Monday, 8 September 2014

(204) ekole

Zarzucają mi, że w rątre stałam się tematyczna. Mono, o co dopytałam, i co podobno oznacza w kółko Macieju o jednym. Że jak się już czegoś czepię, to nie spocznę. No i co ja mam powiedzieć na swoją obronę, jak nie: to życie tak mi każe, a ja tylko wykonuję.
Zrobiłam tak ostatnio w kwestii jeżdżenia po Sanżilu i okolicach i wina moja naprawdę żadna w tym, że dziś uczynię znów. O dzieciach będzie ponownie. Nie, nie będę już kreszować ani skreczować kreszem, którego to słowa z kategorii muzycznej mnie nauczył Roman, tylko maternalizować. Matki od razu czujnie wyczuwają: na tapetę wjeżdżają maternele.
Zwane także szkołami, co jest łatwym tłumaczeniem ze słowa ekol, które z ekologią i bjo nie ma jednakże nic wspólnego. Zaraz zaraz Ksenia, wtrąca swoje trzy grosze Ana, jak to nie ma? Z naturą maternele i ekole mają bardzo dużo wspólnego, przede wszystkim pod względem zostawiania wszystkiego, w tym głównie brudu na dzieciach, w stanie naturalnym, do czego niejednokrotnie dochodzi wartość dodana w postaci niemycia rąk, nieubierania zawieruszonych czapek i kurtek, spania w zabłoconych butach oraz absolutny hajlajt, by zacytować Anę: wszy. 
Jak to wszy, pytam nieco wstrząśnięta, bo chociaż owszem, zakosztowałam w dzieciństwie ich obecności, to było to w końcu w Polsce B, daleko od zachodu, gdzie od mydeł, szamponów, perfjum i innych takich zapachów aż głowa boli? Ano wszy, powtarza Ana. Wszy przedszkolne i szkolne, ekolo na całego, to coś, czym zachód, jak się okazuje, zdecydowanie mógłby wygrać każdą wojnę ze wschodem. Wystarczyłoby przejść się po kilku sanżilowskich, ikselskich i pobliskich przybytkach, i ładunek gotowy, śmieje się Ana.
O rany, dziwię się, to znaczy, że one są wszędzie? Że jeśli nie z kreszu, to trafią do nas za rok z ekola? Nawet zakładając, że fryzura Iwonka nadal nie będzie się składała ze zbyt wielu włosów? No, pewnie tak, kiwa głową (czystą chyba) Ana. Warto się przygotować. to pewne. To znaczy tylko my, Ana i Ksenia, bo Romana akurat natura zwolniła z tego zmartwienia, i to wcale nie dlatego, że on taki ekolo. Po prostu nie reprezentuje sobą interesującego terenu dla wszy i już, i myślcie, co chcecie.
No ale ekole to nie tylko brud, Ksenia, nie demonizujmy, Ana chyba się nieco przestraszyła mojej miny. Owszem, to podobno na początku trochę przeraża, ale po początkowym szoku może przecież być tylko lepiej. I to jest zdecydowany pozytywny plus, rozchmurzam się. Za trochę brudu gratis dzieciaki dostają przecież równie darmowo francuski albo ten drugi dialekt, do tego kontakty z młodzieżą z całego świata, nie tylko Polski. Ba - Polaków wcale nie musi być najwięcej, i zazwyczaj nawet nie ma, jeśli wierzyć moim obserwacjom. Co chyba ogólnie jest fajne, przynajmniej na podstawie dwóch wakacyjnych miesięcy doświadczeń z Łap i oglądania tiwi. Zdecydowanie pora na trochę belgijskości i sanżilowskiego smrodku.
Nie przesadzajmy, zgadzają się zgodnie Roman i Ana, obecnie walczący z chorobą antyżłobkową, a Ana nawet wirusem odkreszowym, i uspokajający się w ten sposób, że Iwonek daje radę w imersją fransez. Takie życie. Trzeba gdzieś chodzić. Ale jakiś tam problem z ekolami jest, skoro ostatnio nadszedł na te łamy apel, cytuję, czcionki też oryginalne: Czy znacie w Brukseli dobre, czyste przedszkole prywatne? Takie w polskim stylu :-) Bo wiem, że są takie, ale koszt powyżej 1000  EUR.
Czy istnieją placówki, gdzie koszt jest akceptowalny i jakość też? 
To i siedzę od dwóch dni i głowię się, jak tu nie popaść znów w tematyczność. Mono lub inną. Jak mam się przed nią uchronić, skoro wszyscy tylko o tym jednym w mono kółko? Szkoły i kresze, może po wrześniu minie? Taka sezonowa epidemia przed atakiem grypy. Takie czasy, że jak choroby, to albo mono, albo wszy od razu.



