Medium, normalnie medium ta nasza Ana, zachwycała się Sąsiadka z rana, jak o 8 rano Ana opowiadała swe sny prorocze, zmartwiona, że z koncertu nici. Mimo że pan akustyk krzątał się skrzętnie, po tym jak Anie się udało otworzyć bramę. Jezu, no nie studiowała tego akurat, to nie dziwcie się.
No i koncertu artystki, co niby cicha, ale bardzo głośno miała zaśpiewać i dolny Sanżil roznieść głosem w pył, nie było, były za to czarownice, taki czad, mimo że z wideo, że aż ojroposanki szalały. Co za medium z tej Any naprawdę, geniuszka jakaś nam rośnie, gdyby już nieurosła. Jak te dziewczynki z odzyskanej mocy. One jeszcze urosną, na pewno wzmocnione matkami, co to se na panelu zasiadły.
Co mam wam dużo mówić, jeszczem nie ochłonęła po tej sobocie, co to była dniem walki kobiet i mężczyzn z przemocą przeciwko kobietom. Dużo niej wszędzie, przemocy tej, jest o czym mówić - i w Brukseni wielki marsz szedł z Norda na Midy. Mi nie szłyśmy, bośmy już na Midach siedziały właśnie w Cepasie, heloł, to tam ten kongres kobiecy, nasz własny, dla polone belż
Nie tylko dla nas stąd, z Sanżila, ale i dla okoliczności belż, niektóre po 150 kilometrów miały na liczniku, sołtyska przykładowo; dużo naszło też feministek na ef z Polski A B C niegdyś, a dziś to już tylko D, kilka z Niemiec, kilka z Holandii, nawet z Luksemburga. O tych, co nie z polska, z zagraniczna gadają, i to różnie, na wysokich komisjach zasiadają, nie wspomnę, też takie doszły do Cepasu, tak!
Kilka w ciąży, większość nie w ciąży. Kilka z dziećmi, większośc bez dzieci, w tym nasze ganiające wokół z obłędem w oku organizujące i ogarniające jarmarki, krzesła, stoły, mikrofony, kamery, jedzenia, scenki, filmy, nagrania, pierwszą pomoc, otwieranie bramy, kawowanie, herbatowanie, ustawianie, tłumaczenie.
A przed wszystkim - publiczność. Wy. My. One. Mówię do Any dziś o 5, jak spać obie nie mogłyśmy, jedna z pokongresowego bólu pleców, no i bycia medium, a druga, ja Ksenia czyly - z emocji, pytam więc ją: jak tu je objąć, dziewczyny me, że tak miłośnie bezpośrednio polecę, bo znam was już, zda mi się, jak tu was, nas i się rozumem i liczbami? Patrzenie na was, jak żeście porzucały ajfony, by dyskutować, jak żeście rzucały się na mikrofon, przekrzykiwały jedna drugą, tańcowały za miliard, poznawały się, rozpoznawały po latach, ratowały wzajemnie - toż to tego na Sanżilu dawno nie widzieli. I w okolicznościach też.
Kobiety dla kobiet!
Było nas ze czysta, 300, a może i więcej.
Jak to opisać? Nie wiem, więcej idę budzić dzieciarnię. Szkoła. Normalny tydzień, a jakże inny. Na długo się zapamiętamy, co?
Monday, 27 November 2017
Friday, 24 November 2017
kongresowo
By nie było, że nie ma żadnej wiadomości o kongresie kobiet sanżilowskim, że nic się nie dzieje w tej Belgii w ogóle, dziadostwo takie, nie ma gdzie pójść w łykend normalnie: a więc jest gdzie pójść w ten łykend bynajmniej, i to po polsku do tego, więc starać się nie trzeba, po prostu być, słuchać, gadać, tak jak na plakacie napisano, co to go ujrzycie wszędzie, tylko nie u Pawła.
A gdzie to ten kongres, jezu Ksenio no? Nio?
No w cepasie przecież na ru Bernje, pod czujnym okiem zarządzającej z Ameryki, Południowej, jak to Ana mi zdradziła.
