Głupia ta Ana dosłownie jakaś, no słów po prostu brakuje.
Wiecie, co ona dziś z rana wymyśliła, czytając lalibr?
Że w szampionacie zagrają fryzjerzy.
Fryzjerzy mamusiu? A nie zawodnicy? To jak to, oni już wszyscy przegrali i pojechali na wakacje? Z nożyczkami będą grać, w sęsie? W ogóle jak to możliwe? przecież mogą się nabić i płakać!
Płakać to i tak będzie ktoś, Polska lapoloń na ten przykład, jak do domu dziś ruszy, synkowie, wtrącił się na to Roman. Ale fryzjerzy? Faktycznie dziwne.
Mówiłeś tatusiu, że to Belgia gra?
Belżik, cieszy się Groch. A ten drugi kraj? Co przegrają i będą smutni się nudzić?
Fryzjerzy, przecież mamusia mówi, głuchy jesteś Grochu czy co?
Przestań Iwciu!
O te fryzury zapewne chodzi, myśli Ana na głos. Bo ten drugi kraj to Anglia. Ale czy belż, czy angle - włosy na boisku udziwniane już tak, że nie wiadomo wprost, co z tym zrobić jeszcze można, bo na oko wszystko wycięte, wygolone i wytatuowane. Byle oryginalniej przez y - wydyma pogardliwie wargi Ana. Byle lepsze zdjęcia i umowy reklamowe. Rewia mody na głowie normalnie.
Ale że redaktorzy tacy wrażliwi na tym punkcie, to doprawdy.
Ana, aleś ty niemądra! O tych kłofer w tekście ci chodzi?
Ano.
To nie fryzjerzy, tylko stratedzy.
Sratedzy? A co to mamusiu?
Stratedzy. Tacy ustawiacze czyly! Chodzi o to, że mecz nie będzie całkiem na serio, bo wiadomo, że obie drużyny awansują. Ale że ważne jest też potem, kto się spotka z kim, to ustawiacze różni i przeróznie będą kalkulowac, co się bardziej opłaca.
Stąd się wzięło fryzjerstwo. Bo będzie rozczesywanie, układanie i dzielenie włosa na czworo pewnie też.
Aż nie wyczeszą wyniku.
I będą szampionami, tatusiu!
Tuesday, 26 June 2018
Monday, 25 June 2018
matki
Środa to była ostatnia, Sanżil podzielił się na dwa.
Jak dla nas, kobiet niekopiących - był to dzień rozmów, mimo że w tle futbol, jak ostatnio w całym świecie i kosmosie, więc nie tylko u nas na Sanżilu i w okolicznościach, nie to, byśmy byli tacy wyjątkowi akurat, choć i to prawda zaprawdę.
Dobra, jakbyście były ciekawe i ciekawi też, to w tle Marokany grały z Portugalami, czyly Maroko z Portugalią, jak z miejsca poprawiła mnie Ana Martin.
Jak dla nas, kobiet niekopiących - był to dzień rozmów, mimo że w tle futbol, jak ostatnio w całym świecie i kosmosie, więc nie tylko u nas na Sanżilu i w okolicznościach, nie to, byśmy byli tacy wyjątkowi akurat, choć i to prawda zaprawdę.
Dobra, jakbyście były ciekawe i ciekawi też, to w tle Marokany grały z Portugalami, czyly Maroko z Portugalią, jak z miejsca poprawiła mnie Ana Martin.
Słusznie. Sama winnam pamiętać.
Takie tło może i właśnie sprawiło, że kobietom na ef, wszelkich kolorów i narodów, łatwiej było się porozumieć.
Bo oto doszło do pierwszego w historii przemówienia pani Arabki do pani nie-Arabki, czyly Any. I mnie w tle, jak ten futbol doprawdy.
Doszło do tego po dwóch latach wzajemnego uprzejmego jak najbardziej mijania się w parku, jedna w jedną stronę, druga w drugą, obie z dziećmi, z tym że ta nienasza domowa, nie-Ana czyly, już z czecim chadza, a Ana jakoś nie może, ciekawe czemu, starość czyżby.
Co widać gołym, nieuzbrojonym okiem.
I do tego do przemówienia doszło całkowicie naturalnie, Arabka dosiadła się do nas po prostu, jakeśmy tam debatowały nad poziomem akcji feministycznej na ef w Argentynie, owszem, taki kraj jest także i futbol też tam jest nawet; i stamtąd pochodzi femnistyczna rysowniczka z warkoczem, co to ją Ana przydybała i zapoznała.
