Ana zadowolana, choć oka nie zmrużyła po burzliwych pogodowo i charakterologiczno-charakterystycznie obradach takich jednych na ef feministek, co to szykują nowe kongresy na jesień. Oj, będzie się działo. Zadrży patriarchat, to pewne.
Ana zadowolono-zadowolana właśnie dlatego, że się dziać będzie i że za to się lubi Bruksenię, Sanżil i okoliczności też, w tym burzowe - pogody, co to daje odetchnąć wraz z końcem lata, co też jest typowe dla Sanżila i okoliczności, bo przecież jesień kiedyś musi się zacząć, i co z tego, że w czerwcu lub sierpniu bynajmniej, fajnie nawet może, bo inaczej, niż kiedyś w Polsce A B C i D, gdzie to się działo według kalendarza.
Latem feministki na f zebrały się i uradziły, kto zląduje na Sanżilu. Dziś od rana Ana opowiada o tym, bo to pierwszy piątek szkolny dla wszystkich, a dla Grocha w ogóle życiowy, bez obiadu na dodatek, tak se wymyślili w tym szkolnictwem belż; co oczywiście nie jest żadnym wymysłem w porównaniu do matczyno-ojczystych zmian w edukacji, o tam to naprawdę zasunęli uczniom zmiany, że hej.
Na Sanżilu za to pierwszy września sunie powoli, a po ugotowaniu niby-obiadu w dwóch porcjach o siódmej rano już o ósmej czydzieści nastała wolność, której cena to właśnie dwa pudełka pełne njoków.
Wrzesień - czyly praca w znaczeniu niedomowym tylko, kiedy można z rana coś opowiedzieć. ludowi i nie tylko.
I jesień w Brukseni bogata: zjedzie pani od siku i pani od krzyczenia w pracy na panie. Będzie urodzona w środę i różne inne z nowością w nazwisku. Będzie jedna lamparcica, co się nie daje, i flagę przywiozła wręcz. I inne atrakcje. Ana je wkrótce ogłosi, fejsem, a jakże, taka nowoczesna nasza Ana.
Bo jesień za pasem.
Thursday, 31 August 2017
Thursday, 29 June 2017
rozas
Rita płacze. Ana Martin płacze. Wszystkieśmy we łzach. Złotych, jak ta kurtyna wczoraj.
Pięknie było, wzdycha Ana z rana na wspomnienie wczoraj, kiedy to się była dopchała po różane bilety dla siebie i Rity.
Na taniec, muzykę, spektakl.
Rosas - ATKD. Anne Teresa de Keersmaeker. Miód. Różany.
Bo pchać po sztukę to się akurat Ana potrafi. A że tym razem to róże - to dała z siebie wszystko.
W brukseńskim kaju się to działo. Nie kraju. Wiem Ana, nie przerywaj mi, wiem, że kaj się inaczej pisze, nie raz i nie dwa, ale ze czy chyba u ciebie na sztukach wysokich i wysoce niezrozumiałych tam byłam. Kaai, a nawet i wręcz KAAI. Takie ogromniaste bukwy widnieją na budynku nad kanałem, co to go Roman se z innych względów ukochał, mianowicie muzealno-zabytkowo-samochodowych, a nawet targowych - bo skąd przytachał na Sanżil i w okoliczności włoskie napitki eko-bjo, a Fjotr w jego ślady, a jakże, kompani dwaj, no skąd, jak nie z kaju?
A my z Ritą kompanki-różanki. Zawsze, a wczoraj szczególnie.
Ja na czecią się wepchałam. Przepraszam - Ana nas wepchała. Ritę w ósmy rząd wsadziła, zaraz policzę: a-b-c-d-e-f-g, to siódmy plus jedno zero, czyli ósmy, tak.
Otto, potwierdza Iwonek, który w ramach przygotowań przedwakacyjnych uczy się po włosku.
