Thursday, 10 October 2019

o nestorze i żuljecie

Achilles zwany Aszilem, Nestor, Gabriela. Anna x 3, w tym jedna Ana Martin, a kolejna przez e. Na końcu. 
Stefcio w wersji nierodzimej zupełnie, Sanżilowej może nieco, ale bez przesady, w Polsce się on nie rodził nam na pewno, Esteban jeden taki czy owaki, ani z Polki raczej.
Bo nie Estefan przecie.
Jesienka - Oton - sztuk 1. Wyjaśnianie trwało długo, co jak dlaczego.
Najbardziej belż imię: Żuliet - jedna. Nijak stąd.
Opiekunka - nie dziecka - bo matki uchodźczej- sztuk jeden.
Labelż rodzone na miejscu raczej: 7 + 3 na dywanach.
Lebelż: 1 stary, 3 w poziomie.
Polonez: sztuk 2 +  1 z Polonez zrodzona. Znacie, znacie.
Rumen: 1 + 1 jak wyżej. 
Nieokreślona matka Estefana, skąd ci ona? - wiedzy brak. Chyba Ameryka, stwierdziłam. A może nawet Portugalia? Nie, na to Ana. Nie Ksenio. Hiszpania.
Dzidziusie sztuczne, ćwiczebne: 3. No co, ćwiczymy na nich masaże, no c.
Uchodźczyni: 1.
Nieletnia, nie licząc tych w poziomie: 1. Łącząca się w jednej osobie z tą wyżej.
Ciemnoskóra, choć nie za bardzo: 1. Jak wyżej plus bebe damskie, nie za ciemne też.
Całe to towarzyccho zebrało się na Uklach, ale zdecydowanie niekomisyjnych, bo w kąciku rodzinnym na Nerstalu i Stalu. Nic tam nie ma. Oprócz nas, rzecz jasna.
I kto zgadnie, kto miał bebe Żulijet? 
No przecie nie ja. Ani nie Ana. My mamy Jesienkę.
Niech się im darzy na ziemi belż, karmionej i karmiącej co to pozwoliła jej ty wyjść z brzucha, a właścicielce brzucha - umknąć, tym dwóm, co są rozwiązaniem tej zagadki.
Czemu i komu? 
Wojnie, Ksenio. Wojnie.
A kraj ich zwie się, jak księżniczka jakaś - Erytreja bowiem.



Tuesday, 8 October 2019

zapuścić się

No, tu to żaden Szumaniak porządny się nie zapuści, oznajmia Ana Martin z satysfakcją, rozglądając się po japońskich okolicznościach, choć one przecie tu blisko zupełnie, za rogiem uklowskim naszym, prawie na Sanżilu, jeśli by liczyć koneksjon 51. Którym żeśmy w te rejony przybyli, zbadać nieznane.
Szkoda, żeśmy się nie założyli.
O co? 
O to, że wysoka komisja tu nie mieszka. Że istnieje i takie Ukle, o którym na Szumanie nie słyszeli.
To tu właśnie. Tak, koło resto portuge, gdzie właśnie trwa karaoke, bo sobota, seiszta fejra, a w seisztę - gambas a wolonte! Od wieków wieków ament!
Za piwo czeba płacić, wino też, ale d tego to klyjentela przyzwyczajona. Wszyscy lokalni. Zero niespodzianek.
Bosko tu!
Za zakrętem na lise franse, którego adeptki i adepci, a zwłaszcza ich rodzice - pewnie w większości w ogóle nie wiedzą, w jakie to zakątki Brukseni puszczają autobusem swe pociechy.
Krzyżyk na drogę i w siną dal, tak to się odbywa - na to Roman. Inaczej by zwariować przyszło, jakby dzieciarnię chcieć rozwieźć na czas. 
Więc jadą se te pociechy, jadą w Ukle głębokie, mijając po drodze czmiela i inne przystanki. No, tu to żeście nie byli. Rodzice pociech też nie
I nie będziecie, chyba że się do japońskich wybierzecie. Co to szczęśliwi teraz, że somsiadów - Martinów - teraz nie za daleko mają.
I wicewersa, jak się mawia tu i ówdzie.
Bo bosko tu. Jeszcze napiszę, dlaczego.

