Bardzo ładne słowo dziś dojrzałam. Deluxe. Sam luxe już widać nie wystarczał, poza tym krótki, 2 sylaby, o ile się nie mylę, albo i półtorej, ledwo człowiek zaczął wymawiać, już koniec. Kto by się nacieszył takim drobiazgiem. A deluxe ma dodatek na de. Więcej luksusu znaczy się.
Tylko czy starczy aby dla wszystkich? I czy wszystkim będzie dane, chciałabym dopytać? Chciałabym. Lepiej by się żyło. Deluxe ładnie się błyszczy w słońcu; i nie na darmo, komentuje Ana, lux to po łacinie światło. A e? Co e? E jest na końcu tego światła. Tunelu światła, albo światła w tunelu. E dodali na zachodzie. Zwodnicze e, bo to przez nie pomyślałaś, że to 2 sylaby. A luxe to 1. Podobnie jak x. Tylko życie utrudniają te iksy tajemnicze.
Same problemy z tym luksusem i deluksusem. Już na wstępie się zniechęciłam. Ja też, na to Ana, jak wczoraj wyczytałam, że deluxe wjeżdża do kin. Cinema, znaczy się? Widziałam napisy takie. Neonowe. Kina to były w Polsce, B przynajmniej, a A? A też. Tu są cinema, albo bioskopy. Bjo? To ta nowa moda dotarła już nawet do kin? Ciekawam, jak to wygląda, siedzi się np. zdrowotnie po turecku albo w jakiejś pozycji jogi? Nie, cha cha, śmieje się Ana, bioskop, bioscoop w piśmie, to kino po niderlandzku i flamandzku. W dwóch językach, a tak samo! Wspaniale, już umiem jedno słowo, będzie jak znalazł, jak pojadę do Niderlandii. Póki co, jestem w krainie cinemy. Ciemno jak w kinie z tymi językami, doprawdy.
Jak na Hejzlu w krainie kina. Kinepolis, wtrąca Roman. Co ma stadion do polisy, chciałabym wiedzieć, Roman? Widziałyście, co się tam dzieje, ciągnie, nie słuchając, i to wszystko w Dzień Kobiet, taka ironia. Międzynarodowy! Właśnie o tej kiniepolisie piszę przecież, wydymam wargi, to tam deluxe zaatakowało. Cinema deluxe w kinie, pogubić się przyjdzie w tych językach. I jeszcze polisa na dokładkę
A co to cinemadeluxe, pyta Ana? Dwa słowa czy jedno? Ile sylab? To specjalne seansy bez popkornu, tyle wiem. Ho ho, a co to za świetny pomysł marketingowy? Przecież takie kinepolis, bo tak się to zwie, miasto kina, bez popkornu nie wydoli? Kogoś w zamian wydoi cha cha. Chrum chrum chrupią pewnie w co drugim fotelu, o ile nie gęściej? W co jednym, bym zaryzykowała.
Ana, widać od razu, że embiej z godpodarki poza twoim zasięgiem. Przecież żaden kierownik, damski lub męski, z embiejem w kieszeni i o zdrowych zmysłach, nie zrezygnowałby za darmo z takiej krowy dojnej, jak maszyna do kukurydzy. Będą ją doić inaczej - ukrywając cenę za kukurydzę z bilecie deluxe.
Aha, to w cinemadeluxe chodzi głównie nie o kino, olśniewa mnie, tylko o bilet! Nie o film jakiś supergites film, jak mawia Ana językiem z lat młodości, swojej oczywiście, czy o salę na bogato, tylko o cenę deluxe, tak to rozumiem! Słusznie rozumuję? Słusznie. Bo każdy bilet deluxe wypada 3 ojro drożej, czyli chyba tyle, co kubas popkornu. Tak? Nie wiem, nie jadam, ale pewnie z tyle wyjdzie, przecież stratni na tym biznesie nie będą, w końcu embieje mają w kieszeni i na dyplomie. Nie po to się jest kierownikiem, by nie wiedzieć takich rzeczy.
Ciekawe, skąd w ogóle wziął się ten pomysł, zastanawia się Ana. Z obserwacji! tłumaczy Roman. Nie trzeba mieć embieja, by w kinie, czy to cinema, czy bioskop, zauważyć, że jednak nie każdemu odpowiada, jak mu sąsiad chrupie i chlupie. Czasami zdarzają się odważni, co nawet zaprotestują na głos. Oczywiście, są w mniejszości, bo większość jednak przychodzi do kina jednak, by się najeść, należy się chwila wytchnienia. No ale są rzadkie przypadki niezadowolonych z mlaskania. Sama się do nich zaliczam, wtrąca Ana. No właśnie. Więc embieje pomyśleli sobie, że może warto by takich dziwaków zebrać razem, wmówić, że to coś specjalnego, taki seans w ciszy, i jeszcze kazać za to zapłacić dodatkowe 3 ojro. Łatwe, co?
Łatwe, ale głupie, na to Ana. Jak oni to sprzedadzą? Że powrót do tradycji? Ha, to dobre, ale akurat będą sprzedawać na odwrót, że to seanse nowoczesne, całkowicie nietradycyjne. Tradycja to teraz seanse z popkornem. Ana, gdzie ty żyjesz!
I to tyle lat, dopowiadam w myślach. Naprawdę, w jej wieku mogłaby już wiedzieć, z czego składa się wyjście do kina. Do tego embiej niepotrzebny.
Ale będą ludziom kazali płacić 3 ojro za ciszę? Tego nikt nie kupi, upiera się Ana. Zobaczymy. Pomysł wzięli z transmisji oper w kinach, podczas których podobno też ludzie mają się czuć luxedeluxe. Na powitanie dostają kieliszek jakiegoś alkoholu, potem nie wolno im jeść. Naturalnie alkohol na pusty żołądek sprawia, że część publiki zasypia, nie mają więc jak za bardzo mlaskać. Co najwyżej chrapią, ale na to na razie nie ma nazwy.
I łatwo nie będzie o nazwanie seansu bez chrapania, po tym jak deluxe już zajęło miejsce mlasków. Ale embieje pewnie coś wymyślą. Jeśli ktoś jest w stanie wymyślić usprawiedliwienie, jak tu widzę, że te 3 ojro to na pewno nie ukryta opłata za popkorn, lecz koszty skomplikowanej logistyki wpuszczania na salę, to ja odpadam. Co za pomysłowe sformułowania! Ksenia, zapisz od razu.
A ja myślę sobie, że tu jest inny haczyk, dodaje Roman po zastanowieniu. Mianowicie, że te 3 ojro to ukryty zysk dla kina. Normalnie z pieniędzy za bilet muszą się dzielić z dystrybutorem filmu. A tu wpiszą w rubrykę: logistyka i wszystko zostaje na miejscu. Nawet łatwiej, niż za popkorn, bo popkorn przynajmniej ktoś produkuje, zjada, itp. Normalny bieg rzeczy, jak to w biologii. Trzeba zapłacić. A tu - 3 ojro za nic. To się nazywa marketing deluxe, dziewczyny.
Tuesday, 11 March 2014
Monday, 10 March 2014
(142) wózek
Na jednym wózku jedziemy w Europie, czy Unia, czy nie, czy ojro, czy złoty. Tak nam wmawiają tędy i owędy. Że niby wszystkim się tyle samo należy od losu oraz z unijnych dopłat dla swoich oraz kandydatów na swoich. A jednak wózek wózkowi nierówny.
Cenowo. Okazało się bowiem, i to co roku się okazuje podobno mniej więcej o tej porze, noszącej romantyczną staropolską nazwę przednówek, że wóz to może nam pisany ten sam, ale wózek na pewno nie. I to nie ten dziecięcy, z sektora gospodarczego Iwonka, lecz sklepowy, czyli jak najbardziej z sektora dorosłych. Choć dzieci lubią na nim jeździć. Którzy sprawy finansowe biorą serio. I mogą się zdenerwować, czytając, że na Sanżilu jest po prostu drogo. I to nie tylko w porównaniu z Polską B. Z Sanżilem, a nawet z Midami, przegrywają bowiem takie giganty gospodarcze jak Holandia, Niemcy i Francja, czyli na oko - potęgi finansowe.
Przegrywają od lat. Co przednówek okazuje się bowiem, że w Belgii jednak drożej. Może przedstawię na przykładzie procentowym. Nie, żebym to sama wymyśliła, za to spisała i przemyślała - to już moje dzieło.