Więc od początku było tak:
Ana Martin wyrwała z domu, jak dzieciarnia tylko umieściła się w wannie, zwanej basenem. I pierwsza stanęła przed kasą.
Jak wryta stanęłam, dodaje, bo jednak 50 osób na liście rezerwowej się nie zdarza codziennie, ale cóż, rozas, można się było spodziewać. No ale nic. Dziarską minę zrobiłam, bo to ja Ritę namówiłam na wyjście bezbiletowe, i czekałam.
I szybko się doczekałaś, co?
Tak, od razu wypatrzyłam takiego jednego niepewnego, co się po teatrze błąkał, nie wiedząc, co zrobić z z biletem; ja wiedziałam natomiast, od razu go przycisnęłam i wsadziłam Ritę na jego miejsce. Ale jeszcze byłyśmy my dwie, i sytuacja nie wyglądała dobrze.
No - a jak gruchnęła wieść, że są tylko 4 miejsca, już oczyma duszy widziałaś, mówiłaś, jak Roman rezygnuje z motorowej wycieczki w czwartek, a my błagamy operowego dyrektorka przez y, co to jego facio także wczoraj przybył i z którym ucięłśa nawet pogawędkę w tym drugim dialekcie, by nam co nieco pomógł. Ale nie trzeba było Ana, bo ty taka zdolna jesteś, naprawdę, brawo.
No, na czymś się znam. Może nie na księgowości, ale na zdobywaniu biletów - tak.
I je zdobyłam!
Zdobyła, potwierdzamy.
Na balkonie.
I pięknie było. I żeśmy płakały, i klaskały, i wariowały ze szczęścia.
Rosas - ATKD. Anne Teresa de Keersmaeker. Miód. Różany. Lećcie dziś, to najlepsze, co w Brukseni, nawet Sanżil się nie umywa. Naprawdę!
Pięknie było, wzdycha Ana z rana na wspomnienie wczoraj, kiedy to się była dopchała po różane bilety dla siebie i Rity.
Na taniec, muzykę, spektakl.
Rosas - ATKD. Anne Teresa de Keersmaeker. Miód. Różany.
Bo pchać po sztukę to się akurat Ana potrafi. A że tym razem to róże - to dała z siebie wszystko.
W brukseńskim kaju się to działo. Nie kraju. Wiem Ana, nie przerywaj mi, wiem, że kaj się inaczej pisze, nie raz i nie dwa, ale ze czy chyba u ciebie na sztukach wysokich i wysoce niezrozumiałych tam byłam. Kaai, a nawet i wręcz KAAI. Takie ogromniaste bukwy widnieją na budynku nad kanałem, co to go Roman se z innych względów ukochał, mianowicie muzealno-zabytkowo-samochodowych, a nawet targowych - bo skąd przytachał na Sanżil i w okoliczności włoskie napitki eko-bjo, a Fjotr w jego ślady, a jakże, kompani dwaj, no skąd, jak nie z kaju?
A my z Ritą kompanki-różanki. Zawsze, a wczoraj szczególnie.
Ja na czecią się wepchałam. Przepraszam - Ana nas wepchała. Ritę w ósmy rząd wsadziła, zaraz policzę: a-b-c-d-e-f-g, to siódmy plus jedno zero, czyli ósmy, tak.
Otto, potwierdza Iwonek, który w ramach przygotowań przedwakacyjnych uczy się po włosku.
Więc od początku było tak:
Ana Martin wyrwała z domu, jak dzieciarnia tylko umieściła się w wannie, zwanej basenem. I pierwsza stanęła przed kasą.
Jak wryta stanęłam, dodaje, bo jednak 50 osób na liście rezerwowej się nie zdarza codziennie, ale cóż, rozas, można się było spodziewać. No ale nic. Dziarską minę zrobiłam, bo to ja Ritę namówiłam na wyjście bezbiletowe, i czekałam.
I szybko się doczekałaś, co?
