Tuesday, 3 February 2015

(244) salon z czekolady

Wiele cudów już tu widziałam i pewnie niejedno jeszcze zobaczę. Zimna krew jest czasami potrzebna, by ot tak zaakceptować wszystko, co normalne na Sanżilu. Ale że budują salony z czekolady, to już się w głowie nie mieści. I po co to?
Salon z czekolady? A gdzie to powstało, Roman też nic nie wie na ten temat. Dobrze, że już nie ma włosów na głowie, to i nie będzie stratny, jakby co. A ja tak, ale co tam, Mariola w salonie naprawi fryzurę. Tak jak ostatnio na moich oczach wycinała włosy wokół wlepionej we włosy gumę. Gustownie wyszło, a la kleryk, jak podsumowała Ana Martin. To co, z czekoladą sobie nie poradzi? Polce to naprawdę niestraszne, phi, też mi coś.
Nie salon z czekolady, tylko salon czekolady. Takie czekoladowe święto, gdzie producenci czekoladek wystawiają swoje wyroby. To w ten weekend na ekspo koło hejzel. Nie na Sanżilu, a szkoda.
Gdzie gdzie, dopytuję ciekawie? Na terenie wystawienniczym czy wystawowym, czyli expo przez x koło stadionu Heysel pisane nieco inaczej, niż wymawiane. Po raz drugi się toto odbywa. Pamiętam, że rok temu było wielkie halo, a potem wielki zawód. Dlaczego? 
No bo po pierwsze bilety. Ludzie pognali za darmo, w koncy lebelż czekoladą stoi, myśleli, że kraj się chwali przed ludem za darmo, a tu niespodzianka. Kasa! Całkiem drogi wstęp, w tym roku już podskoczył na 8 i pół ojro w tygodniu, co oznacza tylko i wyłącznie piątek, czyli z lokalnych mało kto przyjdzie, bo wszyscy w pracy, turyści może dotrą, jak znajdą na mapie, gdzie impreza; a na 10 w weekend. Za darmo mogą wejść, a raczej wjechać, tylko dzieci do lat 3. Ciekawe, czy sprawdzają dokumenta, swoją drogą.
No tak, trochę panie tam tego drogo, zgadzam się, a to, że nasze chłopaki mogą wjechać za darmo, to i tak tylko w połowie ma jakieś znaczenie, bo ewentualnie tylko jeden urządzi jakąś kąsampcję, gdyż ten drugi nie ma ani zębów, ani możliwości strawienia kawałka salonu, podkreślam. Więc to żadne oszczędności, ani zachęta dla rodziców. 
Owszem, żadna, tym bardziej, że w moim przypadku największy zawód polegał na tym, że konsumpcji njet. Ani kąsania kąsampcji, jak to fajnie nazwałaś Ksenia.
Jak to, to salonu nie można spróbować? Nie tylko salonu, bo tego chyba nikt nie wystawia, choć pomysł sam w sobie dobry, ale i w czasie salonu się nie je. Przynajmniej czekolady, choć jak znam lebelż, to i innego jedzenia i picia wnosić nie wolno, tylko trzeba kupować na miejscu, o ile i bynajmniej. 
To co się robi na tym ekspo? Ogląda. Spaceruje i podziwia produkty cukiernicze. Podobno jest co, bo rzemieślnicy od czekolady to prawdziwi artyści, sztukmistrze wręcz i niejedno potrafią. Formy małe i duże. Mleczne, gorzkie i deserowe, jak to się w Polsce A i B nie wiadomo dlaczego zwykło mówić. Czyli inaczej: jasnobrązowe, brązowe i ciemnobrązowe, tak? No co ty Ksenia, czekolada występuje teraz we wszystkich kolorach, jakich chcesz. Za sprawą E? Nie, nie tylko, podobno to naturalne farby, bóg i Bóg jeden wie z czego. Rzeźby, figurki i małe pralinki o innej nazwie pomadki lub po prostu czekoladki. Fontanny i proszki. Ach, czego tam nie ma. Podobno. Ja nie sprawdzam, bo szkoda tłuc się 51 z dwoma wózkami przez całe miasto po to tylko, by się oblizać smakiem. I jeszcze Iwonka odganiać od tych frykasów, jakby jednak zechciał spróbować lub wsadzić w coś palec. Dobrze, że Romana przynajmniej pilnować nie trzeba, bo on nie przepada za czołowym belgijskim wyrobem, no a Groszkowi wszystko jedno, bo śpi. O ile mu się nie zmieni oczywiście.
I bulić trzeba. Tego to Ana nie lubi, jak uzna, że nie ma za co, a jeszcze bardziej - za to, że inni się reklamują. Nawet się z nią zgadzam. Osobiście już wolę się przejść po Sablonie, z mszą w polskim kościele połączyć można, praktyczne z fajnym, i zajść do tego salonu, co tam zamontowali ostatnio pod sufitem lampy, które nie są lampami, tylko zieloną fantazją z czekolady. 
Co zamontowali? No fantazję. Tak sobie przetłumaczyłam francuski oryginał przez y. Nie Ksenia, nie całkiem, zerka Ana na stronę, rzeźba nie jest z czekolady, bo jakby świeciła? Pani inżynier, inżynierka, ups, się znalazła... Za to pięknie, czyli fantazyjnie w języku poezji tę czekoladę oświetla, fakt. Roman, w weekend się przejdźmy wózkowo.
I poetycko się nazywa to coś wiszące, czy szkło, czy czekolada, licho wie. Forest. Zupełnie jak ta dzielnica koło nas. I za darmo, jak spacer po Foreście. Może to nie salony, całkiem biedna ta komuna, twierdzi Roman, za to swojsko i przyjemnie, nie boi się człowiek nic dotknąć, w przeciwieństwie do salonu z czekolady gdzie niejedno można niechcący nadpsuć, nadtopić, nadgryźć i w rezultacie popłynąć na ojro.