Bo każda protestuje, na ile może.
Argentynka - uciekając od maczo, o ile dobrze zrozumiałam, i opiekując się niemieckimi dziećmi. To ci zmiana.
Pani Arabka natomiast protestuje na ten przykład wśród swoich przeciwko zabieraniu dzieci ze szkół. Mają się uczyć, twierdzi. Bo pani dzieciarnia, anina czyly - il parl tre bjan wotr lang, madam, felisitasjon.
Moi to po arabsku nie chcą, ja do nich po swojemu, a ci do mnie w francuszczyźnie. Do szkoły arabskiej chodzić nie chcą. Też protestują.
A pani chłopaki, kel aż ąt-il? Mianowicie piękna polszczyzna matczyzna z ich ust się dobywa, mimo że nienasza pani, prawda?
Takie tło może i właśnie sprawiło, że kobietom na ef, wszelkich kolorów i narodów, łatwiej było się porozumieć.
Bo oto doszło do pierwszego w historii przemówienia pani Arabki do pani nie-Arabki, czyly Any. I mnie w tle, jak ten futbol doprawdy.
Doszło do tego po dwóch latach wzajemnego uprzejmego jak najbardziej mijania się w parku, jedna w jedną stronę, druga w drugą, obie z dziećmi, z tym że ta nienasza domowa, nie-Ana czyly, już z czecim chadza, a Ana jakoś nie może, ciekawe czemu, starość czyżby.
Co widać gołym, nieuzbrojonym okiem.
I do tego do przemówienia doszło całkowicie naturalnie, Arabka dosiadła się do nas po prostu, jakeśmy tam debatowały nad poziomem akcji feministycznej na ef w Argentynie, owszem, taki kraj jest także i futbol też tam jest nawet; i stamtąd pochodzi femnistyczna rysowniczka z warkoczem, co to ją Ana przydybała i zapoznała.
Bo każda protestuje, na ile może.
Argentynka - uciekając od maczo, o ile dobrze zrozumiałam, i opiekując się niemieckimi dziećmi. To ci zmiana.
Pani Arabka natomiast protestuje na ten przykład wśród swoich przeciwko zabieraniu dzieci ze szkół. Mają się uczyć, twierdzi. Bo pani dzieciarnia, anina czyly - il parl tre bjan wotr lang, madam, felisitasjon.
Moi to po arabsku nie chcą, ja do nich po swojemu, a ci do mnie w francuszczyźnie. Do szkoły arabskiej chodzić nie chcą. Też protestują.
A pani chłopaki, kel aż ąt-il? Mianowicie piękna polszczyzna matczyzna z ich ust się dobywa, mimo że nienasza pani, prawda?
Proszę, doceniła, a wcale nie wiedziała, że to polszczyzna.
Co też jest pouczające, jak to rzekła Ana, nasz polskocentryzm przesłania nam świat i prawdziwy sęs Sanżila.
Bo jest nam on tylko częściowo polski, a bardziej portugalsko-marokański właśnie, taki jak ten mecz w środowe południe, co świat podzielił.
I sprawił, że kobiety rozmawiały ponad granicami, bo przecież jeszcze aktorka miejscowa się napatoczyła, co to jej Groch poradził: Atąsjon madam, le bebe va tombe.
Pani się zaśmiała i wnet przystąpiła do międzynarodówki feministycznej, mianowicie narzucając temat karmienia. Bo bebe coś nie chce, a ona ma kasting, i co robić.
Ojej, zmartwiły się były wszystkie cztery międzynarodowo. Ojej. To problem. An problem. Un problema.
Ojej.
A Maroko szczelało Portugalom.
Co też jest pouczające, jak to rzekła Ana, nasz polskocentryzm przesłania nam świat i prawdziwy sęs Sanżila.
Bo jest nam on tylko częściowo polski, a bardziej portugalsko-marokański właśnie, taki jak ten mecz w środowe południe, co świat podzielił.
I sprawił, że kobiety rozmawiały ponad granicami, bo przecież jeszcze aktorka miejscowa się napatoczyła, co to jej Groch poradził: Atąsjon madam, le bebe va tombe.