Friday, 5 September 2014

(203) kresz

Ana Martin twierdzi, że każda lokalna sanżilowska matka, nawet polska albo zagraniczna, co jak co, ale jedno słowo po belgijsku zna na pewno: kresz. Nawet jeśli innych zdań ani w ząb nie pojmie, to to na pewno wryje się w jej pamięć od razu, jak zajdzie w ciążę. Wszyscy wokół tylko o to pytają. Kresz kresz kresz.
Creche się to pisze, dla tych, co jeszcze nie są matkami, albo nigdy nie będą, bo ojcami najwyżej. I akcent wypada dodać, owszem, ale dla wymowy kresz to nic nie zmienia. I znaczenia także, a oznacza ono: żłobek. Temat jeden w świecie niemowlaków i małych dzieci, a raczej - ich zestresowanych rodziców.
Według Any, ledwo komuś się ujawni brzuch, po gratulacjach, po miejscowemu zwanymi felicytacjami, co na moje ucho brzmi jeszcze ładniej, już ze wszystkich kątów i we wszystkich językach dobiegają ciekawskie pytania: czy macie już miejsce w kreszu? Bo wiecie, że trudno? I co zrobicie, jak nie dostaniecie? Ojej. Jakby świat się kończył.
Jak po polsku pada pytanie, nawet sobie trudu nikt nie zada, by tłumaczyć, tylko końcówką załatwiają odmianę i już. Anę to denerwuje, bo jej zdaniem oznacza, że kresz aż za mocno wszedł w życie rodzin. Że zastąpił zdrowy rozsądek. Owszem, że do pracy trzeba chodzić, choć nie wszyscy na komisję, dodaje, ale nie oznacza to chyba, że dzieci trzeba oddać do żłobka już po trzech miesiącach? Że drugie owszem, na Sanżilu i w Belgii ogólnie nie jest to prorodzicowo rozwiązane, jak w krajach w rodzaju Szwecja chyba, nie zapamiętałam, w każdym razie: z południa Europy, gdzie macierzyński rok trwa, no ale że nawet tu, w dość nieprzyjaznym matkowo prawodawstwie, można wyrwać ze świata pracy co najmniej pół roku? Jak nie matka, to ojciec, który też przecież jest rodzicem? Halo?
Tymczasem nie, kresz musi być. Ana twierdzi, że świat chyba nieco stanął na głowie, skoro normą jest kresz, a nie rodzice. I że od kreszu tyle zależy, że w rezultacie wszyscy wokół są zestresowani. Ci, co kresz dostali, i ci, co nie. Jedni: że oddają i że nie wiadomo na dobrą sprawę, co się tam dzieje, szczególnie w przypadku niemowlaków, które raczej nie mówią, więc nie opowiedzą; drudzy: że nie oddali, więc niby się w domu zamykają, siedząc, a życie gdzieś obok. O sobie trzeba myśleć, własnym rozwoju i karierze. Szybciej, dalej. A dzieci gdzieś po drodze. W systemie. 
Dobrego wyjścia nie ma. Tak Ana. Twierdzi.
Wyjście jest za to z domu głośne na całego, od kiedy Iwonek na dobre zorientował się, że kresz to jego nowy los. I że rozpaczliwe: do domku do domku do domku na całą ulicę niewiele pomaga. Że skończyły się dobre czasy sam na sam z Ksenią, że trzeba się uczyć. Francuskiego, bo po kreszu będzie maternel. Czyli przedszkole, zwane tu dumnie szkołą, nawet przez naszych własnych Polaków; chyba by podkreślić, jaka to ważna sprawa, by żyć w systemie. I umrzeć w nim. Tak twierdzi Ana, cała w nerwach, co to będzie.
Nic nie będzie, twierdzą wszystkie znajome rodziny. Wszyscy lokalni dzieciaci przez to przeszli. Nawet jeśli w dzieciństwie uniknęli żłobka w Polsce A lub B, wtedy chyba bez podziału jeszcze, bo całość w komunie, to kreszu już nie sposób. Takie czasy, że tylko kreszkreszkresz z każdego kąta dobiega. 