Zakładamy, że Belgia to 100. Sto procent. Ceny. Czyli to, co mamy w naszym przysłowiowym wózku albo koszyku, kosztuje 100 ojro. Duzio, krzyknąłby zachwycony Iwonek. Duzio owszem, ale ceny, towaru mniej. Bo w Holandii proporcje procentowo-wózkowe się zmieniają i o ile towaru jest tyle samo, to cena w kasie wyskakuje inna. Niższa o 7% więcej niż NL. W Niemczech - o 8,6%, we Francji, o ile się nie mylę - 6,5 %. A może się mylę kolejnością krajów, ale to i tak nie zmienia wcale a wcale faktu, że gdzie indziej jest lepiej.
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, mówi się w takich przypadkach, no i okazuje się to prawdą rynków finansowych. Za tyle, ile na Midach nakupimy za 100 ojro, we Francji Francuz albo emigrant zapłaci 93,9 ojro. Niemiec lub emigrant do Niemiec wyda u siebie lub w nowym u siebie 92,1, czyli 10 tutejszych groszy, a w Holandii uwaga uwaga - ci rodowici i inni o fejsbukowym statusie "szoping" zapłacą tylko 89,5 ojro holenderskiego albo innego.
Nie nazwałabym tego sprawiedliwością społeczną, oj nie. Widać zresztą, że na górze kraje nieco mi się wymieszały, co tylko świadczy o tym, że ze świecą szukać uczciwości. Szczególnie, jak się poczyta, jak drogo wychodzą w Belgii kuraki i jonagoldy. Jabłka znaczy. Ich ceny poleciały, wprost poszybowały w kosmos. A jak tu się obyć be rosołu i szarlotki w niedzielę?
Ksenia, jakbyś zgadła. Tu piszą nawet śmiesznie, że cena drobiu, który akurat ma skrzydła, sam sobie przypomina Roman, odleciała. O 4%, a jabłek naszych codziennych - o 8,5%. Od zwykłego konsumenta, jak się to fachowo zwie, wtrąca Roman. Drogo, drogo w Belgii. Wiem o tym nawet ja, który nie chodzę na zakupy. Widzę tu, że porównali ceny 60 tysięcy produktów i wnioski nie są kolorowe. I znów trzęsą głowami, i nic się nie zmienia. Brak konkurencji, ot co.
Nie wiem, co o tym myśleć. To jest w Unii niby wspólny rynek w Brukseli, czy nie? Jeśli jest, to przecież w jego sercu, na Sanżilu, powinno być taniej, bo krótsza droga przewozu, co? Nie trzeba jechać do krajów za miedzą, dolewać benzyny, spać po drodze na pakach towaru itp. To o co chodzi tej Unii naprawdę? Już niech się lepiej zajmą sytuacją w Europie, bo tu to widzę, że jeszcze długa droga.
Cenowo. Okazało się bowiem, i to co roku się okazuje podobno mniej więcej o tej porze, noszącej romantyczną staropolską nazwę przednówek, że wóz to może nam pisany ten sam, ale wózek na pewno nie. I to nie ten dziecięcy, z sektora gospodarczego Iwonka, lecz sklepowy, czyli jak najbardziej z sektora dorosłych. Choć dzieci lubią na nim jeździć. Którzy sprawy finansowe biorą serio. I mogą się zdenerwować, czytając, że na Sanżilu jest po prostu drogo. I to nie tylko w porównaniu z Polską B. Z Sanżilem, a nawet z Midami, przegrywają bowiem takie giganty gospodarcze jak Holandia, Niemcy i Francja, czyli na oko - potęgi finansowe.
Przegrywają od lat. Co przednówek okazuje się bowiem, że w Belgii jednak drożej. Może przedstawię na przykładzie procentowym. Nie, żebym to sama wymyśliła, za to spisała i przemyślała - to już moje dzieło.
Zakładamy, że Belgia to 100. Sto procent. Ceny. Czyli to, co mamy w naszym przysłowiowym wózku albo koszyku, kosztuje 100 ojro. Duzio, krzyknąłby zachwycony Iwonek. Duzio owszem, ale ceny, towaru mniej. Bo w Holandii proporcje procentowo-wózkowe się zmieniają i o ile towaru jest tyle samo, to cena w kasie wyskakuje inna. Niższa o 7% więcej niż NL. W Niemczech - o 8,6%, we Francji, o ile się nie mylę - 6,5 %. A może się mylę kolejnością krajów, ale to i tak nie zmienia wcale a wcale faktu, że gdzie indziej jest lepiej.
Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma, mówi się w takich przypadkach, no i okazuje się to prawdą rynków finansowych. Za tyle, ile na Midach nakupimy za 100 ojro, we Francji Francuz albo emigrant zapłaci 93,9 ojro. Niemiec lub emigrant do Niemiec wyda u siebie lub w nowym u siebie 92,1, czyli 10 tutejszych groszy, a w Holandii uwaga uwaga - ci rodowici i inni o fejsbukowym statusie "szoping" zapłacą tylko 89,5 ojro holenderskiego albo innego.
Nie nazwałabym tego sprawiedliwością społeczną, oj nie. Widać zresztą, że na górze kraje nieco mi się wymieszały, co tylko świadczy o tym, że ze świecą szukać uczciwości. Szczególnie, jak się poczyta, jak drogo wychodzą w Belgii kuraki i jonagoldy. Jabłka znaczy. Ich ceny poleciały, wprost poszybowały w kosmos. A jak tu się obyć be rosołu i szarlotki w niedzielę?
Ksenia, jakbyś zgadła. Tu piszą nawet śmiesznie, że cena drobiu, który akurat ma skrzydła, sam sobie przypomina Roman, odleciała. O 4%, a jabłek naszych codziennych - o 8,5%. Od zwykłego konsumenta, jak się to fachowo zwie, wtrąca Roman. Drogo, drogo w Belgii. Wiem o tym nawet ja, który nie chodzę na zakupy. Widzę tu, że porównali ceny 60 tysięcy produktów i wnioski nie są kolorowe. I znów trzęsą głowami, i nic się nie zmienia. Brak konkurencji, ot co.
Nie wiem, co o tym myśleć. To jest w Unii niby wspólny rynek w Brukseli, czy nie? Jeśli jest, to przecież w jego sercu, na Sanżilu, powinno być taniej, bo krótsza droga przewozu, co? Nie trzeba jechać do krajów za miedzą, dolewać benzyny, spać po drodze na pakach towaru itp. To o co chodzi tej Unii naprawdę? Już niech się lepiej zajmą sytuacją w Europie, bo tu to widzę, że jeszcze długa droga.
Friday, 7 March 2014
(141) stefek
Burczymucha, Stefek, był ktoś taki. Świta mi, że pisarz? Coś Rita chyba mówiła, że Józio tego autora czytuje; zdolny ten Józio, i to jak wcześnie talenta objawia, ledwo co urósł wzdłuż i nieco wszerz - i już czyta. I to od razu dorosłych autorów. Ha, zachód!
Niech czyta, niech czyta. Każde pokolenie winno mieć swojego Burczymuchę, stwierdzam. To najstarsze, opisane w książkach, ma. Moje nie ma. Ale pokolenie Any, to im się dopiero trafił bohater. I traf chciał, że akurat na zachodzie. Tu u nas pod bokiem, prawie że na Sanżilu. Bywał przykładowo w Namur. Opłacało się wyjechać z Polski, by się trochę zbliżyć do świata literatury!
A nic tego nie zapowiadało, że ten belgijski Stefek wyrośnie na kogoś takiego. Tu się mówi: personalita. To od persony, osoby takiej. W Polsce przypomina to za to personel. Dziwne tłumaczenie, widać do tyłu. Ale faktów nie zmienię. Nie jestem namurskim Stefkiem, co to cały świat chciał oszukać dzięki swojej personalicie. I udało się!
Zdaniem kolegów, zaczął niewinnie. Od zaprzeczania, że jego ojce byli nie całkiem biali, tylko raczej kawowi. Nie rozumiem za bardzo sensu tego zaprzeczania, wszak aparaty fotograficzne istniały nawet przed komórkami, więc każdy widzi, co na zdjęciu, i że czekolada to jednak nie mleko. Ale dobra, nie kłócę się, może siłą wyobraźni chciał ujrzeć coś innego. Miał prawo. W wolnym kraju żyje. Jego decyzja, jak będzie wyglądał. W końcu nie oczy widzą to, co najważniejsze. Serce, przypominam.
Zdaniem kolegów, świadczy to jednak o czymś innym. Mianowicie, że Stefek był oderwany od rzeczywistości. Własnej i ogólnej. Chciał być gdzieś indziej. Kimś innym też. Na dowód mówią, że przecież od zawsze w jego pokoju pod żyrandolem wisiał strój policjanta i orant biskupa. Hmm.