Pani się zaśmiała i wnet przystąpiła do międzynarodówki feministycznej, mianowicie narzucając temat karmienia. Bo bebe coś nie chce, a ona ma kasting, i co robić.
Ojej, zmartwiły się były wszystkie cztery międzynarodowo. Ojej. To problem. An problem. Un problema.
Ojej.
A Maroko szczelało Portugalom.
Thursday, 21 June 2018
opona
Spektakl dla mam - tak rok temu Gdańska nazwała to, co to rozgrywało się przed naszymi matkowymi oczyma na placu zabaw.
Markoni, znacie. Zabawy - dla najmłodszych, a siłka na wolnym powietrzu - dla starszych.
Tak to bowiem sprytnie tu u nas w okolicznościach pomyśleli, że i dziatwa ma uciechę, a dorośli - miejsce do ćwiczeń. Modnie, międzypokoleniowo, multikulti, rowery i takie tam. Bruksenia całą gębą, stolica świata wręcz - a to tylko Forest.
Nawet mamy przedstawienia.
I wystawienia. Się.
Ktoś się wystawia na Markonim, pyta takim tonem, jakby sam się chciał wystawić - Roman.
Młodzi panowie. Ciała swe wystawiają.
Na słońce?
Na jakie słońce. Na spojrzenia matek!
No co wy! Kiedy jak gdzie?
Nie co wy, tylko tak. Codziennie przy ładnej pogodzie. Po odbiorze dzieci, czyli w sam raz na podwieczorek. I to nie my, tylko Gdańska to pierwsza dosadnie ujęła, oznajmiamy solidarnie. Spektakl dla mam i już.
A kto gra mamusiu w tym spektaklu? - bo i najmłodsi dosłyszeli. Czy ja to widziałem? I Groch?
Synku, ten pan, co tak ćwiczy bez koszulki.
Aha, ten, co go rok nie było, a teraz pojawił się po roku jakby? W sęsie trochę go nie było? W nowych włosach i z drugim panem?
Jaki, jaki, chce wiedzieć Groch. Ten z oponą i linami, jak tatuś na filmie?
Groszku - tak, ten pan, co wczoraj rzucał oponą, aż ziemia robiłą bum bum, jak to się mówi mamusiu?
Ziemia dudniła.
Oponą? Jaką oponą? Co wy opowiadacie maluchy?
A tak, prawdę mówią. Na siłkę oponę przytargali. Nie pytaj nas skąd.
Mamusiu, mamusiu, wcale nie z targu opona, tylko z ciężarówki! Kamjon się mówi!
Racja, to racja. Niech będzie - przyturlali. Oponę tę. Huk szedł, że hej.
A oni bum bum.
A matki: zerk - zerk.
A dzieci: nie wiedzą, o co chodzi.
Spektakl pełną gębą. Po prostu Bruksenia.
Markoni, znacie. Zabawy - dla najmłodszych, a siłka na wolnym powietrzu - dla starszych.
Tak to bowiem sprytnie tu u nas w okolicznościach pomyśleli, że i dziatwa ma uciechę, a dorośli - miejsce do ćwiczeń. Modnie, międzypokoleniowo, multikulti, rowery i takie tam. Bruksenia całą gębą, stolica świata wręcz - a to tylko Forest.
Nawet mamy przedstawienia.
I wystawienia. Się.
Ktoś się wystawia na Markonim, pyta takim tonem, jakby sam się chciał wystawić - Roman.
Młodzi panowie. Ciała swe wystawiają.
Na słońce?
Na jakie słońce. Na spojrzenia matek!
No co wy! Kiedy jak gdzie?
Nie co wy, tylko tak. Codziennie przy ładnej pogodzie. Po odbiorze dzieci, czyli w sam raz na podwieczorek. I to nie my, tylko Gdańska to pierwsza dosadnie ujęła, oznajmiamy solidarnie. Spektakl dla mam i już.
A kto gra mamusiu w tym spektaklu? - bo i najmłodsi dosłyszeli. Czy ja to widziałem? I Groch?
Synku, ten pan, co tak ćwiczy bez koszulki.
Aha, ten, co go rok nie było, a teraz pojawił się po roku jakby? W sęsie trochę go nie było? W nowych włosach i z drugim panem?
Jaki, jaki, chce wiedzieć Groch. Ten z oponą i linami, jak tatuś na filmie?
Groszku - tak, ten pan, co wczoraj rzucał oponą, aż ziemia robiłą bum bum, jak to się mówi mamusiu?
