Monday, 11 May 2015

(289) wybory

W dniu wyborów czarno - biały zrobił się nagle jakiś ten świat i powiało grozą. I  trwogą. Jak trwoga - to do Boga, twierdzili matuś, ale dokąd się udać, jak się zamieszkuje u Any Martin? 
Mówię w aspekcie względem wyników, w których to mam jakiś udział. Siedzę tu ci ja i czekam, czy wracać do ojczyzny, czy jedszcze można na emigracji. kto nami porządzi? Lepiej zmykać jeszcze dalej, czy nie? Ana twierdzi, że obojętnie kto wygra z tego zacnego grona, lepiej dalej, niż bliżej Polski, ale nie wie, co ja wiem, bo nie słuchała proroka z Uklów. A ja tak.
Z rana nie było tak groźnie. Wybory odbyliśmy już wcześniej w końcu. Bo jeśli nie wiecie, to miał być całkiem przeciętny, pieszo-spacerowy wypad ku lokalowi z dwoma wózkami, a ku naszemu zbiorowemu zdziwieniu okazał się korespondencyjny. Tak to nas nasza Ana pięknie i nowocześnie zapisała na wybory: pocztą. Ale żeby głosować listem, wcześniej trzeba iść do ambasady czy tej drugiej, no, konsultacji. Kto poszedł, zgadnijcie. Brawo - ja. Poszłam karnie z dwoma upoważnieniami, odebrałam materiały, wczytałam się co nieco, między innymi w naszych tu rodzimych sanżilowskich nowinkach i gazetce w materiały reklamowe kandydatów i kandydatki, no i z ciężkim sercem zakreśliłam. Iwonek też, dwa razy, za mamę i tatę. Wrzuciliśmy i paszło! Won w świat!
Nie, nie tego skreśliłam, co śpiewał dawniej panka, jak twierdzi Roman, on już wtedy żył też i nawet radio mieli. Nie, nie tę, co o niej piosenka z lat dziecięcych, choć to jedyna kobieta w tym towarzystwie i Anie smutno, że ręka po prostu sama odjeżdżała z przypisanej do niej kratki. Nie, nie tego, co od lat w każdych wyborach startuje i ma kozią bródkę. Nie, nie tego, co chce zbawiać biznes, i tu z kolei Roman mówi, że stracona szansa, bo może i by coś z niego było, gdyby wiedział, czego chce. Nie, nie tego, co dopiero niedawno na siłce wymyślił, że może by se prezydentem został. Nie, nie tego, co z miasta Any ci on i przed judeo czymś tam w gazetce przestrzega, a wie podobno, o czym mówi, bo uczony i studiował, a nawet filmuje. Nie, nie tego, co z miasta Romana z kolei, a uśmiech ma maślano-obleśny. I nie tego, co to z miasta bliższego Łapom, co to za to zdążył już być kimś innym, co rok to prorok doprawdy. 
To już wiecie, kogo pocztą wysłałam do ojczyzny. Ale nie zapiałam z tej okazji radośnie na jelenim rogu, co to to nie. Myśliwym i tym, co kobiet nie popierają we względzie konwencji, co to ją Ana uważa za ważną - dziękujemy. No ale kogoś trzeba było obywatelsko skreślić. To i poszło w świat.
Siedzę tu ci teraz, dzieciaki posnęły po pięknym dniu na Sanżilu, co go żeśmy niepatryjotycznie spędzili w innych gminach bliższych i dalszych, i czekam. I martwię się, bo co człowiek z dzielnicy nos wychyli, to się dowie strasznych straszności. Doczekam w nerwach do wieczoru wyborczego, by zobaczyć, że głos mój nie poszedł on ci na marne, i spiszę to, czym mnie zmrozili na Uklu. Z odpowiednim komentarzem, bo jedno pewne - tu może zaradzić tylko dobry prezydent. I tylko z Polski.