Monday, 2 February 2015

(243) rolnik sam

W dolinie, rolnik sam w dolinie, rolnik saaaam w dolinieee - krzyczy ostatnio po Sanżilu na cały głos Iwonek, co bardzo wzrusza Anę Martin, bo podobno tańcowała do tego kawałka w 1984 roku, czyli w zamierzchłej przeszłości za komuny jeszcze pewnie. W pierwszej parze z Tomkiem, z powodu niskości wzrostu - lecz wielkości ducha, uzupełniam sama z siebie. No i ten rolnik ją dorwał w Brukseli tysiąc. A mnie wraz z nią. I to nie byle gdzie, bo w teatrze.
Nasjonal, bo tam żeśmy poszły. Nie wiem, dlaczego Anę ciągnie w nacjonalizmy, widać takie wieją polityczne wiatry na komisji, to i rodzinnie przeszło na nią z Romana. Jaki mąż, taka żona, i tak być powinno jak najbardziej, od najmłodszych lat mnie tego uczono, i wydaje mi się, że to brzmi wręcz jak najbardziej w stylu programu partii i nacjonalizmu nasjonal. Podobnie jak sztuki o ziemi. Nie planecie, tylko glebie. Własnej, skąd nasz ród.
Nie tylko ciebie, wszystkim nam to próbowano wpoić, na szczęście niektórzy okazali się niezłomni jak skała, komentuje Ana. W tym ja. I ja, wtrąca szybko Roman. O te zależności rodzinne im chodzi, o których rozśpiewuje się Iwonek. O tego rolnika, co bierze żonę, ona bierze dziecko, a potem już zwierzęta lecą i płody rolne. W piosence - jak w życiu. Jak w Łapach niegdyś, oraz w Polsce A też, w 1984 na przykład. Oraz - jak właśnie wyszło jaw - i na Sanżilu, i w  Tysiącu, i jeszcze w wielu wsiach i wioskach w Belgii samej, co to dzisiaj w pełni nam wybrzmiało głosami aktorskimi. Na własne oczy słyszałam, przecież nie zmyślam.
Chodzi o to, że sztuka, co to ją Ana nam wypatrzyła, sięgnęła gleby. Roman coś tam bredził o jakimś bruku, ale skąd bruk na wsi? Puknij się w głowę, rzekłoby się bez szacunku do starszych, bruk to może w jakimś Krakowie czy paryski w Paryżu, ale na scenie nasjonal to była ziemia w czystej postaci. Wiem, bo dotknęłam. I na pamiątkę odsypałam, tak polubiłam od razu, co tam się działo.
Choć sama nie wiem, skąd mi się to lajkowanie teatru wzięło. Chyba z uniesień serca, że ktoś wziął się w końcu za temat z mojego życia, a nie tylko za same gwiazdy na łyżwach, w serialach i w drogich autach oraz na reklamach kremów. Na scenie ona i ona, czyli dwoje. Przed nimi stół, nad nimi lampa. Kawałek parkietu. Ana wytłumaczyła mi, że to taka skrótowa kuchnia. Czyli symboliczna. 
Siedzi więc tych dwoje, bo dwóch to nie na wsi, nawet w Belgii to by nie uszło, i żali się na politykę rolną. Unijną. Wiem to od Any, bo sama jeszcze lokalnych dialektów nasjonal aż tak dobrze nie łapię, by wyłapać szczegóły. Żalą się oboje na biurokrację, na kwoty, na coś, co Ana nazwała industrializacją i odhumanizowaniem rolnictwa. Zapisałam na żywo, teraz z kartki lecę, więc jest bez błędów. Czasami przybierają różne akcenty, jak to artyści. To po to, by pokazać, że problem jest światowy, twierdzi Ana. Fajnie grali, oj fajnie! Od razu widać, że z zachodu, no ale byle kogo by na scenę w nasjonal w końcu nie wpuścili.
Pozwoliłam się sobie nawet zdziwić, że rolnicy już tak mocni, że nawet sztuki o nich piszą, ale Ana sądzi, że to dlatego, że właśnie są słabi. Albo inaczej: że rolnictwo upada, bo rządzą nim wielkie firmy. I że jemy nie wiadomo co, i że nie wiadomo, na jakie choroby przyjdzie nam z tego wszystkiego chorować, oraz zejść ostatecznie. Ojej. Poważnie się zrobiło.
Podobno w któryś wieczór na widowni był sam szef z komisji, poszedł do aktorów i powiedział im, że nawet on nie może nic zrobić, takie te firmy mocne i bogate. Ojej. Jeszcze poważniej, już gorzej być nie może.
Ana mówi, a na sztukach z teatru to ona się albo zna, albo tak dobrze udaje, co daje jedno, że to było dobre przedstawienie. Odświeżające głowę. Że więcej by takich trzeba, nie tylko w stylu nasjonal belgijskim, ale polskim przykładowo też. Że pomyślimy, co by tu zrobić, by pomysł nie zniknął. To ona kazała mi w ramach reklamy napisać na blogu o naszej wycieczce. Podaję więc: Nourrir l'humanite c'est un metier. Kto chce, niech doda akcenty i pędzi nacjonalistycznym truchtem do teatru. Sam, z żoną i nawet dzieckiem, jak ten przysłowiowy rolnik. Gdyż wykarmienie ludzkości to nie byle jakie zadanie!