Ziemia dudniła.
Oponą? Jaką oponą? Co wy opowiadacie maluchy?
A tak, prawdę mówią. Na siłkę oponę przytargali. Nie pytaj nas skąd.
Mamusiu, mamusiu, wcale nie z targu opona, tylko z ciężarówki! Kamjon się mówi!
Racja, to racja. Niech będzie - przyturlali. Oponę tę. Huk szedł, że hej.
A oni bum bum.
A matki: zerk - zerk.
A dzieci: nie wiedzą, o co chodzi.
Spektakl pełną gębą. Po prostu Bruksenia.
Wednesday, 20 June 2018
allez!
Sanżil i okoliczności powariowały na równi z resztą świata, obwieszcza Ana Martin. Żeby nie można se już normalnie pogadać, by się nie zachwycać jakimś tam penaltim?
Megazachwycać, jak mówi Sąsiadek, ups, mega psze-pra-sza-my!
No dobra, też trochę żeśmy z tego medialnego ryku skorzystali w poniedziałek, nie powiem, niech już będzie, że coś z tego nie wyszło na plusa.
Mianowicie brak kolejek pod ratuszem. Tak, naszym sanżilowskim pałacem, najpiękniejszym w całej Brukseni i okolicy, owszem tu, a gdzieżby targ gdzie indziej niby, jak nie tu, no gdzie?
Było tak, żeśmy se późno na targ poszli, wszystko przez motor Romana, który - feministki na ef to wiedzą - wcale nie mknie, jak na reklamie, tylko głupio stoi w brukseńskim korku, nie to co tramwaj; a więc jak już w dwójkę zjechali na dzielnicę, motor, na nim Roman, nie na odwrót - to wyruszyliśmy pod ratusz.
Ana złorzeczy, że późno, że będzie stanie. Niby mijamy jakichś ludzi pomalowanych, niby trąbią na potęgę - ale Ana twardo zła, nie łapie, co się dzieje w okolicznościach.
A to lebelż, ale! Aleeee! Allez!
Roman milczy skruszony. Motor mu bokiem wychodzi, widzę.
Ja się wyłączam.
Chłopaki wesoło podskakują, wiadomo, szykuje się piadina iwonkowo-groszkowa, w liczbie dwóch.
A tu niespodzianka.
Wcale a wcale nie czeba było czekać. Dziwna pustka. Nikt nie pali, nikt nie pije. Aleeee! Allez!
Paczymy na zegar, sprawdzamy.
Szósta, a nawet pół po.
Dziwne.
Miny targowców nietęgie.
Pytamy dziewczyn, co zacz się dzieje, a one - uśmiechnięte, lecz widać, że i wściekłe nieco na futbol, jak Ana zupełnie, w końcu też femnistki: tu se pa Ana? Le szampjona! Ludzie oszaleli. Do barów pognali, zamiast pić i palić na świeżym powietrzu.
O jezu, kibicują, o jezu, narzeka Ana. Allez! No to nic, nie martwcie się, pewnie zaraz przyjdą. Głodni i głośni. My tymczasem skorzystamy i bez kolejki zakupimy produkty.
I tak się stało. Napłynęli po czech golach, którymi Belgia zmiotła Panią Me, zwaną też Panamem. Kto? Naród, nie ten naród, za to lebelż i labelż wspólnie, a wraz z nimi dziatwa, co to ją na bogato w szkołach obmalowali.
Wszyscy głodni i głośni.
Allez!
I od razu sanżilowska norma. Uff. Można odetchnąć.
A naród, ten naród - we wtorek grał. I przegrał.
Jakoś Ana nie płakała. Za to szloch kibolstwa szedł, oj szedł po Sanżilu i echem się odbijał, i czkawką.
Allez!
Megazachwycać, jak mówi Sąsiadek, ups, mega psze-pra-sza-my!
No dobra, też trochę żeśmy z tego medialnego ryku skorzystali w poniedziałek, nie powiem, niech już będzie, że coś z tego nie wyszło na plusa.
Mianowicie brak kolejek pod ratuszem. Tak, naszym sanżilowskim pałacem, najpiękniejszym w całej Brukseni i okolicy, owszem tu, a gdzieżby targ gdzie indziej niby, jak nie tu, no gdzie?