Niejedno się tam jutro wydarzy. Wegański jeleń gotuje, to dopiero będzie: jeleń, co gotuje uhaha! ; do czytania wystarczy pstryknąć palcami i już myk! wyczarowuje się pstrykmyk z kosmosem; dwie siostry pokażą siostrom i braciom też, co czytać dzieciarni; na grzbiet można wrzucić pstrykową bluzę z niedźwiedziem albo od innych panów, co tu nie stali, a teraz stoją jak wół z bykiem na stoisku kongresowym. Rzeczy wrzucić do torby, co ją nam wydrukuje fajna malarka, albo wy same wręcz, jeśli wam pozwoli. Do tego można się wysmarować i upiększyć kolagenem, zbadać sobie różne aspekty ciała i ducha, nauczyć się, jak trzymać w sobie tego i owego, no dobra, napiszę wprost, bo co to gorszącego w końcu - mocz czyly, siusiu dla niektórych; pogadać z dziatwą u boku z logopedką, zobaczyć, czy mamy już swoją markę; jak się jest młodą, co takiej Any Martin przykładowo już nie dotyczy - dowiedzieć się, jak wybrac zawód; a jak się jest mamą dziewczynki, co przykładowo takiej Any Martin nie dotyczy też - co zrobić, by ta dziewczynka czuła się dobrze sama ze sobą i z resztą, czyli na przykład nami.
I by wyrosła z niej fajna Polka w Belgii, co to przyjdzie na kongres kobiet za jakieś 10 lat.
Kobiety dla kobiet!
A na pierwsze: wieczorek dziś.
A na deser: spacerek w niedzielę.
Aleee fajnieee!
A gdzie to ten kongres, jezu Ksenio no? Nio?
No w cepasie przecież na ru Bernje, pod czujnym okiem zarządzającej z Ameryki, Południowej, jak to Ana mi zdradziła.
Niejedno się tam jutro wydarzy. Wegański jeleń gotuje, to dopiero będzie: jeleń, co gotuje uhaha! ; do czytania wystarczy pstryknąć palcami i już myk! wyczarowuje się pstrykmyk z kosmosem; dwie siostry pokażą siostrom i braciom też, co czytać dzieciarni; na grzbiet można wrzucić pstrykową bluzę z niedźwiedziem albo od innych panów, co tu nie stali, a teraz stoją jak wół z bykiem na stoisku kongresowym. Rzeczy wrzucić do torby, co ją nam wydrukuje fajna malarka, albo wy same wręcz, jeśli wam pozwoli. Do tego można się wysmarować i upiększyć kolagenem, zbadać sobie różne aspekty ciała i ducha, nauczyć się, jak trzymać w sobie tego i owego, no dobra, napiszę wprost, bo co to gorszącego w końcu - mocz czyly, siusiu dla niektórych; pogadać z dziatwą u boku z logopedką, zobaczyć, czy mamy już swoją markę; jak się jest młodą, co takiej Any Martin przykładowo już nie dotyczy - dowiedzieć się, jak wybrac zawód; a jak się jest mamą dziewczynki, co przykładowo takiej Any Martin nie dotyczy też - co zrobić, by ta dziewczynka czuła się dobrze sama ze sobą i z resztą, czyli na przykład nami.
I by wyrosła z niej fajna Polka w Belgii, co to przyjdzie na kongres kobiet za jakieś 10 lat.
Kobiety dla kobiet!
A na pierwsze: wieczorek dziś.
A na deser: spacerek w niedzielę.
Aleee fajnieee!
Thursday, 23 November 2017
herstoria
Słuchajcie, zanudzać was już nie będę, bo wszystko wiadomo, nie na darmo w końcu blondynki, czarne, długowłose, krótkowłose od miesiąca ślą linki wszelkimi możliwymi kanałami, czyli fejsem, mejlem, głosem własnym, plakatem i takim tam. Herstoria rządzi na Sanżilu i w okolicznościach, od jutra to już w ogóle. Kongres! Kobiety dla kobiet.
Nie wiecie, co to herstoria?
Na rozbieg wieczór polone, w domu uniwersyteckim, o kobietach takich jak ja i wy, i my, polonez od wieków; my z z Aną Martin, bo z Romanem to już nie. Potem kongres. W niedzielę spacer, też o kobietach takich jak my, ale nowe my, bo już nie polone, tylko belż. Gdzie były, mieszkały w Brukseni i co z tego wynikło.
Herstoria, pytacie? No co wy? Gdzie wyście się uchowały, że nie wiecie? Opowieści o kobietach. Historia, tyle o nas.