Thursday, 29 January 2015

(242) epsy

Wiadomo, że chłop to do dzieci nie bardzo. Rady se nie da, nie umi, cierpliwości ni ma, to nie jego robota zreszto. Z dziećmi to matka ma siedzieć, a nie ojciec. Chłopu to przeszkadza, jak dziecko płacze. Ksiądz na religi mówił, że kobieta z natury tak ma, że płacze jej mniej przeszkadzają niż cłopu, więc zgodne z naturą to jest. Chłop się pieluchami nie zajmuje, a i wygłupiał się nie bedzie w jakieś zabawy. Cicho ma być, posprzątane I nagotowane. I to chłopa robota, żeby tego przypilnować.
Uwierzyć nie mogłam, jak to zobaczyłam. Bo to Roman napisał. A ja przepisałam słowo w słowo, błąd w błąd, myśl w myśl. Do kolegów z komisji się tak żaliło chłopisko, po tym, jak Ana miała refleks, którym się podzieliła na forze. Publicznym. Po kiwi tak ją naszło. Na myślenie i zastanawianie nad kolejami, jakimi jedzie świat.
Refleksję miałam, a nie refleks. Zresztą niewiele lepiej brzmi po polsku, o rany. Z rana w niedzielę mnie tak naszło, jak sobie poczytałam na forum, a nie na forze, jak to obecni na kiwi dziwili się, że byli tam także ojcowie z dziećmi, bez matek. I tacy dzielni niby. A o matkach nic. Także tych obecnych z gromadą dzieci. Mniejszych i zapewne słabszych.
Rany, oj rany. Mimo że statystyki są dla ojców nieubłagane i będzie musiało najść nowe, oni nadal się bronią w okopach, widzę. Na forze epsowym chociażby, jak Roman. Tymczasem Ana macha mi przed oczyma liczbami z kraju, wersji A iB, podanymi przez partię tego, co to tu nam teraz zasiada w Brukseli: rok 2011 - 15 tys. sztuk ojca na urlopie tacierzyńskim. 2012 - 23 tysiące, na plusie o 50%. 2013 - 28,5 tysiąca, trochę do góry, ale bez szoku. No i królewski rok 2014 - 129 tysięcy! Toż to cztery razy więcej! Nawet Ana była tak zdziwiona, że aż wczoraj o tym nie mówiła, tylko przeliczała te sztuki ojcowskie w cichości ducha. W końcu stwierdziła, że to może być prawda i podzieliła się tym kolejnym refleksem z nami. I wtedy okazało się, że Roman zaatakował już zawczasu i zaczął mobilizować ojców, by się nie dali. Bo on bliżej tego króla na komisji zasiada, zaledwie kilka pięter w dół, to i dojścia ma. Swój jest, znaczy się.
W sumie nie jest to w stylu Romana w ogóle, bo on akurat się nie wstydzi, że umie zmienić pieluchę, utulić, pobawić się, a ucisza dzieciarnię to tak, że my z Aną wysiadamy. Ale widać w środku coś go boli. Może, że jednak bez chrztu i przekazania ducha z ojca na syna. Może, że Ana owszem Martinowa na Sanżilu, ale tak naprawdę całkiem inaczej zwana, i że nazwiska nie przyjęła. Że niby jakąś tam tożsamość by musiała zmienić, phi, też mi coś. Może, że jednak nikt aż tak nie docenia, że i Iwonek, i Groszek, obaj płci męskiej zdecydowanie, a u nas na Sanżilu, zamiast puchnąć z dumy, że takie szczęście męskoosobowe rodzinę spotkało, Ana wciąż powtarza, że płeć obojętna, byle by małe zdrowe było. Zdrowe owszem, ale z siusiakiem lepsze. Mówią tak głosy w rodzinie i puchną z dumy zamiast Romana, że taka jurność.
Toć i nic dziwnego, że się w końcu chłop wkurzył, bo co to ma być.
I napisał na całą komisję na forze. I już są głosy za. Na takiej liście wymiany refleksów i myśli. W tym złotych. Piszą chłopy, że aż furczy. Że oni tak naprawdę nie chcą, by to, że są fajni, było normalne. Chcą być nienormalni, traktowani  z szacunkiem, jak te 129 tys. sztuk tatusiów w kraju, na których koledzy w pracy spoglądają z kpiną w oku. Chcą, by to im, a nie matkom, pomagać przy wsiadaniu do stibu z wózkiem. By to ich podziwiać, że potrafią dać mleko z butelki i do żłobka odprowadzić. By to ich żałować, że zamiast na piwo lub mecza, oni ałała do Iwonka kotki dwa śpiewają w kółko i od nowa, ze dwie godziny schodzi. Że takiego losu wcale sobie nie gotowali na ślubnym kobiercu, o ile jedna czy druga feministka w ogóle dała się na nim postawić.
Słowem - należy im się nasze współczucie.
Mam z tego wszystkiego pewien pomysł, ale nie wiem, co na to Ana. Mianowicie, by jakiś ruch społeczny ojców zorganizować, na kształt tych, co to nie chcą dać 6-latków do szkół. Wsparcie gwarantowane i piękna kariera mogłaby z tego powstać. Polityczna. W roku wyborów, jak znalazł. Kto wie, może nawet milion podpisów by się zebrał i ten ktoś z wyższego piętra na komisji by dostrzegł romanowy potencjał. W końcu każdy, a już szczególnie Polak, czy to na szczycie, czy nie, potrzebuje następcy. Męskiego. 



