Dobra, niech no już będzie, kiedyś trzeba się przestać ukrywać i wyjść z szarej strefy. Proszę bardzo, oto jestem. Niektórzy na Sanżilu, choć to bliżej Iksela, mówią, że wakacja się skończyła, inni, też blisko, choć z drugiej strony, że to wakaje. A ja po staremu - koniec sierpnia, koniec wakacji, zbliża się pierwszy i pierwszego września, kasztany dojrzewają, pora zjechać na Sanżil, dojrzało we mnie. To się wzięłam i zjechałam.
A właściwie zleciałam. Normalnie jak panisko, wszem i owszem. A co, nie wolno, bom nie na czekach? Właśnie że jest równouprawnienie! Czy na szaro, czy na stałce, wszyscy kończymy tak samo. W samolocie. Jeśli mi się w czymś Ana Martin przysłużyła, to w uświadomieniu w tej wiedzy przyjemnej, że nawet ja mogę żądać i rządzić. Czy też rządać i żądzić? Żądlić ewentualnie? Ech, pal to cześć. Najważniejsze, żem już tu, na starych sanżilowskich progach. Gościnnych, nie powiem, szczególnie w osobie, albo - nazwijmy tę rzecz, choć to człowiek, po imieniu - osóbce Iwonka. Rzuciło się toto na mnie i puścić nie chciało. Nawet nie wie, że o mało co, a by Kseni nie ujrzał.
Na rejersie bym utknęła i tyle mojego by było. I jego.
Bo leciałam ja se naprawdę oficjalnie, jak nie byle kto, jakaś europosłanka nawet - ojrolotem. A ten ojrolot nie lata, jak zwykły rajan powszedni, na Szerlerła, tylko gdzie indziej, ale też w Belgii - na Zawentę. Gdzie ta Zawenta, nie pytajcie, raczej tu blisko też, skoro auto po mnie wysłali. No, jak po posła normalnie, pisałam przecież. Może nie wysłali, tylko Ana przyjechała, ale to już brzmieniowo nie to. Wzruszyłam się, że tyle starań o mnie, a nawet w polityce nie robię! Miło i od serca.
Zaraz żeśmy wsiadły i po pięciokrotnym objechaniu parkingu już się Anie udało znaleźć wyjazd. Nie winię jej, bo Zawenta może przyprawić o kolorowy zawrót głowy niejednego posła i niejedną posłankę, a co dopiero matkę, nawet jeśli to Ana Martin, osoba, delikatnie mówiąc, konwersyjna. Ale co mi tam, rozanielona byłam, że ją widzę, i co za zmiany, że ho ho! No nic, jeszcze trochę czasu mamy, nowy rok, nowy prorok, jak mówią.
I Ana rozanielona była, sama widziałam. I prowadziła mnie tak pięknie z Zawenty, korków nic a nic, płynny ruch, nawet zielona fala się trafiła. Koło samego nato jechałyśmy podobno, podkreśliła Ana, a ja za nią, nie wiedząc co co prawda. Ale już uwieczniłam.
Jedziemy se tak więc, a tu nagle; stop. Niespodziane. Na środku drogi, którą w międzyczasie byłam już rozpoznałam jako drogę w kółko w ringu. Diament zaraz miał być, a nad diamentem - wiadukt. most taki. A tu klops. Bo nie tylko stoimy, ale na wiadukt nie wjedziemy. Koniec drogi normalnie.
Szok dla mnie kulturowy straszny, bo takie obrazki to się jednak widuje w polskiej tiwi, że na drodze dalej już ani rusz, ale nie w cywilizowanym mieście na zachodzie! Doprawdy, niecodzienny widok, by tak nagle drogę ucięło.
Anę też nieco zamurowało. Hmm, nie jeżdżę tędy nigdy, przyznała, i już po telefon. Jak trwoga, to do Romana, wiadomo. Akurat odebrał, na Komisji też ogórkowo. I zaczyna tłumaczyć, że rejers przecież zamknięty nie od dziś, tylko od lipca. Że Ana mogła inaczej jechać, jak Roman kazali. Bo na rejersie remont i mieli nawet otwierać na mój przyjazd, przylot ups, ale tymczasem na Skarbku ktoś chyba zadecydował, że jednak nie, i zamkną go na dobre. I co ty Ana teraz, możesz wycofać? Ano nie mogę, Ana na to. O rany. Nic.
Stałyśmy i stałyśmy, z godzinę abo i dwie, aż się Ricie, co po sąsiedzku Iwonka do Stasia dorzuciła i pilnowała, się chłopaki rozbestwiły. Wtedy siłą mocy charakteru chyba Ana zrobiła manewr, przejechała na nielegalu, nawróciła i zawróciła, i jakoś żeśmy trafiły na Sanżil. A tam osóbka Iwonka, jak już wspominałam, wszystko wynagrodziła.
Pachnie jesienią i wilgocią w tej Brukseli naszej, a to nie najgorsza wiadomość i tak. Wcale a wcale, bo jak to się ma do faktu, że oto spadła nowina, że Skarbek rejersa na dobre zamknął? Chce burzyć, ale sam nie wie kiedy? I w zamian nic nie oferuje, jak burczy Roman. Ana cieszy się, że w auto na razie nie planuje wsiadać, ja za to, że w polityce robić nadal nie zamierzam i w związku z tym w ojrolot na Gdańsk nakierowany już nie muszę się pchać przez miasto. A rejers postoi tak kilka lat, mówię wam, wieszczy Ana. Polska ma coś wspólnego z Belgią; rozgrzebane budowle. Jeszcze Goran tego dożyje, sami zobaczycie.
Friday, 29 August 2014
Tuesday, 8 July 2014
(200) pałac
Jakby własnych królów i pałaców im mało było, można by powiedzieć w takiej sytuacji. Jakiej? Oto w Polsce, B chyba, ale nie za daleko od A, zawisła flaga belgijska. Jakim prawe, spytacie? Sama nie wierzyłam, ale jest, biało na czarno, choć to inne kolory. Koło Ostrowca gdzieś tam. Na pałacu łopocze.
Trochę się wzburzyłam, to prawda, ale co robić w takiej sytuacji, gdy ci napadają ojczyznę, i nawet to nie jest wojna, tylko wojna prawników? Bronić się bronią nie będę, swoje oburzenie wyrażę raczej i pewniej piórem. Przynajmniej zostanie jakiś ślad dla potomności i Iwonek będzie miał piękny przykład patriotyzmu, płynącego z polskiego serca, to co, że z Belgii, najważniejsze niewidoczne, zawsze uczą, nawet w darmowym podręczniku dla pierwszaków.