Polone belż i wszystkich.
Już wiem, gdzie się uchowały. Może na Wanderkindere, u Pawła. Przykładowo. Nie łajając nikogo za beton poglądów i nie wytykając palcem, ale jednak nie bójmy się tego słowa: mówimy NIE betonowi, a patriarchatowi - to uff.
Oto okazało się, że szef Paweł zabronił wieszać plakaty kongresowe.
Cooo, oburza się Roman, kongresowy na doczepkę, bo nie kobieta przecież to, heloł! Serio? Nie wydawał się betonem i nawet labelż i lebelż do niego chadzają.
No tak. Normalnie. Sąsiadka kongresowa mówiła. Bo poszła do niego z plakatem, a Andżela, co tam robi, i pięknie bez akcentu po belż daje, wydyma wargi i do Sąsiadki: no nie, my tego tu nie powiesimy.
Sąsiadka na to: a dlaczego?
Andżela: bo u nas to nikogo nie obchodzi.
Sąsiadka: Ja tu przychodzę i mnie to obchodzi.
Andżela, nieco czerwona, czy to z wysiłku myślowego, czy ze wstydu: a tak w ogóle to szef zabronił!
Więc we czy idziemy dziś, mimo że plecy rady nie dają: Sąsiadka, Ana i Ksenia.
A tak w ogóle: do zobaczenia jutro w Łódzkim
Nie wiecie, co to herstoria?
Na rozbieg wieczór polone, w domu uniwersyteckim, o kobietach takich jak ja i wy, i my, polonez od wieków; my z z Aną Martin, bo z Romanem to już nie. Potem kongres. W niedzielę spacer, też o kobietach takich jak my, ale nowe my, bo już nie polone, tylko belż. Gdzie były, mieszkały w Brukseni i co z tego wynikło.
Herstoria, pytacie? No co wy? Gdzie wyście się uchowały, że nie wiecie? Opowieści o kobietach. Historia, tyle o nas.
Polone belż i wszystkich.
Już wiem, gdzie się uchowały. Może na Wanderkindere, u Pawła. Przykładowo. Nie łajając nikogo za beton poglądów i nie wytykając palcem, ale jednak nie bójmy się tego słowa: mówimy NIE betonowi, a patriarchatowi - to uff.
Oto okazało się, że szef Paweł zabronił wieszać plakaty kongresowe.
Cooo, oburza się Roman, kongresowy na doczepkę, bo nie kobieta przecież to, heloł! Serio? Nie wydawał się betonem i nawet labelż i lebelż do niego chadzają.
No tak. Normalnie. Sąsiadka kongresowa mówiła. Bo poszła do niego z plakatem, a Andżela, co tam robi, i pięknie bez akcentu po belż daje, wydyma wargi i do Sąsiadki: no nie, my tego tu nie powiesimy.
Sąsiadka na to: a dlaczego?
Andżela: bo u nas to nikogo nie obchodzi.
Sąsiadka: Ja tu przychodzę i mnie to obchodzi.
Andżela, nieco czerwona, czy to z wysiłku myślowego, czy ze wstydu: a tak w ogóle to szef zabronił!
Więc we czy idziemy dziś, mimo że plecy rady nie dają: Sąsiadka, Ana i Ksenia.
A tak w ogóle: do zobaczenia jutro w Łódzkim
Wednesday, 22 November 2017
korki
Może już drżeliście, czy padnie. Rekord.
Spokojna głowa. Padł.
Oto wczoraj, o 8 rano, padł tegoroczny rekord korkowy. O 8 rano korki w Belgii miały łącznie 445 kilometrów.
A już się baliście, że rekord padł na początku roku, 13 stycznia, kiedy to spadł śnieg, i tak zostanie. Ale co to jest 420 km w porównaniu do 445.
Nie mówiąc o żałosnych 412 km z 6 czerwca, kiedy to śnieg nie spadł zapewne, za to deszcz.
Dziś za to sa rule pa mal, gada radio.
445 - że spojrzę na mapę - to prawie połowa drogi z Brukseni do Any, starej Any, gdzie kiedyś była Polska A, a teraz ostała się D. Co nie zmienia faktu, że 450 km - to już chyba prawie Berlin był, jak żeśmy kiedyś sunęli na wschód.
