę, i kiedy chcę w sumie też, albo i nie jem, bo Ana jest z tych, którzy uznają, że można nie jeść, jak się nie chce albo nie lubi czegoś, co jest pewną nowością w moim życiu, bo w Łapach nie szło wydziwiać, oj nie, zawsze był wóz albo przewóz, tak mówili ojce, ale w rezultacie zawsze wypadało na wóz, czyli zjedzenie wszystkiego do końca, nawet jeśli był to bób albo mortadela. A u Any nie trzeba, kolejny punkt dla patronki.
To już i tak kilka plusów Ana ma, a przecież sam fakt, że u Martinów mam stałkę, a odkąd jest Iwonek, to nawet stałkę niańkową, też się liczy. Dobra patronka z Any, bo wiem, że nie przypadnie mi w udziale czyszczenie stuletnich domów, ostatnio zamiatanych przed wojną; że nie trzeba się będzie tłuc o 6 rano do Szarlerua albo pod Mąs, gdzie dodatkowo powstałby problem językowy. Z belgijkim tym drugim. Że nikt mnie nie oszuka na czekach, ani ich nie podbierze z mojego pokoju, bo przecież mieszkanie dzielę co prawda, ale tylko z patronami, a nie z nie wiadomo kim. Że płacone będzie na czas, a nie po czasie, który jednakże może się rozwlec w nieskończoność, tak mówią.
Tego wszystkiego bym się bała pewnie, a tak, z dobrą patronką, nie mam trosk prawie żadnych, oprócz tych, że nie wiem czasami, czy Sanżil to już u mnie, czy jednak jeszcze nie.
Więc w końcu pytam Any, co jej przeszkadza, a ona, czy ja wiem, co to patronka. Że jej to święta Anna, teraz Ana i w innych krajach w rodzaju Brazylia też. Że moja to chyba Ksenia. Że Romana to Roman, męski patron co prawda, bez ka na kńcu, a Iwonka - Iwo. Dziwo. Oj.
Dla Any natomiast dziwo to fakt, że jest patronką. Chyba nie chce nią być, coś czuję ósmym zmysłem. Ale wyboru nie ma, bo przecież patronka brzmi bardziej ludzko niż pani, kierowniczka itp. To już tak zostanie. Ale żebym ja, o tyle młodsza, jej unaoczniała, jak świat wygląda, to bym się nie spodziewała.
Thursday, 29 August 2013
(68) lebelż
Iwonek podrósł, więc czasami w barze udaje się posiedzieć bez pilnowania go cały czas. I wtedy nie wiadomo, na co padnie wzrok. Raz ciekawiej, raz mniej, a najczęściej - na gazety, bo leżą wszędzie, narzucają się wręcz w oczy, to i poczytam. Dziś przykładowo. Patrzę, a na okładce słowo: le belge, czytaj: lebelż. Patrzę dokładniej, coś mi się od razu nie zgadza, bo to wcale nie lebelż jeden jedyny, ale lebelż w liczbie mnogiej leżą, to się inaczej nazywa, takie e dziwne belgijskie stosowane właśnie w rodzajniku niepojedynczym. W ogóle leżą lebelż, ale damskie, nie mam pojęcia, jak to zapisać normalnymi literami, żeby jeszcze ktoś zrozumiał do tego, warto by było.Mało rzeczy jest w belgijskim czy francuskim, mylą mi się oba, zrozumiałe, ale to jedno jest akurat łatwe: w rodzaju żeńskim dla kobiet jest o dziwo tak samo, jak dla facetów, czyli le. W piśmiennictwie: les, ale nie czepiajmy się, Jest to oczywiście to inne le, nie pojedyncze, w tym pierwszym trzeba robić minę poważną, a przy tym drugim rozciągnąć usta, jak do sztucznego amerykańskiego uśmiechu, nie jest to może zbyt jasne, ale przynajmniej jak się raz zapamięta, to się ma obie płcie obskoczone, trzeciej nie ma, bo w belgijskim nie ma rodzaju nijakiego, ani w liczbie pojedynczej, ani mnogiej.