Monday, 1 September 2014

(202) rątre

I dalej w temacie komunikacyjnym siedzę głęboko, a powód mam taki, że we wrześniu, oprócz kasztanów, szkoły i grzybów spadają na nas korki. Nie z nieba bynajmniej i nie z niebytu, tylko z tego wożenia wszystkich i wszystkiego autem, z dogłębnej potrzeby, by tylko w swoim wozie siedzieć. Powrót się to nazywa.
Po polsku oczywiście tak się to by zwało, i w tłumaczeniu Any, które i może prawidłowe, ale niewiele wnosi do ogólnego zrozumienia problemu, którego w Polsce na mój rozum nie było. Albo w Łapach nie było, i to w moich czasach? Bo wtedy ciężko było o wozy, a dziś to już każdy panisko na taksówce. Nie wiem, może i Polska B się korkuje, było nie wyjeżdżać, to bym wiedziała, co aktualnie się dzieje na dzień dzisiejszy. A tak to tylko donoszę o powrocie, wielkim rątre za oknem Sanżila.
Ana Martin twierdzi, że to ta rątre, ale mi rodzaj nijaki pasuje bardziej. Wielkie rątre, rentree z akcentem na jednym z e, jak podpowiada jeszcze, co oznacza, że lokalne auta już zablokowały, co mogły. Drogi znaczy się, wyjazdy, dojazdy, nerwy nerwy nerwy. W tym mnie w tramwaju. A że sama nie byłam, to tym gorzej to wspominam, no bo jednak dwulatki, co to pierwszy dzień w żłobku mają spędzić, nigdzie nie wracają więc, lecz raczej rozpoczynają - skąd one mają, te dwulatki, wiedzieć, że tak właśnie wygląda świat we wrześniu? Że tramwaj przechrzczony na lalaj już nie jedzie chyżo, tylko stoi i czeka? Dwulatek Iwonek wyraził więc swoje niezadowolenie, że stoimy, że gdzie ta stacja kindele, że albel, belkendal owszem, przejechaliśmy jakoś, ale potem klops!
Bo faktycznie na kindele rątre zaskoczyło drogowców. Na szczęście nie śniegiem, i nawet deszczem o dziwo nie, za to starą biedą, czyli kotłowaniną 92, 7, 3 i 4. Tramwai czy tramwajów naszych codziennych. Na wanderkindere przez fał. Oj, żeśmy się nastali.
No tak, Vanderkindere, od dawna się o tym mówi i pisze w Brukseli całej, potwierdza Roman. Tym bardziej całej, że to nie na Sanżilu, tylko na Uklach ten problem, potwierdzam mądrze. A co piszą? To, co zawsze w takich sytuacjach, i to nie tylko w Belgii, na to Ana. Że konieczne jest rozwiązanie, tylko że po pierwsze nie wiadomo jakie, a po drugie na nic nie ma pieniędzy. No ale jest jakieś światełko w tunelu?
W tunelu dosłownie nawet Ksenia, śmieje się Roman. W tunelu koło stacji Albert, zwanej ostatnio albel. Mianowicie chodzi o to, by 3 i 7 dojeżdżały tam, tam się ludzie przesiadali, tramwaje płynnie odjeżdżały, piesi spokojnie przechodzili dalej, a na nie latali w kółko po wanderkinderowskim nibyskrzyżowaniu, chcąc wskoczyć do innej linii. Auta trąbią albo stoją, sama wiesz zresztą, jak to wygląda, nie tylko w rątre, ale nawet w wakacje. Chaos. 
Tylko że to światełko coś słabo się pali, bo jeszcze nie zadecydowali, czy do Alberta puścić metro. Ma być, ale kiedy? Ach, czuje się ten komunikacyjny ciężar rątre, nie ma dwóch zdań, wzdycha Ana. A to dopiero pierwszy dzień. Oby do wiosny.