Serio taki zestaw? Faktycznie interesujące, zaciekawia się Ana. Ornat biskupi się mówi. A w skali, czy w pełnym rozmiarze? Dziw, że żyrandol to wytrzymał. No właśnie, chrząkam, a przecież jeszcze mundur wisiał. Sama taka pała ile musi ważyć! Ho ho, jak mawia Iwonek i Józio czytelnik też.
A kto to ten twój niby Burczymucha, pyta Roman. Stefek. Stefan w wersji niepieszczotliwej. Nazwałam go tak, bo go chyba życie nie dopieściło. No, skoro rodziców się wypiera, to pewnie nie. Nie tylko wypiera, triumfuję, na rodzica wybrał sobie wręcz kogoś innego! Zabronionego prawnie. Biskupa. Namur. I wszystko jasne, skąd ornat.
W seminarium go poznał, gdzie kilka razy próbował zacząć karierę. Ale go nie chcieli. Znajomości jednak zawarł, jak widać, co zaprocentowało na całe życie. Ornatem chociażby. Skąd mundur - wnikać nie będę.
Może z komisariatu wyniósł, zastanawia się Ana. Zdaniem moim, a nie tylko kolegów, ten życiorys oznacza, że to niezły oszust, co Roman? Nie znam, coś więcej poproszę, Roman nie lubi obgadywać.To ten Stefan, co znikł jak kamień w wodę? Co mu chcą zrobić proces wszech czasów? Tylko że sądzonego brak
Koledzy, że znów do nich powrócę, mówią, że mistyczny i haryzmatyczny, to może o nim faktycznie. I poproszę o tłumaczenie? I korektę; charyzmatyczny Ksenia. Olala! To faktycznie niezła jazda.
Jeszcze lepsza, jak się posłucha kolegów, którzy mówią zgodnie jednym chórem, że był fatalnym studentem, ale zawsze gadał jak najęty. Wszystko by sprzedał, w tym rodziców kawowych i biskupich.
To trochę jak Ana, z tym że chyba nie była taka znów najgorsza na tych swoich studiach, skoro na zachód trafiła. Stefek miał łatwiej, on już tu był. Ale gadane mieli tak samo, tu pewna antologia. Analogia, owszem, śmieje się Ana, z tym że ja w gwiazdach nie czytam, o kryształowej kuli nie mówiąć, a widzę, że ta persona owszem. Personalita Stefana? A tak, owszem. Nawet sobie firmę o nazwie Kwantum założył, albo Kłantum, w jednym bondzie też to było, nieprawdopodobne przygody z kosmosu wymyślone, no ale przynajmniej wiem, jak to ugryźć ortograficznie.
Przydała mu się wiedza tajemna temu Stefkowi, oj przydała. Jak przyszło co do czego, szast prast i rozpłynął się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie sam. Wraz z nim, sto milionów. Wyciągnięte na inwestycje głównie od miejscowych artystów. Nieco naiwnych, dodajmy. W ojro podaję oczywiście. To więcej, niż lotto. Były - i nagle abrakadabra, nie ma. Wraz z nimi Stefka. Ma, jak mówi Iwonek, a kiedyś pewnie i Józio, czytelnik Burczymuchy.
Ana, wszystko przed tobą! Na Sanżilu każdy artysta popija z rana kawę w barze. Za coś ją popija, to im zaproponuj, że zainwestujesz. Trochę się tylko podszkol w atlasie nieba, kupimy kulę; ja przygotuję miękkie lądowanie za granicą, a Iwonek zrobi czarymary i już znikamy!
Niech czyta, niech czyta. Każde pokolenie winno mieć swojego Burczymuchę, stwierdzam. To najstarsze, opisane w książkach, ma. Moje nie ma. Ale pokolenie Any, to im się dopiero trafił bohater. I traf chciał, że akurat na zachodzie. Tu u nas pod bokiem, prawie że na Sanżilu. Bywał przykładowo w Namur. Opłacało się wyjechać z Polski, by się trochę zbliżyć do świata literatury!
A nic tego nie zapowiadało, że ten belgijski Stefek wyrośnie na kogoś takiego. Tu się mówi: personalita. To od persony, osoby takiej. W Polsce przypomina to za to personel. Dziwne tłumaczenie, widać do tyłu. Ale faktów nie zmienię. Nie jestem namurskim Stefkiem, co to cały świat chciał oszukać dzięki swojej personalicie. I udało się!
Zdaniem kolegów, zaczął niewinnie. Od zaprzeczania, że jego ojce byli nie całkiem biali, tylko raczej kawowi. Nie rozumiem za bardzo sensu tego zaprzeczania, wszak aparaty fotograficzne istniały nawet przed komórkami, więc każdy widzi, co na zdjęciu, i że czekolada to jednak nie mleko. Ale dobra, nie kłócę się, może siłą wyobraźni chciał ujrzeć coś innego. Miał prawo. W wolnym kraju żyje. Jego decyzja, jak będzie wyglądał. W końcu nie oczy widzą to, co najważniejsze. Serce, przypominam.
Zdaniem kolegów, świadczy to jednak o czymś innym. Mianowicie, że Stefek był oderwany od rzeczywistości. Własnej i ogólnej. Chciał być gdzieś indziej. Kimś innym też. Na dowód mówią, że przecież od zawsze w jego pokoju pod żyrandolem wisiał strój policjanta i orant biskupa. Hmm.
Serio taki zestaw? Faktycznie interesujące, zaciekawia się Ana. Ornat biskupi się mówi. A w skali, czy w pełnym rozmiarze? Dziw, że żyrandol to wytrzymał. No właśnie, chrząkam, a przecież jeszcze mundur wisiał. Sama taka pała ile musi ważyć! Ho ho, jak mawia Iwonek i Józio czytelnik też.
A kto to ten twój niby Burczymucha, pyta Roman. Stefek. Stefan w wersji niepieszczotliwej. Nazwałam go tak, bo go chyba życie nie dopieściło. No, skoro rodziców się wypiera, to pewnie nie. Nie tylko wypiera, triumfuję, na rodzica wybrał sobie wręcz kogoś innego! Zabronionego prawnie. Biskupa. Namur. I wszystko jasne, skąd ornat.
W seminarium go poznał, gdzie kilka razy próbował zacząć karierę. Ale go nie chcieli. Znajomości jednak zawarł, jak widać, co zaprocentowało na całe życie. Ornatem chociażby. Skąd mundur - wnikać nie będę.
Może z komisariatu wyniósł, zastanawia się Ana. Zdaniem moim, a nie tylko kolegów, ten życiorys oznacza, że to niezły oszust, co Roman? Nie znam, coś więcej poproszę, Roman nie lubi obgadywać.To ten Stefan, co znikł jak kamień w wodę? Co mu chcą zrobić proces wszech czasów? Tylko że sądzonego brak
Koledzy, że znów do nich powrócę, mówią, że mistyczny i haryzmatyczny, to może o nim faktycznie. I poproszę o tłumaczenie? I korektę; charyzmatyczny Ksenia. Olala! To faktycznie niezła jazda.
Jeszcze lepsza, jak się posłucha kolegów, którzy mówią zgodnie jednym chórem, że był fatalnym studentem, ale zawsze gadał jak najęty. Wszystko by sprzedał, w tym rodziców kawowych i biskupich.
To trochę jak Ana, z tym że chyba nie była taka znów najgorsza na tych swoich studiach, skoro na zachód trafiła. Stefek miał łatwiej, on już tu był. Ale gadane mieli tak samo, tu pewna antologia. Analogia, owszem, śmieje się Ana, z tym że ja w gwiazdach nie czytam, o kryształowej kuli nie mówiąć, a widzę, że ta persona owszem. Personalita Stefana? A tak, owszem. Nawet sobie firmę o nazwie Kwantum założył, albo Kłantum, w jednym bondzie też to było, nieprawdopodobne przygody z kosmosu wymyślone, no ale przynajmniej wiem, jak to ugryźć ortograficznie.
Przydała mu się wiedza tajemna temu Stefkowi, oj przydała. Jak przyszło co do czego, szast prast i rozpłynął się, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Nie sam. Wraz z nim, sto milionów. Wyciągnięte na inwestycje głównie od miejscowych artystów. Nieco naiwnych, dodajmy. W ojro podaję oczywiście. To więcej, niż lotto. Były - i nagle abrakadabra, nie ma. Wraz z nimi Stefka. Ma, jak mówi Iwonek, a kiedyś pewnie i Józio, czytelnik Burczymuchy.