Thursday, 7 May 2015

(288) rzeź baraniny

24 września. Różnie kojarzy się ta data. Martinom raczej miło, choć Roman robi miny coś. Cóż, są i tacy, którzy ślubów nie popierają. Swoich przykładowo. Może on właśnie? Niech se dołączy do zwierząt, które na 24 też wcale nie czekają. Głównie do baraniny czyli. Oj, owce, jagniątka i barany już przeczuwają piątym zmysłem, co się kroi tej jesieni. Gardło się kroi. Niestety.
To wtedy będzie kurban bajram? Kur...co baja? Nie de przecież. Po kur znaczy się, ani nie wa. Kurban bajram. Święto ofiarowania. Zwierząt. Ludziom. Na talerzu. Ubitych w straszliwy sposób. I choć bajram, to nie bajki wcale.
Masowo podrzynają gardła. Szast prast, krew się leje, i tak miliony sztuk. Rzeź niewiniątek istna.
Brr, co to za zwyczaje? Islam tak każe. Nie słyszałaś Ksenia, jakie wariactwa robi się w imieniu religii, w tym twojej? Oto kolejne. Krwawe.
No ale ja nie zarzynam nikogo, jak idę pod kościół.
Na szczęście. Przynajmniej pod tym względem jesteśmy nieco do przodu, co nie oznacza, że koniecznie mądrzejsi i lepsi. Też swoje mamy za uszami.
Zaraz zaraz, myślę. Ale tu Europa przecież, a nie Arabia. Są prawa. Czego sanżilowskie zwierzaki boją? Że nic ich nie uchroni. To prawo właśnie, o którym wszyscy pieją. Cywilizacja niby wspaniała. Bo niby jest europejska dyrektywa, co ją u Romana na komisji spisali, że tak się wyrażę w skrócie, co to chroni zwierzaki przed okrutną śmiercią, ale okazuje się, że w roku wyborów, który ostatnio trwa na okrągło na moje oko, każdy głos się liczy. I dlatego brukselska ministerka, w randze sekretarki, dostała prikaz partyjny, aby po raz kolejny zainstalować w mieście chwilowe ubijalnie. Takie mordownie w stylu popap czyli, dopytuje Roman. Tak jakby.
Co to ten popap? Pop-up się pisze. Coś, co wyskakuje, i znika. W tym przypadku po zagładzie lokalnej zwierzyny. Szast prast, krew zmyta pod ciśnieniem, nie ma. Nie było. Brr.
A nie było mowy o tym, że take praktyki mają być w Belgii niedopuszczalne? świta Romanowi. Że jeśli już zabijać w imię proroka czy innego boga, to przynajmniej tak, by sprawiać jak najmniej bólu? Mowa była. Owszem. Mowa trawa, choć trawa cierpi mniej z pewnością, jak ją tną kosą, niż te owce i barany idące na rzeź, mówię ze zrozumieniem.
Nie idące, Ksenia, nie idące, opychane, zaciągane. Zwierzęta nie są głupie i wiedzą, co się szykuje. Boją się. Właśnie o tym pisze w swoim komunikacie do prasy stowarzyszenie Gaia, które apeluje do polityków, by może jednak się zastanowili i przed 24 września jeszcze zakazali uboju rytualnego w tych popapowych mordowniach. Przypominając jednocześnie, że jest już wielka rzeźnia na Anderlechcie, gwarantująca przynajmniej, że zwierzęta zostaną ogłuszone przed podcięciem gardła. Niewiele to, ale lepsze, niż nic.
Sekretarka brukselka zasłania się właśnie tym Anderlechtem, że tam niby zagoni na szkolenie wszystkich siepaczy. Niech się szkolą. Podobno mają sprawniej zabijać po tym, znaczy się - może jedno zwierzę na 10 uda się znieczulić.
I jak myślicie, da się coś wskórać Gai i innym obrońcom? martwię się. E tam. Moim zdaniem nie. Ana Martin w nic nie wierzy, oprócz synków, wtrąca sama zainteresowana, to fakt akurat; no więc w nic nie wierzy prawie, ale tu może mieć rację. Roman, ile to daje głosów wyborczych? W niekończącym się roku wyborów? Z tysiąc może. A ile zwierząt zginie? Z dziesięć tysięcy pewnie. Ci, co będą jedli te owce, barany jagniątka, nie wybierają partii lokalnych i tak pewnie, wątpi Ana. Prędzej uczestniczą w wyborach w Maroku. U siebie czyli.
To komu się to opłaca, dziwię się? Na pewno nie baraninie. Nieco partii może, o ile ktoś ją połączy z taką decyzją. Jedno pewne: na pewno nie opłaca się biednym zwierzakom.
Ostatnio na Anderlechcie coraz gorzej, widzę. Sanżil też w tyle. Cywilizacyjnie. Za Polską nawet, gdzie nielicznej grupce posłów udało się na chwilę zakazać uboju rytualnego, jak to nazwała Ana za koranem.
Pomóc by się chciało tej baraninie, ale jak walczyć z polityką? Podpisać petycję. Dla owiec i baranów. Bo wcale nie chcą się ofiarować, nawet na święto. Bo kto by chciał, pyta Ana. Retorycznie, bo inaczej - nie da rady w obecnym układzie politycznym.