Thursday, 3 October 2019

o madonno

Ksenia, a wiesz, że Katalońscy też mają nianię nie naszą zupełnie - zagaduje mnie Ana Martin, bo obchodach ciężarnych urodzin Wezembeczki. Ormianka z Armenii. Żeby było trudniej spamiętać chyba, bo co?
Ojej, to ile ich mamy, tych obcych? nie mogę się nadziwić. Że też naprawdę już Polska D nie wystarcza na zarobkowanie! W głowie się poprzewracało od tych unii ojropejskich i wolnego handlu, naprawdę.
A dlaczego te osoby miałyby się zatrzymywać w Polsce, Ksenio, szczególnie w czasach Polski D? strofuje mnie Roman. Polki mogą na Sanżil uciekać, to czemu ktoś z dalszych krajów nie?
No bo...no bo...nie wiem, ale czy chcemy tu tylu ruskich?
Postsowjet.
Kto nie chce? Lebelż? Im to nie przeszkadza, tak jak Sanżilakom z Polski. Co przeszkadza zresztą?
No bo ile może być Moldawjen na kursie francuszczyzny, no ile? Dwie, czy rozumiem, ale pięć? Do tego małżeństwo jedno, z problemami? Kto by chciał słuchać o ich problemach po mołdawsku?
Rumuńsku, jeśli już. Po rumuńsku tam mówią.
E tam, ci to po rusku akurat, tyle to zrozumiem.
To akurat dotyka wszystkich, moldawjen i nie moldawjen. Problemy, znaczy się. Może i z francuska łatwiej je rozwiązać, co Roman? zastanawia się Ana na boku? Albo po rumuńsku? O rosyjskim nie zapominając?
Ale wracając do niań: Moldawjen w domu to już norma. Ale Austriacka ma oryginalniej przez y, in Żeorżien, mówiła mi.
Tak ci mówiła, Ksenio? Chyba raczej, że Gruzinka wpada?
No może, ale tamta dodała, że jest z Żeorżi.
Gruzji czyly.
O madonna, może i tak, a co, wszystko jedno.
No nie. Ty jesteś z laPoloń, przykładowo, wszyscy my zresztą, oprócz dzieciarni, bo ona z okoliczności. I chyba głupio ci by było, jakby cię wrzucali do jednego, sowieckiego worka. Post nawet jeśli on jest. Razem z nianiami z Gruzji, Mołdowy, już nie Mołdawii bowiem nawet, no i Armenii, skąd pochodzi niania Katalońskich. To inne narody. Choć bratnio-siostrzane ponoć.
Gotują bosko, podobno. Po gruzińsku, ormiańsku. Bo po mołdawsku - to nie bosko.
Postsowiecko.
O madonno, co za czasy. Co za nianie.




Wednesday, 2 October 2019

majtkowa

Czy sprawiłoby pani kłopot, jakbym stanęła przed panią? Bo pani - jak widzę - ma pełen wózek, alkoholu do tego, dodajmy w cichości ducha, a my tylko kilka rzeczy? No i bebe się niecierpliwi? - zaczyna Ana o 8.30 na Uklach. Wiadomo, odjazd autobusu szkolnego o 7.30, to o 8 można się ustawiać pod sklepem.
Nooo dobra.
Mersi madam.
A jednak nie, o nie. To nie jedna rzecz. No wie pani co, naprawdę jest pani bezczelna. Jednak nie.
Dlaczego ona tak do nas? szepczę do Any Martin.
Zły dzień ma i tyle, wzrusza Ana ramionami.
Nie, nie jestem żadna bezczelna. Prosiłam panią o przysługę. Ale niech se pani już tu stoi.
No wie pani co? Teraz to naprawdę jest pani kulote, że hej.
Majtkowa czyly.
Pani jest! Sama zablokowała wózkiem kasę, że nie ma jak podjechać, a tylko nowe dokłada! odzywa się wsparcie z sąsiedniej kolejki. Naprawdę, madam, ta madam z bebe była bardzo miła, a pani nie jest!
O, widzę, że tu więcej kulote!
Albo pani kupuje, albo nie! O nie, ja se na to nie pozwolę, o nie - zdecydowanym ruchem wyprzedza Ana wózek swoim wózkiem, a klyjenci klaszczą.

Tuesday, 1 October 2019

płuca

Już myślała se Ana, że powrót na Sanżil i w okoliczności oznacza uwolnienie się od dobrych rad stąd i stamtąd. Już se myślała, że to polska, ojczysta, a nawet bardziej matczysta cecha (bo przecie to matki wiedzą wszystko o dzieciach, kto przy zdrowych zmysłach dawałby dziecko ojcu, no kto, przecie nie Polka normalna).
Ana daje na całego, to pierwszy minus. Przecie facet się nie zajmie cha cha, dwie lewe ręce, cha cha, oni nie do dzieci stworzeni.
Drugi minus - za lekko ubrana. Jezu, załóżcie jej skarpetki, Roman, ty załóż, skoro Ana nie chce, zachoruje mi tu to maleństwo, nie mogę patrzeć na te sine stópki.
Nie, my nie zakładamy, sama se załóż, odpowiadała Ana.
I myślała se więc, ze tu tego nie usłyszy. Że Bruksenia ma luz. Niestety, skończył ci się on z nastaniem jesieni.
Pierwszy atak - na oko portugalski - nastąpił w autobusie w środę. Z ust portugalskich chyba. Oczywiście w kurtkach, a jakże, jesień. Mała Jesienka wesoło macha gołymi nogami, a tu nad nią zatroskane: eskel na pa frła! Abije-la, madam
Ana, wściekła, bo tego ranka zachorował kierowca szkolny, a nie Jesienka, cedzi przez zęby: non, el na pa frła. Ną, el wa tre bjan. 
Widać przecie, co?
Pani wysiadła i na tym koniec.
Ale to tylko preludium. Prelud tak zwane, zupełnie jak jedzenie weże na dzielnicy. Bo oto idzie se Ana w kurtce przeciwdeszczowej z tego preluda właśnie. Zadowolona, bo mimo że siódme poty na nią biją, w kurcie gorąco, że hej - to cieszy się odbytą rozmową z Włoszką, cieszy, że jesienka fika nogami, no cieszy. Niedługo. Bo oto na przystanku staje nad nią puchówka.
Puchówka bordo, szalik w pasy, wszystko dopięte, mimo że- heloł - nadal 20 stopni.
I miła, bo czemu nie, puchówka w te słowa: Madam! Abije la! El wa atrape frła tudsłit.
Ana na to, choć zdenerwowana z miejsca, na spokojnie: Nie, nic atrape. Wygląda na szczęśliwą ze swoją grzechotką.
Puchówka się usztywnia: Madam! To gotowe zapalenie płuc! Pnemoni! I do tego mamy epidemię bronszit!
Ana na to: Dziękujemy za troskę. Ona nic nie ma jednak.
I wtedy puchówka sięga na wyższą półkę po argument: Proszę pani! Madam!Od 30. lat jestem medsan żeneralist ze specjalnością pediatrii. To gotowa choroba, taki strój! Niech pani coś zrobi!
I Ana coś robi. Ucina temat, wsiadając do tramwaju.