Uff, to napisałam w skrócie, o co chodzi w gramatyce, teraz dodam do tego warstwę wizualną, jak się pisze w eleganckich magazynach. Chodzi mi o to, że na zdjęciu na okładce piszą lebelż męski w liczbie pojedynczej, a na kocu leży przecież babka. Jak wół normalnie babka leży, może nie wypada tak napisać, ale dla podkreślenia podkreślam przysłowiem. Obok druga na leżaku, a w piachu obok jeszcze jedna, malutka. I wszystkie są la, natomiast na tyle, na ile rozumiem tytuł, to piszą, że belż męski był na wakacjach. Jaki on, pytam, skoro czytelnik widzi ją, w mianowniku ona, a nawet trzy je czy one widzi? Mogłabym się ewentualnie pomylić, owszem, ja nie Ana Martin, bym była bez skazy, ale tu akurat widzę trzy belż kobiece w bikini, no to co mam myśleć, już sama nie rozumiem, co do czego przypiąć. Czy na miejscu nie rozróżniają płci w ogóle?
Ksenia, jak chcesz, by ktoś to zrozumiał, skoro nawet ja, skromnie wtrąca się Ana Martin, czytam to po raz trzeci i nie wiem, o co chodzi? A trochę zdążyłam poznać twój sposób myślenia. O rodzajniki i wymowę chodzi, stoi przecież jak koń. No ale co ma wymowa do rodzaju? Że nie wiadomo, jak to połączyć w jedno i jeszcze ze zdjęciem. Aaaa, rozumiem chyba. Bo to lebelż męskie w liczbie pojedynczej jest tak naprawdę w liczbie mnogiej i obejmuje sobą ogół Belgów, belżów po lokalnemu. Jeden za wszystkich? I wszystkie, dodaje smutno Ana. Chodzi o to, że język jest starszy niż emancypacja i często jedno słowo w rodzaju męskim odnosi się do obu płci - we francuskim, a nawet trzech - niejakiej też - po polsku. No, rodzaj nijaki to może nie płeć, ale tak to nazwijmy skrótowo. Tak więc już jest niestety, że ten lebelż został zilustrowany zdjęciem trzech plażowiczek i nikt się nie oburzył. Tylko ja, wtrącam zadowolona. Tak, tylko ty, uśmiecha się Ana, i cieszę się, że dostrzegasz takie absurdy, dodaje, jak będzie nas więcej, to do czegoś dojdziemy, po polsku, francusku i belgijsku też.
Wednesday, 28 August 2013
(67) miś
Nowy rok szkolny, tak więc pomyślałam sobie, że warto by się przejechać w rodzinne strony, patrzę, a paszport już dawno nieważny, aż strach pomyśleć, co by było, jakby nagle na autobanie policaj zatrzymała busika do kontroli, a tam ja, czerwona jak pomidor, bo jadę na czarno, jak nie przymierzając w czasach Any i Romana; z tym że oni nie jeździli busikami, bo w ich miastach w Polsce A, szczególnie u Any, gdzie jest taka Polska A, że prawie Niemcy B, jeździło się wielkimi autokarami. Ale praca na czarno tak samo była, efekt jednakowy, czyli miś w paszporcie.
Nie rozumiałam nigdy, o co chodziło z tym misiem, ale odkąd krążę po autobanie ze wschodu na zachód i z powrotem, jak ta fryga wte i wewte doprawdy, to mam dużo czasu i przysłuchuję się opowieściom, a jest czemu, wierzcie mi. No i dowiedziałam się, że w misiu nie chodzi o misia zwierzę, tylko o misia pieczęć, jaką policaj lub polis wbijała w paszport, jak nakryła kogoś na nielegalu. Trzeba było się zabierać do kraju, na chybcika udawać, że się gubi paszport, no i znów w komitet kolejkowy uderzać, by wyjechać, znów miś, i tak się to kręciło przez całe lata 80.i 90.