Friday, 29 August 2014

(201) rejers

Dobra, niech no już będzie, kiedyś trzeba się przestać ukrywać i wyjść z szarej strefy. Proszę bardzo, oto jestem. Niektórzy na Sanżilu, choć to bliżej Iksela, mówią, że wakacja się skończyła, inni, też blisko, choć z drugiej strony, że to wakaje. A ja po staremu - koniec sierpnia, koniec wakacji, zbliża się pierwszy i pierwszego września, kasztany dojrzewają, pora zjechać na Sanżil, dojrzało we mnie. To się wzięłam i zjechałam.
A właściwie zleciałam. Normalnie jak panisko, wszem i owszem. A co, nie wolno, bom nie na czekach? Właśnie że jest równouprawnienie! Czy na szaro, czy na stałce, wszyscy kończymy tak samo. W samolocie. Jeśli mi się w czymś Ana Martin przysłużyła, to w uświadomieniu w tej wiedzy przyjemnej, że nawet ja mogę żądać i rządzić. Czy też rządać i żądzić? Żądlić ewentualnie? Ech, pal to cześć. Najważniejsze, żem już tu, na starych sanżilowskich progach. Gościnnych, nie powiem, szczególnie w osobie, albo - nazwijmy tę rzecz, choć to człowiek, po imieniu - osóbce Iwonka. Rzuciło się toto na mnie i puścić nie chciało. Nawet nie wie, że o mało co, a by Kseni nie ujrzał.
Na rejersie bym utknęła i tyle mojego by było. I jego.
Bo leciałam ja se naprawdę oficjalnie, jak nie byle kto, jakaś europosłanka nawet - ojrolotem. A ten ojrolot nie lata, jak zwykły rajan powszedni, na Szerlerła, tylko gdzie indziej, ale też w Belgii - na Zawentę. Gdzie ta Zawenta, nie pytajcie, raczej tu blisko też, skoro auto po mnie wysłali. No, jak po posła normalnie, pisałam przecież. Może nie wysłali, tylko Ana przyjechała, ale to już brzmieniowo nie to. Wzruszyłam się, że tyle starań o mnie, a nawet w polityce nie robię! Miło i od serca. 
Zaraz żeśmy wsiadły i po pięciokrotnym objechaniu parkingu już się Anie udało znaleźć wyjazd. Nie winię jej, bo Zawenta może przyprawić o kolorowy zawrót głowy niejednego posła i niejedną posłankę, a co dopiero matkę, nawet jeśli to Ana Martin, osoba, delikatnie mówiąc, konwersyjna. Ale co mi tam, rozanielona byłam, że ją widzę, i co za zmiany, że ho ho! No nic, jeszcze trochę czasu mamy, nowy rok, nowy prorok, jak mówią. 