Wednesday, 28 January 2015

(241) szek za kesz

Szek repa. Czeko-szek. Szek za kesz. Tak. Śmiesznie, owszem, jak szach mat niejaki, ale czy nie wygląda w gruncie rzeczy lepiej niż cheque repas? Z akcentem, do samowolnego wstawienia którego aż wyrywa się mój komputer? Bo co to w ogóle za wynalazek: szek jedzeniowy? Nawet jeśli to czek? Tylko lebelż mogli na to wpaść. A teraz chcą wypaść. Z tego systemu.
Chyba nie tylko jednak tu się to praktykuje, oddaje cesarzowi co królewskie Ana Martin. Coś mi świta, że to wynalazek na wskroś francuski. Francuzi przodują w biurokratycznych systemach papierów. Pewne, że kto po raz pierwszy z tym się zetknął, a co gorsza musiał stosować - ma trudności w połapaniu się, gdzie dać jaki czek, za ile, ile można odciągnąć za to podatków, ile dodać gotówką. Uff. Co za utrudnienie. Nie wiem, jak wy, ale ja nadal nie wiem, skąd się bierze te czeki i co to za tajemnicze przedsiębiorstwa i z czyjego nadania je rozdają. Takie Sodekso przez iks lub inne. Kto na to w ogóle wpadł? I kto za tym stoi? Nie zwykły Kowalski, to jasne.
Też się nie znam aż tak, bo u nas na komisji tego nie rozdają, chyba wymiękli, jak zobaczyli, co zrobili sami sobie, jak umieścili stolicę świata w Brukseli, i musieli zmierzyć się z czekami, śmieje się Roman. Ale chyba chodzi głównie o to, że takie czeki jedzeniowe nie są opodatkowane. Tak więc przeciętny lebelż dostaje część pensji, za którą płaci podatki, i drugą, w czeko-szekach, która jest zwolniona z podatków. Tak to rozumiem.
Czyli co, zakamuflowane zadośćuczynienie za wysokie podatki, tłumaczy sobie i mi Ana? Tak jakby. A czy to zakamufo...no nie wiem, to znaczy, że szeki są uczciwe, dopytuję? Tak, zgodne z systemem, ale tak naprawdę motor napędzający konsumpcję. W knajpach, kanapkarniach, barach, a nawet sklepach. Czyli, o ile dobrze rozumuję, jeśli ludzie płaciliby podatki od całego zarobku, mieliby jeszcze mniej pieniędzy i nikt by nie jadł na mieście? I trzeba by zmienić godziny pracy, by tak jak u nas w Łapach rodzina jadała o 16? No, to by była dopiero rewolucja!
Tak, moim zdaniem o to w tym wszystkim chodzi, by do knajp miał kto chodzić, potwierdza Roman. Głównie w południe, czyli uświęconej porze obiadowej, kiedy to każdy porządny lebelż sięga po kanapkę zawczasu samemu pieczołowicie przygotowaną i zawinięta w papier śniadaniowy (Ana, pamiętasz, jak to wyglądało?), a ci bardziej otwarci ruszają właśnie do barów. Ruszać szczęką.
I właśnie czytam, że to się może skończyć, ostrzega Ana. Projekt ustawy znoszącej system. Rewolucja w kraju sandłiczy. Ktoś się zorientował właśnie, że system służy nie tyle ludowi, co takiemu sodekso właśnie, któremu przedsiębiorstwa płacą rocznie 43 miliony ojro za samo wydawanie czeków, czyli druk pewnie i nadawanie urzędowych numerów. Kolejne 40 milionów zgarniają od właścicieli knajp itepe., którzy muszą odesłać szeki do sodekso, by odebrać pieniądze. Bezsens totalny, podsumowuje po swojemu Ana. Niezły pomysł na biznes, swoją drogą. Pytanie brzmi teraz, co dać ludowi w zamian, by zechciał jeszcze głosować w wyborach na tych, co to wprowadzą?
Dlatego to wszystko na razie w fazie projektu, uspokaja Roman. Właściciele sodekso nadepnęli widać komuś na odcisk. Albo są z innej opcji politycznej po prostu. Droga do Belgii bez czeków będzie długa i usłana kolcami, coś mi się wydaje. Bo i sodekso ma o co walczyć, i nikt nie chce płacić więcej podatków. Keszem. Wolą szeki od keszu. 
Hmm. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Jedno pewne - im mniej papierów, tym lepiej, więc już nawet rezygnacja z papieru będzie sukcesem i znakiem, że lebelż gonią Europę, twierdzi Ana. Bezszekowa i bezkeszowa też chwilami. Jak jakaś labelż normalnie.