Ale w latach 90. to już było inaczej, wtrąca się Roman, bo już byliśmy nie w komunie. CZy nie za komuny? Nie wiem, dopiero się urodziłam, po komunie już; mam czasami wrażenie, że Martinowie naprawdę myślą, że ja też jestem z lat 70., a przecież wyglądam o wiele lepiej od nich.
Wracając do paszportu, to już miałam iść do ambasady, a tu jak nie spadnie na mnie njus! U Adriana się dowiedziałam, podczytałam na stojaku, jak stałam do kasy ze słoikiem. Małym gerberem, a nie dużym, dla ścisłości. Nie wierzyłam, że to możliwe, że nasi aż tacy zdolni, ale wiadomość z gazety napisanej po polsku, tak więc nie to, że coś pokręciłam z przekładem, polski to jeszcze znam, a nawet lepiej, niż kiedyś, Ana Martin pilnuje, bym się nie wynarodowiła. Biorę więc gazetę, nie płacąc za nią jednakże, a tam stoi jak bawół, że w Brukseli, w mieście chyba, a nie na Sanżilu, kradną komputery. Też mi wielkie info, normalka...no ale tam piszą, czytam własnoręcznie, że tropy prowadzą do ambasady. I to jakiej! Której! Naszej własnej polskiej właśnie! I miejscowy polis wziął się do roboty, więc zdaniem Any Martin to jeszcze potrwa, bo chyba polis ma też inne rzeczy do roboty, niż szukanie komputera w polskiej ambasadzie? Toż to mógłby być międzynarodowy skandal nawet, pomyśleć, że tak blisko!
Mam teraz zagwostkę, co robić? Bo z jednej strony cni mi się do Łap, ale z drugiej przecież nie pójdę do ambasady, żeby od razu się stać zaaresztowana. To by było naprawdę pierwszy raz w życiu. Choć nie wiem w sumie co gorsze, czy jeszcze głupiej nie byłoby pójść po paszport i od razu dostać w środek dorodnego misia? I co by się stało z Iwonkiem, kto by gerbery kupował?
Nie rozumiałam nigdy, o co chodziło z tym misiem, ale odkąd krążę po autobanie ze wschodu na zachód i z powrotem, jak ta fryga wte i wewte doprawdy, to mam dużo czasu i przysłuchuję się opowieściom, a jest czemu, wierzcie mi. No i dowiedziałam się, że w misiu nie chodzi o misia zwierzę, tylko o misia pieczęć, jaką policaj lub polis wbijała w paszport, jak nakryła kogoś na nielegalu. Trzeba było się zabierać do kraju, na chybcika udawać, że się gubi paszport, no i znów w komitet kolejkowy uderzać, by wyjechać, znów miś, i tak się to kręciło przez całe lata 80.i 90.
Ale w latach 90. to już było inaczej, wtrąca się Roman, bo już byliśmy nie w komunie. CZy nie za komuny? Nie wiem, dopiero się urodziłam, po komunie już; mam czasami wrażenie, że Martinowie naprawdę myślą, że ja też jestem z lat 70., a przecież wyglądam o wiele lepiej od nich.
Wracając do paszportu, to już miałam iść do ambasady, a tu jak nie spadnie na mnie njus! U Adriana się dowiedziałam, podczytałam na stojaku, jak stałam do kasy ze słoikiem. Małym gerberem, a nie dużym, dla ścisłości. Nie wierzyłam, że to możliwe, że nasi aż tacy zdolni, ale wiadomość z gazety napisanej po polsku, tak więc nie to, że coś pokręciłam z przekładem, polski to jeszcze znam, a nawet lepiej, niż kiedyś, Ana Martin pilnuje, bym się nie wynarodowiła. Biorę więc gazetę, nie płacąc za nią jednakże, a tam stoi jak bawół, że w Brukseli, w mieście chyba, a nie na Sanżilu, kradną komputery. Też mi wielkie info, normalka...no ale tam piszą, czytam własnoręcznie, że tropy prowadzą do ambasady. I to jakiej! Której! Naszej własnej polskiej właśnie! I miejscowy polis wziął się do roboty, więc zdaniem Any Martin to jeszcze potrwa, bo chyba polis ma też inne rzeczy do roboty, niż szukanie komputera w polskiej ambasadzie? Toż to mógłby być międzynarodowy skandal nawet, pomyśleć, że tak blisko!
