Ana Martin mówi, że jak to opiszę, to będzie bomba. Znaczy się, bomby spadającej na razie nie będzie, ale zobaczycie, tak jak ja zobaczyłam oczyma Any, a własnymi to duszy tylko, że może być ona bardzo blisko. Bomba, ta ona. Za pasem. Polskim. Polki.
Dobra, dziś będzie dalej o dżihadzie, com go to urwała ten temat, bo ile można o tych emi lub imi. Pora na konkrety, jak to z polskim dżihadem było, co to go chyba się bać trzeba. Albo nie, sama nie wiem. Oceńcie sami.
Siedzi sobie więc Ana na ławce, czyta, jak to ona w wolnej od Groszka chwili, telefon dzwoni, odbiera. Dzwoni Tea i donosi, że jest w tarapatach. Ana wzdycha w głębi ducha i myśli: dobra, popilnuję już tych dzieci, a na to Tea: wiesz, nie mam niani, bo niania przeszła na islam. I zamaist się opiekować trójką - modli się.
Ana pyta: jak to, Eliza? ta, co plackiem w kościele? znaczy się, katolickim, polskim najlepiej? Tea, że tak, ta sama, i nie dość że przeszła, to zaczęła świętować ramadamamam, co to wtedy w czerwcu był nastał, nie je całymi dniami, za to nocami miksuje u siebie na pięterku jakieś pokarmy, z czego wniosek, że z kuchni wszystko wyniosła i wniosła była na pięterko owe.
I że w chuście gania do meczetu dzień i noc, porządnie, kilka razy na dobę, jak trzeba.Tea błagalnie: Ana, przybądź, porozmawiaj z nią, ona chyba niespełna rozumu!
Co akurat dla Any, nieskromnie mającej się za przenikliwą (dość, nie przesadzaj Ksenia, wtrąca ona nieskromnie znów) niczym specjalnie nowym nie było, bo już dawno była zdiagnozowała Elizę jako co najmniej dziwaczkę. Roman diagnozę zatwierdził i kazał się trzymać z daleka. Wcale nie kaczkę, dodam od siebie, lecz taką trochę domową terrorystkę. Ekonomkę z batem, dookreśla Roman. Podobno zaczerpnął to z historii.
Ana pognała wózkowo co tchu z Grochem, podchodzi pod dom, widzi, że faktycznie coś na rzeczy, wkoło domu same siaty, te ruskie takie, wiecie, w pasy czerwono niebieskie, pakowne, wśród siat Eliza z rozwianym włosem i obłędem w oku, na schodku domu Tea z pękiem kluczy w dłoni (zamknęłam ją, by z tą szmatą wszędzie z dziećmi nie latała, cytowała ją potem Ana). Ana do Elizy, piękne imię, romantyczne, swoją drogą, to już Ksenia, ja, na marginesie dodaję: pani Elizo, a gdzie to pani się wybiera. Eliza: nie pani sprawa. Nie patrząc na nią w ogóle, tylko włosy palcami kręci.
Ana: podobno się pani wyprowadza, a przecież obiecała, że z panią Teą zostanie na długo.
Eliza: tak, ale poznałam mężczyznę i on jest inny niż wszyscy. Ana: ahaaaa...naprawdę? A co ma tak innego? Bo wie pani, pani Elizo - mrugając porozumiewawczo ala twojstyl/gala/tefałen - wie pani sama, jacy są faceci. Jednego dnia są, drugiego nie ma.
Eliza oburzona: skąd pani wie, ten jest inny niż wszyscy. Nie patrzy na moje piersi. Patrzy na moje wnętrze. Ja za nim teraz pojadę.
------------
Ale dokąd to już jutro, bo znów trzeba kąpać. Wykończy nas ta czystość. Dzieci w szkole mają być czyste pod karą grzywny, twierdzi Roman. Póki co, bo dżihad blisko, a tam kary ostrzejsze, straszy Ana.
Wednesday, 2 September 2015
Tuesday, 1 September 2015
(315) emi - imi - emu - granci
Modny temat tej jesieni? Która na razie jeszcze jest latem, boć to wrzesień nastał z rana dopiero? Wraz ze szkołą? Podpowiem: e...e...e...emigranci? zgadują Martiny. Brawo Ana, brawo Roman. Nie brawo, obraża się Iwonek. I od razu pyta: co to jest emigranci? Dopowiadając od razu: dlaczego?
Dlatego Iwonku i inni, że o emi, imi albo wręcz po prostu migrantach ostatnio wszyscy mówią, wiedzą, a przede wszystkim na ich temat mądrzą się, a jest tego tyle, publikacji, że już naprawdę nikt nie pomyli emi z imi albo z emu, i że i ja wiem, że jest to temat, na jaki wypada mieć zdanie, zwłaszcza jeśli się chce być modną emi, imi lub migrantką tej jesieni, ewentualnie w wersji męskiej.
Najwięcej i najlepiej wiedzą oczywiście Polacy A i B, a to dlatego, że nagle okazało się, że Sanżil to samymi swoimi z dawien dawna stoi, że tu żadnego ani żadnej emi, imi lub emu nie uświadczysz, w tym już na pewno nie z Polski A lub B, a z Łap - to już najmniej lub co najmniej. Kto, my tu e, i lub migrowaliśmy? Ależ skąd, my tu tylko na chwilę, a tak naprawdę mieszkamy w Polsce. Gdzie też u siebie.
Okazało się także, że wszyscy ci swojscy z dawien dawna już zapomnieli, dlaczego się nawiewało z ojczyzny polszczyzny na Sanżil i okoliczności, i że dlatego teraz wypada nie lubić emi, imi lub emu. Że najmodniej nie chcieć, by emi, emu lub imi psuli nam dobry humor i dobrobyt swoim czarnym włosem, dziwnym językiem, inną wiarą, ki diabeł, kie licho, nie znam się na tych odłamach, no i chęcią osiedlenia się. Tu, u nas na Sanżilu, albo u nas w Polsce.