Tak, od razu wypatrzyłam takiego jednego niepewnego, co się po teatrze błąkał, nie wiedząc, co zrobić z z biletem; ja wiedziałam natomiast, od razu go przycisnęłam i wsadziłam Ritę na jego miejsce. Ale jeszcze byłyśmy my dwie, i sytuacja nie wyglądała dobrze.
No - a jak gruchnęła wieść, że są tylko 4 miejsca, już oczyma duszy widziałaś, mówiłaś, jak Roman rezygnuje z motorowej wycieczki w czwartek, a my błagamy operowego dyrektorka przez y, co to jego facio także wczoraj przybył i z którym ucięłśa nawet pogawędkę w tym drugim dialekcie, by nam co nieco pomógł. Ale nie trzeba było Ana, bo ty taka zdolna jesteś, naprawdę, brawo.
No, na czymś się znam. Może nie na księgowości, ale na zdobywaniu biletów - tak.
I je zdobyłam!
Zdobyła, potwierdzamy.
Na balkonie.
I pięknie było. I żeśmy płakały, i klaskały, i wariowały ze szczęścia.
Rosas - ATKD. Anne Teresa de Keersmaeker. Miód. Różany. Lećcie dziś, to najlepsze, co w Brukseni, nawet Sanżil się nie umywa. Naprawdę!
Wednesday, 28 June 2017
ostatnia taka środa
Środa ostatnia czerwcowo-szkolna na Sanżilu płynie z wolna, kończą się nauki; nie ojro tego tam luksusy, ale zwykłe tysiąclatki belż, tak, więc melancholijnie nam, bo dlaczego nie na wesoło, kiwa głową Roman.
Rozjadą się do swoich, uczniowie i rodzice, prognozujemy. I znów cała brukseńska robota pojednawcza pójdzie na marne.
Idzie takich dwóch po Woluwach. Popaczcie sami. Opiszę obrazek.
Gdzie, jak nie u nas, a nawet nie u nas, na Sanżilu, tylko po lepszemu, bo na Woluwach, w jednej klasie spotkać i polubić by się mogli: chłopak w sukni i klapkach japonkach, choć z Arabowa ci one, choć miałam tak nie mówić, ale jak wam to wytłumaczyć, no dobra, z Monako on ci i one, te klapki znaczy się - poprawiam się pod czujnym wzrokiem Any - a więc gdzie ten to w sukience miałby się spotkać z naszym chłopakiem swojakiem w adidaskach najkach? Chyba że pumy modne lub adidasy z adidasa? Nie wiem, za staram.
Naszego zresztą po twarzy rozpoznać łatwo, rysach albo też braku rysów wręcz, lub po bluzie z orłem w koronie, orłosępem jakimś. Z Polski ci on rodem, jak kolory na klacie, z D jednakże, bo w Polsce A B i C takich strojów nie było. Zdaniem Romana i Any Martin na pewno nie, a ja nie pamiętam?
No więc się zagubiliście. Heloł, moda to nie przelewki! Wracam do tematu.
Czyly: gdzie ci dwaj, klapkowy i adidasowy mieliby zrzucić stroje narodowe i ubrać się po modnemu, jak twójstylpanigalabrawo przykazali? Czy inna emtiwi?
Tylko w szkole w naszych okolicznościach. Bo w Polsce D obecnej ten jeden nie mógłby się pokazać w sukni i japonkach. Zostaje Bruksenia.
Powiem więcej: gdzie mieliby się oni modnie uczesać w te same frzury odpiłakrskie i razem coś zapalić? Zostaje Bruksenia.
I najwięcej na koniec: gdzie mieliby zbić szafkę na darmowe dzielnicowe książki wymieniane przez sąsiedztwo i powiesić ją zjednoczonymi siłami polsko-arabskimi? I po drodze przejść koło okien czołowej takiej na ef jednej?
Tylko na Woluwach. Tylko na Sanżilu. Tylko w okolicznościach Brukseni.
Ostatnia środa szkolna po burzliwym wtorku. Dziękujemy za uwagę!