I Ana rozanielona była, sama widziałam. I prowadziła mnie tak pięknie z Zawenty, korków nic a nic, płynny ruch, nawet zielona fala się trafiła. Koło samego nato jechałyśmy podobno, podkreśliła Ana, a ja za nią, nie wiedząc co co prawda. Ale już uwieczniłam.
Jedziemy se tak więc, a tu nagle; stop. Niespodziane. Na środku drogi, którą w międzyczasie byłam już rozpoznałam jako drogę w kółko w ringu. Diament zaraz miał być, a nad diamentem - wiadukt. most taki. A tu klops. Bo nie tylko stoimy, ale na wiadukt nie wjedziemy. Koniec drogi normalnie.
Szok dla mnie kulturowy straszny, bo takie obrazki to się jednak widuje w polskiej tiwi, że na drodze dalej już ani rusz, ale nie w cywilizowanym mieście na zachodzie! Doprawdy, niecodzienny widok, by tak nagle drogę ucięło. 
Anę też nieco zamurowało. Hmm, nie jeżdżę tędy nigdy, przyznała, i już po telefon. Jak trwoga, to do Romana, wiadomo. Akurat odebrał, na Komisji też ogórkowo. I zaczyna tłumaczyć, że rejers przecież zamknięty nie od dziś, tylko od lipca. Że Ana mogła inaczej jechać, jak Roman kazali. Bo na rejersie remont i mieli nawet otwierać na mój przyjazd, przylot ups, ale tymczasem na Skarbku ktoś chyba zadecydował, że jednak nie, i zamkną go na dobre. I co ty Ana teraz, możesz wycofać? Ano nie mogę, Ana na to. O rany. Nic.
Stałyśmy i stałyśmy, z godzinę abo i dwie, aż się Ricie, co po sąsiedzku Iwonka do Stasia dorzuciła i pilnowała, się chłopaki rozbestwiły. Wtedy siłą mocy charakteru chyba Ana zrobiła manewr, przejechała na nielegalu, nawróciła i zawróciła, i jakoś żeśmy trafiły na Sanżil. A tam osóbka Iwonka, jak już wspominałam, wszystko wynagrodziła.
Pachnie jesienią  i wilgocią w tej Brukseli naszej, a to nie najgorsza wiadomość i tak. Wcale a wcale, bo jak to się ma do faktu, że oto spadła nowina, że Skarbek rejersa na dobre zamknął? Chce burzyć, ale sam nie wie kiedy? I w zamian nic nie oferuje, jak burczy Roman. Ana cieszy się, że w auto na razie nie planuje wsiadać, ja za to, że w polityce robić nadal nie zamierzam i w związku z tym w ojrolot na Gdańsk nakierowany już nie muszę się pchać przez miasto. A rejers postoi tak kilka lat, mówię wam, wieszczy Ana. Polska ma coś wspólnego z Belgią; rozgrzebane budowle. Jeszcze Goran tego dożyje, sami zobaczycie.

