Ojej, to auto jest z czekolady! Prawdziwej! Mlecznej! Pysznej - tak krzyczał wniebogłosy mały Borysek, gdy dostał wczoraj poświąteczny prezent z Sanżila. Z poważną miną dodał: do tego jest to auto makłin, czego nie zrozumiałam, ale tym razem nie byłam jedyna, bo nawet znawczyni większości spraw, Ana Martin, zmarszczyła brwi i skierowała pytający wzrok na Romana, a gdy i ten bezradnie wzruszył ramionami - na Nikę, mamę Boryska. Nika roześmiała się, i powiedziała, że chodzi o bajkę od disneja o samochodach, na punkcie której szaleje jej dziecko; wy też tego nie unikniecie, przepowiada Nika, zaraz się zacznie oglądanie w kółko tych samych odcinków i kupowanie na wyścigi ubrań i gazetów z bohaterami kreskówek, jeszcze kilka miesięcy i żegnaj spokoju ducha!
Gadżetów Ksenia, śmieje się Roman, nie chodzi przecież o gazety, tylko przedmioty, czyli gadżety właśnie, przez dż się pisze, uprzedza moje pytanie. Ech, teraz te bajki są zupełnie inne, niż kiedyś, nie wiadomo, czy to dla dzieci, czy dorosłych, no i nie ma już Reksia, myszki, kaczora i całej czeredy misiów. Gadżety to w ogóle nowość absolutna, można się ubrać od stóp do głów w takiego makłina właśnie albo coś innego, jeszcze brzydszego. A teraz jeszcze ta czekolada, w Łapach nikt by nie uwierzył, że z czekolady da się zrobić auto! Nawet jeśli to tylko makłin.
W Belgii jednak jest to widać norma, ale chyba dlatego, że tu dosłownie nie da się przejść ulicą, by człowieka nie zaatakował szyld sklepu z czekoladą. Jak nie szyld, to leżą tego stosy koło kasy, nawet u Araba na rogu. W najgorszym wypadku - papierek czy sreberko na ulicy. Po czekoladzie białej, mlecznej, półczarnej, czarnej w tylu a tylu procentach (tak jakby w reszcie procentów była biała), gorzkiej, deserowej, jak to się kiedyś na wedlowskiej czytało, słodkiej do granic możliwości, małej, dużej, prostokątnej, z wymyślnymi nadzieniem lub bez niego...Potem maszerują czekoladki, też we wszystkich możliwych formach i kolorach. Pchają do nich już sama nie wiem co, bo widziałam i z lawendą, i z morelami, i z figami - zupełnie jakby to wszystko były towary, które normalny człowiek spodziewa się znaleźć w środku czekoladki.
Konsumpcja i kapitalizm, mówi Ana Martin, wydymając wargi. Po co tyle rodzajów? Zbędne to zupełnie. Ale sama zajada, aż miło patrzeć. Ty Ksenia nie jesteś gorsza, odparowuje Ana. Roman się śmieje z nas, bo on czekolady akurat nie lubi, i bardzo dobrze, twierdzi Ana, więcej dla nas.
Bo jak nie jeść? Firm produkujących to wszystko jest pewnie ze sto, mają ładne i romantyczne nazwy, typowo zagraniczne, niezrozumiałe. Symbole też wymyślne, złocone i diamentowe pewnie, torebki dodają bardzo ładne i nie gną się łatwo, przyjemny prezent, do Polski B dojeżdża niewymięty i nawet księdzu w kolędę nie wstyd wręczyć. Ale z tym makłinem przesadzili, co ma piernik do wiatraka? Albo czekolada do motoryzacji? Może jak Iwonek będzie starszy, to mu Borys wytłumaczy, a i ja co nie co uszczknę, bo wiadomo, że makłin może i z belgijskiej czekolady, ale tuczy, jakby był wedlowski, albo i z 22 lipca, dorzuca Roman. Nieważne, o co mu chodzi, na mleczaki szkodzi równie!
Monday, 14 January 2013
Tuesday, 8 January 2013
(40) paczki
Z tego internetu to jeszcze kiedyś wyjdzie większa draka, przeczuwam to od dawna, a świąteczny galimatias paczkowy tylko mnie w tym utwierdza. Powiedzcie sami, ile paczek można odebrać, a właściwie ich nie odebrać, w przeciągu dwóch dni? No? U nas na Sanżilu - pięciu. I żeby to jeszcze doręczanych przez Pocztę Polską, przez znajomego listonosza, którego zawsze można z daleka wypatrzeć, a jak nie to, to usłyszeć, jak zasuwa na zdezelowanej motorynce, zwłaszcza pod górę. Tu nie, jacyś nieznajomi doręczają, i to inni za każdym razem.
Ksenia, Poczta Polska, jak sama nazwa wskazuje, doręcza przesyłki w Polsce, Belgowie mają swoją, jak każdy naród, poucza Ana Martin. Bpost się nazywa, a fakt, że oznaczenia ma zgoła niepocztowe, jakiś zakrętas na czerwonym tle. Zresztą w Polsce też nie wiadomo, jakie barwy obecnie obowiązują, w Polsce A zauważyłam dziwne uniformy niebiesko-żółte, to może i skrzynki zmienią, zastanawia się na głos? Kiedyś było wiadomo, że zielone skrzynki na listy miejscowe, czerwone na całą resztę, wspomina dalej Ana z łezką w oku pewnie, znam ją, lubi swoje dzieciństwo. I dziwię się: zielone skrzynki? W życiu nie widziałam. Ksenia, bo Łapy za małe, by listy sobie przesyłać w ich obrębie, uśmiecha się Roman, znalazł się wielkomiejski, nie będę wypominać, gdyż to nieładnie, gdzie się narodził, ale to miasto jest małe i na "ty"; tyle powiem.
W każdym razie w Belgii ciężko się połapać, jak wygląda listonosz, bo choć symbol poczty to zakrętas na czerwonym, listonosze chodzą na szaro-czerwono, do tego inni noszą małe paczki, inni wożą duże paki, a jeszcze inni listy. Chyba, tak wynika z moich obliczeń. Na tym jednak nie koniec, przynajmniej w naszym domu. Odkąd mamy Iwonka, mamy też wzmożony ruch przesyłek, jak na Dworcu Centralnym albo na Marszałkowskiej w Warszawie, nie przymierzając; piszę tak, bo słyszałam, jak ktoś używał takiego porównania, sam nie byłam, tylko na Śródmieściu, gdzie strasznie śmierdziało i na pewno nikt by do tego dworca akurat nic nie przyrównywał.