Słyszy się takie właśnie to i owo u Pawła za rogiem na dzielnicy Fore, słyszy na marży, pod kościołem na Sablonie i na placu zabaw pod więzieniem. Że my ich tu u siebie w Belgii nie chcemy. My Polacy, bo Belgowie to inna para kaloszy, mogą sobie ich tu gościć u siebie, skoro tacy bogaci, ale my Polacy ich tu u siebie na Sanżilu nie chcemy. W Polsce też ich nie chcemy, co to, nie wystarcza, że dwatysiącedwieście przybyło, bo ta premierka słabizna polityczna zezwoliła? Bo ta Niemka jej kazała, mówią. Aniela.
Dwatysiącedwieście katolików oczywiście, uściśla Ana. A niech tę Anielę.
No i gdzie ich pomieścić? Anieli jaśni W kościołach na pewno nikt ich nie przyjmie, kościoły w ojczyźnie polszczyźnie nie są od biedy ludzkiej, tylko od polityki. Dobrze, że wykształceni, podpowiada Roman, to może jak się taki jeden z drugim zagramaniczny lekarz przysłuży się za darmo enefzetowi, lecząc nawet poprawnie naszych, to go burmiszczu tego czy innego miasteczka łaskawie przyjmie w poczet mieszkańców, wniiskuję nieśmiało? Po wakacjach widzę, że w Łapach jest zresztą mnóstwo pustych domów, po tych co u siebie to już bardziej na Sanżilu niż na łapskiej ziemi, to może tam ich dać? że się ośmielę zaproponować znów, nie wiem, czy to modnie.
Ksenia, miejsca w Polsce nie brak, i na Sanżilu też nie. Brak za to miejsca w głowach na wyobrażenie sobie, że ktoś może emi lub imi nie dlatego, by nam zaszkodzić, lecz - bo u niego wojna. I że może trzeba pomóc. To coś strasznie smutnego, że Polacy tak przodują w nieprzyjmowaniu, choć kiedyś się zabijali, by ich przyjmowali w Hameryce i takich tam sanżilach. Co się dziwić, że Sanżil łapskiw polskim sklepie tak mówi, pamiętacie, co mówili w Krakowie na grilu?
Co? bo mnie nie było. W Łapach z matuś przed tiwi żeśmy komentowały to i owo, a ojce bez słowa wyłączali, jak tylko o emi lub imi zaczęli.
Ksenia, w Krakowie w ten sam deseń, co teraz w modzie jesiennej. Że rozumiemy, że im strasznie, ale my ich tu nie chcemy. Że mamy się czego bać, mianowicie ich. Nich? Że nie po to wolność była, by ją teraz zabierali. Oni i one. No i że poza tym katolicy katolikami, ale dżihad sprowadzą.
Jaki dżihad, pytam? Ten, co tu mieliśmy? Ten, co czeka na opisanie? Na przykład. To poczekaj, przypomnij jak to było?
To już jutro, bo Iwonek spać!
Dlatego Iwonku i inni, że o emi, imi albo wręcz po prostu migrantach ostatnio wszyscy mówią, wiedzą, a przede wszystkim na ich temat mądrzą się, a jest tego tyle, publikacji, że już naprawdę nikt nie pomyli emi z imi albo z emu, i że i ja wiem, że jest to temat, na jaki wypada mieć zdanie, zwłaszcza jeśli się chce być modną emi, imi lub migrantką tej jesieni, ewentualnie w wersji męskiej.
Najwięcej i najlepiej wiedzą oczywiście Polacy A i B, a to dlatego, że nagle okazało się, że Sanżil to samymi swoimi z dawien dawna stoi, że tu żadnego ani żadnej emi, imi lub emu nie uświadczysz, w tym już na pewno nie z Polski A lub B, a z Łap - to już najmniej lub co najmniej. Kto, my tu e, i lub migrowaliśmy? Ależ skąd, my tu tylko na chwilę, a tak naprawdę mieszkamy w Polsce. Gdzie też u siebie.
Okazało się także, że wszyscy ci swojscy z dawien dawna już zapomnieli, dlaczego się nawiewało z ojczyzny polszczyzny na Sanżil i okoliczności, i że dlatego teraz wypada nie lubić emi, imi lub emu. Że najmodniej nie chcieć, by emi, emu lub imi psuli nam dobry humor i dobrobyt swoim czarnym włosem, dziwnym językiem, inną wiarą, ki diabeł, kie licho, nie znam się na tych odłamach, no i chęcią osiedlenia się. Tu, u nas na Sanżilu, albo u nas w Polsce.
Słyszy się takie właśnie to i owo u Pawła za rogiem na dzielnicy Fore, słyszy na marży, pod kościołem na Sablonie i na placu zabaw pod więzieniem. Że my ich tu u siebie w Belgii nie chcemy. My Polacy, bo Belgowie to inna para kaloszy, mogą sobie ich tu gościć u siebie, skoro tacy bogaci, ale my Polacy ich tu u siebie na Sanżilu nie chcemy. W Polsce też ich nie chcemy, co to, nie wystarcza, że dwatysiącedwieście przybyło, bo ta premierka słabizna polityczna zezwoliła? Bo ta Niemka jej kazała, mówią. Aniela.
Dwatysiącedwieście katolików oczywiście, uściśla Ana. A niech tę Anielę.