Tuesday, 27 January 2015

(240) major

Czas wychynąć nosa z naszego ogródka. Czas wyruszyć w Belgię. Wiadomo, tak dobrze jak na Sanżilu nie będzie nam nigdzie, ale to nie znaczy, że w reszcie kraju na Boga nic się nie dzieje! Na pierwszy rzut beretu - Gent. Gand. Ghent. Gandawa. To ostatnie to po polsku, owszem. 
Tak postanowiła Ana Martin, więc wiadomo, nie ma odwołania ani zmiłuj się, i trzeba jechać. Co nie dla wszystkich oznacza ten sam komfort jazdy, jak to lubią mówić w reklamie w trójce, co u nas z rana rozbrzmiewa, a może raczej: oznacza niezapomniany komfort jazdy rozumiany inaczej, mianowicie niezapomniany, bo niewygodny. Ale cóż, skoro trzeba zwiedzać nowe kraje, to wepchnę się między dwa foteliki dzieciarni na tylnym siedzeniu, na tzw. jeden półdupek; chciałoby się tę część ciała ładniej nazwać, ale jak? Pośladek, podpowiada Roman. Dobrze, to na jeden pośladek, i jakoś dojadę. Bo ta wycieczka krajoznawcza to blisko od nas, jak wszystko w Belgii, dorzuca zawsze do znudzenia Roman.
A więc: Gent. Gand. Ghent. Gandawa. W takiej kolejności podyktowane po literze przez Anę, więc bez trudu znajdziecie w słowniku. Albo w atlasie, bo to takie miasto. Jedno, choć dużo nazw, jak napisałam. Baaardzo stare, co widać po budynkach, zamkach, bruku itepe. Ana obiecuje jednak, że będzie ładnie. Wierzę na słowo, inaczej bym tego pośladka do auta nie wpasowywała.
Gandawa, bo za pozwoleniem będę używać rodzimej nazwy, zasłynęła ostatnio jednak czymś innym. Kimś innym. Mianowicie majorem. Nawet nie wiedziałam, że tacy kierują miastami, raczej bym tu celowała w wojsko, ale takie mamy czasy, że kałasznikowy wszędzie, to widać i major stanął na czele ratusza. I tak dobrze mu poszło, że od razu chcą z niego zrobić majora roku. Anglicy, nie wiadomo dlaczego, ale w sumie w Polsce też tak zawsze jest, że zagraniczne, to lepsze, w myśl: swego nie znacie, a cudze chwalicie. Widać to po ludzku jest bardzo i Belgia oraz Gandawa nie są tu żadnym chlubnym lub niechlubnym wyjątkiem. Lub lub same.
Ksenia, major to z angielska burmistrz. W cywilu, tłumaczy Ana. Łotewer, powiem tak. W mundurze, czy nie - dobry jest, skoro go mianowali do nagrody o zasięgu światowym. A medialnie - pewnie kosmicznym. Impakcie doprawdy, polski język tego odpowiednio nie odda.
Pan nazywa się Daniel Termont, i mimo że nad e widnieją dwie kropki, nie jest to żaden pseudonim, zapewniam niedowiarków. Rządzi sobie pod własnym nazwiskiem od lat, nie boi się krytyki, tylko przeprowadza, co swoje. A zaplanował sobie, że ho ho. Mianowicie otworzył miasto. Władza idzie w nim odtąd bardziej poziomo, niż pionowo, horyzontalnie czyli. Ana twierdzi, że to tak, jakby rządziły kobiety, bo hierarchia liczy się mniej, niż współpraca. Faceci tak podobno nie mają, każdy gardłuje, że ma być pierwszy i najważniejszy, i dlatego mało co z tego wychodzi. A kobiety - radzą razem do kupy. W Gandawie robią to wszyscy mieszkańcy, tzn. mogą - jeśli chcą. A chyba chcą, skoro same dobre wyniki: wyrzucenie aut z centrum; podpisanie deklaracji o działaniach na rzecz czystego środowiska; imprezy sąsiedzkie; wspieranie pomysłów na nowe biznesy. I- lub e-.
Po prostu wziął przykład z kiwi i może zakrzyknąć: a w moim mieście jest inaczej! 
Mi się najbardziej podoba, że w weekendy każdy może wpaść do zamku w centrum miasta i napić się kawy. Co z tego, że to zapewne byle jaka holendersko-francuska lura, liczy się gest i otwartość. Brak fochów i celebry, brr, wzdryga się Ana, tego brakuje w Polsce jeszcze bardziej niż na Sanżilu. Do tego największy w Belgii odestek mieszkań socjalnych. Choć rośnie ilość biednych, no ale coś musi się nie udać, inaczej by było wręcz nie do wiary pięknie.
Ale Daniel wierzy, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie dla wszystkich, jak głosił trójkowy przebój z lat komuny. Dlatego daje sobie i współpracownikom 10 minut na odpowiedź na maile od ludu. By pokazać, że ich głos się liczy. I stawia czoła problemom. 
O tak, także takiemu problemowi, który jest możliwy chyba tylko w niezbombardowanej Belgii, wynajduje ciekawostkę Roman. Mianowicie, żeby Gandawa nie zamieniła się w miasto - pułapkę dla turystów, taki belgijski disnejlend. Bo faktycznie, ten ład, cukierkowość domków, malowniczość kanałów, no i zamek, prawdziwy zamek, co prawda bez króla - łatwo mogą sprawić, że w mieście się nie da żyć, a tylko już zwiedzać, marzyć i sprzedawać pamiątki. Centrum zresztą już sprzedane, a to co zostało, drogie na tyle, że normalny lebelż, zwany tu w tym drugim akcencie inaczej, już nie kupi. To martwi majora. 
Solidarnie kiwam smutno głową.
E tam, sam nie wie, czego chce, niecierpliwi się Ana. Przywrócił miastu średniowieczny blask, to niech teraz pocierpi trochę; to, co słyszę w jej głosie, nazywa się po polsku chyba ironia. Faktycznie powód do rozpaczy, ironizuje sarkastycznie. Ksenia, ładuj się na tylne siedzenie, popędza Ana. Jedźmy już, skorzystajmy z niższych cen, zanim 3 lutego w Anglii nie dadzą Danielowi nagrody. Wtedy to już nikogo nie będzie stać na Gandawę, bo na miasto ruszą Amerykanie. Albo zlądują lądynczycy, dodaję. I wojskowe doświadczenie majora będzie jak znalazł.