Tuesday, 8 July 2014

(200) pałac

Jakby własnych królów i pałaców im mało było, można by powiedzieć w takiej sytuacji. Jakiej? Oto w Polsce, B chyba, ale nie za daleko od A, zawisła flaga belgijska. Jakim prawe, spytacie? Sama nie wierzyłam, ale jest, biało na czarno, choć to inne kolory. Koło Ostrowca gdzieś tam. Na pałacu łopocze.
Trochę się wzburzyłam, to prawda, ale co robić w takiej sytuacji, gdy ci napadają ojczyznę, i nawet to nie jest wojna, tylko wojna prawników? Bronić się bronią nie będę, swoje oburzenie wyrażę raczej i pewniej piórem. Przynajmniej zostanie jakiś ślad dla potomności i Iwonek będzie miał piękny przykład patriotyzmu, płynącego z polskiego serca, to co, że z Belgii, najważniejsze niewidoczne, zawsze uczą, nawet w darmowym podręczniku dla pierwszaków. 
Przystąpię do rzezy. Bagnet na broń i naostrzone pióro. Wyjaśnię, skąd ci królowie. A właściwie nie, bo chodzi przecież o księcia. Księży czyli, bo ich dużo. Nie księży, tylko książęta - chyba, zastanawia się Ana Martin; mówiłam przecież, że same problemy z tą szlachtą! A o którą rodzinę chodzi, chce wiedzieć Ana. O naszą, polską, ale tylko z nazwiska, choć też jakieś takie nienasze, na mój rozum. Drucki-Lubelski, choć z Ostrowca. Oczywiście w formie męskiej tylko, bo w damskiej z a, zwyczajowym jak najbardziej, ale tylko w Polsce, okazuje się, bo tu kobieta zostaje w takim wypadku udokumentowana jako mężczyzna i nie ma chyba odstępstw. Traci też swoje imię często, zostając po prostu madame, e tylko na piśmie, wzdycha Ana, no ale tu nie w tym problem, prawda?
Prawda. Problem to też tylko dla mnie, przyznaję, taki mały, wewnętrzny. Mianowicie taki, że ci Drucki-Lubelski, że już nie odmienię, od czasów wojny są Belgami, a teraz wystarali się o swój pałac pod Ostrowcem, który jednak nie leży raczej koło Lublina. Latami trwała ta bitwa, głównie prawnicza, ale koniec końców - wygrali. I od razu wywiesili flagę. Dwie, znaczy się, dodam dla sprawiedliwości, bo polską i belgijską. Co lud chyba nie za dobrze przyjął.
Ksenia, chodzi ci chyba o przypadek Druckich-Lubeckich, tak? upewnia się Roman. Mówię przecież. Ach, ta jedna litera. Cztery by coś może zmieniły, ale tak nie, macham ręką. Znana historia, przypomina sobie Roman. Latami się ciągnęła. Pałac stoi w Bałtowie i zdaje się, że uciekając, rodzina wywiozła przytomnie wszystkie dokumenty świadczące o własności, ale w Polsce proces oddawania kuleje, a tu chyba szczególnie. Bo na tych ziemiach Polacy zdążyli wybudować park rozrywki. Jurajski. Nie byle jaki, czyli. Ameryka podobno. I kto ma za to oddać komu? 
Ale widzisz, udało im się, tym Druckim. To cieszyć się i gratulować, czy nie, dopytuję niecierpliwie. Nie wiem, wzrusza ramionami Roman. E tam, że teraz sobie tam zbudują hotel za fundusze europejskie albo sprzedadzą wszystko za grube pieniądze? Nie rozumiem tego podniecenia, przecież to nie ich uczciwie zarobione pieniądze, tylko przodków, jeśli już, a też nie wiadomo, w jaki sposób. Na pracy innych zapewne. Piać z zachwytu? Żadna to sprawiedliwość. Nie podoba mi się to, kręci głową Ana. Radykalnie, widzę. Dezaprobata się to nazywa, podobno. 
Ana, tak świat wygląda, uspokaja ją Roman. Kapitalizm. Pomyśl, że na tym parku rozrywki też ktoś zarobił, i to nieźle.
Dzieci mi żal więc, kończy Ana. Wiecie, co by było naprawdę szlachetne i szlacheckie? Jakby teraz w przypływie książęcej łaskawości wstęp do parku był za darmo, przynajmniej dla maluchów. I nie tylko w dzień dziecka. Wtedy bym może uwierzyła w dobre chęci. Tak to widzę tylko pieniądze pieniądze pieniądze. Czarno na białym, choć złote pod flagą belgijską.