No i gdzie ich pomieścić? Anieli jaśni W kościołach na pewno nikt ich nie przyjmie, kościoły w ojczyźnie polszczyźnie nie są od biedy ludzkiej, tylko od polityki. Dobrze, że wykształceni, podpowiada Roman, to może jak się taki jeden z drugim zagramaniczny lekarz przysłuży się za darmo enefzetowi, lecząc nawet poprawnie naszych, to go burmiszczu tego czy innego miasteczka łaskawie przyjmie w poczet mieszkańców, wniiskuję nieśmiało? Po wakacjach widzę, że w Łapach jest zresztą mnóstwo pustych domów, po tych co u siebie to już bardziej na Sanżilu niż na łapskiej ziemi, to może tam ich dać? że się ośmielę zaproponować znów, nie wiem, czy to modnie.
Ksenia, miejsca w Polsce nie brak, i na Sanżilu też nie. Brak za to miejsca w głowach na wyobrażenie sobie, że ktoś może emi lub imi nie dlatego, by nam zaszkodzić, lecz - bo u niego wojna. I że może trzeba pomóc. To coś strasznie smutnego, że Polacy tak przodują w nieprzyjmowaniu, choć kiedyś się zabijali, by ich przyjmowali w Hameryce i takich tam sanżilach. Co się dziwić, że Sanżil łapskiw polskim sklepie tak mówi, pamiętacie, co mówili w Krakowie na grilu?
Co? bo mnie nie było. W Łapach z matuś przed tiwi żeśmy komentowały to i owo, a ojce bez słowa wyłączali, jak tylko o emi lub imi zaczęli.
Ksenia, w Krakowie w ten sam deseń, co teraz w modzie jesiennej. Że rozumiemy, że im strasznie, ale my ich tu nie chcemy. Że mamy się czego bać, mianowicie ich. Nich? Że nie po to wolność była, by ją teraz zabierali. Oni i one. No i że poza tym katolicy katolikami, ale dżihad sprowadzą.
Jaki dżihad, pytam? Ten, co tu mieliśmy? Ten, co czeka na opisanie? Na przykład. To poczekaj, przypomnij jak to było?
To już jutro, bo Iwonek spać!
Wednesday, 26 August 2015
(314) Ana albo żar
Cześć cześć o już jesteście rozlega się wszędzie na Sanżilu oraz w okolicznościach, to już wróciliście? A gdzie byliście? Kupa czasu was nie było, co? No tak, a teraz szkoła, tak? Długo was nie było coś.
Jakie wakacje, odpowiadam z góry tym, co to smol-tokowo, jak to zwie Ana Martin, dopytują, jak tam wakacje właśnie. I żar, i upał, i parność nieziemska, co nas tam dorwała i puścić nie chciała. W czasie wielkiej zmiany, zwanej ongiś ogniś wakacjami.
Bo wakacje, twierdzi Roman, to mają dzieciaki, studenty i takie tam, może ludzie pracy bez dzieci też, ale ci, których natura z pomocą techniki lub nie obdarzyła potomstwem - mają co najwyżej zmianę. Na gorsze lub lepsze. Na cieplejsze lub zimniejsze. W tym roku z gorącego na jeszcze gorętsze. Lato i emocje, jak to w kraju raju.
W Polsce byliście pewnie, dopytują głosy z Sanżila, a gdzie? Wy to się najeździcie. Włochy nie zliczę już nawet ile razy w tym roku, kiedy wy czas na to znajdujecie? A teraz jeszcze Polska cały czas. Roman, jak dajesz radę czasowo? Na chorobowym z Polski? Aaa, na urlopie jesteś, wychowawczym, tak? Super, serio na komisji tak wam to dają. Też się może zgłoszę do roboty. Świetna opcja. A ty Ana w domu siedzisz i tak, co? No tak, no to na urlopie i tak jesteś cały czas, he he.
Nie siedzisz, mówisz? Nie lubisz, jak się tak mówi, bo z dziećmi się nie siedzi. Hmm, może i masz rację. No ale do roboty nie chodzisz. Za to cały dzień po dzielnicy chodzisz, w sensie po Sanżilu. Ty to masz zdrowie dziewczyno. Ja po fitnesie i krosie to już rady bym normalnie rady nie dała, nóg nie czuję. Musisz czuć, powiadasz. No tak, no tak, dzieci się zachciało, to się ma.
Słuchaj Ana, bo ty wszystkich znasz, te bliźniaki to z inwitro czy naturalnie? Wszystko jedno, rację masz, no ale bez inwitro to takie naturalne bardziej jednak, nie uważasz?
Nie uważasz, widzę. Aha, bo ty feministka jesteś, w artykule pisali nawet, że feministki z A i B na Sanżilu zamieszkały.
Ale gdzie byliście, powiedzcie no. Kawy może? Co zamawiacie? Espreso czy late maciato, wiem, że lubicie z mlekiem. Makjato, sorki. To tobie Ksenia też takie dam, hurtowo. Już się robi. Wrocław i Rzeszów przez Kraków a więc. Fajnie, Polska A i B czyli, a dlaczego akurat tak, jeśli wolno spytać. Co tam jest, w znaczeniu knajp, nie do zwiedzania tylko. Nie zwiedzacie i tak, a wieczorem usypiacie...aha. Bo z dziećmi się nie da, twierdzicie? Ja to zwiedzałam od małego. Wy nie chcecie się zamęczyć? Nie, nie to bym myślała se, żeście prymitywy albo przygłupy, tylko tak, skoro już się tam jedzie. Aha, nie pierwszy raz w A i B bywaliście, bo tam do szkół chadzaliście. To fakt faktem autentyczny, inna para kaloszy, których zresztą użyć nie szło ani przez sekundę, taki upał i żar się lał, że żartem rzucę? Dżizas, ale pogoda. Ledwo szło wytrzymać.
Sama nie wiem, co gorsze, ta temperatura w A i B czy deszcz jesienny na Sanżilu. Bo to już jesień, to szok musieliście mieć dopiero co, po tych 39 w Sandomierzu na chrzcinach. No to tu se odpoczniecie teraz na dzielnicy, he he. O, już pada.