Wednesday, 6 May 2015

(287) mamania

Matka. Mama. Mamą. To ostatnie w narzędniku po polsku, a w mianowniku po belgijsku, objaśniła Ana. Znaczy się: francusku belgijsku. A znaczenie cały czas to samo. Nic dziwnego, że to słowo tak pięknie połączyło nasze dwa narody w przededniu Święta Matek na Sanżilu i Dnia Matki w Polsce. Znów inne słowa, a znaczenie to samo. Bo mamą jest tylko jedna.
Jest jednak mała różnica. O dwadzieścia miejsc, tak w zaokrągleniu. Mianowicie znów jedna musi stać za drugą. Polska za belgijską tym razem. Więc choć matka i mamą jest jedna, to jej miejsce w społeczeństwie może być lub bardziej doceniane. Że zgadnę, w Polsce bardziej, zgaduje i nie trafia Roman. 
Nieeee, krzyczymy obie z Aną. Mamania robi hałasy, cieszy się Iwonek. Mamania przytula, matka zawsze wie, co zrobić. Ach, ten instynkt, zachwycam się, jak nie przymierzając, kandydat na prezydenta jakiś w radiu. Nie ma lepszego. Ale najlepiej, gdy docenia się go w sposób wymierny, uzupełnia Ana. Pensją. Emeryturą. Dostępem do żłobka. Obniżonym krawężnikiem dla wózka. Niedrogimi pieluchami. Przymuszeniem ojca do ojcowskiego. Itepe itede. 
Mnie to 30. miejsce Polski A i B nie dziwi, ciągnie Ana. W Polsce owszem, mamą uświęcona tradycją, stoi na piedestale polityki, religii i takich tam nieżyciowych spraw nieprzekładających się na codzienność. Za to w rzeczywistości stoi bardzo nisko. Tak nisko, że mówi się, że siedzi w domu, choć usiąść się nie da. Że nie pracuje, a ona co dzień ma na karku ze sto zadań. Że wózkowa ona i śmie przeszkadzać w rozmyślaniach wielkich tego świata. Tak więc pozycja matki w Polsce wysoka być nie może. I nie jest. 30. miejsce w rankingu światowym jak na kraj, gdzie matkę czcij swoją na ustach wszystkich, to coś nie bardzo.
Co to za ranking znów? Coś dziewczyny ostatnio idziecie w klasyfikacje, śmieje się Roman. Ale jak inaczej zdobyć dowody, że kongres kobiet na Sanżilu i okolicznych jak najbardziej potrzebny? bronię planów Any Martin i takich tam grupowych. Dzięki Ksenia! fakt, jak inaczej pokazać, że Polki są 20 miejsc w tyle za Belgijkami? Tylko solidne fakty. A fakty są takie, że Belgia jest na 10. miejscu w świecie, jeśli chodzi o dobre uwarunkowania do bycia matką. Na te prawie 200 krajów, co w międzyczasie zasiedlają glob, to nieźle, co?
Nieźle, fajnie, cieszę się! Cieszymy się z chłopakami, poprawia się Roman, pardą Ana. Jakie były kryteria? Śmiertelność kobiet w czasie porodu; dobrostan dzieci i wskaźnik ich śmiertelności; dostęp do edukacji; status ekonomiczny; udział kobiet w polityce. Wyszło, że najlepiej w Skandynawii, a ogólnie - Europie. Najgorzej w Afryce, smutek. 
W Usach też gorzej niż w Polsce, widzę. Cieszmy się, co?
Ucieszymy się, jak dzięki kongresowi pchniemy naszą Polskę nieco w górę w stronę Belgii. A nawet jak nie pchniemy - to pokażemy, że można. My, polsko-belgijskie mamą i nie-mamą z Sanżila. Oj, będzie się działo tej jesieni. Prawdziwe święto. 