Rozjadą się do swoich, uczniowie i rodzice, prognozujemy. I znów cała brukseńska robota pojednawcza pójdzie na marne.
Idzie takich dwóch po Woluwach. Popaczcie sami. Opiszę obrazek.
Gdzie, jak nie u nas, a nawet nie u nas, na Sanżilu, tylko po lepszemu, bo na Woluwach, w jednej klasie spotkać i polubić by się mogli: chłopak w sukni i klapkach japonkach, choć z Arabowa ci one, choć miałam tak nie mówić, ale jak wam to wytłumaczyć, no dobra, z Monako on ci i one, te klapki znaczy się - poprawiam się pod czujnym wzrokiem Any - a więc gdzie ten to w sukience miałby się spotkać z naszym chłopakiem swojakiem w adidaskach najkach? Chyba że pumy modne lub adidasy z adidasa? Nie wiem, za staram.
Naszego zresztą po twarzy rozpoznać łatwo, rysach albo też braku rysów wręcz, lub po bluzie z orłem w koronie, orłosępem jakimś. Z Polski ci on rodem, jak kolory na klacie, z D jednakże, bo w Polsce A B i C takich strojów nie było. Zdaniem Romana i Any Martin na pewno nie, a ja nie pamiętam?
No więc się zagubiliście. Heloł, moda to nie przelewki! Wracam do tematu.
Czyly: gdzie ci dwaj, klapkowy i adidasowy mieliby zrzucić stroje narodowe i ubrać się po modnemu, jak twójstylpanigalabrawo przykazali? Czy inna emtiwi?
Tylko w szkole w naszych okolicznościach. Bo w Polsce D obecnej ten jeden nie mógłby się pokazać w sukni i japonkach. Zostaje Bruksenia.
Powiem więcej: gdzie mieliby się oni modnie uczesać w te same frzury odpiłakrskie i razem coś zapalić? Zostaje Bruksenia.
I najwięcej na koniec: gdzie mieliby zbić szafkę na darmowe dzielnicowe książki wymieniane przez sąsiedztwo i powiesić ją zjednoczonymi siłami polsko-arabskimi? I po drodze przejść koło okien czołowej takiej na ef jednej?
Tylko na Woluwach. Tylko na Sanżilu. Tylko w okolicznościach Brukseni.
Ostatnia środa szkolna po burzliwym wtorku. Dziękujemy za uwagę!
Tuesday, 27 June 2017
madam pat
Rodzicom wstęp wzbroniony - dostrzegła Ana Martin swego czasu na drzwiach do korytarza z klasą Iwonka.
I przestąpiła je oczywiście, jak to Ana Martin, te drzwi znaczy się, wstąpiła w nie znaczy się.
To było po raz pierwszy. Wtedy. A wczoraj - po raz drugi.
Z okazji nie byle jakiej bynajmniej, co najmniej odświętnej przynajmniej, a mianowicie: pogadanki rodzicielskiej z panią Pat. Madam Pat, w pisowni: madame, jak to wszystkie madamy belż i krajach obok.
Nie znacie, powiecie.
Nie znamy, mówicie.
A szkoda. To pani Iwonka. Pani nauczycielka. Na Sanżilu i w okolicznościach zwana: anstit - ąstit - a najbardziej: coś między tym, czego się w polszczyźnie matczyźnie bynajmniej nie da zapisać, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, a przecie do szkół chodziłam.
Więc co ta pani, chcecie wiedzieć zapewne. W instytucie jakimś zasiada czy co?
Ależ skąd. Na małym krzesełku w szkole. Ekol. Maternel.
I na tym to krzesełku zaskarbiła sobie miłość i wdzięczność Any Martin.
I moją, dopowiada Roman.
Ja też lubię madam Pat, zgłasza się Iwonek.
I ja i ja też, melduje się Groch.
Że o swojej kseninej radości nie wspomnę, no ale ja tu nie nikogo rodziłam. Nigdzie zresztą, alem se obiecała, że to będzie bliżej Sanżila, jakby co. Tylko że nie Iwonka czy Grocha i tak.