Thursday, 26 September 2019

sekonder

Mówiłam ci przecież, że on na ciebie paczy. Tylko na ciebie - zapewnia blondynka rudą. Już je Ana raz przyuważyła była w busie i zachwyciła się gwarą.
Nieee. Pa du tout.
Si, il te regarde! Je te dis.
Nie, na Luizę paczył.
Si!
Ale nie idź do niego, błagam! - ruda poprawia jednakże włosy.
Je vais y aller, zobaczysz. W jakiej on jest, francuskiej?
Nie, angielskiej. Ale nie idź, za nic.
O rany, pacz jakie słodkie bebe. Comme elle te regarde. Jezu, nie mogę, jaka mała.
Też takie byłyście, decyduje się ujawnić Ana Martin. Czas szybko leci...ile wy macie lat? 15?
Nie, czynaście, tylko takie jesteśmy wyrośnięte, że wszyscy nam mówią, że piętnaście właśnie bynajmniej.
To która klasa sekonder? Pierwsza? Druga? 
Pierwsza pierwsza. Na razie. Ale ona słodka! 
Nasz tram arrive! Szybko. Vite vite! Do widzenia, orewłar petit!

Tuesday, 24 September 2019

grimonpon

Nie masz ci po prostu czekolady nad grimonpona, nie masz po prostu, i to nie dlatego, że to jakieś Ukle. Kto się nieco zna na Brukseni, wie przecie, że to praktycznie Fore, a może nawet Sanżil.
Czyly żaden luksus, dodajmy. W dzien bez samochodu to się tam można zapuścić, jak się na stibie nie zna i map czytać nie umie, a dziki pies w ajfonie akurat zamarł.
Ale żeby tam jechać? Po czekoladę do tego? Kto to wie o nim?
Ana wie, to i ja wiem. Sąsiadka wie. Roman wie.
Starczy więc.
O właśnie, starczy, a nawet starzy, też wiedzą, przypomina se Ana. Wiecie, co to się tam w piątek zdarzyło, jak żem karmiła w tych 18 stopniach, bo taka temepratura może panować maksymalnie w tym lokalu?
Ano zdarzył się klyjent, brawo tak.
Wchodzi, szura nogami. Jak do siebie wchodzi, panisko, drzwi nie zamyka, mimo że proszą, by te 18 stopni zaczymać w środku. No nic. 
Bez silwuple prosi o balotan, co to jest zwykłym pudełkiem czekoladek, tylko tak się fantastycznie zwie, o mały balotan prosi, narzekając, że drogo.
A jak ma być, rwie się do odpowiedzi Ana, skoro to wszystko za ścianą robią, ręcami własnymi, rozumiesz pan, ile to roboty, chciałoby się krzyknąć?
Nikt nie krzyczy jednak.
Sytuacja się za to rozwija. Bo oto balotan wybrany i miła, za miła pani, pyta: czy coś jeszcze?
I tu klyjent, dotąd niezbyt żwawy, ożywia się i wprost pyta: a co może pani jeszcze zaoferować?
Ana dębieje. Wiosna zamiera i paczy na dęby za oknem. Pani nieruchomieje.
Sekunda niepewności.
Pani wraca uśmiech. Sztuczny i wściekły. Zatacza ręką krąg i pyta: czekolad u nas nie brakuje. Czy czegoś sobie pan życzy?
A stary, że zaejdżuję z wściekłości za Aną, niespeszony zupełnie: E, to - to nie. Kiedyś to były czasy. Kiedyś to kobiety miały coś do zaoferowania. Rozumie panna? Bo madmłazel leci?
Pani udaje, że nie rozumie.
Ana rozumie i nie udaje nawet.
Wiosna nie słucha, uff.
Pan płaci i wychodzi.
Ekspedientka przeklina. Na głos
Ana przeżywa.
Ja wzdycham.