Przystąpię do rzezy. Bagnet na broń i naostrzone pióro. Wyjaśnię, skąd ci królowie. A właściwie nie, bo chodzi przecież o księcia. Księży czyli, bo ich dużo. Nie księży, tylko książęta - chyba, zastanawia się Ana Martin; mówiłam przecież, że same problemy z tą szlachtą! A o którą rodzinę chodzi, chce wiedzieć Ana. O naszą, polską, ale tylko z nazwiska, choć też jakieś takie nienasze, na mój rozum. Drucki-Lubelski, choć z Ostrowca. Oczywiście w formie męskiej tylko, bo w damskiej z a, zwyczajowym jak najbardziej, ale tylko w Polsce, okazuje się, bo tu kobieta zostaje w takim wypadku udokumentowana jako mężczyzna i nie ma chyba odstępstw. Traci też swoje imię często, zostając po prostu madame, e tylko na piśmie, wzdycha Ana, no ale tu nie w tym problem, prawda?
Prawda. Problem to też tylko dla mnie, przyznaję, taki mały, wewnętrzny. Mianowicie taki, że ci Drucki-Lubelski, że już nie odmienię, od czasów wojny są Belgami, a teraz wystarali się o swój pałac pod Ostrowcem, który jednak nie leży raczej koło Lublina. Latami trwała ta bitwa, głównie prawnicza, ale koniec końców - wygrali. I od razu wywiesili flagę. Dwie, znaczy się, dodam dla sprawiedliwości, bo polską i belgijską. Co lud chyba nie za dobrze przyjął.
Ksenia, chodzi ci chyba o przypadek Druckich-Lubeckich, tak? upewnia się Roman. Mówię przecież. Ach, ta jedna litera. Cztery by coś może zmieniły, ale tak nie, macham ręką. Znana historia, przypomina sobie Roman. Latami się ciągnęła. Pałac stoi w Bałtowie i zdaje się, że uciekając, rodzina wywiozła przytomnie wszystkie dokumenty świadczące o własności, ale w Polsce proces oddawania kuleje, a tu chyba szczególnie. Bo na tych ziemiach Polacy zdążyli wybudować park rozrywki. Jurajski. Nie byle jaki, czyli. Ameryka podobno. I kto ma za to oddać komu?
Ale widzisz, udało im się, tym Druckim. To cieszyć się i gratulować, czy nie, dopytuję niecierpliwie. Nie wiem, wzrusza ramionami Roman. E tam, że teraz sobie tam zbudują hotel za fundusze europejskie albo sprzedadzą wszystko za grube pieniądze? Nie rozumiem tego podniecenia, przecież to nie ich uczciwie zarobione pieniądze, tylko przodków, jeśli już, a też nie wiadomo, w jaki sposób. Na pracy innych zapewne. Piać z zachwytu? Żadna to sprawiedliwość. Nie podoba mi się to, kręci głową Ana. Radykalnie, widzę. Dezaprobata się to nazywa, podobno.
Ana, tak świat wygląda, uspokaja ją Roman. Kapitalizm. Pomyśl, że na tym parku rozrywki też ktoś zarobił, i to nieźle.
Dzieci mi żal więc, kończy Ana. Wiecie, co by było naprawdę szlachetne i szlacheckie? Jakby teraz w przypływie książęcej łaskawości wstęp do parku był za darmo, przynajmniej dla maluchów. I nie tylko w dzień dziecka. Wtedy bym może uwierzyła w dobre chęci. Tak to widzę tylko pieniądze pieniądze pieniądze. Czarno na białym, choć złote pod flagą belgijską.
Trochę się wzburzyłam, to prawda, ale co robić w takiej sytuacji, gdy ci napadają ojczyznę, i nawet to nie jest wojna, tylko wojna prawników? Bronić się bronią nie będę, swoje oburzenie wyrażę raczej i pewniej piórem. Przynajmniej zostanie jakiś ślad dla potomności i Iwonek będzie miał piękny przykład patriotyzmu, płynącego z polskiego serca, to co, że z Belgii, najważniejsze niewidoczne, zawsze uczą, nawet w darmowym podręczniku dla pierwszaków.
Przystąpię do rzezy. Bagnet na broń i naostrzone pióro. Wyjaśnię, skąd ci królowie. A właściwie nie, bo chodzi przecież o księcia. Księży czyli, bo ich dużo. Nie księży, tylko książęta - chyba, zastanawia się Ana Martin; mówiłam przecież, że same problemy z tą szlachtą! A o którą rodzinę chodzi, chce wiedzieć Ana. O naszą, polską, ale tylko z nazwiska, choć też jakieś takie nienasze, na mój rozum. Drucki-Lubelski, choć z Ostrowca. Oczywiście w formie męskiej tylko, bo w damskiej z a, zwyczajowym jak najbardziej, ale tylko w Polsce, okazuje się, bo tu kobieta zostaje w takim wypadku udokumentowana jako mężczyzna i nie ma chyba odstępstw. Traci też swoje imię często, zostając po prostu madame, e tylko na piśmie, wzdycha Ana, no ale tu nie w tym problem, prawda?
Prawda. Problem to też tylko dla mnie, przyznaję, taki mały, wewnętrzny. Mianowicie taki, że ci Drucki-Lubelski, że już nie odmienię, od czasów wojny są Belgami, a teraz wystarali się o swój pałac pod Ostrowcem, który jednak nie leży raczej koło Lublina. Latami trwała ta bitwa, głównie prawnicza, ale koniec końców - wygrali. I od razu wywiesili flagę. Dwie, znaczy się, dodam dla sprawiedliwości, bo polską i belgijską. Co lud chyba nie za dobrze przyjął.
Ksenia, chodzi ci chyba o przypadek Druckich-Lubeckich, tak? upewnia się Roman. Mówię przecież. Ach, ta jedna litera. Cztery by coś może zmieniły, ale tak nie, macham ręką. Znana historia, przypomina sobie Roman. Latami się ciągnęła. Pałac stoi w Bałtowie i zdaje się, że uciekając, rodzina wywiozła przytomnie wszystkie dokumenty świadczące o własności, ale w Polsce proces oddawania kuleje, a tu chyba szczególnie. Bo na tych ziemiach Polacy zdążyli wybudować park rozrywki. Jurajski. Nie byle jaki, czyli. Ameryka podobno. I kto ma za to oddać komu?
Ale widzisz, udało im się, tym Druckim. To cieszyć się i gratulować, czy nie, dopytuję niecierpliwie. Nie wiem, wzrusza ramionami Roman. E tam, że teraz sobie tam zbudują hotel za fundusze europejskie albo sprzedadzą wszystko za grube pieniądze? Nie rozumiem tego podniecenia, przecież to nie ich uczciwie zarobione pieniądze, tylko przodków, jeśli już, a też nie wiadomo, w jaki sposób. Na pracy innych zapewne. Piać z zachwytu? Żadna to sprawiedliwość. Nie podoba mi się to, kręci głową Ana. Radykalnie, widzę. Dezaprobata się to nazywa, podobno.
Ana, tak świat wygląda, uspokaja ją Roman. Kapitalizm. Pomyśl, że na tym parku rozrywki też ktoś zarobił, i to nieźle.