A w czym to ona taka wybitna, spytacie, ta madam.
W rysunkach, brikolażach i obserwacji dzieci. Zwanych czasami - mimo że to dopiero przedszkole przecie, ten maternel - elewami.
Swoją postawą i talentami nauczycielskimi zaskarbiła sobie nas. Na koniec roku szkolnego i w jego trakcie, tak więc mimo że wstęp był wzbroniony - to rok minął nie najgorzej.
I przestąpiła je oczywiście, jak to Ana Martin, te drzwi znaczy się, wstąpiła w nie znaczy się.
To było po raz pierwszy. Wtedy. A wczoraj - po raz drugi.
Z okazji nie byle jakiej bynajmniej, co najmniej odświętnej przynajmniej, a mianowicie: pogadanki rodzicielskiej z panią Pat. Madam Pat, w pisowni: madame, jak to wszystkie madamy belż i krajach obok.
Nie znacie, powiecie.
Nie znamy, mówicie.
A szkoda. To pani Iwonka. Pani nauczycielka. Na Sanżilu i w okolicznościach zwana: anstit - ąstit - a najbardziej: coś między tym, czego się w polszczyźnie matczyźnie bynajmniej nie da zapisać, a przynajmniej ja nic o tym nie wiem, a przecie do szkół chodziłam.
Więc co ta pani, chcecie wiedzieć zapewne. W instytucie jakimś zasiada czy co?
Ależ skąd. Na małym krzesełku w szkole. Ekol. Maternel.
I na tym to krzesełku zaskarbiła sobie miłość i wdzięczność Any Martin.
I moją, dopowiada Roman.
Ja też lubię madam Pat, zgłasza się Iwonek.
I ja i ja też, melduje się Groch.
Że o swojej kseninej radości nie wspomnę, no ale ja tu nie nikogo rodziłam. Nigdzie zresztą, alem se obiecała, że to będzie bliżej Sanżila, jakby co. Tylko że nie Iwonka czy Grocha i tak.
A w czym to ona taka wybitna, spytacie, ta madam.
W rysunkach, brikolażach i obserwacji dzieci. Zwanych czasami - mimo że to dopiero przedszkole przecie, ten maternel - elewami.
Swoją postawą i talentami nauczycielskimi zaskarbiła sobie nas. Na koniec roku szkolnego i w jego trakcie, tak więc mimo że wstęp był wzbroniony - to rok minął nie najgorzej.
A jaka teczka obrazów! W niej techniki: deszczu, śniegu, magiczna, kandinskiego jakiegoś i innego matisa. Wszystko pójdzie w ramy chyba, wzdycha Ana, a Babcia podobnie przez skajpa. Że piękne po porostu i pomysłowe.
Nie mówiąc o setkach swoich portretów, jakie nazbierała Ana. Z synami głównie, w sukniach księżniczek i w kwiatach.
Za to dziękujemy. Mersi!
I przyjdzie do mnie na urodziny, aha Grochu! Madam Pat moja!
I przyjdzie do mnie na urodziny, aha Grochu! Madam Pat moja!
Monday, 26 June 2017
brokat
Wyszła sobie Ana Martin faktycznie na spokojny spacerek wczoraj, a wróciła - z pudłem bananów.
Mamusiu, ale ta kes nie była już pełna bananów, protestuje Iwonek. Ona była widna. I myśmy tam wsadzili moje lotnisko na tym bro..brokacie.
Brokancie.
Mówię właśnie. Dobrze, że te panie i panowie sprzedawali to lotnisko. Akurat mi było potrzebne.
W ogóle same piękne rzeczy tam były, mamusiu. Torby z heloł kiti. Z puchatem. I lody z auta! I jeszcze lego z policją dla Grocha, słyszysz Grochu, to dla ciebie!