Tak więc oprócz poczty B mamy Gieelesa/Geelesa, zależy, jak kto wymawia, Dehaela, Upsa i inne takie bogato obklejane auta, które co paczka, to przyjeżdżają w odmiennej porze. Ana denerwuje się strasznie i za każdym razem mówi, że to już ostatni raz i że trzeba z tym zrobić porządek. Bo problem polega na tym, że oni mogą przyjść między 9 a 18. Taki mają plan, właściwie go nie mając, jak widać. Wychodzi na to, że najlepiej nie chodzić do pracy, nawet na chwilę do sklepu też nie, bo co, jak się akurat pojawią? I nie daj Boże włączyć muzykę, bo jak się nie usłyszy dzwonka, to też klaps. Klopsssss, syczy Ana, dobra już. Zirytowała się znów, bo jutro, zamiast krążyć z Iwonkiem, musi objechać trzy magazyny za Sanżilem i nawet Forestem, bo cały czas nas nie było: ani o 9:31, ani o 12:16, ani też o 15:44, kiedy paczki właśnie przywieźli, złośliwość rzeczy martwych. Nie złośliwość rzeczy martwych, protestuje Ana, tylko brak logiki i planu, ja to bym ułożyła raz dwa, według dzielnic, takie a takie widełki czasowe i już! Łatwiej by się żyło, i z paczki byłaby radość jak dawniej, gdy dzięki motorynce, jak pisałam, od razu było wiadomo, że jedzie nowe. Czasami okradzione, ale i tak tajemnicze. A teraz? Wszystko z góry wiadomo, co zamówione, w internecie klikamy i czekamy. Ach, gdzie te dawne czasy!
Ksenia, Poczta Polska, jak sama nazwa wskazuje, doręcza przesyłki w Polsce, Belgowie mają swoją, jak każdy naród, poucza Ana Martin. Bpost się nazywa, a fakt, że oznaczenia ma zgoła niepocztowe, jakiś zakrętas na czerwonym tle. Zresztą w Polsce też nie wiadomo, jakie barwy obecnie obowiązują, w Polsce A zauważyłam dziwne uniformy niebiesko-żółte, to może i skrzynki zmienią, zastanawia się na głos? Kiedyś było wiadomo, że zielone skrzynki na listy miejscowe, czerwone na całą resztę, wspomina dalej Ana z łezką w oku pewnie, znam ją, lubi swoje dzieciństwo. I dziwię się: zielone skrzynki? W życiu nie widziałam. Ksenia, bo Łapy za małe, by listy sobie przesyłać w ich obrębie, uśmiecha się Roman, znalazł się wielkomiejski, nie będę wypominać, gdyż to nieładnie, gdzie się narodził, ale to miasto jest małe i na "ty"; tyle powiem.
W każdym razie w Belgii ciężko się połapać, jak wygląda listonosz, bo choć symbol poczty to zakrętas na czerwonym, listonosze chodzą na szaro-czerwono, do tego inni noszą małe paczki, inni wożą duże paki, a jeszcze inni listy. Chyba, tak wynika z moich obliczeń. Na tym jednak nie koniec, przynajmniej w naszym domu. Odkąd mamy Iwonka, mamy też wzmożony ruch przesyłek, jak na Dworcu Centralnym albo na Marszałkowskiej w Warszawie, nie przymierzając; piszę tak, bo słyszałam, jak ktoś używał takiego porównania, sam nie byłam, tylko na Śródmieściu, gdzie strasznie śmierdziało i na pewno nikt by do tego dworca akurat nic nie przyrównywał.
Tak więc oprócz poczty B mamy Gieelesa/Geelesa, zależy, jak kto wymawia, Dehaela, Upsa i inne takie bogato obklejane auta, które co paczka, to przyjeżdżają w odmiennej porze. Ana denerwuje się strasznie i za każdym razem mówi, że to już ostatni raz i że trzeba z tym zrobić porządek. Bo problem polega na tym, że oni mogą przyjść między 9 a 18. Taki mają plan, właściwie go nie mając, jak widać. Wychodzi na to, że najlepiej nie chodzić do pracy, nawet na chwilę do sklepu też nie, bo co, jak się akurat pojawią? I nie daj Boże włączyć muzykę, bo jak się nie usłyszy dzwonka, to też klaps. Klopsssss, syczy Ana, dobra już. Zirytowała się znów, bo jutro, zamiast krążyć z Iwonkiem, musi objechać trzy magazyny za Sanżilem i nawet Forestem, bo cały czas nas nie było: ani o 9:31, ani o 12:16, ani też o 15:44, kiedy paczki właśnie przywieźli, złośliwość rzeczy martwych. Nie złośliwość rzeczy martwych, protestuje Ana, tylko brak logiki i planu, ja to bym ułożyła raz dwa, według dzielnic, takie a takie widełki czasowe i już! Łatwiej by się żyło, i z paczki byłaby radość jak dawniej, gdy dzięki motorynce, jak pisałam, od razu było wiadomo, że jedzie nowe. Czasami okradzione, ale i tak tajemnicze. A teraz? Wszystko z góry wiadomo, co zamówione, w internecie klikamy i czekamy. Ach, gdzie te dawne czasy!
Thursday, 27 December 2012
(39) aldik
Ana Martin mówi, że nie ma to jak Niemcy, a raczej - niemieckie podukty spożywcze. Tanie, dobre, sensownie opisane, niepoudziwniane. Zdrowe też. Łatwo jej to twierdzić, mowę nienawiści chwyta w lot, sama gada po niemiecku, albo godo, jak się podśmiewa Stefan, ten z kolei ze Śląska, więc ma jakieś skrzywienie akcentowe. W ich Polsce A jeszcze całkiem niedawno były Niemcy, ale nie wiem, czy A, B czy C, bo to było chyba jednak przed wojną, i wtedy pisali tam innym alfabetem, więc nawet jakbym wiedziała, gdzie sprawdzić, to i tak bym nie odczytała. Ana i Stefan to inna para kaloszy (ale nie do pary), niemczyznę wyssali chyba z mlekiem matki, a teraz to samo czeka Iwonka, o ile już się nie stało, bo maluch równo zajada, więc pewnie już jest polityglotą. Na razie musimy poczekać, by to potwierdzić, mimo że dzidek jest bardzo zdolny, to jednak jeszcze nie mówi nawet po polsku.
Ana na złość Polakom to o Niemcach mówi, czyli samej sobie też, bo nie wyobrażam sobie, by prawdziwy Polak i Polka, w jej przypadku, mogli coś takiego naprawdę mysleć. Niemcy to jak Rosjanie, tylko z drugiej strony mapy, zachodniej, trochę lepszej niby, ale czy to naprawdę coś zmienia? Wróg to wróg w końcu, trzeba być czujnym i nie ufać za nic, nigdy nie wiadomo, wojny nie ma, ale zaszkodzić nam zawsze mogą. Na przykład złym jedzeniem właśnie.