Słuchajcie, lecę. Fajnie, że już jesteście, to musimy się umówić, co? Strasznie zajęci jesteśmy, kino, knajpa, kolacja, koneserzy wina jacyś chcą też win próbować, z Toskanii słuchajcie, ale jakoś czas wykroimy i wpadniemy. Bo my pracujemy, to nie możemy tak jak ty Ana cały czas. O 19 na przykład. Nie ma sensu o 19, bo spać kładziecie? No wiecie co, chyba nie pozwalacie dzieciom sobą rządzić. Zresztą tę dziewczynę macie, Ksenia jej dali, czy jakoś tak dziwnie, jak z inwitro wręcz, to niech się ruszy? Rusza się cały dzień i tak? No dobra, to już jak chcecie, napiszcie na fejsie czy jakoś, to się zdzwonimy i spotkamy koniecznie, co? Dżizas, znów pada, nie ma jednak jak wakacje w Polsce, a gdzie byliście, jeśli to nie tajemnica?
Thursday, 2 July 2015
(313) belgyjskie lilyje
Nie, słońce na Sanżilu wcale jeszcze nie zaszło, choć ajfon podpowiada, że oficjalnie już tak. Prasa kłamie. Owszem, grzeje nadal tak, że Sahara może się schować z Gobim jednym czy drugim zresztą. I choć ramadanowi powoli mogą jeść, to komu jedzenie w głowie. Kto żyw, zlewa się wodą, albo nawiewa z Brukseni i okoliczności, bieguna gorąca. Niektórzy nawet daleko. Do samej Warszawy. I to wcale nie na wywczas od upału, tylko na zadymę.
Hę, co to za nowość? pyta spod prysznica Roman.
Ksenio, chodzi ci o dziewczyny slilit? chce wiedzieć Ana Martin, przedstawicielka grupy kobiet na ef.
Tak, ale nie slilit, tylko z lilii. Takie liliowe panienki. Takem wyczytała, że sześc lilii do Polski zjechało i szalało.
A to źle wyczytałaś, Ksenio. Nie slilit, tylko z Lilith. Z h na końcu, a całość jest kolektywem. Belgijskim. Na ef. W Polsce blady strach, ale no dobra, dam po całości. Feministyczno-kobiecym.
Piękne, co? zachwyca się Iwonek. Lilit. Ładnie, co, mamka?
Ładnie synku, zgadza się Ana.
A ładne te członkinie, chce wiedzieć Roman, nadal pod prysznicem. Seksistowska świnia maczo bym go nazwała i przezwała, gdyby nie był, jakby nie było - pracodawcą. No i wiem, że to na żarty. Bo czy lilit czy Lilith - te kobiety na ef robią sporo dobrego. Tym razem w Warszawie. Tak wywnioskowałam z opowieści Martinów.
Mianowicie w Warszawie lilyje pojechały od frontu na całego. Nie od frontu, na to Ana, tylko do fronteksu. Z wielkiej F dla odmiany. To agencja Unii; czyli oddział Romana w Warszawie, chcę wiedzieć? Tak jakby. Część Unii do walki z uchodźcami. Czyli taka przykrywka na złe uczynki białego człowieka. W sumie bardzo niefajne miejsce pracy.
Ale dlaczego? I po co one tam pojechały z samej Belgii, skro nie chłodzić się? Dlatego, bo w Warszawie jest siedziba Fronteksu, czyli organizacji wyznaczonej przez UE do zwalczania emigracji. Niby tej nielegalnej, a tak naprawdę - każdej. By chronić nasze bogactwo, tak Ksenio, nasze sanzilowskie też. By bez uszczerbku dla innych trwało na wieki wieków.
I lilie nasze, lilyje po polsku i litewsku wg Mickiewicza, o ile pamiętam, chciały zaprotestować przeciwko losowi migrantów pozostawionych samych sobie, odsyłanych do kraju, gdzie wojny, niewyławianych z morza, jak toną, jednym słowem - niechcianych w fortecy o nazwie Europa, tak? Ana gada i gada na bieżąco, a ja nie rozumiem. Gorąco mi dziury wypaliło.
Forteca o nazwie Europa? głowa mnie zaraz rozboli. To taka prześmiewcza, lecz niestety bardzo prawdziwa nazwa na Unię - czyli państwa dobrobytu, ale tylko dla swoich. Obcy nie mają wstępu, mimo pięknych zapewnień. Tyle w skrócie komisyjnym, tak to przedstawia Roman.
Hmm, a lilyje co mają do tego? To, że zrobiły performans przed siedzibą Fronteksu, spaliły paszporty, tańczyły i darły się. Sensu w tym może nie ma, choć one same twierdzą, że owszem - i to polityczno-magiczny. Podobno. Niech im będzie, zwał jak zwał. Jedno natomiast jest pewne - takie akcje podobają się w tiwi i na jutjubie, a co tam hula - o tym piszą na forach itepe itede. I kariera medialna gotowa.
Więc, zdaję się powoli łapać, one przysłużyły się emigrantom? Tego nie wiemy, ale na pewno nie zaszkodziły. Skoro piszą o nich nawet w Polsce, gdzie słowo na ef wciąż straszy - widać ktoś je zauważył. Sześć belgyjskich lilyj. Oby rosły w siłę.
Wednesday, 1 July 2015
(312) ramadan
Jest szósta rano. Jest bardzo ciepło. Już, a to poranne wstają zorze zaledwie. A będzie gorąco. 30? rzuca Roman. Jakie 30? 30 to może w jakichś Włochach lub Iszpanii. 35? próbuje Ana Martin? Jakie 35? tyle to może w Afryce. 38. tak. 38. U nas na Sanżilu. W cieniu.