Mam teraz zagwostkę, co robić? Bo z jednej strony cni mi się do Łap, ale z drugiej przecież nie pójdę do ambasady, żeby od razu się stać zaaresztowana. To by było naprawdę pierwszy raz w życiu. Choć nie wiem w sumie co gorsze, czy jeszcze głupiej nie byłoby pójść po paszport i od razu dostać w środek dorodnego misia? I co by się stało z Iwonkiem, kto by gerbery kupował?
Thursday, 22 August 2013
(66) gwiazda
Cha cha, ale fajnie napisałaś, śmieje się Ana, Roman urlopuje się w domu, to i mniej zaganiana i od razu przekłada się to na łaskawość. Ekstermistyczna reakcja, dobre, akurat w przypadku piwa się zgadza, no ale niestety nie ujdzie, ani nawet ekstremistyczna, bo ekstermalna. Ekstremalna! Terma to by była na ciepło, pamiętasz ze szkoły? Nie pamiętasz, widzę, nie szkodzi. No, ekstremalna to ja jestem czasami, przyznaję bez bicia, ale to wam tylko na dobre wychodzi, kończy z satysfakcją Ana i idzie przejąć Iwonka, bo urlop urlopem, ale matka jest jednak tylko jedna.
Z urlopu Romana korzystam i ja, bo Roman czyta lokalne gazety i opowiada na głos, a ja się uczę. Dziś przykładowo o wedet, zaraz zaraz, odmienię, to będzie wedecie. Lawedet w czytaniu, a la vedette - w piśmie. La to rodzajnik, nic nie znaczy, ale piszę dla porządku. Znaczy to gwiazda. Stąd zresztą wstęp o piwie. Bo wedet to piwo, z gwiazdą, nietrudno zgadnąć. Czerwoną, więc wygląda, jak nie przymierzając towar z innej epoki. Już wiecie, do czego piję, tym razem w przenośni: ruski napój. Napisałabym nawet grzecznie rosyjski, ale wtedy nie byłoby efektu, bo rosyjski to słowo wysokie, a ruski - takie niższe, pasuje do jedzenia. Tak więc piszę: wedet to piwo z wielką czerwoną gwiazdą na froncie... ruską.
Wedet to piwo odrodzone, zmartwychwstałe prawie że, bo go nie było przez kilka lat, wyparły je nasze rodzime dzielne żubry, żywce, okocimy i tyskie. Ale wraca. Bo jest taki facet, co wskrzesza bary, i teraz się zabrał za piwa, może dlatego, że to jak dziedzictwo narodowe? Znaczy się nie nasze narodowe, prawdziwe, prapolskie, ale tutejsze, belgijskie, też jakieś tradycje mają, mniej pra, ale też coś warte. I dlatego lawedet króluje ostatnio na wszystkich plakatach. Jest lato, piwo pasuje. Wszystkim oprócz Any oczywiście, no ale wielki marketing się jej nie słucha. A szkoda, płentóje.
Tuesday, 20 August 2013
(65) jabłka
W wakacje dobre jest to, że gazety robią się jakieś do życia i jest co poczytać. Nawet w tych niekolorowych, codziennych, drukowanych na byle jakim papierze, a nie na takim ładnym, jak moje czasopisma, w większości przypadków niestety raczej niedostępne u Martinów, chyba że się uda coś przemycić od Adriana czy Pawła pod jabłkami z kraju albo ktoś podrzuci coś wyczytanego. Ale w wakacje, jak pisałam, nudą nie wieje nawet od tych nudnych. Weźmy na warsztat taki Lesoir, w wymowie lesłar, ale to nie jest to, co by mogło przyjść na myśl, tylko wieczór. Choć ukazuje się rano. Pytałam Any, i ona mówi, że tytuł nie musi mówić prawdy, bo jak ona była mała, dawno temu, to Wieczór wrocławia ukazywał się we Wrocławiu po południu, albo nie ukazywał w ogóle, na to Roman, a i tak to nie szkodziło nikomu, dopowiada Ana, bo lubi sobie zamknąć rozmowę.