Dzieci mi żal więc, kończy Ana. Wiecie, co by było naprawdę szlachetne i szlacheckie? Jakby teraz w przypływie książęcej łaskawości wstęp do parku był za darmo, przynajmniej dla maluchów. I nie tylko w dzień dziecka. Wtedy bym może uwierzyła w dobre chęci. Tak to widzę tylko pieniądze pieniądze pieniądze. Czarno na białym, choć złote pod flagą belgijską.
Wednesday, 2 July 2014
(199) szklarze i rzeźnicy
Co ja słyszę! I od razu z góry żałuję, że matury się chciało, mimo że potem pracy i tak nie było i trzeba się było ratować ucieczką na Sanżil. Że nikt nie nakierował na konkretny zawód, dzięki któremu mogłabym nieco ulżyć rynkowi pracy, a on mi. I to lokalnemu, zagranicznemu, belgijskiemu na wskroś i poprzek.
Ledwo dziś wstałam, moje oko kole następująca wiadomość: w Belgii nie jest obsadzonych - jak rozumiem, od lat - 72 tys. miejsc pracy. Które czekają na kandydatów lub kandydatki, i już można zarabiać. Od ręki. Własnymi rękoma. Wystarczy tylko pójść do urzędu i praca już twoja. Oczywiście nie to, że dla takich jak ja, po maturze czystej i gołej. Ale jakbym tak była rzeźnikiem, to dopiero bym miała wybór.
No tak, piszą o tym w całej Europie, że pogłębia się rozdźwięk między ofertą na rynku pracy a tzw. profilem osób poszukujących pracy. Że według rynku ci pierwsi powinni być na przykład operatorami dźwigu, a ci drudzy na siłę chcą kończyć politologię i mędrkować. Tylko że potem mędrkują często - jak słyszę - na kasie albo na miotle. Co boli. A wszystko można by ustalać wcześniej, jakby tylko doszło do wymiany informacji i uświadomienia młodzieży, że może warto się jednak pochylić nad matmą i zostać inżynierem. To tylko moja propozycja, z której bym sam nie skorzystała, ani kiedyś, ani dziś, ale może inni są zdolniejsi? śmieje się Ana Martin.
Takiej to łatwo mówić. Wczytałam się w jej profil i widzę przecież, że jej poszukują nie tylko na Sanżilu. Proszę, literatura moderna i język germaniczny koniecznie. Toż to pasuje jak ulał na Anę, potwierdzą wszyscy, co ją znają. Taka to nie ma problemów, w przeciwieństwie do większości, co w tej rzeczywistości cienko cienko. Roman znalazł właśnie, że w Belgii 4 oferty pracy na 5 muszą zostać zlikwidowane, bo nikt ich nie chce. Tzn. może i chce, ale przecież nie każdy umie ciąć marmur ot tak na zawołanie, wiem coś o tym, też nie umiem.
A tu spójrzcie jeszcze, jaka głupota. Raz piszą, że brakuje robotników, a tu z kolei - że w takiej Walonii aż w 80% ofertach pracy umieszczono wymóg wyższego wykształcenia. Nijak ma się jedno do drugiego, bo przecież chyba nie ma jeszcze studiów, jak jeździć koparką? Bez sensu zupełnie. Sens jedyny w tym widzę taki, że przez to jest praca dla naszych, których o studia nikt nie pyta, tylko sadza do walca, bo i tak na czarno robią, więc po co dyplom? Wóz-przewóz, jak nie umie walcować, będzie nowy chętny, albo ten się nauczy szybko, bez studiów. Tak tłumaczyli jeszcze u nas, w Łapach. Do całego życia się to zresztą odnosi. I problem rozwiązany.
Chyba nie bardzo, a już na pewno nie dla tych, co sporządzają statystyki zatrudnienia, ana to Ana. Praca na czarno się nie liczy. Przykro tylko czytać, że taki delez, delhaize w zapisie, już zapamiętałam, zwalnia 2,5 tys. ludzi, a gdzie indziej nie mogą znaleźć chętnych. I zmian nie widać. Podaj jeszcze dla porządku, kto może się zgłaszać do urzędów pracy, a nuż ktoś przeczyta. Albo ciebie wypchniemy w świat. Żartuję, dodaje wielkodusznie. Iwonek cię nie puści tak łatwo.
No, bo już się zmartwiłam, a przecież ja nie rzeźnik, ani szklarz. Ani nie: kierowca maszyn budowlanych; marmurarz czy jak nazwać takiego, co rąbie marmury; kucharz, kreślarz; elektryk lub specjalista od instalacji elektrycznych; pielęgniarz; mechanik; elektromechanik; cukiernik; ergoterapeuta, jeśli ktoś wie, co to?; asystent nauczania; inżynier i wreszcie literat. Oczywiście w moim przypadku nie jestem tym w wersji żeńskiej, ale nie chce mi się tyle stukać, mężczyźni są krótsi. Może znacie chętnych. Podkreślam, że to prace na stałkę!
Ledwo dziś wstałam, moje oko kole następująca wiadomość: w Belgii nie jest obsadzonych - jak rozumiem, od lat - 72 tys. miejsc pracy. Które czekają na kandydatów lub kandydatki, i już można zarabiać. Od ręki. Własnymi rękoma. Wystarczy tylko pójść do urzędu i praca już twoja. Oczywiście nie to, że dla takich jak ja, po maturze czystej i gołej. Ale jakbym tak była rzeźnikiem, to dopiero bym miała wybór.
No tak, piszą o tym w całej Europie, że pogłębia się rozdźwięk między ofertą na rynku pracy a tzw. profilem osób poszukujących pracy. Że według rynku ci pierwsi powinni być na przykład operatorami dźwigu, a ci drudzy na siłę chcą kończyć politologię i mędrkować. Tylko że potem mędrkują często - jak słyszę - na kasie albo na miotle. Co boli. A wszystko można by ustalać wcześniej, jakby tylko doszło do wymiany informacji i uświadomienia młodzieży, że może warto się jednak pochylić nad matmą i zostać inżynierem. To tylko moja propozycja, z której bym sam nie skorzystała, ani kiedyś, ani dziś, ale może inni są zdolniejsi? śmieje się Ana Martin.
Takiej to łatwo mówić. Wczytałam się w jej profil i widzę przecież, że jej poszukują nie tylko na Sanżilu. Proszę, literatura moderna i język germaniczny koniecznie. Toż to pasuje jak ulał na Anę, potwierdzą wszyscy, co ją znają. Taka to nie ma problemów, w przeciwieństwie do większości, co w tej rzeczywistości cienko cienko. Roman znalazł właśnie, że w Belgii 4 oferty pracy na 5 muszą zostać zlikwidowane, bo nikt ich nie chce. Tzn. może i chce, ale przecież nie każdy umie ciąć marmur ot tak na zawołanie, wiem coś o tym, też nie umiem.