Tuesday, 5 May 2015

(286) pięciolatki

Gruchnęła wieść po parlamencie. Tym od Sanżila i pobliskich okoliczności oraz od załatwiania spraw lokalnej ludności. Pięciolatki do szkół! Słyszał coś o czymś podobnym? Nie w Polsce, uspokajam, tu, koło nas, gdzie język jeden, drugi a i trzeci się trafia, czyli na Skarbku, Ikselu i tym podobnych, od morza do morza można powiedzieć.
Nie no, i kto pomoże Belgom jak nie Polacy? Dzieciom do tego? Kto jak nie my? I to wszystko, choć miejscowy sejm ani słowem się o Polsce nie zająknął, a przecież biorąc pod uwagę procent ludności polskiej na Sanżilu mógłby, w imię solidarności, uważam. Byłoby jak znalazł na uświęcenie potrójnie świętego dnia, bo i niedziela, i konstytucja majowa chyba, o ile pamięć mnie nie myli, i papież jeszcze.
Jak to, co to, przed czym Polacy mają znów zbawiać świat? budzi się ze świątecznego letargu Roman. Przed parlamentarnymi belgijskimi zakusami na dzieciaki. Ale nie wszyscy Polacy - ci elbanowscy tylko, prawdziwi Polacy. Ty Ana nie, ty chcesz, by sześciolatki w ławie zasiadały, to i tu zagłosujesz za pięciolatkami  Jesteś jak ten przysłowiowy poseł walonek. Bo to oni zgłosili pomysł, by mali i małe le i labelż zagnać do szkoły już w wieku 5 lat. Znaczy się - do podstawówki, bo przecież w miejscowym dialekcie do szkoły maszerują już trzylatki. Czylatki czyli. Mimo że nadal jest to tylko przedszkole.
Kto-jak-gdzie? pyta Roman. Po kolei proszę. Ploszę, powtarza Iwonek.
Problem szkoły znów rozgorzał, od kiedy w jednym z miejscowych parlamentów, takich minisejmów na nasze, złożono projekt, by do podstawówy szły już pięciolatki. Dotąd rok później, czyli sześć, obliczam na szybko, co i tak wywołuje histeryczne spazmy w Polsce A, B i C. Tu to norma. Ale podobno i tak za późno, i szanse się jakieś tam marnują, i potencjał, i nierówności powstają. 
Czyli argumenty te same, co w Polsce, podsumowuje Ana. Ale efekt będzie inny i co innego spędza posłom w poszczególnych sejmikach sen z oka. Tudzież oczu.
W dzień święta narodowego, polskiego co prawda, elbanowskiego, ale co to szkodzi, do głosu doszły narodowe sentymenta. Okazało się oto, że szkoła od lat 5, pięciu słowem, zachwiałaby równowagą demograficzną na Sanżilu i w okolicznościach. Bo w jednym z terenów dialektowych dzieciarni jest więcej, niż w drugim.
Awantura na całego gotowa. Bo najwięcej maluchów hasa po Brukseli, która co prawda jest miastem na moje oko, ale zwanym regionem, nie pytajcie mnie dlaczego, dużo pęta się ich też po Walonkach, a najmniej po Flamandii. Co oznacza, że jeśli nauka nie pójdzie w las, coraz to więcej osób będzie mówiło po francusku, a mniej po tym drugim. W trzecim idiomie mówi i tak na tyle mało, że nawet się nie dołączył do kłótni, ale im akurat aż tak nie zależy, bo to Niemcy przecież, więc wielki brat czuwa nad językiem zza granicy i z zagranicy pobliskiej też, jak przytomnie zauważył Roman. Na to już elbanowscy żadni by nie przystali, obawia się Ana. Żadnego Niemca w szkole.
A u nas pod miedzą ci z Flamandii zgodzić się nie chcą, bo już się boją, co to będzie, co to będzie, jak wszędzie zapanuje francuszczyzna. Nie Niemiec, póki co oczywista. Za które to języki oni musieliby płacić, bo bogatsi przecież i szanse biedniejszych muszą wyrównywać w imię narodowych interesów. Mimo że za naród jeden się nie uważają, o czym zresztą nie wypada mówić na głos w święto konstytucji, nawet jeśli ono ci polskie. A chwilami nawet elbanowskie do szpiku kości. 