Czy na zachód?
Nie zmienia to faktu, że 445 kilometrów korków - fju fju - robi wrażenie. I to o 8 rano, czyly kiedy się próbuje dopchać do kreszów, ekoli, plasów i innych miejsc.
Metro też stawało. Do Tronu tom 40 minut jechała, a przecież od nas prosto z góry na pazury, rowerem bym dwa razy obróciła.
A skąd takie korki akurat wczoraj?
Deszcz się pojawił w duecie z przedłużonym łykendem.
Rozumiem, że w piękną jesień belż żeśmy nieco zapomnieli o deszczach, ale jaki przedłużony łykend?
Może niektórzy mieli wolne za urodzinowe 11?
Może ci od drugiego dialektu. Bo w Brukseni nic nikt nie świętował, oprócz tradycyjnych urodzin dziecięcych, gdzie nie spojrzeć. Poza tym - wydawałoby się, że we wtorek stanie spokojnie korek tylko 400-kilometrowy, a tu proszę, dodatkowe 45 kilometrów na liczniku.
Dobrze, że jest jakiś pozytyw, rekord czyly.
I już można o czymś pisać i zainteresować lud, jak dziś rano w nowym korku stoi i w ajfona się gapi z nudów.
I nerwów.
Korek wykańcza, to pewne.
A i tak wszystkie korki kończą tak samo: resorbując się. Przynajmniej zdaniem specjalistów, z francuska.
Rozchodzą się, wciągają jeden w drugi, rozpływają w czasie i przestrzeni. I od rana na nowo. Jest o czym gadać. Choć dziś sa rule pa mal podobno.
Spokojna głowa. Padł.
Oto wczoraj, o 8 rano, padł tegoroczny rekord korkowy. O 8 rano korki w Belgii miały łącznie 445 kilometrów.
A już się baliście, że rekord padł na początku roku, 13 stycznia, kiedy to spadł śnieg, i tak zostanie. Ale co to jest 420 km w porównaniu do 445.
Nie mówiąc o żałosnych 412 km z 6 czerwca, kiedy to śnieg nie spadł zapewne, za to deszcz.
Dziś za to sa rule pa mal, gada radio.
445 - że spojrzę na mapę - to prawie połowa drogi z Brukseni do Any, starej Any, gdzie kiedyś była Polska A, a teraz ostała się D. Co nie zmienia faktu, że 450 km - to już chyba prawie Berlin był, jak żeśmy kiedyś sunęli na wschód.
Czy na zachód?
Nie zmienia to faktu, że 445 kilometrów korków - fju fju - robi wrażenie. I to o 8 rano, czyly kiedy się próbuje dopchać do kreszów, ekoli, plasów i innych miejsc.
Metro też stawało. Do Tronu tom 40 minut jechała, a przecież od nas prosto z góry na pazury, rowerem bym dwa razy obróciła.
A skąd takie korki akurat wczoraj?
Deszcz się pojawił w duecie z przedłużonym łykendem.
Rozumiem, że w piękną jesień belż żeśmy nieco zapomnieli o deszczach, ale jaki przedłużony łykend?
Może niektórzy mieli wolne za urodzinowe 11?
Może ci od drugiego dialektu. Bo w Brukseni nic nikt nie świętował, oprócz tradycyjnych urodzin dziecięcych, gdzie nie spojrzeć. Poza tym - wydawałoby się, że we wtorek stanie spokojnie korek tylko 400-kilometrowy, a tu proszę, dodatkowe 45 kilometrów na liczniku.
Dobrze, że jest jakiś pozytyw, rekord czyly.
I już można o czymś pisać i zainteresować lud, jak dziś rano w nowym korku stoi i w ajfona się gapi z nudów.
I nerwów.
Korek wykańcza, to pewne.
A i tak wszystkie korki kończą tak samo: resorbując się. Przynajmniej zdaniem specjalistów, z francuska.
Rozchodzą się, wciągają jeden w drugi, rozpływają w czasie i przestrzeni. I od rana na nowo. Jest o czym gadać. Choć dziś sa rule pa mal podobno.
Monday, 20 November 2017
skrzydlato
No, kto to nie nadleciał do Skarbka w niedzielę po kościele, bo to na Skarbku było to spotkanie w pawilonach, owszem, porządne godzinowo, po mszach wszelkich zorganizowane dla ludu wszelkiego, ale głównie sanżilowsko-polskiego jednak.