Tylko mamusiu, skąd ci wszyscy ludzie wokoł kościoła mieli te wszystkie rzeczy i dlaczego one leżały na ziemi?
Bo szafki dużo ważą , no i był to brokatt, gdzie się tak własnie sprzedaje chałupniczo, mądrzę się.
Brokant, Ksenio.
Co to jest chałupniczo, nie znam tego słowa?
Trochę tak, jak komu wyjdzie. A że kawałek chodnika zawsze się znajdzie - większość kładzie wszystko na ziemi i sprzedaje od razu.
I dobrze tak widać w sumie też, z góry. i Groch widzi, bo jet mały.
Duzi jeste!
No właśnie. Ja lotnisko z plejmobilu zobaczyłem, piękne jest! I jeszcze miła pani dała mi prezent na moje urodziny, choć to nie moje urodziny wcale jeszcze, tylko tort do szkoły zaniosłem, bo ja mam urodziny w lecie na plaży, aha! A ty Grochu w zimie, jak będą święta świętego mikołaja.
A co mamusiu jeszcze kupiliśmy? Lego i co?
I stare filiżanki, i książki dla mamusi o paniach, i dla tatusia niespodziankę.
Buty dla małej Rity pani dała.
Ale i tak najpiękniejsze są te niebieskie błyszczące kamyki, co mi dała inna pani. Prawdziwy skarb mam!
Kab, potwierdza Groch. Ja też mam kab.
Fajny taki brokat, co?
Bardzo fajny. A najfajniejsze w tym to, że jakoś taki letni luz. Nikt się nie boi chodzić w tłumie, mimo że zamach się zdarzył znów przecie, przypomina Roman. Ludzie żyją dalej i cieszą się życiem.
I jedzą pyszne rzeczy! Frytki, lody, gofry, i kukurydzę z wielkiego gara!
Ja chcę znów brokatu! Błyszczącego!
Mamusiu, ale ta kes nie była już pełna bananów, protestuje Iwonek. Ona była widna. I myśmy tam wsadzili moje lotnisko na tym bro..brokacie.
Brokancie.
Mówię właśnie. Dobrze, że te panie i panowie sprzedawali to lotnisko. Akurat mi było potrzebne.
W ogóle same piękne rzeczy tam były, mamusiu. Torby z heloł kiti. Z puchatem. I lody z auta! I jeszcze lego z policją dla Grocha, słyszysz Grochu, to dla ciebie!
Tylko mamusiu, skąd ci wszyscy ludzie wokoł kościoła mieli te wszystkie rzeczy i dlaczego one leżały na ziemi?
Bo szafki dużo ważą , no i był to brokatt, gdzie się tak własnie sprzedaje chałupniczo, mądrzę się.
Brokant, Ksenio.
Co to jest chałupniczo, nie znam tego słowa?
Trochę tak, jak komu wyjdzie. A że kawałek chodnika zawsze się znajdzie - większość kładzie wszystko na ziemi i sprzedaje od razu.
I dobrze tak widać w sumie też, z góry. i Groch widzi, bo jet mały.
Duzi jeste!
No właśnie. Ja lotnisko z plejmobilu zobaczyłem, piękne jest! I jeszcze miła pani dała mi prezent na moje urodziny, choć to nie moje urodziny wcale jeszcze, tylko tort do szkoły zaniosłem, bo ja mam urodziny w lecie na plaży, aha! A ty Grochu w zimie, jak będą święta świętego mikołaja.
A co mamusiu jeszcze kupiliśmy? Lego i co?
I stare filiżanki, i książki dla mamusi o paniach, i dla tatusia niespodziankę.
Buty dla małej Rity pani dała.
Ale i tak najpiękniejsze są te niebieskie błyszczące kamyki, co mi dała inna pani. Prawdziwy skarb mam!
Kab, potwierdza Groch. Ja też mam kab.
Fajny taki brokat, co?