A w cieniu upału - ramadan. Rozpoczął się jeszcze w zimno, czyli jak było tu włoskie lato. Na oko - w polskim roku szkolny. Co oznacza, że poniektórzy Sanżilowcy nie jedzą już ze dwa tygodnie. Ciekawe, ile to jeszcze potrwa.
Nie to, że nie jedzą Ksenio. Muzułmanie nie jedzą od wschodu do zachodu słońca, poucza Ana Martin. Czyli na okrągło, upieram się. Jakem o piątej wstawała, już jeść nie można było. Jakem sie wczoraj kładła, o 23, jeszcze świeciło. To co, po nocach się rzucają na karmę, jak krokodyle jakieś, nie przymierzając?
Owszem, przytakuje Roman. W ramadan je się nocą. Nie wiem, czy pod uwagę bierze się oficjalne wschody i zachody, czy takie umowne, powiedzmy 8-20, czy też wzrokowe: jasno - śpię, ciemno - jem.
Podpytam iwonkowe panie w kreszu, podpowiadam rozwiązanie. Zresztą te akuart chyba muszą jeść, jak inaczej cały dzień nosić maluchy w te i wewte po schodach. No i wytrzymać na głodniaka, karmiąc te wszystkie wygłodniałe, wybiegane maluchy?
Trzymać się w pionie, ot tak. Cud wiary to zdziała. A jak nie cud - odgórna decyzja. O tu patrzcie. Brukselski oddział ds. formacji, czyli szkoleń. Mieli mieć swój doroczny piknik 3 lipca, ale dyrektorka zorientowała się, że to w środku ramadanu. I jednym pismem przerzuciła obchody na wrzesień. By się wszyscy nażarli po równo.
To nie piknik przecież, zaglądam Anie przez ramię, tylko barbecue jakieś, sylabizuję, choć tego ostatniego nie da się wymówić. No tak, barbekju. Taki piknik z amerykańska. Mięsiwa i takie tam bogato oblewane piwem, z dodatkiem frytury i majonezu pewnie. Oraz czipsów, podpowiada Roman. No ale teraz bez żadnych dodatków, wręcz bez niczego.
Bo całkiem niezła awanturka o to barbekju wybuchła. Okazało się bowiem, że w brukselskiej formacji nie pracują jednak sami islamiści, tylko także jacyś inni. Przykładowo katolicy. Którzy w odróżnieniu do Polski A i B, gdzie powoli przejmują władzę, tu się wcale niezbyt nie narzucają i dotąd nie kazali rezygnować z żadnego posiłku, bo święta. I dlatego nie widzą żadnego powodu, by nagle rezygnować w imię islamu z dorocznej, darmowej porcji buletów, steków i frytury. Bo niby dlaczego? Skoro się już nastawili? Smakiem się mają obejść?
Też mi się to nie podoba, i to wcale nie dlatego, że liczyłam na buleta. Po prostu nie chciałabym, aby cokolwiek w moim życiu zależało od religii, ciągnie Ana. Nawet polskiej? dopytuję. Żadnej. Swojskiej, nieswojskiej, a nawet od tych jw, co krążą z walizą. Tylko problemy się tworzą.
I po co tej dyrektorce od formacji były te zmiany, z drugiej strony, dziwi się Roman. Przecież ci od ramadanu steku ze świni i tak nie zjedzą. Trzeba się było uczyć, proszę pani! A tak to tylko taki wewnątrzformacyjny dżihadzik powstał. Coś mi się wydaje, że to jeszcze nie koniec wojen religijnych na Sanżilu i pobliżu.
A w cieniu upału - ramadan. Rozpoczął się jeszcze w zimno, czyli jak było tu włoskie lato. Na oko - w polskim roku szkolny. Co oznacza, że poniektórzy Sanżilowcy nie jedzą już ze dwa tygodnie. Ciekawe, ile to jeszcze potrwa.
Nie to, że nie jedzą Ksenio. Muzułmanie nie jedzą od wschodu do zachodu słońca, poucza Ana Martin. Czyli na okrągło, upieram się. Jakem o piątej wstawała, już jeść nie można było. Jakem sie wczoraj kładła, o 23, jeszcze świeciło. To co, po nocach się rzucają na karmę, jak krokodyle jakieś, nie przymierzając?
Owszem, przytakuje Roman. W ramadan je się nocą. Nie wiem, czy pod uwagę bierze się oficjalne wschody i zachody, czy takie umowne, powiedzmy 8-20, czy też wzrokowe: jasno - śpię, ciemno - jem.
Podpytam iwonkowe panie w kreszu, podpowiadam rozwiązanie. Zresztą te akuart chyba muszą jeść, jak inaczej cały dzień nosić maluchy w te i wewte po schodach. No i wytrzymać na głodniaka, karmiąc te wszystkie wygłodniałe, wybiegane maluchy?
Trzymać się w pionie, ot tak. Cud wiary to zdziała. A jak nie cud - odgórna decyzja. O tu patrzcie. Brukselski oddział ds. formacji, czyli szkoleń. Mieli mieć swój doroczny piknik 3 lipca, ale dyrektorka zorientowała się, że to w środku ramadanu. I jednym pismem przerzuciła obchody na wrzesień. By się wszyscy nażarli po równo.
To nie piknik przecież, zaglądam Anie przez ramię, tylko barbecue jakieś, sylabizuję, choć tego ostatniego nie da się wymówić. No tak, barbekju. Taki piknik z amerykańska. Mięsiwa i takie tam bogato oblewane piwem, z dodatkiem frytury i majonezu pewnie. Oraz czipsów, podpowiada Roman. No ale teraz bez żadnych dodatków, wręcz bez niczego.