Bo po polsku wszystko się odbywało głosowo i jarmarkowo, ze sceny i pod nią, w drzwiach, z których ostro wiało zimnem, i w głębi, gdzie gorącem dawała kiełbasa, pierogi i takie tam. Nie wiem dokładnie co, Ana Martin zabroniła mi tam wchodzić, bo wiadomo, ona dziwaczka od urodzenia, zapachów kuchennych na sobie nie znosi, nie od dziś, bo od urodzenia, czyly ile lat, jesieni zwłaszcza w tym, to nie powiem, ale 41 co najmniej.
Potem było przepychanie się wśród artykułów dziecięcych mniej lub bardziej, zdrowych mniej lub bardziej, jedzeniowych mniej lub bardziej, hipnotyzujących, narodowych, bombkowych, bo święta za pasem, heloł, stroikowych, malarskich, medycznych mniej lub bardziej; raczej mniej, zdaniem Any zresztą, z kosmosu mniej lub bardziej, ale na pewno biało-czerwonych, że hej.
Aha, o muzyce nie zapominajmy, w postaci szkoły do grania, i titrach-serwisach, które tam nie wiadomo po co były, chyba tylko po to, by te gadżety rozdać, na które - z powrotem domu, jak żeśmy trafiły nocą doń - na Sanżilu od razu znalazło się dwóch małych amatorów, w postaci męskiej, dziecięcej mniej lub bardziej; bardziej.
Ale przecież po coś tam żeśmy szły. Po klientelę kongresową mianowicie.
Dlatego Ana zła, że sama tam z Pisarką były, zamiast wszystkie razem zachęcać.
A na co liczyłaś Ana, przywitał ją, zdziwioną, Roman, niezdziwiony. Przecież sama mówiłaś, że tylko Pisarka przyjdzie.
No tak. Ale smutno i tak.
W każdym razie kongresowe to było wyjście. Więc Ana dała czadu.
Na scenę weszła, wdrapała czyly, jakby mniej tych jesieni miała. Nie miała przemawiać co prawda, ale wcale się tym nie przejęła, tylko weszła i młodziana od obsługi namówiła, że teraz owszem, ona zamierza. Przemówić. Z plakatem. Kongresowym. Że długo to nie zejdzie, ale zawsze.
Dobrze, że nagłośnienie mieli porządne, lepsze niż na Uklach rok temu, to i Anę słychać było całkiem całkiem, jak se na papuzio-kolorowo kongresowym plakatem wymachiwała.
Ale się udało, choć ochrypnąć szło od tego wszystkiego. Kto - jak nie my, zgadzamy się, co? Wszystkie na kongres!
Bo po polsku wszystko się odbywało głosowo i jarmarkowo, ze sceny i pod nią, w drzwiach, z których ostro wiało zimnem, i w głębi, gdzie gorącem dawała kiełbasa, pierogi i takie tam. Nie wiem dokładnie co, Ana Martin zabroniła mi tam wchodzić, bo wiadomo, ona dziwaczka od urodzenia, zapachów kuchennych na sobie nie znosi, nie od dziś, bo od urodzenia, czyly ile lat, jesieni zwłaszcza w tym, to nie powiem, ale 41 co najmniej.
Potem było przepychanie się wśród artykułów dziecięcych mniej lub bardziej, zdrowych mniej lub bardziej, jedzeniowych mniej lub bardziej, hipnotyzujących, narodowych, bombkowych, bo święta za pasem, heloł, stroikowych, malarskich, medycznych mniej lub bardziej; raczej mniej, zdaniem Any zresztą, z kosmosu mniej lub bardziej, ale na pewno biało-czerwonych, że hej.
Aha, o muzyce nie zapominajmy, w postaci szkoły do grania, i titrach-serwisach, które tam nie wiadomo po co były, chyba tylko po to, by te gadżety rozdać, na które - z powrotem domu, jak żeśmy trafiły nocą doń - na Sanżilu od razu znalazło się dwóch małych amatorów, w postaci męskiej, dziecięcej mniej lub bardziej; bardziej.
Ale przecież po coś tam żeśmy szły. Po klientelę kongresową mianowicie.