A tu spójrzcie jeszcze, jaka głupota. Raz piszą, że brakuje robotników, a tu z kolei - że w takiej Walonii aż w 80% ofertach pracy umieszczono wymóg wyższego wykształcenia. Nijak ma się jedno do drugiego, bo przecież chyba nie ma jeszcze studiów, jak jeździć koparką? Bez sensu zupełnie. Sens jedyny w tym widzę taki, że przez to jest praca dla naszych, których o studia nikt nie pyta, tylko sadza do walca, bo i tak na czarno robią, więc po co dyplom? Wóz-przewóz, jak nie umie walcować, będzie nowy chętny, albo ten się nauczy szybko, bez studiów. Tak tłumaczyli jeszcze u nas, w Łapach. Do całego życia się to zresztą odnosi. I problem rozwiązany.
Chyba nie bardzo, a już na pewno nie dla tych, co sporządzają statystyki zatrudnienia, ana to Ana. Praca na czarno się nie liczy. Przykro tylko czytać, że taki delez, delhaize w zapisie, już zapamiętałam, zwalnia 2,5 tys. ludzi, a gdzie indziej nie mogą znaleźć chętnych. I zmian nie widać. Podaj jeszcze dla porządku, kto może się zgłaszać do urzędów pracy, a nuż ktoś przeczyta. Albo ciebie wypchniemy w świat. Żartuję, dodaje wielkodusznie. Iwonek cię nie puści tak łatwo.
No, bo już się zmartwiłam, a przecież ja nie rzeźnik, ani szklarz. Ani nie: kierowca maszyn budowlanych; marmurarz czy jak nazwać takiego, co rąbie marmury; kucharz, kreślarz; elektryk lub specjalista od instalacji elektrycznych; pielęgniarz; mechanik; elektromechanik; cukiernik; ergoterapeuta, jeśli ktoś wie, co to?; asystent nauczania; inżynier i wreszcie literat. Oczywiście w moim przypadku nie jestem tym w wersji żeńskiej, ale nie chce mi się tyle stukać, mężczyźni są krótsi. Może znacie chętnych. Podkreślam, że to prace na stałkę!
Monday, 30 June 2014
(198) fotosy
Wakacje za pasem, zwykła pisać prasa w takich sytuacjach, bo jednak głupio napisać w sezon letni, ogórkowy, że amatorzy białego szaleństwa, co? Więc na tapetę wjeżdżają wakacje. Letnie, bo czerwiec, świadectwa szkolne i dojrzałości rozdane, czyli połówka roku, czyli warto podsumować.
Ja ze swojej strony, jak i zarówno ze strony Martinów nie mam co podsumowywać, bo do szkoły to my już dawno nie chodzimy, albo też i jeszcze nie, i chyba nikt nie wylewa z tej okazji wielkich łez jak krokodyl. Można za to więc ze spokojną głową zająć się sprawami światowymi, jak np. planowaniem urlopu. W tym roku będzie on mało światowy, bo komisja coś cienko przędzie i wolnego nie dają, ba! - szefa nie mają, chaos i wielki wybuch, by tego gorzej po imieniu nie nazwać. Ale nie o to chodzi, tylko na to, że Roman będzie musiał robić za dwóch, za szefa, którego nie ma, jak wspomniałam, to i daleko nie zajedziemy. Ja owszem, do Łap się do busika załaduję, ale na razie brak miejsc. Sodomiaigomoria, jak w Poznaniu na golgocie normalnie. Matuś donieśli. A trzeba było słuchać, jak u Adriana ostrzegali, że mało kto już kupuje, bo już wszyscy uciekają w podskokach wracają do starego kraju, czyli do tzw. u siebie! Nie usłuchałam i mam babo placek, czyli nie mam miejsca.
To i mi nic innego nie pozostanie, niż dalej dzielić los Martinów na Sanżilu i uczestniczyć w tej drobnej namiastce wakacji. Ana zadowolona z braku wyjazdów, bo czeka na co innego, co na pewno nie jest wyjazdem, ale się wyjazdem zakończy, tyle że później. Iwonek zadowolony, bo wszystkie garnki na miejscu. Roman też, bo motorem poszaleje, jak na 40-latka przystało, a na łykend będziemy zwiedzać.
Ana Martin twierdzi nawet, że są nowe doniesienia, co zwiedzić w Belgii warto i bardziej warto. Albo inaczej: co najchętniej zwiedzają i obfotografowują ludzie stąd i zewsząd. Pojawiła się ostatnio onlajn mapa, która pozwala to zobaczyć. Tzn. miejsca, których najwięcej fotosów znajduje się w sieci, ale jakiej, to nie wiem.
I co Ana, co prowadzi? U nas czy w świecie lub kosmosie? Na tym świecie starczy póki co, śmieje się Roman. Rzymbarcelonaparyż, recytuje jednym tchem Ana, deklamując. A gdzie to leży? Co? No ta długa nazwa. To 3 miasta, dziewczyno przecież, śmieje się Ana, tak jakby sama nie wiedziała, że za granicą zdarzają się nazwowe cuda. Owszem, ale tu to po polsku, Rzym-Barcelona-Paryż. Je obcykano najbardziej. A Sanżil? Nie wiem. Nie podają. Serio? Takie ładne domy, a nie wiadomo, czy popularne? To co mają z tego celebryctwa?
To, że Bruksela ma pierwsze miejsce w Belgii. Może dzięki Horcie i innym? Zaraz za nią miasta z Flandrii. Ale i tak nic specjalnego. Te wszystkie fotosy dają Belgii ogółem dopiero 65. miejsce w świecie. Nie za dobrze jak na stolicę Unii i komisji, co? No i co, że bez szefa chwilowo, no i co?
Może to jedynie, że już nikt nie chce fotografować kolorowych flag i limuzyn? Bo ich brak chwilowo. I garnituro-garsonek szaro-czarnych od, jak to mówią w twoimstylupani, kupisza czy innego fryzjera dyzajnera? No jakoś nie. To już skandal!
Turyści chętniej pstrykają się i se selfie pod Mannekenem Pisem i w Atomium. Na Szumana widać nikt nie trafia z własnej woli, oprócz garstki ministrów i aspirantów do światowej polityki; ale tu ciekawostka za to: Doel. Co to? pytam. Opuszczona wioska we wschodniej Flandrii. Całkiem wysokie miejsce. Albo Brugelette. Znacie? Nie, wstydzi się tym razem Ana. Ha, pora poznać. To tam się mieści Pairi Daiza. Też dobry wynik. Fajnie, zaciera ręce Roman. Zwiedzajmy nieznane.