Bo całkiem niezła awanturka o to barbekju wybuchła. Okazało się bowiem, że w brukselskiej formacji nie pracują jednak sami islamiści, tylko także jacyś inni. Przykładowo katolicy. Którzy w odróżnieniu do Polski A i B, gdzie powoli przejmują władzę, tu się wcale niezbyt nie narzucają i dotąd nie kazali rezygnować z żadnego posiłku, bo święta. I dlatego nie widzą żadnego powodu, by nagle rezygnować w imię islamu z dorocznej, darmowej porcji buletów, steków i frytury. Bo niby dlaczego? Skoro się już nastawili? Smakiem się mają obejść?
Też mi się to nie podoba, i to wcale nie dlatego, że liczyłam na buleta. Po prostu nie chciałabym, aby cokolwiek w moim życiu zależało od religii, ciągnie Ana. Nawet polskiej? dopytuję. Żadnej. Swojskiej, nieswojskiej, a nawet od tych jw, co krążą z walizą. Tylko problemy się tworzą.
I po co tej dyrektorce od formacji były te zmiany, z drugiej strony, dziwi się Roman. Przecież ci od ramadanu steku ze świni i tak nie zjedzą. Trzeba się było uczyć, proszę pani! A tak to tylko taki wewnątrzformacyjny dżihadzik powstał. Coś mi się wydaje, że to jeszcze nie koniec wojen religijnych na Sanżilu i pobliżu.
Tuesday, 30 June 2015
(311) netoperek
Zaszumiało, zawirowało w powietrzu i nie była to burza. Anioł też nie. Samolot z planu Watheleta, co to teoretycznie miał lecieć nad inną dzielnicą, ale się mu pomylił dzień tygodnia? E tam. Batman to był. Z nowej reklamy Brukseni o nazwie logo. Brukseli, no dobra - to taki żarcik.
Jaki batman Ksenio, co to za nowość znów przynosisz? Nie ja, tylko prasa. Media znaczy się, poprawiam się. Sam se spójrz, jak nie wierzysz, o tu, coś tam już w końcu potrafię przetłumaczyć z francuska na nasze. A tu zadanie wręcz łatwiejsze, bo dziennikarz zerknął i od razu prawidłowo w polszczyźnie ojczyźnie skojarzył: batman.
Ksenio, batman to po angielsku. Nietoperz. Pan netoperek po czesku podobno. Roman, faktycznie coś z czarnymi skrzydłami tu dali. Ale żeby od razu batman? Toż to orzeł. Polski prawie, ewentualnie niemiecki, pruski, austriacki albo rosyjski. Uproszczony mocno, jakby Iwonek z Józinkiem się wzięli do roboty. Czarna plama o zachwianych proporcjach, tyle widzę, podsumowuje Ana Martin, artystka ze spalonego teatru.
Owszem, proporcje nieco nie te, ale orzeł też to nie jest, bo ma skrzydła w dół. No i nie polski, bo nasz przecież już tylko w koronie występuje, to by się dopiero jeden z drugim patryjotą oburzył, jakby se Bruksela orła-Polaka pożyczyła, a obowiązkowej korony nie dodała. Zresztą wszystkie orły w Europie ostatnio w koronach chadzają. Dostojnie. Narody puchną z dumy. Monarchię wprowadzą niedługo, podśmiewa się Roman.
Jeśli już - oceniam, przekręcając głowę - to logo przypomina samolot lecący pionowo w górę, jak ten bojing lub boink, co to go ostatnio uchwycili kamerą na jakimś lotnisku, jak prawie że pod kątem 90 stopni w górę startował. Nie chciałabym tam siedzieć w środku. Ani ja, wzdryga się Ana. Ani...ani...ani co ani, nie rozumie Iwonek.
A wiecie, co to ma być naprawdę? Ten batmano-orzeł, znaczy się? To jest stylizowany archanioł. Święty Michał, co to Bruksenię ma w swojej opiece na pewno od XIII w., kiedy to pierwszy raz go namalowali, ale pewnie i dłużej, bo anioły to prastara sprawa, uzupełniam. Jeszcze sprzed Jezusa, to już powoli ze dwa tysiaki lat będą. Pora było unowocześnić, bronię netoperka.
Ale dlaczego akurat za 80 tysięcy euro, ubolewa jeden z drugim Brukselczykiem podobno. Miasto się burzy, słusznie, bo chyba są poważniejsze problemy. I wydatki, choćby na place zabaw. Zasikane. Tojtojki było za te 80 tysiaków powstawiać.
Ale Ana sama wiesz, że czego nie ma w mediach w formie obrazka, to jakby nie istnieje, twierdzi Roman. E tam, bzdury. Domy medialne to nakręcają. Ja nie wierzę, że obraz to wszystko. Bez treści to i tak nic nie warte, jak celebryci zupełnie.
Sądzę, że Ana nieco racji ma. 80 tysiaków, i to liczonych w twardej walucie ojro, to kupa forsy jak na rzucenie tuszem na papier. Naprawdę, Iwonek i Józienek załatwiliby to gratisowo, a efekt nie byłby o wiele gorszy. Literki by się dodało i gotowe.
O, o te literki to jeszcze będzie kłótnia. Bo na razie na logo są trzy-czy, czyli: BXL. I już są głosy, że Famandowie się burzą, bo x jest francuskie. Prognozuję, że zapowiada się gorące lato. 40 stopni za tydzień. Bez burzy. I tylko szum klimy.
Jaki batman Ksenio, co to za nowość znów przynosisz? Nie ja, tylko prasa. Media znaczy się, poprawiam się. Sam se spójrz, jak nie wierzysz, o tu, coś tam już w końcu potrafię przetłumaczyć z francuska na nasze. A tu zadanie wręcz łatwiejsze, bo dziennikarz zerknął i od razu prawidłowo w polszczyźnie ojczyźnie skojarzył: batman.