Monday, 4 May 2015

(285) mamin-fiski (dzień matki)

Nie, nie fiński żaden. Błędu w tytule brak. Mamin też poprawny jak najbardziej, nie mumin lub nawet -ek, w szczególności w porównaniu do przeciętnej fij. Fille dla podpowiedzi. No kto? No przeciętny młody on. Fis. Fils, ale nikt tak nie mówi przecież mamo nie, no przecież, jak mówi pewien fis u nas na Sanżilu. Maminsynek nasz domowy. Maminfisek po lokalnemu.
O, widzę, że już wiecie, czym to pachnie. Śmierdzi. Problemem mianowicie, ogólnoeuropejsko-światowym. Tak, owszem, na Sanżilu i w okolicznościach nie inaczej niż w reszcie globu: synkowie-fiskowie siedzą mamom na głowach dłużej niż córeczki-fijelki. Opublikował to lokalny GUS o nazwie ojrostat, który ostatnio, co wiedzą wierni czytelnicy, specjalizuje się poniekąd w specjalnych zestawach informacji.
Eurostat, Ksenia. Jak sama nazwa wskazuje, nie czysto belż, tylko euro-lub ojropejski. A że na mój gust to GUS - to prawda. Co tam ciekawego, powiadasz?
Statystyki ekonomiczno-gospodarcze wskazują jednoznacznie na dyskryminację córek w dostępie do matek, melduję na jednym tchu, zupełnie jak jakaś reporterska gwiazda z tiwi, potrząsając grzywą i posługując się odpowiednim słownictwem, ale to już sami widzicie tę klasę jak z wawy normalnie.
Dokładnie rzecz biorąc, w czym ona, ta rzecz, dopytuje ciemny jak tabaka chwilami Roman. To, że przeciętny młody Belg o rodzaju le, czyli nieżeńskim, pomieszkuje z rodzicami dwa lata dłużej niż przeciętna młoda Belgijka o rodzaju niemęskim. Posługując się liczbami i cyframi, daje to 26 w stosunku do 24. Skandal, można powiedzieć. Co na to eksperci?
Ekspertka, bom rodzaju żeńskiego, Ana Martin czuje się wywołana do tablicy, choć nikt jej nie wzywał. No tak, synko-fiskowie trzymają się maminej spódnicy jak rzep psiego ogona nawet na Sanżilu, gdzie wydawałoby się, młodość, co to jej trzeba podać skrzydła, ma o wiele lepsze możliwości zarobku niż na przykład w takiej Polsce i wypuszczenia się z gniazda. Lecz mimo że jest, jak widać, ktoś, kto te skrzydła podaje, żeńskość wyfruwa chętniej, niż męskość.