Śmiałam się więc w cichości ducha z gastronomicznej naiwności Any Martin, i Roman też, ale żarty się skończyły, od kiedy nie możemy już do woli chodzić do Araba, lecz dostaliśmy zlecenie na Aldiego, czyli sklep z niebieskim szyldem, wśród Polaków w Niemczech znany pod nazwą Aldik. Chodziliśmy tam ze wstydem w oczach całą wiosnę, oszukać się nie dało, bo Ana doskonale zna owe podobno świetne produkty i od razu by były wymówki, dlaczego się wstydzimy kupować nie w karfurze albo czempionie. Roman mówił, że to nie ma nic wspólnego ze wstydem, po prostu nie lubi brudnych sklepów, ale Ana, jak się uprze...wiadomo.
Potem Aldik zamknęli. Ana była niepocieszona, skończyło się tanie jedzenie! Roman zacierał ręce, ja nawiązałam znajomości w nowym polskim sklepie.
Ale tym tygodniu okazało się, że widać interesa Niemców szły gorzej i oto Aldik podpatrzył styl u konkurencji i wypiękniał! Chyba na nas się nawet wzorowali, Polakach znaczy. Naprawdę, lśni prawie tak samo, jak galerie handlowe w kraju, bo te tu to dziadostwo, jak mówi Roman, a więc: kafelki, piec do wypieku sztucznych bułek, czyste wózki, przestronne alejki, światło, aż razi! Kamery w każdym rogu! Nowe kasy z komputerkami! Nie ma co prawda sztucznych kwiatów, ale miejsca dość, więc może jeszcze dostawią.
W Aldiku zawsze tłum, bo dużo Sanżilaków się widać nie wstydzi i chyłkiem tam przemyka, z torbami z innych sklepów co prawda, by nie wyszło, że obciach. Swoją drogą nie wiem, jaki stosunek do niemieckich produktów mają lokalni, wychodzi na to, że też chyba z lekka lekceważący, ale co zrobić, skoro gospodarka niemiecka narzuca im swoje reguły gry? Albo i Unia, czasami nie wiadomo. Chodzą w każdym razie na wyścigi, i to prawdziwi Belgowie, nie tylko Polacy i Marokańcy, Marokańczycy się mówi, powtarzam po raz setny, poprawia Ana.
Głupio, bo głupio, ale miałam pisać prawdę i tylko prawdę, więc się przyznam: aż chce mi się chodzić do tego Aldika. Można wziąć wózek, albo pchać Iwonka po prostu, jeździć sobie alejkami, marząc o lepszym życiu, oglądać półki, i nawet zakupy nie bolą tak, jak dawniej. Czasami kogoś spotkam i grzecznie się ukłonię po zagranicznemu, to nic nie kosztuje w końcu. Nawet Roman przyznał, że to chyba najpiękniejszy Aldik świata, a Ana Martin puchnie z dumy, bo ona to już dawno przewidziała.
Ana na złość Polakom to o Niemcach mówi, czyli samej sobie też, bo nie wyobrażam sobie, by prawdziwy Polak i Polka, w jej przypadku, mogli coś takiego naprawdę mysleć. Niemcy to jak Rosjanie, tylko z drugiej strony mapy, zachodniej, trochę lepszej niby, ale czy to naprawdę coś zmienia? Wróg to wróg w końcu, trzeba być czujnym i nie ufać za nic, nigdy nie wiadomo, wojny nie ma, ale zaszkodzić nam zawsze mogą. Na przykład złym jedzeniem właśnie.
Śmiałam się więc w cichości ducha z gastronomicznej naiwności Any Martin, i Roman też, ale żarty się skończyły, od kiedy nie możemy już do woli chodzić do Araba, lecz dostaliśmy zlecenie na Aldiego, czyli sklep z niebieskim szyldem, wśród Polaków w Niemczech znany pod nazwą Aldik. Chodziliśmy tam ze wstydem w oczach całą wiosnę, oszukać się nie dało, bo Ana doskonale zna owe podobno świetne produkty i od razu by były wymówki, dlaczego się wstydzimy kupować nie w karfurze albo czempionie. Roman mówił, że to nie ma nic wspólnego ze wstydem, po prostu nie lubi brudnych sklepów, ale Ana, jak się uprze...wiadomo.
Potem Aldik zamknęli. Ana była niepocieszona, skończyło się tanie jedzenie! Roman zacierał ręce, ja nawiązałam znajomości w nowym polskim sklepie.
Ale tym tygodniu okazało się, że widać interesa Niemców szły gorzej i oto Aldik podpatrzył styl u konkurencji i wypiękniał! Chyba na nas się nawet wzorowali, Polakach znaczy. Naprawdę, lśni prawie tak samo, jak galerie handlowe w kraju, bo te tu to dziadostwo, jak mówi Roman, a więc: kafelki, piec do wypieku sztucznych bułek, czyste wózki, przestronne alejki, światło, aż razi! Kamery w każdym rogu! Nowe kasy z komputerkami! Nie ma co prawda sztucznych kwiatów, ale miejsca dość, więc może jeszcze dostawią.
W Aldiku zawsze tłum, bo dużo Sanżilaków się widać nie wstydzi i chyłkiem tam przemyka, z torbami z innych sklepów co prawda, by nie wyszło, że obciach. Swoją drogą nie wiem, jaki stosunek do niemieckich produktów mają lokalni, wychodzi na to, że też chyba z lekka lekceważący, ale co zrobić, skoro gospodarka niemiecka narzuca im swoje reguły gry? Albo i Unia, czasami nie wiadomo. Chodzą w każdym razie na wyścigi, i to prawdziwi Belgowie, nie tylko Polacy i Marokańcy, Marokańczycy się mówi, powtarzam po raz setny, poprawia Ana.
Głupio, bo głupio, ale miałam pisać prawdę i tylko prawdę, więc się przyznam: aż chce mi się chodzić do tego Aldika. Można wziąć wózek, albo pchać Iwonka po prostu, jeździć sobie alejkami, marząc o lepszym życiu, oglądać półki, i nawet zakupy nie bolą tak, jak dawniej. Czasami kogoś spotkam i grzecznie się ukłonię po zagranicznemu, to nic nie kosztuje w końcu. Nawet Roman przyznał, że to chyba najpiękniejszy Aldik świata, a Ana Martin puchnie z dumy, bo ona to już dawno przewidziała.