Bardzo fajny. A najfajniejsze w tym to, że jakoś taki letni luz. Nikt się nie boi chodzić w tłumie, mimo że zamach się zdarzył znów przecie, przypomina Roman. Ludzie żyją dalej i cieszą się życiem.
I jedzą pyszne rzeczy! Frytki, lody, gofry, i kukurydzę z wielkiego gara!
Ja chcę znów brokatu! Błyszczącego!
Thursday, 22 June 2017
anegdota
Oto anegdota na pierwszy dzień lata. Pełny, bo lato w środę z rana zawitało, choć temperaturami to już w maju.
Nie uwierzycie, ale pochodzi z metełobelżik, czyly jak twierdzi Ana - albo coś w tym rodzaju - tego samego instytutu, który w polskiej tiwi za czasów A B i C, bo D to nie wiem, zarządzał hektopaskalami i wysokim oraz niskim ciśnieniem, a jak nie wiecie nadal - tymi kreskami układającymi się w koła za tym faciem, jak mu było, pogodynką.
Tą pogodynką, Ksenio, wyłapuje Iwonek. Albo tym pogodynkiem, jak to pan mesje, prawda mamusiu? Kto to w ogóle?
Prawda, potakuje Groch. Ktjo to?
Meteobelżik to strona belgijskiego Instytutu Meteorologii, tak Ksenio, dobrze litery poustawiałaś. A w Polsce jest polski odpowiednik instytutu, albo był, bo teraz to nie wiadomo, co jest, a czego nie ma, a skoro ten nienarodowy był ci on, to kto wie, kto wie, czy jest. W każdym razie, co cię tak rozbawiło?
Słowo "anegdota".
A ono śmieszne jest, to słowo, mamusiu tatusiu Ksenio?
Oznacza śmieszną historię.
Jak tę o złotym zegarku wrzuconym do ubikacji, co nie wypłynął w ogródku?
Taa, tatoria o zegaku, potakuje Groch.
Na przykład.
Ale Ksenię rozśmieszyło tak straszliwie, na gorąco, jak za oknem, co innego chyba?
Prognoza mianowicie.
A co dokładnie? Poezja zapisu? Czy proza? czego słynie meteobelżik?
Nie wiem, czy poezja, czy ta druga, no proza, ale aspekt i kontekst.
Czego?
No bo słuchajcie. Siedziemy sobie na Sanżilu i w okolicznościach Gorąc leje się z nieba i z rur, zimnej wody nie uświadczysz. Zaświadczycie?
Tak.
Na dworze susza, oddychać nie ma czym, z iksela donoszą, że akwarium; ale to nic nie daje do myślenia niektórym: lokalne Sanżilaki z Polski A B C i D narzekają na ulicy na pogodę, że gorąco owszem, może nawet i nie pada, bo zawsze pada w tym kraju, więc to i tak niedługo potrwa, bo wiadomo, Belgia i Bruksenia, fuj, dobrze, że do Polski na wakacje zaraz.
Upał nie popuszcza. Zamykam okno, naszych nie słyszę. Piję zimną wodę, bo nie żywca przecież czy tyskie no nie.
I wtedy czytam w metełobelżiku, już nawet nie to, że wtorek: 32 na plusie; środa - 33, czwartek: maksyma 34.
Tylko to, że w piątek nastąpi zmiana. A ta zmiana to minus pięć stopni, co da 28, tak?
Tak.
Takie to zmiany mamy ostatnio w Belgii. Chciałabym tym pod oknem pokazać.
I że deszczu nie będzie, czytam. Ups, przepraszam - będzie być może - ale w ilościach anegdotycznych.
A-neg-do-tycz-nych! Taka ilość deszczu spadnie w Brukseni.
Czyli nie spadnie raczej.
Wyobrażacie sobie, co Polacy na to powiedzą?
Nie uwierzycie, ale pochodzi z metełobelżik, czyly jak twierdzi Ana - albo coś w tym rodzaju - tego samego instytutu, który w polskiej tiwi za czasów A B i C, bo D to nie wiem, zarządzał hektopaskalami i wysokim oraz niskim ciśnieniem, a jak nie wiecie nadal - tymi kreskami układającymi się w koła za tym faciem, jak mu było, pogodynką.