Monday, 26 January 2015

(239) kiwi kwili

Pasta kiwi but ożywi, kołacze mi się po czeluściach pamięci. Ana Martin twierdzi, że to niemożliwe, bym pamiętała, musiałam zasłyszeć potem, bo to szalało po tefałpe 1 i 2 na pograniczu komuny i kapitalizmu, kiedy się rodziłam; ale ja uparcie swoje. Kiwi najpierw było owocem, a potem pastą. Póki się się nie stało ptakiem, a potem sztuką.
Nie całkiem Ksenia, prostuje Ana. Kiwi najpierw było ptakiem. Z Nowej Zelandii, czyli bardzo daleko i bardzo egzotycznie. Potem owocem - też całkiem innym od wszystkiego, co znamy, bo kto to widział owoc z włosami. Jeszcze pamiętam, jak straszyli w dawnym ustroju, że za granicą, która w międzyczasie stała się naszym swojskim zachodem, w wydaniu sanżilowskim, są takie owoce, co jak ich kolce wejdą w język, to koniec. I co? Nieprawda. Mit, jak czarna wołga. Kolce to żadne kolce, nic nie boli. No chyba że je od lat 80. zmodyfikowali genetycznie i unieszkodliwili. Ach, ten zachód i jego gierki, już za komuny przestrzegali.
I dopiero potem kiwi stało się pastą. To znaczy na Sanżilu już wcześniej, wiadomo, tu opływali w dostatki od dawna, ale w Polsce A i B dopiero za sprawą kapitalistycznej reklamy i tego chwytliwego hasełka. Ale fakt, sztuką kiwi stał się dopiero w najnowszym wydaniu. Za to jakim!
To Rita i spółka tak ożywiła to ptaszysko, nadając jego istnieniu poniekąd nowy sens, nazwijmy to bez ogródek. Bo wymyśliła sobie, by kiwi zaprząc do pracy. Na ugorze artystycznym. Z dziećmi. Nie, nie żadne zabronione rewiry, tylko same przyjemności: malowanki - wycinanki - dzierganki - tańcowanie - plakatowanie itepe. Efekty niczego sobie, sama widziałam. Dzieciarnia szaleje z radości, rodzice puchną z dumy, a najważniejsze - że spędzają czas z osobna, co każdemu rodzicowi czasami wychodzi na dobre. Święta prawda, wzdychają zgodnie Martinowie. I inni pewnie się pod tym podpiszą.
W każdym razie kiwi kwili nam na Sanżilu na całego, rozrasta się pięknie, i w końcu musiało dojść, do czego doszło - a mianowicie do prawdziwej książki. Jakiejś takiej dziwnej, jeśli mnie spytać, formatem nie przypomina niczego, co znam, okej, powie Ana, nie jestem orłem czytelnictwa, jak co poniektórzy u nas na dzielnicy, co to książka za książka tylko, ale też jestem wśród tych nielicznych Polaków, co to czytają więcej niż 10 książek rocznie. Czy to pod wpływem Any i Romana też, czy nie, to już obojętne, ważne, że jest efekt i czytając statystyki biblioteczne z kraju, mam się czym chwalić sama przed sobą i przed Łapami. Żem w czołówce mianowicie.
Ale takiej książki dotąd nie widziałam. To, że kwadrat, to jeszcze nic, ale toż to kwadrat rozkładany! I to na różne strony. A jak już rozłożyć, to piękne rysunki. Na jednych Bruksela chyba, na drugich Gdańsk, to w Polsce, dodam. Wszędzie ritowy pies się błąka. Do tego znajome imiona i dzieciarnia. Miło tak czytać trochę o sobie jakby. Od razu urosłam w dumę.
I teraz ta książka trafiła nie tylko pod strzechy, ale pod dach. Samej ambasady. W sobotę, czyli odświętnie, bliskość niedzieli zobowiązuje. Byłam tam. Na promocji, jak w supersamie albo nawet w galerii normalnie. Ana też tam była, i to nawet trochę opromieniona sławą kiwi, bo blisko dziewczyn stała i coś tam do mikrofonu nawijała. Jak hostessa się prezentowała, choć strój miała jak zwykle nieniedzielny, jakieś takie żółte coś. Ale uszło, wstydu nie było, może dlatego, że każdy musiał pilnować własnego potomstwa, taki ścisk, a schody strome. Też - bo darmowe. Książki znaczy się. Co rzadkie, a godne pochwały.
Co tam oficjalnie gadali- to nie wiem, mali goście skutecznie wszystko zagłuszali, ale o to chyba chodziło, by było gwarno, tłumnie i kolorowo. Najpierw przemówił ktoś ważny, na oko ze świecznika, bo w gajerku, jak Roman na komisji. Potem trzy dziewczyny kiwi, pomiędzy nimi Ana. Czyli 4 na jednego faceta. Piękny feministyczny wynik, widziałam to zadowolenie na twarzy Any.
Wszystko to błyszczało co najmniej tak, jak wypucowane pastą kiwi. Co tym razem Brukselę ożywi (ła). Kwileniem i czytaniem. Podobno będzie dodruk, i to nie w e-formie. Aż zaniemówiłam, że tak można. Szapoba, mówi się na to.