Wednesday, 19 December 2012
(38) (nie)użyci
Nadziwić się nie mogę, że gdzie bym nie mieszkała, tam spotykam nieużytych. W Polsce A i B, w Brukseli, na Sanżilu, a nawet w autobusie pomiędzy tymi dwoma miejscami. W Łapach wiadomo było od urodzenia, od kogo można coś pożyczyć, a do kogo lepiej nie zwracać się o przysłowiową szklankę herbaty na starość, chociaż stara nie byłam jeszcze, ale matuś mówiła od razu, że nawet lepiej, bo nie muszę sprawdzać, że tacy i owacy nie dadzą, nawet jeśli tej mojej starości dożyją. Gadania było o tym tyle, że myślałam już, że to tylko Polacy tak potrafią, a tu dziś kolejna niespodzianka: Belgowie też! I to nie tylko ci z Sanżila, gdzie czasami łatwiej o obcokrajowca, np. Polaka, co by mogło tylko potwierdzać to, co opisałam, i cała pisanina by była na nic, lecz nawet ci z innych dzielnic, jak np. z Forestu, czyli lasu dla ułatwienia.
Przyszedł Stefan i mówi, że chodził dziś po sąsiadach, by usunęli auto z miejsca parkingowego pod blokiem, gdyby tam stało oczywiście, bo zazwyczaj nie stoi. Stefan jest estetą, mieszka bogato na swoim i zamówił sobie nową bibliotekę. A że chciał, by chłopakom od noszenia mebli było łatwiej, to przeszedł się po sąsiadach, podobno sympatycznych, że hej, nawet do tego stopnia, że mają sympatyczne psy. Ale psy to tylko zmyłka, bo sąsiedzi, mimo że auta akurat odjechały w siną dal, wcale ale to wcale nie okazali się wyrozumiali dla pleców chłopaków z Romanii (którzy stosują doping cenowy i są tańsi pod względem przeprowadzek od Polaków B nawet) i zaczęli kręcić, że miejsca są im potrzebne, bo co, jeśli nagle przyjedzie tatuś? Papa, czytaj: pa-pa? W końcu święta za pasem, proszę, jacy rodzinni...Stefan patrzył na nich jak na wariatów, w końcu chodziło o zwykłe ludzkie użyczenie na pięć minut, ojce mogą poczekać, ale nie wyszło. Nieużyczenie wyszło za to, jak w Łapach zupełnie, mimo że sąsiedzi jak najbardziej niepolscy. I to mnie dziwi bardzo, ale potwierdza też, że Polska od dawna jest w Europie, a nawet w awangardzie! Miłe i to.
A potem poszło w drugą stronę, bo Stefan posilił się u Adriana rodzimą strawą i przyniósł kapustę. Ana sceptyczna od razu była, jak zobaczyła, że to w worku, pakowane, konfekcjonowane, jak też słyszałam, ładne słowo; nic dobrego nie mogło z tego worka kapuścianego jednak wyjść, jej zdaniem i moim od razu też, jak zobaczyłam jej minę. Mimo że Roman prosił, by dała szansę bezbronnej kapuście, Ana Martin zapakowała Iwonka do wózka i wio oddać kapustę do polskiego sklepu, bo nie lubi, gdy marnują się możliwości zrobienia dobrego uczynku, czyli w tym wypadku oddania kapusty potrzebującym na bigos czy pierogi; u nas od razu zostało zapowiedziane, że takie dania się nie pojawią.
I tu Anę spotkała niespodzianka, bo wchodzimy grzecznie i mówimy, że mamy kapustę, chętnie się podzielimy. Kolejka polska na wskroś patrzy na nas jak na dwie wariatki, tzn. głównie na Anę, bo ja się przezornie schowałam za wózek, czego ta Ana chce, badają wzrokiem, czy to za darmo i czy wypada brać, bo co powie reszta? Moment niezdecydowania, walki wewnętrznej i w końcu jedna z pań wydusza z wydętymi wargami: phi, co nam po napoczętej kapuście! Użytej czyli. Przysięgam, że nie była użyta, a teraz nawet stała się nieużyta wręcz!
Paniom zrobiło się lżej, bo odpadł problem moralny, można było nadal kupować na święta. Ana natomiast obdzieliła blondynę tym swoim rozbawionym wzrokiem, którym patrzy na tych, co niespełna rozumu, niech ma za swoje! I poszłyśmy do domu, gdzie Roman się tylko uśmiał, bo miał dowód, że nadskakiwanie obcym nie ma sensu. Czyli nieużycie wygrywa jednak.
Przyszedł Stefan i mówi, że chodził dziś po sąsiadach, by usunęli auto z miejsca parkingowego pod blokiem, gdyby tam stało oczywiście, bo zazwyczaj nie stoi. Stefan jest estetą, mieszka bogato na swoim i zamówił sobie nową bibliotekę. A że chciał, by chłopakom od noszenia mebli było łatwiej, to przeszedł się po sąsiadach, podobno sympatycznych, że hej, nawet do tego stopnia, że mają sympatyczne psy. Ale psy to tylko zmyłka, bo sąsiedzi, mimo że auta akurat odjechały w siną dal, wcale ale to wcale nie okazali się wyrozumiali dla pleców chłopaków z Romanii (którzy stosują doping cenowy i są tańsi pod względem przeprowadzek od Polaków B nawet) i zaczęli kręcić, że miejsca są im potrzebne, bo co, jeśli nagle przyjedzie tatuś? Papa, czytaj: pa-pa? W końcu święta za pasem, proszę, jacy rodzinni...Stefan patrzył na nich jak na wariatów, w końcu chodziło o zwykłe ludzkie użyczenie na pięć minut, ojce mogą poczekać, ale nie wyszło. Nieużyczenie wyszło za to, jak w Łapach zupełnie, mimo że sąsiedzi jak najbardziej niepolscy. I to mnie dziwi bardzo, ale potwierdza też, że Polska od dawna jest w Europie, a nawet w awangardzie! Miłe i to.
A potem poszło w drugą stronę, bo Stefan posilił się u Adriana rodzimą strawą i przyniósł kapustę. Ana sceptyczna od razu była, jak zobaczyła, że to w worku, pakowane, konfekcjonowane, jak też słyszałam, ładne słowo; nic dobrego nie mogło z tego worka kapuścianego jednak wyjść, jej zdaniem i moim od razu też, jak zobaczyłam jej minę. Mimo że Roman prosił, by dała szansę bezbronnej kapuście, Ana Martin zapakowała Iwonka do wózka i wio oddać kapustę do polskiego sklepu, bo nie lubi, gdy marnują się możliwości zrobienia dobrego uczynku, czyli w tym wypadku oddania kapusty potrzebującym na bigos czy pierogi; u nas od razu zostało zapowiedziane, że takie dania się nie pojawią.