Lub jest wypychana, wtrąca się Roman.
E tam, lebelż to nie kukułki, by się nawzajem eliminować, prycha Ana. Na moje eksperckie oko, winne są dwie strony: mamusie, mamą, bo chętnie trzymają synko-fisków przy spódnicy, oraz sami zainteresowani, bo oprani-wykarmieni-obuci-uczesani-oporządzeni za darmo, szybko, sprawnie i tak, jak lubią.
Wiadomo, u mamy za piecem najlepiej, uzupełniam z księgi przysłów.
No tak, ale na tym zapiecku można się też aż za bardzo ugrzać i przegapić odpowiedni moment na opuszczenie gniazda. Oj tak, zły to ptak, co jaja swoje zgniłe podrzuca, jak to kiedyś ktoś powiedział, myślę sobie na głos dalej przysłowiami. Zły owszem, ptak i całość też. Tacy to nam potem niewydarzeńcy na dzielnicy rosną, co to cały boży dzień w barze siedzieć potrafią, kończy feministycznie Ana z zadowoloną miną.
Ana, ale oddajmy zadość sprawiedliwości: Belgia nie jest tu żadnym wyjątkiem, usprawiedliwia swoich Roman. Patrz, średnia w całej Europie to aż 26,1 lat dla obu dżenderów. Na tym tle Belgia z przeciętną 24,9 plasuje się całkiem nieźle. Włochy, Malta, Słowacja i przede wszystkim Chorwacja patrzą na nas z zazdrością, tam norma to okolice 30., i to górne. Tam to dopiero są maminsyny! Bombonczioni, cytuje Ana w obcej mowie. Za to w Skandynawii norma to 20. Tam dążmy!
Ja tam rozumiem trochę, dlaczego tak jest, se myślę. Wszystko przez malejącą liczbę dzieci. Obecnie to 15,6% nas tu wszystkich na kontynencie, a jeszcze kilka lat temu - 18,6%. Każda mama chce sobie zachować u boku wspomnienie młodości. Dajmy im żyć! Tym mamom! Mamą.
Dajemy, dajemy, tylko się dziwimy, na to Ana. Roman i ja inaczej wyfruwaliśmy - ja to nawet w normie europejskiej, ale Roman już w ścisłej skandynawskiej czołówce, z 19. na karku. To były czasy, co stary? śmieje się Ana. Śmiej się, smiej, przestrzega ślubną Roman. Sama masz dwóch takich, co kiedyś powiedzą: orewłar mamą! Założę się, że ty wtedy na rejtana do drzwi i ani mi się waż, tak będziesz krzyczała. A oni wyjdą i zamkną drzwi za nami. Za tobą. Za mamą, Tak, twoi maminsynkowie-fiskowie.