Friday, 23 January 2015

(238) supersam

Wózek to jest jednak to. Gdzie to można z nim zajść? Wszędzie. Ana Martin twierdzi przykładowo, że wczoraj zaszła do peerelu. Nie wiem, gdzie to jest. Jakiś bek to ze fjuczer, tak to nazwał Roman. Hmm. Musi to być w dół od parku. Może poza Sanżilem już nawet.
Peerel, czyli PRL, Ksenia, wybucha śmiechem Ana. Polska Rzeczpospolita Ludowa, czyli właściwie ojczyzna moja i Romana, bo tam żeśmy się rodzili. Ach, a to Polska właśnie, kojarzę. Obecnie znana pod oficjalną nazwą Rzeczpospolitej Polskiej numer któryś tam. Tak przynajmniej piszą na ambasadzie i konsulacie też, nie dodając jednak numeru, czy to dlatego, że zabrakło cyfr albo rzymskich liter, czy to ze zwykłej ludzkiej niewiedzy i ignorancji. Ach. W każdym razie - po peerelu na oko nie powinno być śladu nawet w Polsce B, bo z A dawno zniknęła, a że ktoś mógłby go szukać na Sanżilu - to już by mi się nawet nie przyśniło w najgorszych koszmarach. Których i tak mieć nie mogę, bo do czego miałabym porównywać dawne do nowej er-pe, skoro ja znam tylko tę er-pe, by było wygodniej kojarzyć - RP? To tam matuś na porodówce leżała. W spadku po peerelu ona była jednakże, podobno jednakowo straszliwa.
No ale że peerel wytropiono na Sanżilu? Proszę proszę. Ciekawe, w którym kącie. Tym razem nie na Sanżilu, prostuje Ana, tylko na dolnym Forest. Koło mojej ulubionej ulicy Rogalikowej, która w tłumaczeniu się nazywać także Księżycową  - w wersji rosnącej. Zostańmy więc przy Rogalowej, bo inaczej brzmi głupio, jak z jakiegoś PRL normalnie. Tam to ja wczoraj zaszłam. Zeszłam z góry właściwie, bo to w stronę Rity i małej Hili. A że one lubią pospać, myślę se - zajdę do Deleza. Delhaize'a, poprawiam Anę, ja, Ksenia, do czego to doszło? Tak, tegoż. Który gdzieś tam ukryty, jedyny sklep belgijski w zalewie arabskich. Arabskiej, można by wręcz napisać wprost, wtrącam. Niech będzie, zgadza się Ana.
Wchodzę więc ci tam ja i oczom własnym nie wierzę, ciągnie. PRL czy peerel żywcem mi staje otworem. Za tzw. granicą ostatni raz taki sklep widziałam w Berlinie, i to wschodnim, czyli z charakteru nieco peerelowskim. A tu - bek to ze fjuczer, 25 lat później. W środku Zachodu.
Gdzie to dojrzałaś ten PRL, dopytuje Roman. Puste półki? Też były, ale najpierw było wejście. Niby srebrne, metalowe takie, ale odrapane. fuj. Bez napisu - wejście. Następnie - brak bramek, czy to pikających, czy automatycznych z niebieską strzałką. Można kraść. 
Wjeżdżasz, jak za dawnych czasów, nikt ani nic nie kontroluje. Wewnątrz - złe oświetlenie. Bynajmniej nieromantyczne, złe lampy po prostu. Wszystko wydaje się buro-żółte, nieapetyczne, nawet jeśli spece od opakowań, Lapaż taki na przykład, na głowie stawał, by tylko nadać im amerykański wygląd. Bez jarzeniówki ani rusz.