Ksenio, batman to po angielsku. Nietoperz. Pan netoperek po czesku podobno. Roman, faktycznie coś z czarnymi skrzydłami tu dali. Ale żeby od razu batman? Toż to orzeł. Polski prawie, ewentualnie niemiecki, pruski, austriacki albo rosyjski. Uproszczony mocno, jakby Iwonek z Józinkiem się wzięli do roboty. Czarna plama o zachwianych proporcjach, tyle widzę, podsumowuje Ana Martin, artystka ze spalonego teatru.
Owszem, proporcje nieco nie te, ale orzeł też to nie jest, bo ma skrzydła w dół. No i nie polski, bo nasz przecież już tylko w koronie występuje, to by się dopiero jeden z drugim patryjotą oburzył, jakby se Bruksela orła-Polaka pożyczyła, a obowiązkowej korony nie dodała. Zresztą wszystkie orły w Europie ostatnio w koronach chadzają. Dostojnie. Narody puchną z dumy. Monarchię wprowadzą niedługo, podśmiewa się Roman.
Jeśli już - oceniam, przekręcając głowę - to logo przypomina samolot lecący pionowo w górę, jak ten bojing lub boink, co to go ostatnio uchwycili kamerą na jakimś lotnisku, jak prawie że pod kątem 90 stopni w górę startował. Nie chciałabym tam siedzieć w środku. Ani ja, wzdryga się Ana. Ani...ani...ani co ani, nie rozumie Iwonek.
A wiecie, co to ma być naprawdę? Ten batmano-orzeł, znaczy się? To jest stylizowany archanioł. Święty Michał, co to Bruksenię ma w swojej opiece na pewno od XIII w., kiedy to pierwszy raz go namalowali, ale pewnie i dłużej, bo anioły to prastara sprawa, uzupełniam. Jeszcze sprzed Jezusa, to już powoli ze dwa tysiaki lat będą. Pora było unowocześnić, bronię netoperka.
Ale dlaczego akurat za 80 tysięcy euro, ubolewa jeden z drugim Brukselczykiem podobno. Miasto się burzy, słusznie, bo chyba są poważniejsze problemy. I wydatki, choćby na place zabaw. Zasikane. Tojtojki było za te 80 tysiaków powstawiać.
Ale Ana sama wiesz, że czego nie ma w mediach w formie obrazka, to jakby nie istnieje, twierdzi Roman. E tam, bzdury. Domy medialne to nakręcają. Ja nie wierzę, że obraz to wszystko. Bez treści to i tak nic nie warte, jak celebryci zupełnie.
Sądzę, że Ana nieco racji ma. 80 tysiaków, i to liczonych w twardej walucie ojro, to kupa forsy jak na rzucenie tuszem na papier. Naprawdę, Iwonek i Józienek załatwiliby to gratisowo, a efekt nie byłby o wiele gorszy. Literki by się dodało i gotowe.
O, o te literki to jeszcze będzie kłótnia. Bo na razie na logo są trzy-czy, czyli: BXL. I już są głosy, że Famandowie się burzą, bo x jest francuskie. Prognozuję, że zapowiada się gorące lato. 40 stopni za tydzień. Bez burzy. I tylko szum klimy.
Monday, 29 June 2015
(310) ki diabeł, kie licho
Siedzimy sobie wczoraj w aucie onda pod blokiem, jakoś nie możemy wystartować, bo to albo małe płacze, albo to starsze krzyczy, że źle zapięte, a to średni wiekiem nie mogą się zmieścić między dwa foteliki, a najstarsi Martinowie z obłędem w oku ganiają i starają się temu zaradzić. Czas płynie wolno, a jak to przy niedzieli - pusto na ulicach. Mało kto chodzi ulicą, a już na pewno nie listonosz. A już na pewno nie pod krawatem, bo przecież ustawowy stroik jest granatowo-czerwony. Do tego wózek z gustowną celofanową torbą. Czapka od słońca, ewentualnie kurtka przeciwdeszczowa.
W niedziele ktoś tak przyodziany ma jednak ustawowo wolne i tak czymać, więc kto się nam tu pląta, pytamy siebie i się nawzajem wzrokiem? Ki diabeł?
Tymczasem stoimy w aucie onda, kokosimy się, ile wlezie, nerwy letkie już idą po wszystkich, a tu nagle Iwonek, w międzyczasie niby dobrze przypięty, krzyczy: spójrz Ksenio, pan listonosz wsadza list do mojej skrzynki! Muszę zobaczyć! I już wysiada, i znów wszystko od nowa, przypiąć, zapiąć - taka wizja nas przeraziła, więc ruszyliśmy z kopyta, ciekawi jednakże, co to za list nam wrzucili ci pod krawatami.
Wracamy, zaglądamy, Iwonek szaleje z kluczem. Jest list. Zaadresowany z polska, co dziwi, bo przecież tu Sanżil, przypominam. Kie licho?
Hmm, mruczy Ana i coś podejrzewa. Roman, zerknij no, czy to aby nie doktrynacja i weź to dziecku z ręki, póki czas. Indoktrynacja Ksenio, poprawia Roman. Roman bierze z ręki dziecka, otwiera. Wyciąga kolorowy papierek. Niebiesko-żółty. Niebiekie jest tło, niebiańskie nawet, twierdzi Ana. Żółta jest postać. Ałra. Aura Ksenio, Martinowie małpują odmianę Iwonka na potęgę. I duuuużo tekstu. Po polsku!
Roman, mówiłam ci, byś wyjął dziecku z ręki tekst, bo to mi pachnie religią. Obojętnie mi, co tu piszą i jaka wiara, zabieraj! Ana przesadza chyba, ale czym skorupka nasiąknie w końcu, to potem ciężko będzie zmyć. Tak twierdzi, a ja się w sumie zgadzam, by chłopaki se same wybrały, w co chcą wierzyć, lub nie.