Ana, wszystko przed tobą! Na Sanżilu każdy artysta popija z rana kawę w barze. Za coś ją popija, to im zaproponuj, że zainwestujesz. Trochę się tylko podszkol w atlasie nieba, kupimy kulę; ja przygotuję miękkie lądowanie za granicą, a Iwonek zrobi czarymary i już znikamy!
Thursday, 6 March 2014
(140) 1001
Ilu by się nie wzięło ludzi pod oko lupy, to i tak z góry wiadomo, że między bajki można włożyć ogólnoludzką sympatię. I że bliźniego nie obgadają, jak się nadarzy okazja, szczególnie do publicznego zaistnienia. Każdy na swoje możliwości i na swoją skalę człowieczeństwa. Czasami radio, czasami tiwi. Czasem sondaż obopu, czasem cebosu. Czasem słońce, czasem deszcz. Nie wybrzydzajmy jednak, od czegoś trzeba zacząć!
Na Sańzilu nadarzyła się ostatnio okazja do zaistnienia i obrzucenia błotem bliźnich przy okazji sondażu na temat kierowców. Okazja nie byle jaka, międzynarodowa, chyba nawet międzykontynentalna. Normalnie cebos lub obop, nie doszłam tego, może razem nawet, bo taki zasięg, to i roboty huk, wzięli oni więc pod okiem lupy przyjrzeli się kierowcom. Nie, nie zawodowcom, co to prują na co dzień autobusami czy tramwajami, u nas domu znanymi od czasów Iwonka pod nazwą lalaje, czy też takim, co to poza formułą 1 świata nie widzą: nie, zwykłym śmiertelnikom siadającym za kółkiem swojego zwykłego, śmiertelnego samochodu. Stąd też mój wspominek, że każdy i każda mógł/mogła zaistnieć, bo każdy/każda jest śmiertelnikiem.
Wyniki już są. Bardzo ciekawe. Skupię sie tu osiągnięciach rodaków z Sanżila i okoliczności, bo jakbym tak chciała wszystkie nacje opisać, to by papieru nie starczyło, choć i tak wcale na nim nie piszę. A tak wyniki 1001 lebelż, bo tylu z dokładnością do jednego lub jednej wypytali, akurat się zgrabnie zmieszczą.
Ana Martin nieczęsto siada za kółkiem, cóż, widać ma większe zaufanie do swoich nóg, ale jak już siądzie, to i zawsze jej się brzydkie albo prawie brzydkie słowo wymsknie. Fakt, dziwnie hamują, nie hamują, wyprzedzają, stają, blokują, wysiadają na środku, wsiadają w biegu - a to wszystko bez świateł awaryjnych, migaczy czy innych. Po prostu tak. Ułańska fantazja, komentuje Roman, mający więcej współczucia dla zwykłych ludzkich słabości i głupoty. Ana nie popuszcza. Zawsze twardzo żąda, by tego to takiego czy takiego usunąć z drogi. Jak już jakoś tam się go (lub ją, dodadm dżenderowo, głupota nie wybiera) dawyminąć, zawsze doda (już Ana), że kierowcy to chyba najbardziej zadowoleni z siebie pod słońcem ludzie. Wszyscy są super, tylko inni ewentualnie nie. I proszę, ale wywróżyła. Dotąd zachodzę w głowę, jak: chyba ją olśniło albo oświeciło
Bo okazuje się, że lebelż nie odstają od średniej światowej i 97 % chwali swoje umiejętności szoferskie. 75 % dodaje bezkrytycznie, że zawsze jeżdżą uważnie. Uhm, na to Ana, to pewnie ci, co uważają na siebie samych, by im było akurat wygodnie wykonać jakiś fantastyczny manewr skrótowy, wyprzedzający lub hamujący. Nie, ci to może mieszczą się w 14 %? Samokrytyków, którzy w przeciwieństwie do bezkrytyków z góry mówią, na pełnym ofie, jak mawiało się w latach 90., a co cytuję za jednym z Martinów, nie Iwonkiem, bo on z lat 2000, że oni jeżdżą beznadziejnie. Ot tak, po prostu, i już przechodzą do następnej części.
Która jest o wiele bardziej interesująca z punktu widzenia natury ludzkiej, bo można się tu wyżyć na bliźnich, czyli zrobić to, o czym się marzy na co dzień w skrytości ducha, oraz realizuje na jawie. Coś mi się tu tylko nie zgadza w obliczeniach, bo to zupełnie nie pasuje do pierwszej części, gdzie niby wszyscy w większości sejmowej byli super, a tu? No, coś nie gra. Bo 82 % z 1001 lebelż, ilu to? uważa, że ich rodacy jeżdżą źle. Nijak nie wiem, czy wsadzić w to grupę samokrytyków, lub bezkrytyków. A może dodam obcokrajowców?
Tak, chyba wyciągnę średnią. Z 1001. Ładna liczba. Między bajki wsadzić. Lebelż upląsowali się gdzieś między Szwedami i Włochami, to takie inne narody południowo-północne. Nie wiadomo, który gorszy. Wszyscy jedziemy na jednym wozie. Jednym wozem. Jadąc na nim lub w nim, aż 1/3 z 1001 plus tych doliczonych odbiera telefon. Chcieli komórek w przemyśle, to mieli. Kiedyś telefon było podobno tylko na kablu, w ścianie, to i tylko w domu szło odebrać. Ale nie, zawsze za mało, postęp, wat, bilans płatniczy i takie tam. Komórki wymyślili. I ktoś je musi odbierać, co? A że akurat w aucie siedzi? Poczekajmy na wideofony!
No ale już pas awaryjny to akurat stara szkoła jazdy i wstyd, jak ktoś nim jedzie. 8 % to robi regularnie. A inni stoją. Nieładnie, tak korzystać z cudzego nieszczęścia.
Ale już zupełny szok w Brukseli i stolicy wywołała wiadomość, że lebelż są pierwsi w świecie pod względem jazdy z alkoholem. Nie w bagażniku z przemytu, lecz w sobie. 25 % jeździ z nim regularnie. Mocnym aniołem. 2,8 kieliszka na średniaka. Tyle to ja nawet na barze maturalnym nie wypiłam, a tu to średnia! Czyli mało może być dla tych, co w górnych rejestrach średniej. O anieli! Strach wyjść na ulicę normalnie.
Nie tak strach, jak w Polsce może, ale fakt, nie ma się czym chwalić, dopowiada Ana. W Belgii w ubiegłym roku było 720 ofiar na drogach, w Holandii, gdzie więcej ludu - 2 razy mniej. Lebelż przysłowiowy się wstydzi. Policjanci myślą, co zrobić. Wymyślili akcję, no ale ją tak nazwali....że śmiech pusty. Bob.
Bob. Ba! Jak ma działać coś z taką nazwą? Toż to każde dziecko wie, że Bob to co najwyżej budowniczy, a nie anioł trzeźwości w mundurze. Myśleć, powtarzam zawsze! Pytać! Konsultacje społeczne się to nazywa. Bob, też mi coś. Bob to śmieszy, a nie straszy, a i tak co najwyżej. Nie tędy droga.
Na Sańzilu nadarzyła się ostatnio okazja do zaistnienia i obrzucenia błotem bliźnich przy okazji sondażu na temat kierowców. Okazja nie byle jaka, międzynarodowa, chyba nawet międzykontynentalna. Normalnie cebos lub obop, nie doszłam tego, może razem nawet, bo taki zasięg, to i roboty huk, wzięli oni więc pod okiem lupy przyjrzeli się kierowcom. Nie, nie zawodowcom, co to prują na co dzień autobusami czy tramwajami, u nas domu znanymi od czasów Iwonka pod nazwą lalaje, czy też takim, co to poza formułą 1 świata nie widzą: nie, zwykłym śmiertelnikom siadającym za kółkiem swojego zwykłego, śmiertelnego samochodu. Stąd też mój wspominek, że każdy i każda mógł/mogła zaistnieć, bo każdy/każda jest śmiertelnikiem.
Wyniki już są. Bardzo ciekawe. Skupię sie tu osiągnięciach rodaków z Sanżila i okoliczności, bo jakbym tak chciała wszystkie nacje opisać, to by papieru nie starczyło, choć i tak wcale na nim nie piszę. A tak wyniki 1001 lebelż, bo tylu z dokładnością do jednego lub jednej wypytali, akurat się zgrabnie zmieszczą.