Dalej tylko gorzej. Owszem, Roman, puste półki. Po hali snują się jacyś wyładowywacze, z nieprzytomnym wzrokiem.To nie to co u nas w kraju w biedzie, tam zwijają się jak w ukropie, dodaję swe trzy grosze. W biedzie to aż za bardzo wyśrubowane czasy, film o tym był nawet, no ale tu - zwykłe lenistwo chyba. I brak pomyślunku, bo całe aleje zastawione kartonami, że nawet bez wózka byłoby ciężko, a co dopiero z. 
Ganiałam ci ja w kółko po tych dwóch alejkach, gdzie dałam radę przejechać, bo nic znaleźć nie mogłam. No, to typowe akurat nie tylko dla peerelu, tylko dla ogółu sklepów na Sanżilu, a jak widać na załączonym obrazku - i na Foreście, a może nawet całej Belgii i zachodu. Brak jakiejkolwiek logiki w ustawianiu towarów. Cały czas je przestawiają, ale zero efektów. Coraz gorzej. Moim skromnym zdaniem oczywiście, które jest niczym przy zdaniu wielkich tego świata. Za dużo tego mają, choć w tym delezie akurat nie.
Słuchajcie dalej. Wystrój. Stare, metalowe regały, jak z pawilonu na moim osiedlu. Takie z dziurkami? Tak, dokładnie. Pamiętam, rozkłada się Roman. Kiedyś białe, obecnie lekko szarawe. Lady chłodnicze - Roman, sam musiałbyś ocenić, ale moim zdaniem: z demobilu po peerelu. Podobnie jak półki na chleb. Z piekarni u Kubiaka normalnie, z ulicy Wawrzyniaka. W Polsce B u ciebie też takie pewnikiem były.
Jeszcze dekoracja. Smętne złote kule z frędzli choinkowych pod sufitem. Powieszone na niepasujących sznurkach. No ale tego to chyba w ogóle nie było kiedyś, dekoracji w sklepach, co? Bo skąd by je wziąć? Każdy zazdrośnie własnej choiny pilnował, cudem upolowanej.
Czyli jakiś postęp w tym delezie jest, podsumowuje Roman, ale ogólnie brzmi jak bek to ze fjuczer, faktycznie. A co to, odważam się wreszcie spytać. Tytuł filmu z czasów peerelu, amerykańskiego jednak. Nie widziałam, wiesz? przyznaje się Ana. Ana, no co ty! Roman jest zupełnie wstrząśnięty; toż to kultowe dzieło. Ksenia, po polsku nazywało się: Powrót do przyszłości, mimo że chyba byli w przeszłości w sumie. Może znajdziesz gdzieś na diwidi. Na defałde czyli? Tak. Albo na kasecie vałhaes. Wideo czyli przez wu.
Może w tym supersamie by było, zastanawia się Ana. Wpisałoby się w styl. Tylko jednego mi brakowało: starych kas. Tego niezapomnianego dźwięku. Rachunków z fioletowymi cyferkami. Ach, marzyło się o wejściu do takiej kasy i stukaniu w klawisze, ach ten dźwięk! No i chyba sprzedają worki foliowe, tzw. siatki, mimo że bez siatki. Zwane dziś reklamówkami, na Sanżilu wśród naszych też. Kiedyś to był rarytas nie do pomyślenia i każdy własnī worek niósł.
Fartuchy na paniach za to są. Butów nie podejrzałam, ale chyba też takie sklepowe, a la szpitalne. Miotły do zamiatania też były. Brudna podłoga z plackami. Ach, ogarnia mnie nostalgia. Do czego to jest zdolny taki supersam. Komu smutno, a rodem jest z peerelu - marsz na Rogalową.