Dlatego Ana zła, że sama tam z Pisarką były, zamiast wszystkie razem zachęcać.
A na co liczyłaś Ana, przywitał ją, zdziwioną, Roman, niezdziwiony. Przecież sama mówiłaś, że tylko Pisarka przyjdzie.
No tak. Ale smutno i tak.
W każdym razie kongresowe to było wyjście. Więc Ana dała czadu.
Na scenę weszła, wdrapała czyly, jakby mniej tych jesieni miała. Nie miała przemawiać co prawda, ale wcale się tym nie przejęła, tylko weszła i młodziana od obsługi namówiła, że teraz owszem, ona zamierza. Przemówić. Z plakatem. Kongresowym. Że długo to nie zejdzie, ale zawsze.
Dobrze, że nagłośnienie mieli porządne, lepsze niż na Uklach rok temu, to i Anę słychać było całkiem całkiem, jak se na papuzio-kolorowo kongresowym plakatem wymachiwała.
Ale się udało, choć ochrypnąć szło od tego wszystkiego. Kto - jak nie my, zgadzamy się, co? Wszystkie na kongres!
powietrze
Ponad 100 lekarzy opuściło swoją naturalną rezerwę. Choć rezerwat chyba, jak się zastanowię.
Co ty Ksenio wygadujesz, lekarze opuścili rezerwę?
A pacz, stoi jak wół w lesłarze na pierwszej stronie. W papierze i komputerze do tego.
Widzę, jest. Nie o rezerwat chodzi, ale o milczenie.
Więc od początku: lekarze zerwali milczenie. I napisali list otwarty. Do wielu ważnych w Brukseli obojga płci, ministrów, prezydentów, przewodniczących, słowem - do każdej i każdego, kto robi na komisjach miejskich, państwowych i europejskich.
Bo źle się dzieje w tematyce powietrza, co to nam stoi - wisi - ciąży na Sanżilu i w okolicznościach.
Wspólne ci nam one, za darmo je mamy - i robimy z nim, co chcemy. Zatruwamy głównie.
Co mianowicie mówią, chce mianowicie wiedzieć Roman.
Lepiej nie wiedzieć w sumie. Zaczynają od tego, że to drugi list w tej tematyce od 2010 r. Że przez ten czas na dzielnicy i obok, w regionie, niestety niewiele się zmieniło. Jeśli już - to na gorsze.
Chodzi głównie o malutenieczkie cząsteczki, które to doprowadzają do 632 dodatkowych przedwczesnych śmierci w Brukseni; które to odpowiadają za co najmniej 20% bronchitów astmatycznych u małych i dużych, że tak pozwolę sobie polecieć francuszczyzną; że można by tego uniknąć, gdyby w Brukseni przestrzegano maksymalnego stężenia tychże cząsteczek, 20 czegoś tam na coś tam, o już mam, mikrogramów na metr z trójką, sześcienny jednakże. Że kosztuje to blisko 740 milionów. Rocznie. Ojro.
Dużo.
Że żeby osiągnąć obniżkę, czeba informować publikę, ustalić plany, a przed wszystkim - wprowadzać je w życie. Zachęcać do stibu, usuwać auta i korki. Działać!
Bo zanieczyszczenie powietrza dotyka dzieci, głównie. Bezbronnych czyly. Duzi sobie poradzą, umrą wcześniej najwyżej, nie wiedząc o tym. Ale dzieci można by ochronić.
Chrońmy więc! Wszyscy wyjdźmy z rezerwy.
Co ty Ksenio wygadujesz, lekarze opuścili rezerwę?
A pacz, stoi jak wół w lesłarze na pierwszej stronie. W papierze i komputerze do tego.
Widzę, jest. Nie o rezerwat chodzi, ale o milczenie.
Więc od początku: lekarze zerwali milczenie. I napisali list otwarty. Do wielu ważnych w Brukseli obojga płci, ministrów, prezydentów, przewodniczących, słowem - do każdej i każdego, kto robi na komisjach miejskich, państwowych i europejskich.
Bo źle się dzieje w tematyce powietrza, co to nam stoi - wisi - ciąży na Sanżilu i w okolicznościach.
Wspólne ci nam one, za darmo je mamy - i robimy z nim, co chcemy. Zatruwamy głównie.