Ana Martin nieczęsto siada za kółkiem, cóż, widać ma większe zaufanie do swoich nóg, ale jak już siądzie, to i zawsze jej się brzydkie albo prawie brzydkie słowo wymsknie. Fakt, dziwnie hamują, nie hamują, wyprzedzają, stają, blokują, wysiadają na środku, wsiadają w biegu - a to wszystko bez świateł awaryjnych, migaczy czy innych. Po prostu tak. Ułańska fantazja, komentuje Roman, mający więcej współczucia dla zwykłych ludzkich słabości i głupoty. Ana nie popuszcza. Zawsze twardzo żąda, by tego to takiego czy takiego usunąć z drogi. Jak już jakoś tam się go (lub ją, dodadm dżenderowo, głupota nie wybiera) dawyminąć, zawsze doda (już Ana), że kierowcy to chyba najbardziej zadowoleni z siebie pod słońcem ludzie. Wszyscy są super, tylko inni ewentualnie nie. I proszę, ale wywróżyła. Dotąd zachodzę w głowę, jak: chyba ją olśniło albo oświeciło
Bo okazuje się, że lebelż nie odstają od średniej światowej i 97 % chwali swoje umiejętności szoferskie. 75 % dodaje bezkrytycznie, że zawsze jeżdżą uważnie. Uhm, na to Ana, to pewnie ci, co uważają na siebie samych, by im było akurat wygodnie wykonać jakiś fantastyczny manewr skrótowy, wyprzedzający lub hamujący. Nie, ci to może mieszczą się w 14 %? Samokrytyków, którzy w przeciwieństwie do bezkrytyków z góry mówią, na pełnym ofie, jak mawiało się w latach 90., a co cytuję za jednym z Martinów, nie Iwonkiem, bo on z lat 2000, że oni jeżdżą beznadziejnie. Ot tak, po prostu, i już przechodzą do następnej części.
Która jest o wiele bardziej interesująca z punktu widzenia natury ludzkiej, bo można się tu wyżyć na bliźnich, czyli zrobić to, o czym się marzy na co dzień w skrytości ducha, oraz realizuje na jawie. Coś mi się tu tylko nie zgadza w obliczeniach, bo to zupełnie nie pasuje do pierwszej części, gdzie niby wszyscy w większości sejmowej byli super, a tu? No, coś nie gra. Bo 82 % z 1001 lebelż, ilu to? uważa, że ich rodacy jeżdżą źle. Nijak nie wiem, czy wsadzić w to grupę samokrytyków, lub bezkrytyków. A może dodam obcokrajowców?
Tak, chyba wyciągnę średnią. Z 1001. Ładna liczba. Między bajki wsadzić. Lebelż upląsowali się gdzieś między Szwedami i Włochami, to takie inne narody południowo-północne. Nie wiadomo, który gorszy. Wszyscy jedziemy na jednym wozie. Jednym wozem. Jadąc na nim lub w nim, aż 1/3 z 1001 plus tych doliczonych odbiera telefon. Chcieli komórek w przemyśle, to mieli. Kiedyś telefon było podobno tylko na kablu, w ścianie, to i tylko w domu szło odebrać. Ale nie, zawsze za mało, postęp, wat, bilans płatniczy i takie tam. Komórki wymyślili. I ktoś je musi odbierać, co? A że akurat w aucie siedzi? Poczekajmy na wideofony!
No ale już pas awaryjny to akurat stara szkoła jazdy i wstyd, jak ktoś nim jedzie. 8 % to robi regularnie. A inni stoją. Nieładnie, tak korzystać z cudzego nieszczęścia.
Ale już zupełny szok w Brukseli i stolicy wywołała wiadomość, że lebelż są pierwsi w świecie pod względem jazdy z alkoholem. Nie w bagażniku z przemytu, lecz w sobie. 25 % jeździ z nim regularnie. Mocnym aniołem. 2,8 kieliszka na średniaka. Tyle to ja nawet na barze maturalnym nie wypiłam, a tu to średnia! Czyli mało może być dla tych, co w górnych rejestrach średniej. O anieli! Strach wyjść na ulicę normalnie.
Nie tak strach, jak w Polsce może, ale fakt, nie ma się czym chwalić, dopowiada Ana. W Belgii w ubiegłym roku było 720 ofiar na drogach, w Holandii, gdzie więcej ludu - 2 razy mniej. Lebelż przysłowiowy się wstydzi. Policjanci myślą, co zrobić. Wymyślili akcję, no ale ją tak nazwali....że śmiech pusty. Bob.
Bob. Ba! Jak ma działać coś z taką nazwą? Toż to każde dziecko wie, że Bob to co najwyżej budowniczy, a nie anioł trzeźwości w mundurze. Myśleć, powtarzam zawsze! Pytać! Konsultacje społeczne się to nazywa. Bob, też mi coś. Bob to śmieszy, a nie straszy, a i tak co najwyżej. Nie tędy droga.
Wednesday, 5 March 2014
(139) przekręt
I było się naprawdę na co rzucać? Hę! Mądry po szkodzie. Tak się to kończy, jak się starego nie szanuje, a zamiast tego woli nowinki techniczne, obojętne, czy przydatne one w życiu codziennym, czy nie. Dobrze, że my się uchowaliśmy.
A miało być tak pięknie. Panel na dachu, pieniądze w portfelu. Czyli panel za darmo. Grzeje, błyszczy, a dodatkowo grosz płynie szerokim strumieniem. Co prawda Ana Martin twierdzi zawsze, że to od razu źle pachniało, bo kto to widział, by gorsz płynął z banku do kieszeni zwykłego śmiertelnika, ale przecież cuda się zdarzają, czytałam ostatnio nawet, że po Polsce A, tam, skąd Roman, miasto na K duże, bo duże miasto, jeździ specjalny tir, a w nim słoiczki z krwią i zębami. Jednym właściwie, ale starym! Nie powiem kogo, bo by mnie chyba w Łapach matuś eskomuniowali, czy jak się to mawia, jakby się zwiedzieli, że ja o wielkich sprawach, krwi i zębach ośmielam sobie tak między błahostkami wspominać.
Dobrze, że wspominasz, trzeba zabobon plenić, podobnie jak z tymi bankami, co to w reklamie obiecują góry złota, a potem góry złota albo stają się problemem, albo bank znika. A górę złota spłacasz ty. To Ana już. I dalej ciągnie: tak to było z tymi panelami. Ciebie Ksenia jeszcze wtedy na Sanżilu nie widzieli, ale my już byliśmy, i jak żeśmy u Stefana czasem podejrzeli w tiwi reklamy, gdzie trąbili trututu, cytując wiadomo kogo, że te panele za darmo, to ciśnienie się podnosiło, adrenalina i cukier we krwi też, i ręka na nożu w kieszeni zaciskała. Tego, kto nóż nosi i od noża ginie, oczywiście, wtrącam filozoficznie. A co to było?
Wymyślili sobie taki biznes, zaczyna tłumaczyć spokojnie Roman, jak to on, bo Ana to zawsze od końca zacznie, biznes polegający na tym, że kto zainstalował panel, miał nie tylko grzać za darmo (co na Sanżilu na przykład nie jest do końca sprawdzone, czy tyle słońca wystarczy, chodzi mi mianowicie), ale jeszcze dostawać za to tzw. kasę. Wszystko w ramach ekskluzywnej promocji. Na luksus zawsze ludzie polecą, niejeden to wie i mało kto się na tym przeleciał. Ekskluzywna formuła inwestycyjna, tak się to dumnie zwało. Zwało jak zwało, najważniejsze, co przypominało, powiedz Kseni, wtrąca Ana; ano, działało jak argentyńska piramida. Finansowo było nadal, ale już nie ekskluzywnie, lecz coraz straszniej. Pierwsi mieli za darmo, ale kolejni - już niekoniecznie.
A tu było wyjątkowo dziwnie. Mianowicie szło się do banku. bank dawał pożyczkę na panel i obiecywał, że jednocześnie co miesiąc będzie przelewał na konto pożyczającego sumę równą kwocie do spłacenia lub nawet wyższą. I to przez całe 10 lat! Brzmi nieprawdopodobnie, co Ksenia, sama przyznaj.
Zgadzam się bez bicia, tego jak świat światem doprawdy nie widział, tym bardziej w Polsce, gdzie niektóre banki 10 lat to nawet nie przetrwały, co dopiero mówić o ekskluzywnych inwestycjach, i gdzie potem iść z reklamą? Ups, reklamacją? Tak też było tu. Ludzie zaczęli się burzyć, co to się dzieje i że nie mają pieniedzy, a banki zaczeły się wymigiwać od płacenia, to problemami informatycznymi, to wspólnikami - aż w końcu zgodnie ogłosiły upadłość.