I tu Anę spotkała niespodzianka, bo wchodzimy grzecznie i mówimy, że mamy kapustę, chętnie się podzielimy. Kolejka polska na wskroś patrzy na nas jak na dwie wariatki, tzn. głównie na Anę, bo ja się przezornie schowałam za wózek, czego ta Ana chce, badają wzrokiem, czy to za darmo i czy wypada brać, bo co powie reszta? Moment niezdecydowania, walki wewnętrznej i w końcu jedna z pań wydusza z wydętymi wargami: phi, co nam po napoczętej kapuście! Użytej czyli. Przysięgam, że nie była użyta, a teraz nawet stała się nieużyta wręcz!
Paniom zrobiło się lżej, bo odpadł problem moralny, można było nadal kupować na święta. Ana natomiast obdzieliła blondynę tym swoim rozbawionym wzrokiem, którym patrzy na tych, co niespełna rozumu, niech ma za swoje! I poszłyśmy do domu, gdzie Roman się tylko uśmiał, bo miał dowód, że nadskakiwanie obcym nie ma sensu. Czyli nieużycie wygrywa jednak.
Monday, 17 December 2012
(37) afryka
Jakby na Sanżilu było mało afrykańskich wpływów w postaci arabskich sklepów, kuskusu, wózków z doczepionym pięciorgiem dzieci, wyjazdów na Wyspy Kanadyjskie - do tego całego galimatiasu międzykontynentalnego dołożył się znienacka i mały Iwonek. Nie wiedząc o tym nawet. Lubią go wszyscy, bo się wdzięcznie uśmiecha, tak więc ma swoje grono lajkujące go od czterech miesięcy. Ana i Roman chodzą z nim tu i ówdzie, w miejsca, w które ja się w ogóle nie zapuszczam, jak Midy, ulica Ot, ale tylko w wymowie, w piśmie przez H, słowem - tam, gdzie swojego nie uświadczysz, chyba że wraca z kościoła, bo właśnie przez Hot wiedzie najkrótsza trasa. Może Włoch czasami jakoś przejdzie, ale jaśniejszych włosów prawie w ogóle nie widać.
Bredzisz Ksenia, podgląda Roman, sama masz kruczoczarne włosy, jak na moje oko, a Roman ma jak na faceta całkiem niezłe oko do kolorów, przyznaje Ana, co odnotowuję, bo rzadko jej się zdarza komuś przytaknąć, zazwyczaj jest protest. Przyznaj, żeś farbowana nie wiadomo ile razy, ciągnie Roman z miną, jakby w ogóle sam kiedyś się farbował; też mi ekspert. Dobrze, że jak to facet nie zdaje sobie sprawy, że nie wiadomo też, jaki mam kolor włosów, ale to już moje i matusi zmartwienie będzie, jak przyjdzie się wysztafirować na ślub kiedyś. Oby!
W sumie muszę sprostować: to nie Roman chce wszędzie chodzić, gdzie brudnawo, Ana go ciąga, a ponieważ lubi trafiać tam, gdzie chce, to zawsze skończą na kawie w najdziwniejszej kawiarni na Midach: prowadzi ją brodacz z Islandii, obsługuje dziewczyna z Sanżila, a kawę robi wielki, przystojny murzyn lub czarny, jak mi pisać kazali, z kraju o nazwie bliźniaczej do naszej dzielnicy, Sangal się nazywa. To nie koniec: wszyscy mówią w obcym języku, i żeby to przynajmniej był angielski, który dla wielu ludzi jest oficjalnym obcym językiem! Nie - nie zgadniecie: po włosku, jakby Włochy miały coś wspólnego z kawą! A espreso to po jakiemu niby, pyta Roman. Jak po jakiemu? Po tutejszemu przecież, belgijsku i francusku chyba też, patrzę na niego z politowaniem, co jak co, ale tego to się akurat zdążyłam nauczyć. A nie! tryumfuje Roman, po włosku właśnie! Dobra, odpuszczam mu, niech ma, w końcu ma z Aną ciężkie życie, może mu się pomylić ze zmęczenia.
Ale kawę robią dobrą, przyznam im, autentyczny fakt. Podobno ziarna są prosto z Afryki, ale nie z Sangalu, tylko Atopii. Ana mówi, że kawa stamtąd pochodzi, ale w to już się na pewno nie dam wkręcić, wszyscy wiedzą, że turecka i pod Wiedniem przez Polaków przejęta, przez samych huzarów. W kawiarni mili są, mimo że tak dziwni. I od słowa do słowa powstał właśnie ten afrykański pomysł, bo ten o dwóch nazwach, nie będę się powtarzać jakich, tak lubi Iwonka, że powiedział, że mu sprowadzi z Sangalu ubranko w kolorach Afryki, by mu było weselej pod szarym sanżilowskim niebem. Nie chciałam wtrącać, że Iwonkowi jest bardzo wesoło i bez egzotycznych łaszków, siedzę przy nim, to wiem, ile się nawierzga, ale potem pomyślałam: to dopiero będzie coś! Mały Polak w Belgii w ubraniu z Sangalu. Mam nadzieję, że nie będzie jednak końca świata i że zrobię zdjęcie, bo bez dowodu na fejsie nikt mi przecież w Łapach w takie coś nie uwierzy!
Bredzisz Ksenia, podgląda Roman, sama masz kruczoczarne włosy, jak na moje oko, a Roman ma jak na faceta całkiem niezłe oko do kolorów, przyznaje Ana, co odnotowuję, bo rzadko jej się zdarza komuś przytaknąć, zazwyczaj jest protest. Przyznaj, żeś farbowana nie wiadomo ile razy, ciągnie Roman z miną, jakby w ogóle sam kiedyś się farbował; też mi ekspert. Dobrze, że jak to facet nie zdaje sobie sprawy, że nie wiadomo też, jaki mam kolor włosów, ale to już moje i matusi zmartwienie będzie, jak przyjdzie się wysztafirować na ślub kiedyś. Oby!
W sumie muszę sprostować: to nie Roman chce wszędzie chodzić, gdzie brudnawo, Ana go ciąga, a ponieważ lubi trafiać tam, gdzie chce, to zawsze skończą na kawie w najdziwniejszej kawiarni na Midach: prowadzi ją brodacz z Islandii, obsługuje dziewczyna z Sanżila, a kawę robi wielki, przystojny murzyn lub czarny, jak mi pisać kazali, z kraju o nazwie bliźniaczej do naszej dzielnicy, Sangal się nazywa. To nie koniec: wszyscy mówią w obcym języku, i żeby to przynajmniej był angielski, który dla wielu ludzi jest oficjalnym obcym językiem! Nie - nie zgadniecie: po włosku, jakby Włochy miały coś wspólnego z kawą! A espreso to po jakiemu niby, pyta Roman. Jak po jakiemu? Po tutejszemu przecież, belgijsku i francusku chyba też, patrzę na niego z politowaniem, co jak co, ale tego to się akurat zdążyłam nauczyć. A nie! tryumfuje Roman, po włosku właśnie! Dobra, odpuszczam mu, niech ma, w końcu ma z Aną ciężkie życie, może mu się pomylić ze zmęczenia.