Było tak, żeśmy se późno na targ poszli, wszystko przez motor Romana, który - feministki na ef to wiedzą - wcale nie mknie, jak na reklamie, tylko głupio stoi w brukseńskim korku, nie to co tramwaj; a więc jak już w dwójkę zjechali na dzielnicę, motor, na nim Roman, nie na odwrót - to wyruszyliśmy pod ratusz.
Ana złorzeczy, że późno, że będzie stanie. Niby mijamy jakichś ludzi pomalowanych, niby trąbią na potęgę - ale Ana twardo zła, nie łapie, co się dzieje w okolicznościach.
A to lebelż, ale! Aleeee! Allez!
Roman milczy skruszony. Motor mu bokiem wychodzi, widzę.
Ja się wyłączam.
Chłopaki wesoło podskakują, wiadomo, szykuje się piadina iwonkowo-groszkowa, w liczbie dwóch.
A tu niespodzianka.
Wcale a wcale nie czeba było czekać. Dziwna pustka. Nikt nie pali, nikt nie pije. Aleeee! Allez!
Paczymy na zegar, sprawdzamy.
Szósta, a nawet pół po.
Dziwne.
Miny targowców nietęgie.
Pytamy dziewczyn, co zacz się dzieje, a one - uśmiechnięte, lecz widać, że i wściekłe nieco na futbol, jak Ana zupełnie, w końcu też femnistki: tu se pa Ana? Le szampjona! Ludzie oszaleli. Do barów pognali, zamiast pić i palić na świeżym powietrzu.
O jezu, kibicują, o jezu, narzeka Ana. Allez! No to nic, nie martwcie się, pewnie zaraz przyjdą. Głodni i głośni. My tymczasem skorzystamy i bez kolejki zakupimy produkty.
I tak się stało. Napłynęli po czech golach, którymi Belgia zmiotła Panią Me, zwaną też Panamem. Kto? Naród, nie ten naród, za to lebelż i labelż wspólnie, a wraz z nimi dziatwa, co to ją na bogato w szkołach obmalowali.
Wszyscy głodni i głośni.
Allez!
I od razu sanżilowska norma. Uff. Można odetchnąć.
A naród, ten naród - we wtorek grał. I przegrał.
Jakoś Ana nie płakała. Za to szloch kibolstwa szedł, oj szedł po Sanżilu i echem się odbijał, i czkawką.
Allez!
Tuesday, 19 June 2018
edycja
Mam zamiar cię wydać, informuje Anę Niebieskooka. Rozgrywa się to bynajmniej nie na Sanżilu, bynajmniej nie za rogiem, za to mianowicie w matczyźnie, bo tam żeśmy trafiły. Na spotkanie tych na ef. Kongresowe. Na ef.
To już wiecie, gdzie żeśmy zjechały. Do kraju na pe. Tego kraju znaczy się, w którym nigdy i wszystko, albo nic lub nikt. Ale nigdy lub zawsze, to akurat pewniak.
Co? zdumiewa się Ana znad rozbabranego plecaka do Niebieskookiej; dodaję od razu, że sama była ci ona niebieskooka niegdyś, a dziś jakby mniej, starość nie radość, mnie też to czeka, oko zblednie i mi.
Co więc? Mnie wydać? Jak to? zdumiewa się jeszcze raz, bo niby skąd- jak- gdzie- jakim cudem wreszcie mają ją znać w tym kraju właśnie.
Ano, ciebie Ano. Podoba mi się, jak piszesz. Naprawdę.
Ale jak to, co ja piszę niby, no co?
Bloga.
Ale jakiego bloga? Kseni bloga?
Pewnie.
Kochana, toż to nie ja, Ana czyly. To Ksenia przecież. To przez nią wszystko, o, tam stoi, pacz se - Ksenia w całej krasie.
Ksasie.
Bruksenia, jak się paczy.
Tak, to ja owszem piszę, zgłaszam się.
Dobra, to cię wydamy, cieszy się Niebieskooka. Jeszcze lepiej, co będziemy aniną starość promować. Młodość! Ksenia! Bruksenia!
To sama przyszłość!
I w ogóle to żadne wydanie, tylko edycja. Tak na marginesie bynajmniej.
To już wiecie, gdzie żeśmy zjechały. Do kraju na pe. Tego kraju znaczy się, w którym nigdy i wszystko, albo nic lub nikt. Ale nigdy lub zawsze, to akurat pewniak.