Wednesday, 2 July 2014

(199) szklarze i rzeźnicy

Co ja słyszę! I od razu z góry żałuję, że matury się chciało, mimo że potem pracy i tak nie było i trzeba się było ratować ucieczką na Sanżil. Że nikt nie nakierował na konkretny zawód, dzięki któremu mogłabym nieco ulżyć rynkowi pracy, a on mi. I to lokalnemu, zagranicznemu, belgijskiemu na wskroś i poprzek.
Ledwo dziś wstałam, moje oko kole następująca wiadomość: w Belgii nie jest obsadzonych - jak rozumiem, od lat - 72 tys. miejsc pracy. Które czekają na kandydatów lub kandydatki, i już można zarabiać. Od ręki. Własnymi rękoma. Wystarczy tylko pójść do urzędu i praca już twoja. Oczywiście nie to, że dla takich jak ja, po maturze czystej i gołej. Ale jakbym tak była rzeźnikiem, to dopiero bym miała wybór.
No tak, piszą o tym w całej Europie, że pogłębia się rozdźwięk między ofertą na rynku pracy a tzw. profilem osób poszukujących pracy. Że według rynku ci pierwsi powinni być na przykład operatorami dźwigu, a ci drudzy na siłę chcą kończyć politologię i mędrkować. Tylko że potem mędrkują często - jak słyszę - na kasie albo na miotle. Co boli. A wszystko można by ustalać wcześniej, jakby tylko doszło do wymiany informacji i uświadomienia młodzieży, że może warto się jednak pochylić nad matmą i zostać inżynierem. To tylko moja propozycja, z której bym sam nie skorzystała, ani kiedyś, ani dziś, ale może inni są zdolniejsi? śmieje się Ana Martin.
Takiej to łatwo mówić. Wczytałam się w jej profil i widzę przecież, że jej poszukują nie tylko na Sanżilu. Proszę, literatura moderna i język germaniczny koniecznie. Toż to pasuje jak ulał na Anę, potwierdzą wszyscy, co ją znają. Taka to nie ma problemów, w przeciwieństwie do większości, co w tej rzeczywistości cienko cienko. Roman znalazł właśnie, że w Belgii 4 oferty pracy na 5 muszą zostać zlikwidowane, bo nikt ich nie chce. Tzn. może i chce, ale przecież nie każdy umie ciąć marmur ot tak na zawołanie, wiem coś o tym, też nie umiem.
A tu spójrzcie jeszcze, jaka głupota. Raz piszą, że brakuje robotników, a tu z kolei - że w takiej Walonii aż w 80% ofertach pracy umieszczono wymóg wyższego wykształcenia. Nijak ma się jedno do drugiego, bo przecież chyba nie ma jeszcze studiów, jak jeździć koparką? Bez sensu zupełnie. Sens jedyny w tym widzę taki, że przez to jest praca dla naszych, których o studia nikt nie pyta, tylko sadza do walca, bo i tak na czarno robią, więc po co dyplom? Wóz-przewóz, jak nie umie walcować, będzie nowy chętny, albo ten się nauczy szybko, bez studiów. Tak tłumaczyli jeszcze u nas, w Łapach. Do całego życia się to zresztą odnosi. I problem rozwiązany.
Chyba nie bardzo, a już na pewno nie dla tych, co sporządzają statystyki zatrudnienia, ana to Ana. Praca na czarno się nie liczy. Przykro tylko czytać, że taki delez, delhaize w zapisie, już zapamiętałam, zwalnia 2,5 tys. ludzi, a gdzie indziej nie mogą znaleźć chętnych. I zmian nie widać. Podaj jeszcze dla porządku, kto może się zgłaszać do urzędów pracy, a nuż ktoś przeczyta. Albo ciebie wypchniemy w świat. Żartuję, dodaje wielkodusznie. Iwonek cię nie puści tak łatwo.
No, bo już się zmartwiłam, a przecież ja nie rzeźnik, ani szklarz. Ani nie: kierowca maszyn budowlanych; marmurarz czy jak nazwać takiego, co rąbie marmury; kucharz, kreślarz; elektryk lub specjalista od instalacji elektrycznych; pielęgniarz; mechanik; elektromechanik; cukiernik; ergoterapeuta, jeśli ktoś wie, co to?; asystent nauczania; inżynier i wreszcie literat. Oczywiście w moim przypadku nie jestem tym w wersji żeńskiej, ale nie chce mi się tyle stukać, mężczyźni są krótsi. Może znacie chętnych. Podkreślam, że to prace na stałkę!