Ale kasę ktoś zgarnął, tak? Jasne, i to jaką, na to Roman. Bo w tym całym biznesie najważniejsze jest to, że to biznes ekologiczny. Takie ekobjo. I są w nim certyfikaty. Duuuuuużo warte. Duzio, cytując Iwonka.Tak naprawdę, to one są na wagę złota, a nie te panele, co swoją wagę mają, nie złota jednak widocznie, i nie na każdy dach się nadają, nawiasem takim. Natomiast każdy certyfikat oznacza zniżkę podatkową, czy coś takiego, że się niby w przyrodę inwestuje. Ekskluzywnie. Eksologicznie.
Dziwnym trafem banki zachowały te certyfikaty, z których teraz będą ciągnęły pieniądze, póki panele nie padną. Albo spadną. A ten, kto panel ma u siebie - nic z tego nie ma. Oprócz panela, rzecz jasna, a i to o ile.
No tak, ciężko się nie oburzać, wzdycham. Ale Ksenia, sami się na to trochę dali nabrać, co? Myśmy od razu pomyśleli, że to jakiś większy przekręt będzie. Ale 12 tys. lebelż głównie nie. Założyli teraz stowarszyszenie: Touche pas a mes certificats verts plus akcenty. Czyli: nie tykaj się moich zielonych (certyfikatów) cha cha. Idą do sądów. Będą się bić do upadłego, zapowiadają. Batalia jak łoterlo, przewiduje Ana, bo walkę z bankiem to chyba tylko z wiatrakami można porównać. No tak, kto nie ma w głowie, ten się bije ostatni.
A miało być tak pięknie. Panel na dachu, pieniądze w portfelu. Czyli panel za darmo. Grzeje, błyszczy, a dodatkowo grosz płynie szerokim strumieniem. Co prawda Ana Martin twierdzi zawsze, że to od razu źle pachniało, bo kto to widział, by gorsz płynął z banku do kieszeni zwykłego śmiertelnika, ale przecież cuda się zdarzają, czytałam ostatnio nawet, że po Polsce A, tam, skąd Roman, miasto na K duże, bo duże miasto, jeździ specjalny tir, a w nim słoiczki z krwią i zębami. Jednym właściwie, ale starym! Nie powiem kogo, bo by mnie chyba w Łapach matuś eskomuniowali, czy jak się to mawia, jakby się zwiedzieli, że ja o wielkich sprawach, krwi i zębach ośmielam sobie tak między błahostkami wspominać.
Dobrze, że wspominasz, trzeba zabobon plenić, podobnie jak z tymi bankami, co to w reklamie obiecują góry złota, a potem góry złota albo stają się problemem, albo bank znika. A górę złota spłacasz ty. To Ana już. I dalej ciągnie: tak to było z tymi panelami. Ciebie Ksenia jeszcze wtedy na Sanżilu nie widzieli, ale my już byliśmy, i jak żeśmy u Stefana czasem podejrzeli w tiwi reklamy, gdzie trąbili trututu, cytując wiadomo kogo, że te panele za darmo, to ciśnienie się podnosiło, adrenalina i cukier we krwi też, i ręka na nożu w kieszeni zaciskała. Tego, kto nóż nosi i od noża ginie, oczywiście, wtrącam filozoficznie. A co to było?
Wymyślili sobie taki biznes, zaczyna tłumaczyć spokojnie Roman, jak to on, bo Ana to zawsze od końca zacznie, biznes polegający na tym, że kto zainstalował panel, miał nie tylko grzać za darmo (co na Sanżilu na przykład nie jest do końca sprawdzone, czy tyle słońca wystarczy, chodzi mi mianowicie), ale jeszcze dostawać za to tzw. kasę. Wszystko w ramach ekskluzywnej promocji. Na luksus zawsze ludzie polecą, niejeden to wie i mało kto się na tym przeleciał. Ekskluzywna formuła inwestycyjna, tak się to dumnie zwało. Zwało jak zwało, najważniejsze, co przypominało, powiedz Kseni, wtrąca Ana; ano, działało jak argentyńska piramida. Finansowo było nadal, ale już nie ekskluzywnie, lecz coraz straszniej. Pierwsi mieli za darmo, ale kolejni - już niekoniecznie.
A tu było wyjątkowo dziwnie. Mianowicie szło się do banku. bank dawał pożyczkę na panel i obiecywał, że jednocześnie co miesiąc będzie przelewał na konto pożyczającego sumę równą kwocie do spłacenia lub nawet wyższą. I to przez całe 10 lat! Brzmi nieprawdopodobnie, co Ksenia, sama przyznaj.
Zgadzam się bez bicia, tego jak świat światem doprawdy nie widział, tym bardziej w Polsce, gdzie niektóre banki 10 lat to nawet nie przetrwały, co dopiero mówić o ekskluzywnych inwestycjach, i gdzie potem iść z reklamą? Ups, reklamacją? Tak też było tu. Ludzie zaczęli się burzyć, co to się dzieje i że nie mają pieniedzy, a banki zaczeły się wymigiwać od płacenia, to problemami informatycznymi, to wspólnikami - aż w końcu zgodnie ogłosiły upadłość.
Ale kasę ktoś zgarnął, tak? Jasne, i to jaką, na to Roman. Bo w tym całym biznesie najważniejsze jest to, że to biznes ekologiczny. Takie ekobjo. I są w nim certyfikaty. Duuuuuużo warte. Duzio, cytując Iwonka.Tak naprawdę, to one są na wagę złota, a nie te panele, co swoją wagę mają, nie złota jednak widocznie, i nie na każdy dach się nadają, nawiasem takim. Natomiast każdy certyfikat oznacza zniżkę podatkową, czy coś takiego, że się niby w przyrodę inwestuje. Ekskluzywnie. Eksologicznie.
Dziwnym trafem banki zachowały te certyfikaty, z których teraz będą ciągnęły pieniądze, póki panele nie padną. Albo spadną. A ten, kto panel ma u siebie - nic z tego nie ma. Oprócz panela, rzecz jasna, a i to o ile.
No tak, ciężko się nie oburzać, wzdycham. Ale Ksenia, sami się na to trochę dali nabrać, co? Myśmy od razu pomyśleli, że to jakiś większy przekręt będzie. Ale 12 tys. lebelż głównie nie. Założyli teraz stowarszyszenie: Touche pas a mes certificats verts plus akcenty. Czyli: nie tykaj się moich zielonych (certyfikatów) cha cha. Idą do sądów. Będą się bić do upadłego, zapowiadają. Batalia jak łoterlo, przewiduje Ana, bo walkę z bankiem to chyba tylko z wiatrakami można porównać. No tak, kto nie ma w głowie, ten się bije ostatni.
Tuesday, 4 March 2014
(138) dekret
Policzmy. Na początek każde dziecko dostaje 1. Samo jest nr 1, nawet, jeśli w danej rodzinie urodziło się w całkiej innej kolejności i rzeczywistości, oczywiście wyrzucam z tego zestawienia bliźniaki, trojaczki i inne takie, bo choć każde z nich dostałoby nr 1, to przecież tak naprawdę to tylko 1/2, 1/3, albo jeszcze mniej. Trudno! Nikt z nas nie wybrał, choć słyszałam, że to dziecko wybiera rodziców. Hmmm. Ciekawe, co kierowało w takim razie Iwonkiem?
Mamy więc dziecko z 1. Tę 1 mnożymy przez 2, co wcale a wcale nie jest skomplikowane, tu Iwonek chyba jeszcze nie mógłby się wypowiadać, ale sądzę, że jak mu pokażę na migi 2, to wcale się nie zdziwi. Bo tyle daje 1x2, przypominam. 2x1 daje zresztą tyle samo. Czyż nie?
Tak więc z 1 przeszliśmy i - łyśmy do 2. Tę 2 mają dzieci, które mieszkają blisko szkoły zwanej tu primer. Piękna, pełna 2 błyszczy w słońcu, rodzice się cieszą, bo okazuje się, że dobrze celowali, zamieszkując blisko podstawówki. Szczęściarze.
Potem idą dziecaki, które się mnoży przez 1,98. Absurd to się nazywa, taki wymysł liczbowo-cyfrowy, ale taki mój los, że wszystko wiernie notuję, to i potem sobie łamię głowę. W każdym razie 1x1,.98 (przecinek po polsku, kropka po belgijsku, więc wstawiam oba, nie 2, bo by się myliło z 2 mnożonym) mają dzzieciaki, których rodzice też nie najgorzej wybrali, bo siedlisko obok sekonder; Ana Martin twierdzi, że to takie połączenie gimnazjum z liceum, wierzę jej na oko, bo na własnej skórze już tego nie sprawdzę. Starość nie radość.