Ale kawę robią dobrą, przyznam im, autentyczny fakt. Podobno ziarna są prosto z Afryki, ale nie z Sangalu, tylko Atopii. Ana mówi, że kawa stamtąd pochodzi, ale w to już się na pewno nie dam wkręcić, wszyscy wiedzą, że turecka i pod Wiedniem przez Polaków przejęta, przez samych huzarów. W kawiarni mili są, mimo że tak dziwni. I od słowa do słowa powstał właśnie ten afrykański pomysł, bo ten o dwóch nazwach, nie będę się powtarzać jakich, tak lubi Iwonka, że powiedział, że mu sprowadzi z Sangalu ubranko w kolorach Afryki, by mu było weselej pod szarym sanżilowskim niebem. Nie chciałam wtrącać, że Iwonkowi jest bardzo wesoło i bez egzotycznych łaszków, siedzę przy nim, to wiem, ile się nawierzga, ale potem pomyślałam: to dopiero będzie coś! Mały Polak w Belgii w ubraniu z Sangalu. Mam nadzieję, że nie będzie jednak końca świata i że zrobię zdjęcie, bo bez dowodu na fejsie nikt mi przecież w Łapach w takie coś nie uwierzy!
Saturday, 15 December 2012
(36) rezydencja
Jak tak dalej pójdzie, to zajdę naprawdę daleko, dalej i wyżej nawet niż ten Polak, co w najnowszej historii wykonał skok przez płot i teraz uczą o nim podobno w całej Europie, a może nawet świecie? Ja, Ksenia z łapskiej Polski B jak Białoruś, która leży tuż za lasem, choć kłócą się po piwku, czy to nie Łotwa, która gdzieś też tam podobno powstała w międzyczasie w pobliżu, tak więc ja, Ksenia, trafiłam na polityczne salony. Więcej: zostałam na nie wręcz wciągnięta - ręką Any Martin, nie historii, ale to jeszcze przyjdzie.
Wszystko znowu przez kobiety. Ach, ten feminizm to mnie do grobu wpędzi, dziwi mnie, że Ana Martin jeszcze się jakoś trzyma, ba! - wręcz twierdzi, że lepiej, niż tam, gdzie kiedyś mieszkała, w prowansji luksemburskiej. Feminizm każe Polkom w Sanżilu (i chodzą słuchy, że gdzie indziej w Brukseli też) nie tylko pracować cały dzień na równi z facetami, potem użerać się w domu z rodziną i jeszcze wieczorem instruować na przykład mnie, jak przeżyć w zdominowanym przez mężczyzn świecie, ale dodatkowo zajmować sobie wszystkie weekendy działalnością. Taką dobroczynną, czytaj: zadatkiem na zbawienie, na wszelki wypadek, strzeżonego Pan Bóg strzeże.
I działają: tu książki poczytają i omówią (tak jakby uszy nie więdły już od słuchania opowieści Romana i Any o tym, co czytają, zupełnie, jakby telewizji nie można sobie w spokoju pooglądać, której zresztą nie mają, sobie nawzajem po inteligencku opowiadają! też mi hoby...), to pomalują pisanki, to kogoś zaproszą i sobie pospijają nawzajem miód z dzióbków, wreszcie - raz do roku organizują Mikołajki dla dzieciarni. Niepolski zwyczaj, jak wyczytałam, ale w międzyczasie już nawet na Wschodzie w Rumunii i Bułgarii obchodzony, sama widziałam u Araba, że sprzedaje czekoladowe aniołki, tak więc zakładam, że i on świętuje, a dzieci na pewno, w końcu w sanżilowskiej szkole chowane, tak więc się nie oburzyłam, że się nie godzi, i niebacznie powiedziałam Anie, że wspomogę feminizm. Ana na to z radością, że każda para rąk do pracy się przyda, widzę Ksenia, że idziesz w dobrą stronę, i od razu mnie zapisała do robienia sałatki warzywnej, tu zwanej rus; nawet się ucieszyłam, bo u nas na Sanżilu jej w domu nie uświadczysz, Ana nie znosi majonezu i zapachu gotowanego selera, a Roman, który znosi, i to bardzo chętnie nawet, nie ma w tym względzie wystarczającej siły przebicia.
Pogratulowałam więc sobie nawet w duchu, że przynajmniej raz zjem po polsku, choć sałatka w tłumaczeniu rosyjska, wsiadam z Aną do auta, myśląc, że jedziemy do nas do polskiej parafii, że będzie jak u siebie, tylko więcej dzieci, nagle patrzę - a Ana już na Montgomerach i zatrzymuje się przed prezydencją! Rezydencją, śmieje się Roman, obojętnie czym, w każdym razie - przed wielkim domiskiem! O nie, zaparłam się, tam to ja nie wejdę! Za nic w świecie, poza tym nie mam paszportu nawet! Ana na to, że w kuchni już na nas czekają i autentycznie, fakt, wciągnęła mnie do środka w ten wielki świat przez drzwi automatyczne, łatwo jej poszło, same się rozstąpiły, bo automatyczne właśnie.
W środku od razu w oczy buch! wielki obraz, ciężko się połapać, o co chodzi, ale to algebra. Algebra, nie rozumie Roman? No tak, taka metafaza...Metafora! połapał się biedak, co on czyta w tych książkach, słownik by przekartkował...I nie algebra, tylko alegoria, poucza Roman, dlatego tak się nazywa, by każdy widział w nim, co chce, łącznie z malarzem, już zmarł, że uzupełnię. Ja tam dojrzałam granatowo-szare zawijasy, ale to nic, bo już znów dech mi zaparło, pokoi w domisku nie wiem ile, na każdych drzwiach tabliczka z nazwą funkcji, mieni się przed oczyma od tych sekretarek, asystentów, radców, ach, wspaniały świat! Piękny po prostu! I jakie piękne błyszczące kafelki, nawet w łazience tam, gdzie odpada nieco umywalka!