Monday, 30 June 2014

(198) fotosy

Wakacje za pasem, zwykła pisać prasa w takich sytuacjach, bo jednak głupio napisać w sezon letni, ogórkowy, że amatorzy białego szaleństwa, co? Więc na tapetę wjeżdżają wakacje. Letnie, bo czerwiec, świadectwa szkolne i dojrzałości rozdane, czyli połówka roku, czyli warto podsumować.
Ja ze swojej strony, jak i zarówno ze strony Martinów nie mam co podsumowywać, bo do szkoły to my już dawno nie chodzimy, albo też i jeszcze nie, i chyba nikt nie wylewa z tej okazji wielkich łez jak krokodyl. Można za to więc ze spokojną głową zająć się sprawami światowymi, jak np. planowaniem urlopu. W tym roku będzie on mało światowy, bo komisja coś cienko przędzie i wolnego nie dają, ba! - szefa nie mają, chaos i wielki wybuch, by tego gorzej po imieniu nie nazwać. Ale nie o to chodzi, tylko na to, że Roman będzie musiał robić za dwóch, za szefa, którego nie ma, jak wspomniałam, to i daleko nie zajedziemy. Ja owszem, do Łap się do busika załaduję, ale na razie brak miejsc. Sodomiaigomoria, jak w Poznaniu na golgocie normalnie. Matuś donieśli. A trzeba było słuchać, jak u Adriana ostrzegali, że mało kto już kupuje, bo już wszyscy uciekają w podskokach wracają do starego kraju, czyli do tzw. u siebie! Nie usłuchałam i mam babo placek, czyli nie mam miejsca. 
To i mi nic innego nie pozostanie, niż dalej dzielić los Martinów na Sanżilu i uczestniczyć w tej drobnej namiastce wakacji. Ana zadowolona z braku wyjazdów, bo czeka na co innego, co na pewno nie jest wyjazdem, ale się wyjazdem zakończy, tyle że później. Iwonek zadowolony, bo wszystkie garnki na miejscu. Roman też, bo motorem poszaleje, jak na 40-latka przystało, a na łykend będziemy zwiedzać.
Ana Martin twierdzi nawet, że są nowe doniesienia, co zwiedzić w Belgii warto i bardziej warto. Albo inaczej: co najchętniej zwiedzają i obfotografowują ludzie stąd i zewsząd. Pojawiła się ostatnio onlajn mapa, która pozwala to zobaczyć. Tzn. miejsca, których najwięcej fotosów znajduje się w sieci, ale jakiej, to nie wiem. 
I co Ana, co prowadzi? U nas czy w świecie lub kosmosie? Na tym świecie starczy póki co, śmieje się Roman. Rzymbarcelonaparyż, recytuje jednym tchem Ana, deklamując. A gdzie to leży? Co? No ta długa nazwa. To 3 miasta, dziewczyno przecież, śmieje się Ana, tak jakby sama nie wiedziała, że za granicą zdarzają się nazwowe cuda. Owszem, ale tu to po polsku, Rzym-Barcelona-Paryż. Je obcykano najbardziej. A Sanżil? Nie wiem. Nie podają. Serio? Takie ładne domy, a nie wiadomo, czy popularne? To co mają z tego celebryctwa?
To, że Bruksela ma pierwsze miejsce w Belgii. Może dzięki Horcie i innym? Zaraz za nią miasta z Flandrii. Ale i tak nic specjalnego. Te wszystkie fotosy dają Belgii ogółem dopiero 65. miejsce w świecie. Nie za dobrze jak na stolicę Unii i komisji, co? No i co, że bez szefa chwilowo, no i co?
Może to jedynie, że już nikt nie chce fotografować kolorowych flag i limuzyn? Bo ich brak chwilowo. I garnituro-garsonek szaro-czarnych od, jak to mówią w twoimstylupani, kupisza czy innego fryzjera dyzajnera? No jakoś nie. To już skandal!
Turyści chętniej pstrykają się i se selfie pod Mannekenem Pisem i w Atomium. Na Szumana widać nikt nie trafia z własnej woli, oprócz garstki ministrów i aspirantów do światowej polityki; ale tu ciekawostka za to: Doel. Co to? pytam. Opuszczona wioska we wschodniej Flandrii. Całkiem wysokie miejsce. Albo Brugelette. Znacie? Nie, wstydzi się tym razem Ana. Ha, pora poznać. To tam się mieści Pairi Daiza. Też dobry wynik. Fajnie, zaciera ręce Roman. Zwiedzajmy nieznane.