Sekonder wchodzi jeszcze raz do gry, w przypadku dzieci, których rodzice sobie zapragnęli zamieszkać tak, by dać wynik 1,54. Błagam, nie wiem dlaczego akurat taki układ, układ to układ, tu nie ma żadnych dlaczego. Tajemny sekret i już. Podpowiem tylko, że w taki wynik wyposażono dzieci, jeśli sekonder leży najbliżej primera, do której ono chodziło wcześniej. Znaczy nadal chodzi. Bo zapomniałam zapisać, co my tu liczymy. Dekret liczymy w sprawie zapisów do sekonder, które odbywają się za tydzień. Tylko na pół roku przed nową szkołą, co wydaje się niczym w porównaniu z zapisami do przedszkoli, odbywającymi się praktycznie jeszcze w życiu płodowym. Potencjalnych przedszkolaków, nie rodziców, to już by była naprawdę przesada.
Wydawałoby się, że dekret dekretuje dekretem wszystko jak na dłoni. Roman prawnik, to wiem, co mówię, to i owo już podsłuchałam. Także o tym, że od każdej reguły są wyjątki. I oto otwieram gazetę i przed moim wzrokiem jak wół maluje się piękny wyjątek taki. Właściwie nie wół, tylko ptak. Ala ptak, bo nie całkiem. Zielony na czerwonym. Co to?
To stymulacja komputerowa z dzielnicy Sanlambert, objaśnia Ana. Symulacja, Ksenia, choć pewnie jej twórcy woleliby, by to była stymulacja dla rządu. Aha, a jeśli można wiedzieć, co tu symulują? Że te 2, 1 i inne nie działają. Że robią wredne machinacje i w rezultacie ptak wygląda, jak wygląda - pikuje głową w dół. To ani chybi jaskółka, skoro głową w dół. Na deszcz i wiosną, pasuje jak ulęgałka.
Oskarżają teraz ten dekret, znaczy się symulacja oskarża, że dekret woli dzieci wykształconych rodziców, takich, którzy dekret zrozumieją. Lub udadzą, że zrozumieją, ale mają dojścia, by dziecko stało się 2. Czyli są raczej bogaci. Czyli że w klasie takiej potem wszyscy wyglądają podobnie. Że klasy się nie miksują. Nie to, co na Sanżilu, u nas w domu na przykład.
Rodzice się wzburzyli, bo sobie poobliczali, że czasami ten, kto mieszka piętro niżej niż sąsiad dziecko, ma od razu niby dalej do szkoły i już nie zostaje 2. Z drugiej strony możliwe są takie cuda, że 2 zostają dzieciaki z drugiego końca miasta. Jak zawsze, wzrusza ramionami Ana. To, że tu zachód, nie oznacza, że sprawiedliwiej. Wiadomo nie od dziś, że nowe by się przydało, w tym dekret jakiś, ale co zrobić, skoro samo mnożenie 1,98x1,54 potrwa pewnie do nowego roku szkolnego.
Mamy więc dziecko z 1. Tę 1 mnożymy przez 2, co wcale a wcale nie jest skomplikowane, tu Iwonek chyba jeszcze nie mógłby się wypowiadać, ale sądzę, że jak mu pokażę na migi 2, to wcale się nie zdziwi. Bo tyle daje 1x2, przypominam. 2x1 daje zresztą tyle samo. Czyż nie?
Tak więc z 1 przeszliśmy i - łyśmy do 2. Tę 2 mają dzieci, które mieszkają blisko szkoły zwanej tu primer. Piękna, pełna 2 błyszczy w słońcu, rodzice się cieszą, bo okazuje się, że dobrze celowali, zamieszkując blisko podstawówki. Szczęściarze.
Potem idą dziecaki, które się mnoży przez 1,98. Absurd to się nazywa, taki wymysł liczbowo-cyfrowy, ale taki mój los, że wszystko wiernie notuję, to i potem sobie łamię głowę. W każdym razie 1x1,.98 (przecinek po polsku, kropka po belgijsku, więc wstawiam oba, nie 2, bo by się myliło z 2 mnożonym) mają dzzieciaki, których rodzice też nie najgorzej wybrali, bo siedlisko obok sekonder; Ana Martin twierdzi, że to takie połączenie gimnazjum z liceum, wierzę jej na oko, bo na własnej skórze już tego nie sprawdzę. Starość nie radość.
Sekonder wchodzi jeszcze raz do gry, w przypadku dzieci, których rodzice sobie zapragnęli zamieszkać tak, by dać wynik 1,54. Błagam, nie wiem dlaczego akurat taki układ, układ to układ, tu nie ma żadnych dlaczego. Tajemny sekret i już. Podpowiem tylko, że w taki wynik wyposażono dzieci, jeśli sekonder leży najbliżej primera, do której ono chodziło wcześniej. Znaczy nadal chodzi. Bo zapomniałam zapisać, co my tu liczymy. Dekret liczymy w sprawie zapisów do sekonder, które odbywają się za tydzień. Tylko na pół roku przed nową szkołą, co wydaje się niczym w porównaniu z zapisami do przedszkoli, odbywającymi się praktycznie jeszcze w życiu płodowym. Potencjalnych przedszkolaków, nie rodziców, to już by była naprawdę przesada.
Wydawałoby się, że dekret dekretuje dekretem wszystko jak na dłoni. Roman prawnik, to wiem, co mówię, to i owo już podsłuchałam. Także o tym, że od każdej reguły są wyjątki. I oto otwieram gazetę i przed moim wzrokiem jak wół maluje się piękny wyjątek taki. Właściwie nie wół, tylko ptak. Ala ptak, bo nie całkiem. Zielony na czerwonym. Co to?
To stymulacja komputerowa z dzielnicy Sanlambert, objaśnia Ana. Symulacja, Ksenia, choć pewnie jej twórcy woleliby, by to była stymulacja dla rządu. Aha, a jeśli można wiedzieć, co tu symulują? Że te 2, 1 i inne nie działają. Że robią wredne machinacje i w rezultacie ptak wygląda, jak wygląda - pikuje głową w dół. To ani chybi jaskółka, skoro głową w dół. Na deszcz i wiosną, pasuje jak ulęgałka.
Oskarżają teraz ten dekret, znaczy się symulacja oskarża, że dekret woli dzieci wykształconych rodziców, takich, którzy dekret zrozumieją. Lub udadzą, że zrozumieją, ale mają dojścia, by dziecko stało się 2. Czyli są raczej bogaci. Czyli że w klasie takiej potem wszyscy wyglądają podobnie. Że klasy się nie miksują. Nie to, co na Sanżilu, u nas w domu na przykład.
Rodzice się wzburzyli, bo sobie poobliczali, że czasami ten, kto mieszka piętro niżej niż sąsiad dziecko, ma od razu niby dalej do szkoły i już nie zostaje 2. Z drugiej strony możliwe są takie cuda, że 2 zostają dzieciaki z drugiego końca miasta. Jak zawsze, wzrusza ramionami Ana. To, że tu zachód, nie oznacza, że sprawiedliwiej. Wiadomo nie od dziś, że nowe by się przydało, w tym dekret jakiś, ale co zrobić, skoro samo mnożenie 1,98x1,54 potrwa pewnie do nowego roku szkolnego.
Monday, 3 March 2014
(137) skikot
Jużem myślała, że spokój będzie. Że marzec, wiosna i takie tam. Ferie odwalone, śniegu nie było, ale to co, w końcu amatorzy białego szalenstwa nie co roku muszą mieć swoje pięć minut, halo halo, a ci, co nie jeżdżą? I drogowcy? Też zasługują na łaskę. I po krzyku. I myślałam, że już można się zabierać za mycie okien i czekać na wiosenną wielkanoc, a tu klaps. Klops. Klopsik taki belgijski, bulet właściwie. Spadł jak bulet z jasnego nieba doprawdy.
Bo po pierwsze ferie dopiero się zaczną. Z marcem nastaną. Już od rana wszyscy trąbią, że czerwony dzień. Trabią w radiu i na drogach też, bo wiadomo, jak dzień czerwony, to się nie jedzie, lecz stoi. I trąbi. Trututu, jak trąbi Iwonek.
Po drugie, śniegu może nie być. Panika. Krytyka, w tym polityczna. Że co teraz i co my zrobimy z dziećmi. Jechać czy nie? Stawać w ten korek trąbiący na prawo i lewo, czy nie? Co lepsze? Albo gorsze? Ach, napijmy się.