Ja ze swojej strony, jak i zarówno ze strony Martinów nie mam co podsumowywać, bo do szkoły to my już dawno nie chodzimy, albo też i jeszcze nie, i chyba nikt nie wylewa z tej okazji wielkich łez jak krokodyl. Można za to więc ze spokojną głową zająć się sprawami światowymi, jak np. planowaniem urlopu. W tym roku będzie on mało światowy, bo komisja coś cienko przędzie i wolnego nie dają, ba! - szefa nie mają, chaos i wielki wybuch, by tego gorzej po imieniu nie nazwać. Ale nie o to chodzi, tylko na to, że Roman będzie musiał robić za dwóch, za szefa, którego nie ma, jak wspomniałam, to i daleko nie zajedziemy. Ja owszem, do Łap się do busika załaduję, ale na razie brak miejsc. Sodomiaigomoria, jak w Poznaniu na golgocie normalnie. Matuś donieśli. A trzeba było słuchać, jak u Adriana ostrzegali, że mało kto już kupuje, bo już wszyscy uciekają w podskokach wracają do starego kraju, czyli do tzw. u siebie! Nie usłuchałam i mam babo placek, czyli nie mam miejsca.
To i mi nic innego nie pozostanie, niż dalej dzielić los Martinów na Sanżilu i uczestniczyć w tej drobnej namiastce wakacji. Ana zadowolona z braku wyjazdów, bo czeka na co innego, co na pewno nie jest wyjazdem, ale się wyjazdem zakończy, tyle że później. Iwonek zadowolony, bo wszystkie garnki na miejscu. Roman też, bo motorem poszaleje, jak na 40-latka przystało, a na łykend będziemy zwiedzać.
Ana Martin twierdzi nawet, że są nowe doniesienia, co zwiedzić w Belgii warto i bardziej warto. Albo inaczej: co najchętniej zwiedzają i obfotografowują ludzie stąd i zewsząd. Pojawiła się ostatnio onlajn mapa, która pozwala to zobaczyć. Tzn. miejsca, których najwięcej fotosów znajduje się w sieci, ale jakiej, to nie wiem.
I co Ana, co prowadzi? U nas czy w świecie lub kosmosie? Na tym świecie starczy póki co, śmieje się Roman. Rzymbarcelonaparyż, recytuje jednym tchem Ana, deklamując. A gdzie to leży? Co? No ta długa nazwa. To 3 miasta, dziewczyno przecież, śmieje się Ana, tak jakby sama nie wiedziała, że za granicą zdarzają się nazwowe cuda. Owszem, ale tu to po polsku, Rzym-Barcelona-Paryż. Je obcykano najbardziej. A Sanżil? Nie wiem. Nie podają. Serio? Takie ładne domy, a nie wiadomo, czy popularne? To co mają z tego celebryctwa?
To, że Bruksela ma pierwsze miejsce w Belgii. Może dzięki Horcie i innym? Zaraz za nią miasta z Flandrii. Ale i tak nic specjalnego. Te wszystkie fotosy dają Belgii ogółem dopiero 65. miejsce w świecie. Nie za dobrze jak na stolicę Unii i komisji, co? No i co, że bez szefa chwilowo, no i co?
Może to jedynie, że już nikt nie chce fotografować kolorowych flag i limuzyn? Bo ich brak chwilowo. I garnituro-garsonek szaro-czarnych od, jak to mówią w twoimstylupani, kupisza czy innego fryzjera dyzajnera? No jakoś nie. To już skandal!
Turyści chętniej pstrykają się i se selfie pod Mannekenem Pisem i w Atomium. Na Szumana widać nikt nie trafia z własnej woli, oprócz garstki ministrów i aspirantów do światowej polityki; ale tu ciekawostka za to: Doel. Co to? pytam. Opuszczona wioska we wschodniej Flandrii. Całkiem wysokie miejsce. Albo Brugelette. Znacie? Nie, wstydzi się tym razem Ana. Ha, pora poznać. To tam się mieści Pairi Daiza. Też dobry wynik. Fajnie, zaciera ręce Roman. Zwiedzajmy nieznane.
Thursday, 26 June 2014
(197) moto
Tak się to musiało skończyć. Są nowe statystyki. Niestety wypadkowe, wiadomo, długi łykend. Bardziej w Polsce co prawda, niż miejscowo, tu żadnych płatków z kwiecia na ulicach nie odnotowałam, ale i w starym kraju u siebie, i nowym - niewesoło.
Trup się ściele gęsto, że przestraszę wszystkich na początek. W Polsce A i B zwyczajowo, alkohol u wuja i teścia, złe drogi, stare auta, no i poczucie, że co, ja nie pojadę? Sama nie raz i nie dwa słyszałam przechwałki, że Polak sam może ocenić, kiedy może jechać jeszcze, a kiedy nie, ale po jednym to na pewno może, nie tak się jeździło, pamiętacie? I rechot. I są efekty - smutne rekordy. Podaję za mediami zasłyszanymi w radiu. Boże Ciało się to nazywa, chyba trzeba będzie się zastanowić nad zmianą nazwy, bo nie brzmi zachęcająco, szczególnie dla 40 ofiar, co już nie z nami.
A za belgijskimi mediami podaję inne statystyki, mianowicie niezachęcające wcale a wcale dla tych, co ostatnio zakupili motor albo tak zwany motocykl. Czyli dołączyli do rosnącej grupy użytkowników jednośladów, że tak mi chyba wolno zapisać na odpowiedzialność Romana. Nie, żebym kogoś pokazywała palcem, nie o to mi chodzi, by tu kogoś piętnować za nieprzemyślane zakupy. Broń Boże i nie ciało wcale, chociaż ciało chroń, owszem. W świetle tych statystyk właśnie i reflektorów motocyklowych, które - to już podaję za Romanem, a nie mediami - muszą być włączone w motocyklach na okrągło. W czasie jazdy oczywiście, nie to, by bezbronnym ludziom walić po oczach z parkingu lampą. Nawet, jeśli to ma być dla bezpieczeństwa Romana i innych na Sanżilu.
Narobiłam napięcia, a żadnych cyfr. Już spisuję, a jest co. Mianowicie, zacznę od tego, że jak się siedzi na motocyklu, a nie w aucie, to masz 57 razy (tak tak, piendziesiąt siedem w wymowie, wiem, że dużo) większą szansę, że źle skończysz. Dotyczy to wszystkich grup wiekowych razem. Jak tych motocyklistów podzielić, to jeszcze straszniej, dla młodych znaczy się: 72,6 dla 18-24-latków, 55,8 dla 25-44-latków, 41, 5 dla 45-64-latków. W porównaniu dla tego poruszanie się czymś innym to pikuś: że będzie krańcowo źle - wskaźnik 8,1 dla aut, 23 dla rowerzystów, 8,1 dla przechodni takich jak ja, Ana Martin i wózek. Też źle, ale w tej sytuacji wybieram nogi, a Iwonek wózek, choć on akurat nie ma pola manewru (jak motory), poza tym wiadomo, dzieci i ryby głosu nie mają.
Co dziwi jednak w świetle statystyk i motorów, te statystyki nie oznaczają, że ktoś się tu boi. Wręcz przeciwnie: w 2014 r., co to dopiero do połowy się zbliża, naliczono o 16% więcej nowych rejestracji, czyli po belgijsku: imatrykulacji. Dziwi mnie to, bo wyżej wspomniana i wymieniona liczba wypadków śmiertelnych rosła jeszcze szybciej, osiągając imponujący wzrost o 52%, co przekłada się na 15 osób, by nie być tak techniczną.