Le soir, a nie lesoir, jak zdążył poprawić Roman, choć napisałam praktycznie bez błędu, ma teraz taką fajną stronę z ciekawostkami. Ana Martin twierdzi, że to dlatego, że sezon ogórkowy, ni w pięć ni w dziewięć to mówi, bo sezon na ogórki właśnie trwa, ale zapisuję. W każdym razie na tej stronie napisali dziś nie o ogórkach, ale też w tym temacie, mianowicie o jabłkach. Że nie tylko na Sanżilu czy w całej Brukseli ogólnie nie ma już rodzimych jabłek (no bo tu sadów naprawdę niewiele), ale i że w kraju Belgii też już nie ma jabłek belgijskich. Hmm. To ci dopiero. Myślałam, że w sklepach może wszystkiego brakować, ale jakieś jabłko w warzywniaku to się przecież zawsze znajdzie? Tak matuś opowiadali o komunie, że właśnie nic nie było do jedzenia, tylko ziemniaki i jabłka. To na czym by oni w tej Belgii przeżyli?
To ja znalazłam i przetłumaczyłam na nasze tę informację, ale komentarz należał już do Any. Że po pierwsze co to znaczy, że nie ma już belgijskich jabłek? Belgijskich gatunków, czy też tych jonagoldów i innych delicjuszy, co to się wszędzie rozpanoszyły, sztuczne to takie, jeść się nie chce.
I już czy jeszcze? Że jeśli już, to przecież bardzo dobrze, że ich nie ma, najwyższa pora, by w sierpniu wreszcie zacząć sprzedawać nowe, a nie ciągle te zapasy i zapasy jeszcze z ubiegłego roku. Pryskane to i leży nie wiadomo gdzie, a potem nie daj Boże je to na przykład taki Iwonek. Ze smakiem.
Jeśli jeszcze, to chyba redaktor się nie wywiedział, co i jak, bo gołym okiem widać, że są młode jabłka. Wszędzie, nawet w parkach. Po drugie, że sami chcieli, to i nie mają już normalnych jabłek, i że co gorsza, Ksenia, teraz ta moda przyszła nawet do Polski, czy w Łapach też już normalnego jabłka jak z dawnych lat nie doświadczysz? Nie uświadczysz, znaczy się? Nieśmiało mówię, że nie wiem, jak powinny smakować jabłka z dawnych lat, bo ja jestem przecież o całe pokolenie młodsza od Any i Romana, nawet mogłabym być ich córką, na co Ana dziwnie patrzy i mówi: co to, to nie, istnieje jeszcze zdrowy rozsądek. No nie wiem, tak sobie myślę, Roman też dziwnie patrzy. Ana nie widzi naszych min, tylko jak natchniona wraca do jabłek i wykłada dalej, że ona i tak belgijskich jabłek nie lubi, nawet , jeśli by to były belgijskie gatunki, tak zawczasu nie lubi czyli, bez próbowania, ona tak ma; lepsze polskie, z Łap je chyba nawet Ksenia wożą, co nie? Są tam u was jeszcze jakieś sady? Może na wschodzie kraju, co daje też wschód Europy, jest normalniej?
Bo ja, tak Ana, lubię kwaśne twarde jabłka, Iwonek też, nie ma wyboru a Roman nie, choć ma wybór niby, ale akurat on żadnych nie lubi. No i to Anie przypomina, że trzeba kupić jabłka. W polskim sklepie oczywiście, do Pawła dowożą w czwartki, to kto pójdzie? Tylko spytać, czy twarde? I pomacać, nie wierzyć na słowo, mają być z Polski, nieoszukane! No bo belgijskich nie ma, słusznie dodaje Roman i wstaje, bo na niego padło. Jabłko od jabłoni.