Thursday, 30 April 2015

(284) wan-fan i de-du

A choćby nie wiem, jak się wytężał, to nie udźwigną, taki to ciężar. Tak to chyba szło, pardą, jechało lokomotywą. I to mi się ciśnie na usta, jak pochylam się nad listą najpopularniejszych nazwisk na Sanżilu i obok, czyli w samej stolicy Ojropy. Nijak nie idzie zrozumieć, skąd się one wzięły, ale ich nosiciele na pewno nie powstali z wan-rompoja czy de-wawra.
Prędzej z prochu, choć i ten proch jakiś nie nasz, amerykański chyba. Albo jeszcze z dalszych stron tego świata, albo zaświata nawet, odmienianego zresztą tylko w liczbie mnogiej, co daje: zaświatów, i tak to brzmi doprawdy. Właściwie nie brzmi nawet, bo nic wdziękiem swoim nie przypomina, a bynajmniej nic znanego uszom ojropejki, którą w końcu jestem, nawet jeśli z Polski. Co to to nie, za Azję się nie dam uznać, Łapy leżą po tej stronie miedzy!
O czym świadczą chociażby napotykane na łapskiej miedzy nazwiska. Między Nowakiem a Kowalskim, tak je określę. Całkowite przeciwieństwo tego, co na Sanżilu. A tu - po prostu są nieobecne w zbiorowej świadomości i opinii publicznej. By nie było, że rzucam puste słowa na wiatr - oto zwycięska dziesiątka. Porównujcie z tym, co znacie z własnej miedzy.
1 - Diallo - 2.155
2 - Bah - 1.244
3 - Janssens - 1.087
4 - Peeters - 974
5 - Dubois - 46
6 - Nguyen - 925
7 - Barry - 847
8 - Jacobs - 804
9 - Mertens - 798
10 -Martin - 750

Spisałam i rozkładam ręce po raz kolejny. Dlaczego najwięcej jest Diallów, Bahów, a niewielu mniej Nguyenów? Co z wan-fan i de-du?
Wyjaśnienie jest proste, doczytuje Ana Martin, dumna zapewne z pierwszej dziesiątki, psim swędem, ale zawsze. Te nazwiska nie pochodzą z Ameryki, jak pisałaś, lecz z Afryki Zachodniej i Wietnamu. Tam nie ma wielkiej tradycji nazwiskowej, do niedawna brano, co popadnie. Czyli że popadały djale, bahy i ngujeny? Pewnie tak. A że emigracja potężna  - to i najechało stosunkowo dużo nosicieli tych nazwisk właśnie. I wdarli się na szczyty spisu, wyprzedzając o całą prostą lokalnych synów Janów, Piotrów, Jakubów i innych.
Kogo?
No Janssensów, Peetersów, Jacobsów i tym podobnych.
To synowie są? dziwię się. Nie, już nie, śmieje się Ana. Kiedyś tylko. Obecnie to już tylko nazwisko. W Polsce tradycja była akurat inna, nazwiska mają inne pochodzenie.
Ale wiecie co, to nie zmienia najważniejszej informacji z tego spisu, uśmiecha się Roman. Tego, że jakby połączyć Mertensów z Martinami, to nasza Ana wylądowałaby o wiele wyżej. Dałoby to ponad 1500 sztuk osób odmarcinowych. Plus chłopaki nasze małe. Tłum po prostu się robi.
No i dziwi, że żadnych wan-fan i de-du. Tego dubojsa to dodali tylko tak dla równości językowej, bo nawet jeśli wkradł się błąd, to początkowe 49 nie wróży nic dobrego. Żeby chociaż 6 na początku stała, to z 69 i 9 przykładowo dubojsi mogliby stanąć w szeregu za Aną. A tak to naprawdę na tym Sanżilu tworzy się zupełnie nowa tradycja. Nazwiskowa tym razem, bo to już nawet nie bardzo ładne imię dla dziewczynki, cytuje coś tam Roman.
A ja tam swoje wiem: nowe czasy wymagają nowych ludzi, nie synów czyichś tam. Precz z wan-fan i de-du. Witamy djalów, bahów i ngujenów.