Co mianowicie mówią, chce mianowicie wiedzieć Roman.
Lepiej nie wiedzieć w sumie. Zaczynają od tego, że to drugi list w tej tematyce od 2010 r. Że przez ten czas na dzielnicy i obok, w regionie, niestety niewiele się zmieniło. Jeśli już - to na gorsze.
Chodzi głównie o malutenieczkie cząsteczki, które to doprowadzają do 632 dodatkowych przedwczesnych śmierci w Brukseni; które to odpowiadają za co najmniej 20% bronchitów astmatycznych u małych i dużych, że tak pozwolę sobie polecieć francuszczyzną; że można by tego uniknąć, gdyby w Brukseni przestrzegano maksymalnego stężenia tychże cząsteczek, 20 czegoś tam na coś tam, o już mam, mikrogramów na metr z trójką, sześcienny jednakże. Że kosztuje to blisko 740 milionów. Rocznie. Ojro.
Dużo.
Że żeby osiągnąć obniżkę, czeba informować publikę, ustalić plany, a przed wszystkim - wprowadzać je w życie. Zachęcać do stibu, usuwać auta i korki. Działać!
Bo zanieczyszczenie powietrza dotyka dzieci, głównie. Bezbronnych czyly. Duzi sobie poradzą, umrą wcześniej najwyżej, nie wiedząc o tym. Ale dzieci można by ochronić.
Chrońmy więc! Wszyscy wyjdźmy z rezerwy.
Thursday, 16 November 2017
jutjuber
Dzieje się u nas, nie dokładnie na dzielnicy, ale bardzo blisko. Okoliczności ściśle centralnie brukseńskie. Inna policja lapolis nawet, czyli Bruksenia- stolica-Iksel, nie nasze Midy.
Gran plas i takie tam poniszczyli, co to właśnie eszewini chcieli tam zainstalować lodowiska, kioski, stragany ku uciesze ludu. Plezir diwer za pasem. Grudzień za pasem. Mikołaj za pasem wręcz.
To se poczekają teraz.
Bawi się bowiem młodzież. Z fantazją ułańską, można by powiedzieć, gdyby polskie fantazje nie mroziły krwi ostatnio, szczególnie te niepodległo-urodzinowe.
Wyobrażacie sobie, co to w ogóle jest za kosmos? podnieca się wręcz Roman. Jakiś ktoś z komputera nawołuje do rozrób w mieście i młodzi se wychodzą ze szkół, wsiadają w stiba i normalnie zjeżdżają masowo do miasta. Po czym zaczynają rozwalać co popadnie. Rozumiecie to? Ksenio, ty najprędzej, bo my z Aną to już stare pryki?
Nawet ja tego nie ogarniam, choć owszem, daleko mi do aninych 41.
Środa, więc wolne popołudnie sobie zajęli. Zamiast czytać przykładowo, albo do teatru, och, jak ja bym poszła. Nie wiem, pod wpływem czego bym musiała być, by mnie namówić do wspólnego rozwalania, wydyma wargi Ana Martin. Nawet za młodu.
Pod wpływem ajfona, ot co.
W każdym razie Bruksenia nieźle popłynęła na młodzieńczych wybrykach. Dwa razy na tydzień, to naprawdę przesada, heloł! A do soboty daleko, może jeszcze raz zdołają się zebrać?
Czyszczenie miasta kosztowało tysiaka. Szkody w chodnikach - 3 tysiaki ; nowe kosze -7 tysiaków. Nie mówiąc o światłach i znakach - ho ho ho - 20 tysiaków. Ojro, ani grosza mniej.
To w sobotę. Bo wczoraj, po nawoływaniach jutjubera do dalszego niszczenia brukseńskiego mienia, poszły szyby w sklepach, siedem wielkich szybisk w bibliotece de Munt, lodowisko, samochód, co se tam niewinnie parkował.
Wszystko rękami młodzieży tej naszej złotej, co to przyszłością narodu.
Zatrzymano 31 wyrostków, z tego 21 niepełnoletnich.
Teraz czeba się nimi oraz problemiskiem zająć. Także etnicznie. Co pod tym kątem działo się po sobocie - to wspominać nie będę. Poczytajcie sami. Polityka.
Plezir diwer za pasem!
Subscribe to:
Posts (Atom)