Popodziwiałam, ile się dało, i wzięłam się do roboty. Feministki nawet całkiem całkiem, nie za brzydkie wcale, i o dziwo mają mężów, a dzieci jeszcze więcej. Nie rozumiem, bo w Polsce i tu na kazaniu mówili, że to zaraza bezdzietna jakaś, a tu wszystkie miłe i normalne jak ja prawie...Zabawa wyszła cacy, było polskie jadło, polskie tak zwane akcenty i niepolskie też, zagraniczni mężowie, hałas i harmider, że aż się o Iwonka bałam, że się polskości przestraszy, ale nie trzeba było - niemowlaki, starszaki i uczniowie wydawali się bardzo zadowoleni, nikt się nie zatruł ani nie upił, ze starych też nie, tak więc pełen sukces, jak na mój gust, i na pewno poważniej pomyślę o feminizmie, bo widzę, że to prosta droga do kariery dyplomatycznej, o jakiej się w Łapach nikomu nie śniło.
Wszystko znowu przez kobiety. Ach, ten feminizm to mnie do grobu wpędzi, dziwi mnie, że Ana Martin jeszcze się jakoś trzyma, ba! - wręcz twierdzi, że lepiej, niż tam, gdzie kiedyś mieszkała, w prowansji luksemburskiej. Feminizm każe Polkom w Sanżilu (i chodzą słuchy, że gdzie indziej w Brukseli też) nie tylko pracować cały dzień na równi z facetami, potem użerać się w domu z rodziną i jeszcze wieczorem instruować na przykład mnie, jak przeżyć w zdominowanym przez mężczyzn świecie, ale dodatkowo zajmować sobie wszystkie weekendy działalnością. Taką dobroczynną, czytaj: zadatkiem na zbawienie, na wszelki wypadek, strzeżonego Pan Bóg strzeże.
I działają: tu książki poczytają i omówią (tak jakby uszy nie więdły już od słuchania opowieści Romana i Any o tym, co czytają, zupełnie, jakby telewizji nie można sobie w spokoju pooglądać, której zresztą nie mają, sobie nawzajem po inteligencku opowiadają! też mi hoby...), to pomalują pisanki, to kogoś zaproszą i sobie pospijają nawzajem miód z dzióbków, wreszcie - raz do roku organizują Mikołajki dla dzieciarni. Niepolski zwyczaj, jak wyczytałam, ale w międzyczasie już nawet na Wschodzie w Rumunii i Bułgarii obchodzony, sama widziałam u Araba, że sprzedaje czekoladowe aniołki, tak więc zakładam, że i on świętuje, a dzieci na pewno, w końcu w sanżilowskiej szkole chowane, tak więc się nie oburzyłam, że się nie godzi, i niebacznie powiedziałam Anie, że wspomogę feminizm. Ana na to z radością, że każda para rąk do pracy się przyda, widzę Ksenia, że idziesz w dobrą stronę, i od razu mnie zapisała do robienia sałatki warzywnej, tu zwanej rus; nawet się ucieszyłam, bo u nas na Sanżilu jej w domu nie uświadczysz, Ana nie znosi majonezu i zapachu gotowanego selera, a Roman, który znosi, i to bardzo chętnie nawet, nie ma w tym względzie wystarczającej siły przebicia.
Pogratulowałam więc sobie nawet w duchu, że przynajmniej raz zjem po polsku, choć sałatka w tłumaczeniu rosyjska, wsiadam z Aną do auta, myśląc, że jedziemy do nas do polskiej parafii, że będzie jak u siebie, tylko więcej dzieci, nagle patrzę - a Ana już na Montgomerach i zatrzymuje się przed prezydencją! Rezydencją, śmieje się Roman, obojętnie czym, w każdym razie - przed wielkim domiskiem! O nie, zaparłam się, tam to ja nie wejdę! Za nic w świecie, poza tym nie mam paszportu nawet! Ana na to, że w kuchni już na nas czekają i autentycznie, fakt, wciągnęła mnie do środka w ten wielki świat przez drzwi automatyczne, łatwo jej poszło, same się rozstąpiły, bo automatyczne właśnie.
W środku od razu w oczy buch! wielki obraz, ciężko się połapać, o co chodzi, ale to algebra. Algebra, nie rozumie Roman? No tak, taka metafaza...Metafora! połapał się biedak, co on czyta w tych książkach, słownik by przekartkował...I nie algebra, tylko alegoria, poucza Roman, dlatego tak się nazywa, by każdy widział w nim, co chce, łącznie z malarzem, już zmarł, że uzupełnię. Ja tam dojrzałam granatowo-szare zawijasy, ale to nic, bo już znów dech mi zaparło, pokoi w domisku nie wiem ile, na każdych drzwiach tabliczka z nazwą funkcji, mieni się przed oczyma od tych sekretarek, asystentów, radców, ach, wspaniały świat! Piękny po prostu! I jakie piękne błyszczące kafelki, nawet w łazience tam, gdzie odpada nieco umywalka!
Popodziwiałam, ile się dało, i wzięłam się do roboty. Feministki nawet całkiem całkiem, nie za brzydkie wcale, i o dziwo mają mężów, a dzieci jeszcze więcej. Nie rozumiem, bo w Polsce i tu na kazaniu mówili, że to zaraza bezdzietna jakaś, a tu wszystkie miłe i normalne jak ja prawie...Zabawa wyszła cacy, było polskie jadło, polskie tak zwane akcenty i niepolskie też, zagraniczni mężowie, hałas i harmider, że aż się o Iwonka bałam, że się polskości przestraszy, ale nie trzeba było - niemowlaki, starszaki i uczniowie wydawali się bardzo zadowoleni, nikt się nie zatruł ani nie upił, ze starych też nie, tak więc pełen sukces, jak na mój gust, i na pewno poważniej pomyślę o feminizmie, bo widzę, że to prosta droga do kariery dyplomatycznej, o jakiej się w Łapach nikomu nie śniło.