Ha, ktoś postanowił na to zareagować. Mianowicie organizacja o ładnej nazwie: federation belge des motards en colere. Co Ana tłumaczy jako: belgijskie stowarzyszenie wkurzonych motocyklistów. Wkurzyła ich wysoka liczba wypadków, zranionych i śmierci. Wyszli na ulice, chyba jednak nie na motorach, bo by było, że wyjechali. I oprotestowali. I chcą, by było bezpieczniej. By trzeba na nich zwracać uwagę. Bo oni się starają. Już prawie nikt nie jeździ w sandałach i podkoszulku, więc skoro oni pocą się w kurtkach, spodniach, rękawicach i kaskach, pora na państwo. Bo motor podobno usprawnia ruch.
Ana dziwi się, że tyle ofiar, a i tak znajdują się chętni na zakup nowego. Roman się nie dziwi, tylko marzy w cichości ducha o przejażdżce na swoim. Znam takie przypadki, oj znam. Chłop w końcu, to ma prawo. Może na wakacjach w Łapach się uda. Tam nikogo nie dziwi, jak się karnie w podkoszulku i klapkach, bez prawa jazdy. Polak Polakowi pomoże, a nie zawsze ten najtrzeźwiejszy ma prawko. To i Romanowi pożyczą, szczególnie jak piwko czy dwa postawi. W długi sierpniowy łykend bedzie dla ochłody, jak znalazł.
Trup się ściele gęsto, że przestraszę wszystkich na początek. W Polsce A i B zwyczajowo, alkohol u wuja i teścia, złe drogi, stare auta, no i poczucie, że co, ja nie pojadę? Sama nie raz i nie dwa słyszałam przechwałki, że Polak sam może ocenić, kiedy może jechać jeszcze, a kiedy nie, ale po jednym to na pewno może, nie tak się jeździło, pamiętacie? I rechot. I są efekty - smutne rekordy. Podaję za mediami zasłyszanymi w radiu. Boże Ciało się to nazywa, chyba trzeba będzie się zastanowić nad zmianą nazwy, bo nie brzmi zachęcająco, szczególnie dla 40 ofiar, co już nie z nami.
A za belgijskimi mediami podaję inne statystyki, mianowicie niezachęcające wcale a wcale dla tych, co ostatnio zakupili motor albo tak zwany motocykl. Czyli dołączyli do rosnącej grupy użytkowników jednośladów, że tak mi chyba wolno zapisać na odpowiedzialność Romana. Nie, żebym kogoś pokazywała palcem, nie o to mi chodzi, by tu kogoś piętnować za nieprzemyślane zakupy. Broń Boże i nie ciało wcale, chociaż ciało chroń, owszem. W świetle tych statystyk właśnie i reflektorów motocyklowych, które - to już podaję za Romanem, a nie mediami - muszą być włączone w motocyklach na okrągło. W czasie jazdy oczywiście, nie to, by bezbronnym ludziom walić po oczach z parkingu lampą. Nawet, jeśli to ma być dla bezpieczeństwa Romana i innych na Sanżilu.
Narobiłam napięcia, a żadnych cyfr. Już spisuję, a jest co. Mianowicie, zacznę od tego, że jak się siedzi na motocyklu, a nie w aucie, to masz 57 razy (tak tak, piendziesiąt siedem w wymowie, wiem, że dużo) większą szansę, że źle skończysz. Dotyczy to wszystkich grup wiekowych razem. Jak tych motocyklistów podzielić, to jeszcze straszniej, dla młodych znaczy się: 72,6 dla 18-24-latków, 55,8 dla 25-44-latków, 41, 5 dla 45-64-latków. W porównaniu dla tego poruszanie się czymś innym to pikuś: że będzie krańcowo źle - wskaźnik 8,1 dla aut, 23 dla rowerzystów, 8,1 dla przechodni takich jak ja, Ana Martin i wózek. Też źle, ale w tej sytuacji wybieram nogi, a Iwonek wózek, choć on akurat nie ma pola manewru (jak motory), poza tym wiadomo, dzieci i ryby głosu nie mają.
Co dziwi jednak w świetle statystyk i motorów, te statystyki nie oznaczają, że ktoś się tu boi. Wręcz przeciwnie: w 2014 r., co to dopiero do połowy się zbliża, naliczono o 16% więcej nowych rejestracji, czyli po belgijsku: imatrykulacji. Dziwi mnie to, bo wyżej wspomniana i wymieniona liczba wypadków śmiertelnych rosła jeszcze szybciej, osiągając imponujący wzrost o 52%, co przekłada się na 15 osób, by nie być tak techniczną.
Ha, ktoś postanowił na to zareagować. Mianowicie organizacja o ładnej nazwie: federation belge des motards en colere. Co Ana tłumaczy jako: belgijskie stowarzyszenie wkurzonych motocyklistów. Wkurzyła ich wysoka liczba wypadków, zranionych i śmierci. Wyszli na ulice, chyba jednak nie na motorach, bo by było, że wyjechali. I oprotestowali. I chcą, by było bezpieczniej. By trzeba na nich zwracać uwagę. Bo oni się starają. Już prawie nikt nie jeździ w sandałach i podkoszulku, więc skoro oni pocą się w kurtkach, spodniach, rękawicach i kaskach, pora na państwo. Bo motor podobno usprawnia ruch.
Ana dziwi się, że tyle ofiar, a i tak znajdują się chętni na zakup nowego. Roman się nie dziwi, tylko marzy w cichości ducha o przejażdżce na swoim. Znam takie przypadki, oj znam. Chłop w końcu, to ma prawo. Może na wakacjach w Łapach się uda. Tam nikogo nie dziwi, jak się karnie w podkoszulku i klapkach, bez prawa jazdy. Polak Polakowi pomoże, a nie zawsze ten najtrzeźwiejszy ma prawko. To i Romanowi pożyczą, szczególnie jak piwko czy dwa postawi. W długi sierpniowy łykend bedzie dla ochłody, jak znalazł.
Monday, 23 June 2014
(196) feta
To ci była feta. Mówiąc z francuskiego dialektu, oczywiście, nie z tego, w którym feta to ser. Biały niby, ale nie całkiem nasz, nawet po cenie od razu widać, że raczej zagraniczny. Ta nasza to królewska, nawet przez wielkie i duże K można by zapisać. Pewnie lał się szampon i inne sztuczne ognie. Muzeum, rodzina i na dodatek 80 lat.