I to właśnie picie jest tym przysłowiowym buletem. Bo naprawdę tego się tu po nikim nie spodziewałam. Wiem, że są kraje pod mocnym aniołem i takie mocnego anioła pozbawione, i Sanżil moim zdaniem należał do tej ostatniej kategorii. Słabi. W końcu prawie nikt nigdy nie jest pijany, a jak już jest - to w zaciszu domostwa, a nie tak na ulicy, by wszyscy widzieli. Albo w aucie. Albo w barze. Ale żeby tak na pokaz? A tu jak bulet z jasnego nieba okazuje się, że tak!
I to gdzie - za granicą. W Alpe d'Huez. Nie pytajcie mnie, gdzie to jest, nijak nie idzie wykombinować, wiem tylko tyle, że chyba w górach, bo śnieg jest. Narty. Stoki. A na stokach pijani narciarze. Nasi, stąd, z kraju bez gór. Belgii, podpowiadam.
Belgia podobna jest płaska, ale sama widziałam, że jak się jedzie w stronę z miasta, to się pojawiają pagórki, więc gdzie ta płaskość, pytam. No ale oni widzą, i woleli zawczasu skolonizować to Huez. Łez. Padoł łez belż. Wszystko tam jest belż, a najwięcej pijalno-jadalni. Nie wód zdrowotnych pijalni, tylko drynków. Ktoś je musi pić, i lebelż podobno na całego. Tak donosi prasa. Z kolei rozlewacze tych drynków twierdzą, że wręcz przeciwnie, oni nie zauważyli, by ktoś pił i jechał. Na nartach oczywiście ze stoku w dół. Albo z baru w dół. W otchłań mocnego anioła, ale zawsze w dobrym kierunku, to grunt. Nasi klienci nie robią namportekła, oburzają się. Też coś.
Że niby młodzi piją? Że jakiś skikot tak donosi? A kto to jest niby skikot, żeby tak się nam tu do interesów mieszał i zaglądał? Kot naciarski, toć i toż to nie istnieje. Tu rządzi świstak, i on może mógłby coś na temat picia powiedzieć. Piszczący brzuszek ma w wersji zabawkowej, sama widziałam w łapach Iwonka, i sama naciskałam.
A świstak siedzi i nawija. Nie namportekła, tylko o tych, co piją i jeżdżą. Podobno jeden belż na pięciu potrafi szusować, jak to pięknie cytuje Roman, z mocnym aniołem pod pachę. Kot narciarski też tak naliczył. I wyszło mu, że trzeba by coś zmienić.
Stąd pomysł na rozszerzenie (uff, co za słowo, jak szerszeń co najmniej) akcji trzeźwienia na zagranicę. Czyli takie małe naruszenie granic. Wysłannicy słabego anioła już polecieli samolotem skikota do alpes. Rozdają naklejki i nowoczesne piktogramy, i pokazują, że na trzeźwo też się da jeździć. Może trochę gorzej się wchodzi w zakręt, ale w końcu nie codziennie jest weekend. Kiedyś musi też przyjść otrzeźwienie.
Akcja nazywa się Guindaille 2.0. Guindaille po literze przepisałam, wystarczająco trudne toto, a tu jeszcze problem z zapisem kropki! Dwa zero, albo dwa zera albo dwa kropka zero. Ana mi wytłumaczyła kiedyś, że w belgijskim nie ma przecinka w dwa przecinek zero, tylko kropka, ale znaczy to samo, więc dwa zero, czyli dwa, ruskim targiem.
Głindaj to koniec egzaminów, kiedy to się jedzie ze skikotem na narty do alpes. Na przykład oczywiście, przymusu nie ma, przecież nikt nie będzie zmuszał do białego szaleństwa. Z mocnym aniołem można się przecież też spotkać w płaskim kraju. Ale jednak jeśli jakiś student by chciał skiknąć ze skikotem, to zachęca się go do skikania na trzeźwo. W końcu jak cię widzą, tak cię piszą. Ci, co mieszkają za granicą na Sanżilu, coś o tym wiedzą.
Bo po pierwsze ferie dopiero się zaczną. Z marcem nastaną. Już od rana wszyscy trąbią, że czerwony dzień. Trabią w radiu i na drogach też, bo wiadomo, jak dzień czerwony, to się nie jedzie, lecz stoi. I trąbi. Trututu, jak trąbi Iwonek.
Po drugie, śniegu może nie być. Panika. Krytyka, w tym polityczna. Że co teraz i co my zrobimy z dziećmi. Jechać czy nie? Stawać w ten korek trąbiący na prawo i lewo, czy nie? Co lepsze? Albo gorsze? Ach, napijmy się.
I to właśnie picie jest tym przysłowiowym buletem. Bo naprawdę tego się tu po nikim nie spodziewałam. Wiem, że są kraje pod mocnym aniołem i takie mocnego anioła pozbawione, i Sanżil moim zdaniem należał do tej ostatniej kategorii. Słabi. W końcu prawie nikt nigdy nie jest pijany, a jak już jest - to w zaciszu domostwa, a nie tak na ulicy, by wszyscy widzieli. Albo w aucie. Albo w barze. Ale żeby tak na pokaz? A tu jak bulet z jasnego nieba okazuje się, że tak!
I to gdzie - za granicą. W Alpe d'Huez. Nie pytajcie mnie, gdzie to jest, nijak nie idzie wykombinować, wiem tylko tyle, że chyba w górach, bo śnieg jest. Narty. Stoki. A na stokach pijani narciarze. Nasi, stąd, z kraju bez gór. Belgii, podpowiadam.
Belgia podobna jest płaska, ale sama widziałam, że jak się jedzie w stronę z miasta, to się pojawiają pagórki, więc gdzie ta płaskość, pytam. No ale oni widzą, i woleli zawczasu skolonizować to Huez. Łez. Padoł łez belż. Wszystko tam jest belż, a najwięcej pijalno-jadalni. Nie wód zdrowotnych pijalni, tylko drynków. Ktoś je musi pić, i lebelż podobno na całego. Tak donosi prasa. Z kolei rozlewacze tych drynków twierdzą, że wręcz przeciwnie, oni nie zauważyli, by ktoś pił i jechał. Na nartach oczywiście ze stoku w dół. Albo z baru w dół. W otchłań mocnego anioła, ale zawsze w dobrym kierunku, to grunt. Nasi klienci nie robią namportekła, oburzają się. Też coś.
Że niby młodzi piją? Że jakiś skikot tak donosi? A kto to jest niby skikot, żeby tak się nam tu do interesów mieszał i zaglądał? Kot naciarski, toć i toż to nie istnieje. Tu rządzi świstak, i on może mógłby coś na temat picia powiedzieć. Piszczący brzuszek ma w wersji zabawkowej, sama widziałam w łapach Iwonka, i sama naciskałam.
A świstak siedzi i nawija. Nie namportekła, tylko o tych, co piją i jeżdżą. Podobno jeden belż na pięciu potrafi szusować, jak to pięknie cytuje Roman, z mocnym aniołem pod pachę. Kot narciarski też tak naliczył. I wyszło mu, że trzeba by coś zmienić.
Stąd pomysł na rozszerzenie (uff, co za słowo, jak szerszeń co najmniej) akcji trzeźwienia na zagranicę. Czyli takie małe naruszenie granic. Wysłannicy słabego anioła już polecieli samolotem skikota do alpes. Rozdają naklejki i nowoczesne piktogramy, i pokazują, że na trzeźwo też się da jeździć. Może trochę gorzej się wchodzi w zakręt, ale w końcu nie codziennie jest weekend. Kiedyś musi też przyjść otrzeźwienie.
Akcja nazywa się Guindaille 2.0. Guindaille po literze przepisałam, wystarczająco trudne toto, a tu jeszcze problem z zapisem kropki! Dwa zero, albo dwa zera albo dwa kropka zero. Ana mi wytłumaczyła kiedyś, że w belgijskim nie ma przecinka w dwa przecinek zero, tylko kropka, ale znaczy to samo, więc dwa zero, czyli dwa, ruskim targiem.
Głindaj to koniec egzaminów, kiedy to się jedzie ze skikotem na narty do alpes. Na przykład oczywiście, przymusu nie ma, przecież nikt nie będzie zmuszał do białego szaleństwa. Z mocnym aniołem można się przecież też spotkać w płaskim kraju. Ale jednak jeśli jakiś student by chciał skiknąć ze skikotem, to zachęca się go do skikania na trzeźwo. W końcu jak cię widzą, tak cię piszą. Ci, co mieszkają za granicą na Sanżilu, coś o tym wiedzą.
Subscribe to:
Posts (Atom)