Thursday, 6 December 2012
(35) piotrusie
Nie wiem, czy to dobry znak, czy zły, to jeszcze w kwestii końca świata, ale jak bumcykcyk widziałam dzisiaj Mikołaja w płaszczu takim jak ten nasz, kokakolowy, znany od lat każdemu dziecku, a z nim...no nie wiem, czy zabrzmię jakoś niefer całkowicie wobec ludzi z innego kontynentu, wiecie którego, tego pod Europą i na A, wielkie A, uczyli, ale wraz z nim szło dwóch czarnych. Czy Czarnych? A może Murzynów? Albo Małrów, podpowiada Ana, to od tego się wszystko wzięło. Maurów, Ksenia, krzyczy Ana Martin. Więc jak napisać, pytam, a ona, że po polsku Czarni brzmi nie bardzo, jeśli chodzi o gramatykę i historię, że u nas, znaczy się stare u nas, w Polsce A i B, niewolnictwa nie było, więc teoretycznie nie ma powodów, by eliminować z języka słowo Murzyn, no ale że skoro ktoś nie chce być nazywany jakimś słowem, to nie ma na niego siły, i musi być Czarny. Ktoś teoretyczny oczywiście, bo chodzi o wszystkich ktosiów ciemnoskórych ogólnie. Aha, profesor medialny, choć brzydki, z telewizji też to powiedział, że język polski lubi Murzyna i go nie dyskryminuje, ale że jak się ktoś źle z tym czuje, to niech będzie Czarny. Brzmi źle, krzywi się Ana, ale to kalka z amerykańskiego, gdzie oni się nazywają blek. Kalka nie wiem jakim cudem, skoro to słowo zwykłe, i do tego inne niż blek, bo na 'cz' się zaczyna, ale Roman mówi, że Ana ma rację. Nie mruga nawet porozumiewawczo, co oznaczałoby: nie ma racji, ale dajmy spokój, więc wnoszę z tego, że trzeba napisać Czarny i każdy będzie szczęśliwy: Ana, Czarni, profesor, a nawet Roman, bo konfliktu brak.
Szli sobie więc sobie jak gdyby nigdy nic po Sanżilu i rozdawali prezenty. Mikołaj zwykły, najzwyklejszy, z brzydką, włochatą brodą, w czerwonym płaszczu i cerą z solarium, a z nim dwóch pomalowano na czarno Białych. Po rysach poznałam. Na czarno napisałam z małej, chyba wolno? Mieli peruki i stroje klaunów, ogólnie wszyscy byli nie za bardzo skoncentrowani na rozdawaniu prezentów, ale jak mieli być, skoro rozmawiali właśnie przez komórki zwane tu żeesemami? Zła byłam, bo Iwonek akurat nie spał, może by mu się trafiła jakaś darmowa czekoladka, to bym ją zjadła, bo Iwonek nie może, a zresztą się jeszcze naje, skoro na Sanżilu będzie mieszkał; dobre są te czekoladki belgijskie, inne niż wedlowskie katbury zupełnie, ale też niczego sobie, całkiem nieźle im wyszły.
Opowiedziałam wszystko w domu, a Roman na to, że oni czarni, bo to czarni piotrusiowie. Czy piotrusie? Przed tym to serio nikt mnie nie przestrzegał przed przyjazdem do Belgii, że taki szok mnie w grudniu czeka. Ana się wtrąca, na kurs belgijskiego chodziła w końcu, nie belgijskiego, tylko niderlanckiego, poprawia, i jeszcze znajduje, że przez 'dz' się pisze, a nie 'c'. I na tym kursie, odnoszącym się do Holandii, mętlik zupełny, potem się połapię może, uczyli, że w tej części świata nie ma tak dobrze, jak u nas, by tylko Mikołaj prezenty rozdawał, oj nie. Częściej ma się szansę spotkać właśnie czarnych piotrusiów, w końcu i na Sanżilu stosunek do Mikołaja wyniósl 2:1, banda łysego, a oni potrafią dokładnie wypytać o zachowanie, nie dać nic, albo co najwyżej nieobraną pomarańczę, a nawet - zdzielić rózgą.
Ana mówi, że i w Polsce, jak ona była mała, prywaciarze produkowali posrebrzane rózgi. Roman był wtedy nieco większy, ale pamięć ma gorszą, to nie pamięta. Ana mówi, że to na sto procent prawda, ale teraz nikt rózg nie chce, nie opłaca się produkcja, bo wszystko musi być cacy i wszyscy są niby grzeczni, bo jak inaczej sprzedać te masy prezentów? Dlatego może za rok znajdę fuchę jako Czarny albo Czarna, bo robota spokojna, Czarni spokojnie mogą gadać przez ajfony, bo nikt się ich nie boi, nawet niderlandzkie dzieci przez 'dz'.
Szli sobie więc sobie jak gdyby nigdy nic po Sanżilu i rozdawali prezenty. Mikołaj zwykły, najzwyklejszy, z brzydką, włochatą brodą, w czerwonym płaszczu i cerą z solarium, a z nim dwóch pomalowano na czarno Białych. Po rysach poznałam. Na czarno napisałam z małej, chyba wolno? Mieli peruki i stroje klaunów, ogólnie wszyscy byli nie za bardzo skoncentrowani na rozdawaniu prezentów, ale jak mieli być, skoro rozmawiali właśnie przez komórki zwane tu żeesemami? Zła byłam, bo Iwonek akurat nie spał, może by mu się trafiła jakaś darmowa czekoladka, to bym ją zjadła, bo Iwonek nie może, a zresztą się jeszcze naje, skoro na Sanżilu będzie mieszkał; dobre są te czekoladki belgijskie, inne niż wedlowskie katbury zupełnie, ale też niczego sobie, całkiem nieźle im wyszły.
Opowiedziałam wszystko w domu, a Roman na to, że oni czarni, bo to czarni piotrusiowie. Czy piotrusie? Przed tym to serio nikt mnie nie przestrzegał przed przyjazdem do Belgii, że taki szok mnie w grudniu czeka. Ana się wtrąca, na kurs belgijskiego chodziła w końcu, nie belgijskiego, tylko niderlanckiego, poprawia, i jeszcze znajduje, że przez 'dz' się pisze, a nie 'c'. I na tym kursie, odnoszącym się do Holandii, mętlik zupełny, potem się połapię może, uczyli, że w tej części świata nie ma tak dobrze, jak u nas, by tylko Mikołaj prezenty rozdawał, oj nie. Częściej ma się szansę spotkać właśnie czarnych piotrusiów, w końcu i na Sanżilu stosunek do Mikołaja wyniósl 2:1, banda łysego, a oni potrafią dokładnie wypytać o zachowanie, nie dać nic, albo co najwyżej nieobraną pomarańczę, a nawet - zdzielić rózgą.
Ana mówi, że i w Polsce, jak ona była mała, prywaciarze produkowali posrebrzane rózgi. Roman był wtedy nieco większy, ale pamięć ma gorszą, to nie pamięta. Ana mówi, że to na sto procent prawda, ale teraz nikt rózg nie chce, nie opłaca się produkcja, bo wszystko musi być cacy i wszyscy są niby grzeczni, bo jak inaczej sprzedać te masy prezentów? Dlatego może za rok znajdę fuchę jako Czarny albo Czarna, bo robota spokojna, Czarni spokojnie mogą gadać przez ajfony, bo nikt się ich nie boi, nawet niderlandzkie dzieci przez 'dz'.
Subscribe to:
Posts (Atom)