I pomyśleć, że to dopiero drugi miejscowy król, który dociągnął do osiemdziesiątki! Nic dziwnego, że na wszelki wypadek, jakby już do tego nie miało dojść w historii, na wszelki wypadek napisały o tym wszystkie gazety, od prawa do lewa i od lewicy do prawicy, oj dana i tak w kółko. Od razu wyjaśnię, że to nie nasz obecny, aktualny król się tak zestarzał, choć owszem mógłby, lat przybywa od trosk, nie tylko zmarszczek, a co dopiero od poważnych trosk państwowych na wysokim szczeblu, nie wypominając wcale, że w Belgii to jeszcze gorzej chwilami, bo trzeba sobie radzić z bałaganem dwujęzykowym, a czasami nawet trzy. Ale póki co, nowe się trzyma jako tako, choć siwych włosów przybyło, nie da się ukryć, choć chyba nawet nikt się nie stara, widać styliści doradzili, że siwizna uprzystajnia i może nawet uszlachetnia.
Podobnie doradzili ojcom królewskim, bo to oni świętowali. Na głowie ten sam kolor. Albert nr 2, co go już niby nie ma na stanowisku, ale sznurki i tak pewnie pociąga, żadna to tajemnica, że władza to narkotyk i tak łatwo nikt z jej nie rezygnuje, tym bardziej ten, co już raz zakosztował smaczków i rozkoszy rządzenia. To on szóstego szóstego skończył 80. Piękny wiek, co? Jak to się mówiło kiedyś? Patron rodu?
Patriarcha rodu, Ksenia, poprawia Ana. Ale wiesz, ta królewska feta wcale nie była tak okazała, jak ci się marzy. Nie było obchodów państwowych, premier ani biskup nie wręczyli prezentu. Bo wszystko ma, pewnie dlatego, uzupełniam. To fakt akurat. Jednego nie miał jednak: własnej witryny w muzeum. Które BELvue się nazywa i stoi koło pałacu. I to właśnie mu symbolicznie podarował naród na urodziny. I to od razu na bogato, bo witryn jest i są dwie.
A co w nich, zaciekawia się Roman. W jednej mulitmedia, jak przystało na XXI wiek. Ekrany interaktywne i te rzeczy. Nowocześnie. Na nich Albert jako książę, król, człowiek, mężczyzna, ojciec, dziadek i mąż. To wszystko, czym jest. W drugiej witrynie za to dary o Alberta nr 2 dla narodu, czyli np. jego mundur i fragment przemówienia. Pewnie jest tego więcej, ale trzeba by samemu rzucić okiem. Pewnie już można zwiedzać. I wzruszać się.
Jakoś nie brzmi to dobrze, krzywi się Roman. Nieco nudno, co? No ale dajmy mu szansę, protestuję. Dał radę w pięknym stylu do 80., więc sprawdźmy, co mu tam nawsadzali za szkło. Biedny taki król, zawsze na widoku, żal mi go w sumie. Był na górze i tak spadł nagle. Żeby to nawet go biskup na starość nie poświęcił!
I pomyśleć, że to dopiero drugi miejscowy król, który dociągnął do osiemdziesiątki! Nic dziwnego, że na wszelki wypadek, jakby już do tego nie miało dojść w historii, na wszelki wypadek napisały o tym wszystkie gazety, od prawa do lewa i od lewicy do prawicy, oj dana i tak w kółko. Od razu wyjaśnię, że to nie nasz obecny, aktualny król się tak zestarzał, choć owszem mógłby, lat przybywa od trosk, nie tylko zmarszczek, a co dopiero od poważnych trosk państwowych na wysokim szczeblu, nie wypominając wcale, że w Belgii to jeszcze gorzej chwilami, bo trzeba sobie radzić z bałaganem dwujęzykowym, a czasami nawet trzy. Ale póki co, nowe się trzyma jako tako, choć siwych włosów przybyło, nie da się ukryć, choć chyba nawet nikt się nie stara, widać styliści doradzili, że siwizna uprzystajnia i może nawet uszlachetnia.
Podobnie doradzili ojcom królewskim, bo to oni świętowali. Na głowie ten sam kolor. Albert nr 2, co go już niby nie ma na stanowisku, ale sznurki i tak pewnie pociąga, żadna to tajemnica, że władza to narkotyk i tak łatwo nikt z jej nie rezygnuje, tym bardziej ten, co już raz zakosztował smaczków i rozkoszy rządzenia. To on szóstego szóstego skończył 80. Piękny wiek, co? Jak to się mówiło kiedyś? Patron rodu?
Patriarcha rodu, Ksenia, poprawia Ana. Ale wiesz, ta królewska feta wcale nie była tak okazała, jak ci się marzy. Nie było obchodów państwowych, premier ani biskup nie wręczyli prezentu. Bo wszystko ma, pewnie dlatego, uzupełniam. To fakt akurat. Jednego nie miał jednak: własnej witryny w muzeum. Które BELvue się nazywa i stoi koło pałacu. I to właśnie mu symbolicznie podarował naród na urodziny. I to od razu na bogato, bo witryn jest i są dwie.
A co w nich, zaciekawia się Roman. W jednej mulitmedia, jak przystało na XXI wiek. Ekrany interaktywne i te rzeczy. Nowocześnie. Na nich Albert jako książę, król, człowiek, mężczyzna, ojciec, dziadek i mąż. To wszystko, czym jest. W drugiej witrynie za to dary o Alberta nr 2 dla narodu, czyli np. jego mundur i fragment przemówienia. Pewnie jest tego więcej, ale trzeba by samemu rzucić okiem. Pewnie już można zwiedzać. I wzruszać się.
Jakoś nie brzmi to dobrze, krzywi się Roman. Nieco nudno, co? No ale dajmy mu szansę, protestuję. Dał radę w pięknym stylu do 80., więc sprawdźmy, co mu tam nawsadzali za szkło. Biedny taki król, zawsze na widoku, żal mi go w sumie. Był na górze i tak spadł nagle. Żeby to nawet go biskup na starość nie poświęcił!
Thursday, 19 June 2014
(195) 28 lekcji
Dla niektórych już koniec, głównie dla tych, co to gardłują oleoleole, i to nie tylko na stadionach ale w swoim słownikowym słownictwie na co dzień. Ola! Hola! Dla innych - dobry początek, nawet tych całkiem blisko, co to na górze mapy raz w trzech kolorach, a raz na pomarańczowo. Dla nas z Sanżila - nie wiadomo wcale nic a nic. Ale za to jaką mamy piosenkę, fiu fiu!
Nazywa się skromnie, raptem lekcja 28. We wtorek pod ekranem starałam się rozpytać tu i ówdzie tego i owego, dlaczego 28, skoro diabły czekały 12 lat na swoją kolejkę, a to w żaden sposób się nie rymuje, lub - jak mawiają niektórzy - nie kalkuluje z 28, ale umilkłam, bo albo mnie nie zrozumieli, albo nie chcieli, mimo że to było na początku i piwo nie zdążyło jeszcze popłynąć szerokim, mimo że niedarmowym strumieniem. Widać ta koncentracja na golach wpływa na myślenie. No mówię przecież, wtrąca się Ana Martin, nic dobrego z tego nie wynika.