Le soir, a nie lesoir, jak zdążył poprawić Roman, choć napisałam praktycznie bez błędu, ma teraz taką fajną stronę z ciekawostkami. Ana Martin twierdzi, że to dlatego, że sezon ogórkowy, ni w pięć ni w dziewięć to mówi, bo sezon na ogórki właśnie trwa, ale zapisuję. W każdym razie na tej stronie napisali dziś nie o ogórkach, ale też w tym temacie, mianowicie o jabłkach. Że nie tylko na Sanżilu czy w całej Brukseli ogólnie nie ma już rodzimych jabłek (no bo tu sadów naprawdę niewiele), ale i że w kraju Belgii też już nie ma jabłek belgijskich. Hmm. To ci dopiero. Myślałam, że w sklepach może wszystkiego brakować, ale jakieś jabłko w warzywniaku to się przecież zawsze znajdzie? Tak matuś opowiadali o komunie, że właśnie nic nie było do jedzenia, tylko ziemniaki i jabłka. To na czym by oni w tej Belgii przeżyli?
To ja znalazłam i przetłumaczyłam na nasze tę informację, ale komentarz należał już do Any. Że po pierwsze co to znaczy, że nie ma już belgijskich jabłek? Belgijskich gatunków, czy też tych jonagoldów i innych delicjuszy, co to się wszędzie rozpanoszyły, sztuczne to takie, jeść się nie chce.
I już czy jeszcze? Że jeśli już, to przecież bardzo dobrze, że ich nie ma, najwyższa pora, by w sierpniu wreszcie zacząć sprzedawać nowe, a nie ciągle te zapasy i zapasy jeszcze z ubiegłego roku. Pryskane to i leży nie wiadomo gdzie, a potem nie daj Boże je to na przykład taki Iwonek. Ze smakiem.
Jeśli jeszcze, to chyba redaktor się nie wywiedział, co i jak, bo gołym okiem widać, że są młode jabłka. Wszędzie, nawet w parkach. Po drugie, że sami chcieli, to i nie mają już normalnych jabłek, i że co gorsza, Ksenia, teraz ta moda przyszła nawet do Polski, czy w Łapach też już normalnego jabłka jak z dawnych lat nie doświadczysz? Nie uświadczysz, znaczy się? Nieśmiało mówię, że nie wiem, jak powinny smakować jabłka z dawnych lat, bo ja jestem przecież o całe pokolenie młodsza od Any i Romana, nawet mogłabym być ich córką, na co Ana dziwnie patrzy i mówi: co to, to nie, istnieje jeszcze zdrowy rozsądek. No nie wiem, tak sobie myślę, Roman też dziwnie patrzy. Ana nie widzi naszych min, tylko jak natchniona wraca do jabłek i wykłada dalej, że ona i tak belgijskich jabłek nie lubi, nawet , jeśli by to były belgijskie gatunki, tak zawczasu nie lubi czyli, bez próbowania, ona tak ma; lepsze polskie, z Łap je chyba nawet Ksenia wożą, co nie? Są tam u was jeszcze jakieś sady? Może na wschodzie kraju, co daje też wschód Europy, jest normalniej?
Bo ja, tak Ana, lubię kwaśne twarde jabłka, Iwonek też, nie ma wyboru a Roman nie, choć ma wybór niby, ale akurat on żadnych nie lubi. No i to Anie przypomina, że trzeba kupić jabłka. W polskim sklepie oczywiście, do Pawła dowożą w czwartki, to kto pójdzie? Tylko spytać, czy twarde? I pomacać, nie wierzyć na słowo, mają być z Polski, nieoszukane! No bo belgijskich nie ma, słusznie dodaje Roman i wstaje, bo na niego padło. Jabłko od jabłoni.
Subscribe to:
Posts (Atom)