Co? zdumiewa się Ana znad rozbabranego plecaka do Niebieskookiej; dodaję od razu, że sama była ci ona niebieskooka niegdyś, a dziś jakby mniej, starość nie radość, mnie też to czeka, oko zblednie i mi.
Co więc? Mnie wydać? Jak to? zdumiewa się jeszcze raz, bo niby skąd- jak- gdzie- jakim cudem wreszcie mają ją znać w tym kraju właśnie.
Ano, ciebie Ano. Podoba mi się, jak piszesz. Naprawdę.
Ale jak to, co ja piszę niby, no co?
Bloga.
Ale jakiego bloga? Kseni bloga?
Pewnie.
Kochana, toż to nie ja, Ana czyly. To Ksenia przecież. To przez nią wszystko, o, tam stoi, pacz se - Ksenia w całej krasie.
Ksasie.
Bruksenia, jak się paczy.
Tak, to ja owszem piszę, zgłaszam się.
Dobra, to cię wydamy, cieszy się Niebieskooka. Jeszcze lepiej, co będziemy aniną starość promować. Młodość! Ksenia! Bruksenia!
To sama przyszłość!
I w ogóle to żadne wydanie, tylko edycja. Tak na marginesie bynajmniej.
Monday, 18 June 2018
granica
Siedzę se w leiku, co to jak wiadomo na Fore już jest, siedzę i dumam, kto to w tych gazetach siedzi, że takie rzeczy wypisuje doprawdy.
To znaczy nie ja siedzę sama i nie ja czytam w tym dialekcie, taka to ja niezdolna jeszcze. Nie to, co Ana, co to właśnie co nieco wyczytuje
Właśnie - wtrąca się wywołana Ana - oto właśnie włala, jak bardzo się mylą redaktory i redaktorki też, nawet jeśli są feministkami na ef!
Mianowicie: w temacie sąsiedztwa. Czyli okoliczności. Czyli Fore, co to zahacza o naszego Sanżila najzwyklejszego, swojskiego, więc je znamy poniekąd, Fore - a najbardziej jego śmieci.
O tak, śmieci i kupy.
Bo to jest to, gdzie redaktorzy się mylą właśnie.
Już wyjaśniam. Mianowicie w gazecie tejto podzielili Fore, Forest i Vorst także - wedle uznania i wymowy - na górny i dolny. Dolny to koło placu Sandenis, pisane Saint-Denis, denis-tenis; innej wersji, polskiej czyly, tego imienia chyba nie uświadczymy, heloł!
My tu w okolicznościach własnych - sanżilowskich - znamy za to Fore górny, co rusz na nim bywamy, na takim zakupionym przez psy Markonim chociażby.
I ci redaktorzy, wyobraźcie se, piszą, że górny od dolnego różni się czym? oburza się Ana.
No czym? wysokością? że jedni na górze, a inni na dole? szczelam z głupia frant.
Tym też, wiadomo! Ale tych tam w gazetach głównie uderzyła średnia wieku. Mieszkańców
A co powinni byli napisać?
Co?
Jezusie, co to, oczów nie masz Ksenio? W leiku siedzisz, koło koszy na śmieci, i nie widzisz, co się dzieje?
No co?
Śmieci! śmieci! wszędzie się walają przecież. Śmieci stanowią granicę między dołem a górą, ot co. Wystawione na pełnym nielegalu, i pod względem miejsca, i czasu. I to mimo starań Eszeta, co to nawet radnym se zaplanował być, byle by tylko je usunąć. Spod okien własnych przykładowo, lecz nie tylko, taki to on nie jest wcale a wcale.
Ale mówiłaś, że Eszet mieszka w Fore górnym? Czyly na bogato?
Owszem niby, ale jednak nie na altitud 100, setce samej, gdzie już by worów mniej uświadczył. Te kilka metrów w dół zdają się odgrywać kluczową rolę. A tak to sam musi zapewne rozgrzebywać worki i szukać winnych. Czasami trafia na nazwisko. Nasze swojskie lub nie. Albańskie chociażby.
I na 90 metrów jeszcze pełno śmiecia, a na setce - już nie!
Liczba nielegalnych worów. A nie nielegalnych ludzi. Dobre i to, co Ano?