Oprócz tej piosenki, przyznaje łaskawie. To znaczy to nadal jest piłkarskie porykiwanie, ale jakieś takie lepsze. Ana, widzisz, jak miszczostwa wpływają na ludzi, nawet ty poddałaś się patriotycznym uczuciom, naśmiewa się (chyba) Roman ze ślubnej. Nie no, tylko mi się podoba ta historia, że najpierw są kłótnie i darcie kotów, ale jak przychodzi co do czego, czyli do zwycięstwa, to nagle cały naród stoi jedną ławą. Piłkarską.
A jaka historia, dopominam się? Bo to było tak: tę piosenkę, co miała właśnie dostać nominację na hymn, po raz pierwszy zaprezentowano w czasie towarzyskiego meczu Belgia -Wybrzeże Kości Słoniowej. Dobrze piszesz, wszystko wielką literą. To taki kraj. Daleko. W Afryce. Ale zanim jeszcze ją oficjalnie odegrano, już się podniosły głosy oburzenia. O głupi tytuł chodzi, zgaduję? Nie, nie. O język, a jakże, a o co może chodzić w Belgii, dodaje filozoficznie Roman. Ale to przecież po tutejszemu, a nie po polsku, dziwię się, to w czym problem?
Ksenia, pomyśl. Ile to razy była mowa o tym, nawet u nas na spolszczonym Sanżilu, że w Belgii są trzy oficjalne języki. Jakie trzy? Niemiecki jeszcze, ale ci siedzą ciszej, a kłócą się ci, co na co dzień po flamandzku i po francusku. I bomba wybuchła, gdy okazało się, że belgijski związek piłki nożnej wybrał na oficjalny hymn piosenkę w tylko w jednym z trzech oficjalnych języków, a na pierwszym wideo napisy było - o zgrozo! - po angielsku. I się zaczęły protesty. Białe miasteczko prawie zbudowali. Że francuski, że Stromae znów, że angielski, że dlaczego akurat ta piosenka wybrana z 50 nadesłanych, a przecież więcej gracy mówi po flamandzku i na pewno by ich ucieszyło, jakby sobie mogli ponucić w ojczyźnie polszczyźnie.
Kłócili się równo, aż musiał się wypowiedzieć szef tego całego związku piłkarzy. Flamand, dodam. Że jego zdaniem Stromae można lubić nawet, jak się jest Flamandem. A angielski się przyda w Ameryce, bo tam jeszcze mniej ludzi zna flamandzki. I że się to przyda ekipie. I że Stromae sam się zgłosił na ochotnika-śpiewaka po meczu z Walią, to też kraj, Ksenia, uprzedzam, choć nie całkiem niezależny. Bo kibicuje całej ekipie, a nie tylko tym, co po francusku.
Ha, i co wy na to? mówi Ana? No, że muzyka łączy ludzi, wypalam. I jak poetycko piszą tu, dodaje z uśmiechem Roman, że belgijska fala muzyczna poniesie nas do zwycięstwa. Może nie nas, myślę sobie, ale na bezrybiu i Belgia ryba. I taka to lekcja na dziś numer 28.
Nazywa się skromnie, raptem lekcja 28. We wtorek pod ekranem starałam się rozpytać tu i ówdzie tego i owego, dlaczego 28, skoro diabły czekały 12 lat na swoją kolejkę, a to w żaden sposób się nie rymuje, lub - jak mawiają niektórzy - nie kalkuluje z 28, ale umilkłam, bo albo mnie nie zrozumieli, albo nie chcieli, mimo że to było na początku i piwo nie zdążyło jeszcze popłynąć szerokim, mimo że niedarmowym strumieniem. Widać ta koncentracja na golach wpływa na myślenie. No mówię przecież, wtrąca się Ana Martin, nic dobrego z tego nie wynika.
Oprócz tej piosenki, przyznaje łaskawie. To znaczy to nadal jest piłkarskie porykiwanie, ale jakieś takie lepsze. Ana, widzisz, jak miszczostwa wpływają na ludzi, nawet ty poddałaś się patriotycznym uczuciom, naśmiewa się (chyba) Roman ze ślubnej. Nie no, tylko mi się podoba ta historia, że najpierw są kłótnie i darcie kotów, ale jak przychodzi co do czego, czyli do zwycięstwa, to nagle cały naród stoi jedną ławą. Piłkarską.
A jaka historia, dopominam się? Bo to było tak: tę piosenkę, co miała właśnie dostać nominację na hymn, po raz pierwszy zaprezentowano w czasie towarzyskiego meczu Belgia -Wybrzeże Kości Słoniowej. Dobrze piszesz, wszystko wielką literą. To taki kraj. Daleko. W Afryce. Ale zanim jeszcze ją oficjalnie odegrano, już się podniosły głosy oburzenia. O głupi tytuł chodzi, zgaduję? Nie, nie. O język, a jakże, a o co może chodzić w Belgii, dodaje filozoficznie Roman. Ale to przecież po tutejszemu, a nie po polsku, dziwię się, to w czym problem?
Ksenia, pomyśl. Ile to razy była mowa o tym, nawet u nas na spolszczonym Sanżilu, że w Belgii są trzy oficjalne języki. Jakie trzy? Niemiecki jeszcze, ale ci siedzą ciszej, a kłócą się ci, co na co dzień po flamandzku i po francusku. I bomba wybuchła, gdy okazało się, że belgijski związek piłki nożnej wybrał na oficjalny hymn piosenkę w tylko w jednym z trzech oficjalnych języków, a na pierwszym wideo napisy było - o zgrozo! - po angielsku. I się zaczęły protesty. Białe miasteczko prawie zbudowali. Że francuski, że Stromae znów, że angielski, że dlaczego akurat ta piosenka wybrana z 50 nadesłanych, a przecież więcej gracy mówi po flamandzku i na pewno by ich ucieszyło, jakby sobie mogli ponucić w ojczyźnie polszczyźnie.
Kłócili się równo, aż musiał się wypowiedzieć szef tego całego związku piłkarzy. Flamand, dodam. Że jego zdaniem Stromae można lubić nawet, jak się jest Flamandem. A angielski się przyda w Ameryce, bo tam jeszcze mniej ludzi zna flamandzki. I że się to przyda ekipie. I że Stromae sam się zgłosił na ochotnika-śpiewaka po meczu z Walią, to też kraj, Ksenia, uprzedzam, choć nie całkiem niezależny. Bo kibicuje całej ekipie, a nie tylko tym, co po francusku.
Ha, i co wy na to? mówi Ana? No, że muzyka łączy ludzi, wypalam. I jak poetycko piszą tu, dodaje z uśmiechem Roman, że belgijska fala muzyczna poniesie nas do zwycięstwa. Może nie nas, myślę sobie, ale na bezrybiu i Belgia ryba. I taka to lekcja na dziś numer 28.
Subscribe to:
Posts (Atom)