Wednesday, 29 April 2015

(283) GUS zwierzęcy

Wszystkie dzieci nasze są, domowe przedszkole wszystkie dzieci kocha, jak wiadomo, ale co ze zwierzętami? Ana Martin twierdzi, że coś ruszyło, bo podobno jakimś takim poszczególnym na świeczniku już nie wypada polować i zabijać, w tym w Polsce, do tego podobno ludzie pióra, Nob-li-ści prawdziwi ruszyli do ataku i w całym świecie, także po wszystkich kontynentach, bronią praw zwierząt w książkach, ale do pełnego sukcesu daleko. Widać to także na Sanżilu.
I nie chodzi mi przynajmniej o to, by psy se waliły kupska, gdzie popadnie, a te najbardziej mordujące ganiały luzem bez smyczy czy kagańca.  Zresztą tyle już zrozumiałam, że to w sumie nie zależy od psa, tylko jego właściciela, czy jest idiotą, czy nie. Chodzi o to w sumie, by tego przysłowiowego psa nie kopnąć, jeśli nie trzeba. Pogłaskać, jeśli można. Napoić, nakarmić itepe. Wiele nie trzeba, co?
Psy na Sanżilu i tak mają dobrze, wtrąca się Roman. Kogoś mają zazwyczaj znaczy się. Gorzej mają te całkiem dzikie stwory, co to nikt ich nie kocha, każdy boi, a te co ładniejsze - tępi. Po czym przerabia. I to nie tyle na mięso, z którego jakiś tam pożytek może i jest, ale na włitony, szanele i inne. Czysta głupota, twierdzę nie tylko ja. Także ci, co się kryją pod szyldem WWF.
Światowy Fundusz na rzecz Zwierząt, z angielska toto, tłumaczy Ana. Aaaa. Ale kto tam funduje i co komu, bo przecie nie zwierzaki? Aktywiści. Czyli jak to się dziś nazywa działaczy. W dobrej sprawie działają. Ratują. Akcje robią bardzo aktywne, znaczy się, stąd aktywiści, rozumuję. Tak jakby, przytakuje Ana. A słyszeliście o tej najnowszej, podnosi głowę Roman?
Co nam zafundowali?
W oddziale belż WWF zmajstrowali taką wyszukiwarkę, w której można wpisać swoje nazwisko. Pokaże się, ile osób w Belgii się też tak nazywa. Po czym mniej przyjemne: porównanie liczbowe do liczby osobników jakiegoś zagrożonego gatunku. Zimno się potrafi zrobić, zaręczam.
No, jak swoje i chłopaków wpisałeś, to na pewno już chłodnawo, śmieje się Ana. Ksenia - jeszcze zimniej zimniej, jak w takiej zabawie, pamiętacie? A najzimniej u Any, podsumowuje Roman. I nie chodzi o Martina, co? Bo takich pohiszpańskich to by się nawet kilku znalazło, ale z Aną właściwą - kłopot tylko.
Zabawiam się więc od rana we wpisywanie tego i owego. Fajne ciekawostki wyskakują. Nie wiem, czy dobrze, ale według rocznika statystycznego GUS belż lista najmniej zagrożonych belgijskich nazwisk wygląda, jak poniżej. Podaję zbiorczo, po czym regionami, by nikt się nie poczuł pominięty, zagrożony językowo czy tożsamościowo. Popatrzcie sami i porównajcie się do zwierząt. Bruksela jutro, bo to dopiero bomba wybuchnie. Najpierw ją sama przetrawię.

Belgia
1 - Peeters - 32.417
2 - Janssens - 29.890
3 - Maes - 25.353
4 - Jacobs - 19.776
5 - Mertens - 18.480
6 - Willems - 18.352
7 - Claes - 16.370
8 - Goossens - 15.833
9 - Wouters - 15.622
10 - De Smet - 14.035 
Flandria
1 - Peeters - 28.884
2 - Janssens - 25.964
3 - Maes - 22.070
4 - Jacobs - 16.920
5 - Willems - 15.242
6 - Mertens - 15.225
7 - Claes - 14.098
8 - Wouters - 13.955
9 - Goossens - 13.598
10 - De Smet - 12.588 
Walonia
1 - Dubois - 9.577
2 - Lambert - 8.720
3 - Martin - 6.895
4 - Dupont - 6.437
5 - Simon - 6.300
6 - Leclercq - 6.189
7 - Dumont - 6.136
8 - Laurent - 5.729
9 - Lejeune - 5.510
10 - Renard - 5.448