To znaczy nie ja siedzę sama i nie ja czytam w tym dialekcie, taka to ja niezdolna jeszcze. Nie to, co Ana, co to właśnie co nieco wyczytuje
Właśnie - wtrąca się wywołana Ana - oto właśnie włala, jak bardzo się mylą redaktory i redaktorki też, nawet jeśli są feministkami na ef!
Mianowicie: w temacie sąsiedztwa. Czyli okoliczności. Czyli Fore, co to zahacza o naszego Sanżila najzwyklejszego, swojskiego, więc je znamy poniekąd, Fore - a najbardziej jego śmieci.
O tak, śmieci i kupy.
Bo to jest to, gdzie redaktorzy się mylą właśnie.
Już wyjaśniam. Mianowicie w gazecie tejto podzielili Fore, Forest i Vorst także - wedle uznania i wymowy - na górny i dolny. Dolny to koło placu Sandenis, pisane Saint-Denis, denis-tenis; innej wersji, polskiej czyly, tego imienia chyba nie uświadczymy, heloł!
My tu w okolicznościach własnych - sanżilowskich - znamy za to Fore górny, co rusz na nim bywamy, na takim zakupionym przez psy Markonim chociażby.
I ci redaktorzy, wyobraźcie se, piszą, że górny od dolnego różni się czym? oburza się Ana.
No czym? wysokością? że jedni na górze, a inni na dole? szczelam z głupia frant.
Tym też, wiadomo! Ale tych tam w gazetach głównie uderzyła średnia wieku. Mieszkańców
A co powinni byli napisać?
Co?
Jezusie, co to, oczów nie masz Ksenio? W leiku siedzisz, koło koszy na śmieci, i nie widzisz, co się dzieje?
No co?
Śmieci! śmieci! wszędzie się walają przecież. Śmieci stanowią granicę między dołem a górą, ot co. Wystawione na pełnym nielegalu, i pod względem miejsca, i czasu. I to mimo starań Eszeta, co to nawet radnym se zaplanował być, byle by tylko je usunąć. Spod okien własnych przykładowo, lecz nie tylko, taki to on nie jest wcale a wcale.
Ale mówiłaś, że Eszet mieszka w Fore górnym? Czyly na bogato?
Owszem niby, ale jednak nie na altitud 100, setce samej, gdzie już by worów mniej uświadczył. Te kilka metrów w dół zdają się odgrywać kluczową rolę. A tak to sam musi zapewne rozgrzebywać worki i szukać winnych. Czasami trafia na nazwisko. Nasze swojskie lub nie. Albańskie chociażby.
I na 90 metrów jeszcze pełno śmiecia, a na setce - już nie!
Liczba nielegalnych worów. A nie nielegalnych ludzi. Dobre i to, co Ano?
Wednesday, 13 June 2018
zapisy
Upoważniam cię Ksenio, upoważnia mnie Eszetcezet, jak ją dorywamy na przystanku, ciągnącą za rękę swój numer jeden, do którego niebawem dołączy numer dwa; upoważniam cię więc do opisania mojej kreszowej historii, co to ją żem właśnie przeżyła z numerem jeden pod pachą, a dwójką w brzuchu. A ty Ana też głoś wszem i wobec (tak, takie słowa, albo podobnie mądre padają, jak bumcykcyk, bo Eszetcezet mądra jak nasza Ana Martin prawie że, w książkach robi), że i na Sanżilu ludzie powariowali żłobkowo, zupełnie jakby to była co najmniej jakaś Warszawa, czy bo ja wiem co, nawet nie wiem wręcz.
Zara zara, kochana, dlaczego zgłosiłaś swój brzuch do żłobka na Ikselu, a nie na Sanżilu, lub w jakichś mniej luksusowych okolicznościach, jak przykładowo Fore, gdzie właśnie zresztą właśnie stoimy na Berkendalu. Wstydzisz się Sanżila?
No właśnie nie wiem czemu, za to mam dla was historię!
Ja i wstyd, no co wy, stary mój gminnym kandydatem, a ja się mam wstydzić? Tak po prostu łatwiej ze względu na logistykę szkolną, dwóch by się zgarnęło za jednym razem, a tak czeba się będzie gimnastykować.
Ale już opowiadam.
Więc poszliśmy se na Merże.
Ale to nie tak blisko domu, obliczam.
Nie tak blisko, owszem zgadzam się, za to po drodze do Makampań.
A to prawda. I tam ten żłobek? Nowy jakiś?