Wolę to lub nie, Ksenio. Ale oczywiście zrobią, jak będą chcieli. Póki co - mówiłam wam, że po okolicznościach krążą przedstawiciele tej religii, wiecie o co mi chodzi, na jot wu, taka strona w internecie jest; głównie jednak wybierają klientelę, co to po portugalsku mówi, czyli tak jak rozdający ulotki.
Co było mi bardzo na rękę, bo sprawiało, że ulotkę wrzucali, wszak Martin brzmi znajomo, po hiszpańsku wręcz albo włosku co najmniej, ale kontaktu ustnego już nawiązać nie można było. Tak więc z miłym uśmiechem można było pokręcić głową, że nąkomprędo, i zamknąć drzwi. A oni są zawsze fajowi i nigdy nogi między drzwi a framugę nie wsadzają, jak to niejeden ksiądz w kraju dziadkom zrobił, gdy go wpuścić do chałupy nie chcieli. Kie licho doprawdy zresztą.
Ale widzę, że nastała nowa strategia medialna. Ci co po brazylijsku zasuwają, już się zorientowali, że pora na zmiany religijne na Sanżilu. Coś mi się wydaje, że spisy polskich dusz już gotowe i możemy się spodziewać kolejnych wizyt.
Trzeba będzie być czujnym, bo nie będą ci już one po obcemu. Oj nie. Gdzie diabeł sobie nie poradzi, tam babę wyśle, że się takim skrótem posłużę. Polkę z facetem u boku, niech ulotki dźwiga, feminista jeden!
Zresztą oni sami o tej czujności wspominają, uzupełniam. O tu, proszę. Więcej podobno na kongresie, już w lipcu tuż za rogiem, a jak nie można pojechać - to i brzoszurę darmową doślą, i do domu przyjść mogą. O, po moim trupie, zarzeka się Ana. Ale licho nie śpi. Bądźmy czujni, ki diabeł zresztą.
W niedziele ktoś tak przyodziany ma jednak ustawowo wolne i tak czymać, więc kto się nam tu pląta, pytamy siebie i się nawzajem wzrokiem? Ki diabeł?
Tymczasem stoimy w aucie onda, kokosimy się, ile wlezie, nerwy letkie już idą po wszystkich, a tu nagle Iwonek, w międzyczasie niby dobrze przypięty, krzyczy: spójrz Ksenio, pan listonosz wsadza list do mojej skrzynki! Muszę zobaczyć! I już wysiada, i znów wszystko od nowa, przypiąć, zapiąć - taka wizja nas przeraziła, więc ruszyliśmy z kopyta, ciekawi jednakże, co to za list nam wrzucili ci pod krawatami.
Wracamy, zaglądamy, Iwonek szaleje z kluczem. Jest list. Zaadresowany z polska, co dziwi, bo przecież tu Sanżil, przypominam. Kie licho?
Hmm, mruczy Ana i coś podejrzewa. Roman, zerknij no, czy to aby nie doktrynacja i weź to dziecku z ręki, póki czas. Indoktrynacja Ksenio, poprawia Roman. Roman bierze z ręki dziecka, otwiera. Wyciąga kolorowy papierek. Niebiesko-żółty. Niebiekie jest tło, niebiańskie nawet, twierdzi Ana. Żółta jest postać. Ałra. Aura Ksenio, Martinowie małpują odmianę Iwonka na potęgę. I duuuużo tekstu. Po polsku!
Roman, mówiłam ci, byś wyjął dziecku z ręki tekst, bo to mi pachnie religią. Obojętnie mi, co tu piszą i jaka wiara, zabieraj! Ana przesadza chyba, ale czym skorupka nasiąknie w końcu, to potem ciężko będzie zmyć. Tak twierdzi, a ja się w sumie zgadzam, by chłopaki se same wybrały, w co chcą wierzyć, lub nie.
Wolę to lub nie, Ksenio. Ale oczywiście zrobią, jak będą chcieli. Póki co - mówiłam wam, że po okolicznościach krążą przedstawiciele tej religii, wiecie o co mi chodzi, na jot wu, taka strona w internecie jest; głównie jednak wybierają klientelę, co to po portugalsku mówi, czyli tak jak rozdający ulotki.
Co było mi bardzo na rękę, bo sprawiało, że ulotkę wrzucali, wszak Martin brzmi znajomo, po hiszpańsku wręcz albo włosku co najmniej, ale kontaktu ustnego już nawiązać nie można było. Tak więc z miłym uśmiechem można było pokręcić głową, że nąkomprędo, i zamknąć drzwi. A oni są zawsze fajowi i nigdy nogi między drzwi a framugę nie wsadzają, jak to niejeden ksiądz w kraju dziadkom zrobił, gdy go wpuścić do chałupy nie chcieli. Kie licho doprawdy zresztą.
Ale widzę, że nastała nowa strategia medialna. Ci co po brazylijsku zasuwają, już się zorientowali, że pora na zmiany religijne na Sanżilu. Coś mi się wydaje, że spisy polskich dusz już gotowe i możemy się spodziewać kolejnych wizyt.
Trzeba będzie być czujnym, bo nie będą ci już one po obcemu. Oj nie. Gdzie diabeł sobie nie poradzi, tam babę wyśle, że się takim skrótem posłużę. Polkę z facetem u boku, niech ulotki dźwiga, feminista jeden!
Zresztą oni sami o tej czujności wspominają, uzupełniam. O tu, proszę. Więcej podobno na kongresie, już w lipcu tuż za rogiem, a jak nie można pojechać - to i brzoszurę darmową doślą, i do domu przyjść mogą. O, po moim trupie, zarzeka się Ana. Ale licho nie śpi. Bądźmy czujni, ki diabeł zresztą.
Subscribe to:
Posts (Atom)