Nówka, że hej śmiga. Wszyscy się pchają. Francja elegancja.
Ale to nie nasz Montesori, co przed nim stoimy zresztą?
Nie no co wy. Tu czesne wynosi tysiąc. Tysiaka pełnego, wyobrażacie se? Mil ojro.
Wyobrażamy. Mil pełne. Słyszałyśmy o tym w czasach grochowych i zrezygnowałyśmy.
Zara zara, kochana, dlaczego zgłosiłaś swój brzuch do żłobka na Ikselu, a nie na Sanżilu, lub w jakichś mniej luksusowych okolicznościach, jak przykładowo Fore, gdzie właśnie zresztą właśnie stoimy na Berkendalu. Wstydzisz się Sanżila?
No właśnie nie wiem czemu, za to mam dla was historię!
Ja i wstyd, no co wy, stary mój gminnym kandydatem, a ja się mam wstydzić? Tak po prostu łatwiej ze względu na logistykę szkolną, dwóch by się zgarnęło za jednym razem, a tak czeba się będzie gimnastykować.
Ale już opowiadam.
Więc poszliśmy se na Merże.
Ale to nie tak blisko domu, obliczam.
Nie tak blisko, owszem zgadzam się, za to po drodze do Makampań.
A to prawda. I tam ten żłobek? Nowy jakiś?
Nówka, że hej śmiga. Wszyscy się pchają. Francja elegancja.
Ale to nie nasz Montesori, co przed nim stoimy zresztą?
Nie no co wy. Tu czesne wynosi tysiąc. Tysiaka pełnego, wyobrażacie se? Mil ojro.
Wyobrażamy. Mil pełne. Słyszałyśmy o tym w czasach grochowych i zrezygnowałyśmy.
A w tym to na Merże ile?
Tylko osiem stówek. Letką ręką. No ale nie w tym sęk.
A w czym?
Sęk w tym, że wchodzę.To znaczy najpierw jedynka Jedynak, potem brzuch, potem ja. Nie do końca wchodzimy, bo to drzwi otwarte, dosłownie są więc otwarte, taka kolejka. Stajemy posłusznie, to jest ja i brzuch, bo Jedynak biega.
Tylko osiem stówek. Letką ręką. No ale nie w tym sęk.
A w czym?
Sęk w tym, że wchodzę.To znaczy najpierw jedynka Jedynak, potem brzuch, potem ja. Nie do końca wchodzimy, bo to drzwi otwarte, dosłownie są więc otwarte, taka kolejka. Stajemy posłusznie, to jest ja i brzuch, bo Jedynak biega.
Stoimy. Odliczamy. Dłuży się nam, brzuchowi też, o Jedynaku nie mówiąc.
Więc zaczynam coś przebąkiwać, że może by tak panie nam powiedziały, czy w ogóle jest po co stać, za czym w sęsie - a one, że ma rację, bo właściwie nie ma po co, ani za czym. A już na pewno nie w sęsie zapisu.
My na to, brzuchate i te już nie, abo jeszcze nie, że jak to, co to, że my tu stoimy przecie i czy ona nie widzi, co się tu dzieje, a kierowniczka wydyma na to usta i grzmi: to nie wiedzą, że do naszego żłobka dziecko zapisuje się najlepiej na dwa lata do przodu?
Czy nie widzą, że my tu oferujemy usługi najwyższej kreszowej klasy, i że teraz to nie mają czego szukać? Nawet, jakby się cudem przepisała jedna z drugą z Sanżila na Iksel, do naszej komuny czyly, to już nic nie pomoże! Za późno!
Szło zapisać, zanim się zaciążyło! Myśleć, moje panie, myśleć!
My na to, brzuchate i te już nie, abo jeszcze nie, że jak to, co to, że my tu stoimy przecie i czy ona nie widzi, co się tu dzieje, a kierowniczka wydyma na to usta i grzmi: to nie wiedzą, że do naszego żłobka dziecko zapisuje się najlepiej na dwa lata do przodu?
Czy nie widzą, że my tu oferujemy usługi najwyższej kreszowej klasy, i że teraz to nie mają czego szukać? Nawet, jakby się cudem przepisała jedna z drugą z Sanżila na Iksel, do naszej komuny czyly, to już nic nie pomoże! Za późno!
Szło zapisać, zanim się zaciążyło! Myśleć, moje panie, myśleć!
Subscribe to:
Posts (Atom)