Tą pogodynką, Ksenio, wyłapuje Iwonek. Albo tym pogodynkiem, jak to pan mesje, prawda mamusiu? Kto to w ogóle?
Prawda, potakuje Groch. Ktjo to?
Meteobelżik to strona belgijskiego Instytutu Meteorologii, tak Ksenio, dobrze litery poustawiałaś. A w Polsce jest polski odpowiednik instytutu, albo był, bo teraz to nie wiadomo, co jest, a czego nie ma, a skoro ten nienarodowy był ci on, to kto wie, kto wie, czy jest. W każdym razie, co cię tak rozbawiło?
Słowo "anegdota".
A ono śmieszne jest, to słowo, mamusiu tatusiu Ksenio?
Oznacza śmieszną historię.
Jak tę o złotym zegarku wrzuconym do ubikacji, co nie wypłynął w ogródku?
Taa, tatoria o zegaku, potakuje Groch.
Na przykład.
Ale Ksenię rozśmieszyło tak straszliwie, na gorąco, jak za oknem, co innego chyba?
Prognoza mianowicie.
A co dokładnie? Poezja zapisu? Czy proza? czego słynie meteobelżik?
Nie wiem, czy poezja, czy ta druga, no proza, ale aspekt i kontekst.
Czego?
No bo słuchajcie. Siedziemy sobie na Sanżilu i w okolicznościach Gorąc leje się z nieba i z rur, zimnej wody nie uświadczysz. Zaświadczycie?
Tak.
Na dworze susza, oddychać nie ma czym, z iksela donoszą, że akwarium; ale to nic nie daje do myślenia niektórym: lokalne Sanżilaki z Polski A B C i D narzekają na ulicy na pogodę, że gorąco owszem, może nawet i nie pada, bo zawsze pada w tym kraju, więc to i tak niedługo potrwa, bo wiadomo, Belgia i Bruksenia, fuj, dobrze, że do Polski na wakacje zaraz.
Upał nie popuszcza. Zamykam okno, naszych nie słyszę. Piję zimną wodę, bo nie żywca przecież czy tyskie no nie.
I wtedy czytam w metełobelżiku, już nawet nie to, że wtorek: 32 na plusie; środa - 33, czwartek: maksyma 34.
Tylko to, że w piątek nastąpi zmiana. A ta zmiana to minus pięć stopni, co da 28, tak?
Tak.
Takie to zmiany mamy ostatnio w Belgii. Chciałabym tym pod oknem pokazać.
I że deszczu nie będzie, czytam. Ups, przepraszam - będzie być może - ale w ilościach anegdotycznych.
A-neg-do-tycz-nych! Taka ilość deszczu spadnie w Brukseni.
Czyli nie spadnie raczej.
Wyobrażacie sobie, co Polacy na to powiedzą?
Wednesday, 21 June 2017
piszemy
Mamusia pisze gazetę, informuje mnie z rana Iwonek. Z ciocią Ritą piszą, wiesz, i ja tę gazetę dam dzieciom na placu zabaw, tym, co rozumieją po polsku, nie Marilu ani Mohamedowi, bo oni są belż; a tobie Groszku też nie dam, bo ty Groszku nie umiesz czytać.
Taa, zgadza się Groch. Dada umie. Mama umie. Tatuś w pracy. Doszek nie umie pisać.
Nie szkodzi Grochu, ja ci przeczytam, nie martw się.
Ana, nowy numer Myka już robicie? A przecież wakacyjny, co to wraz z Bożym Ciałem tu zjechał, jeszcze nie rozdany, i zalega po komisjach i innych szkołach, lelewelu, misyjnej i tej czeciej. Dzieciaki na wakacje dostaną dopiero, jak jakiś dewłar belż normalnie.
Nie, Iwonkowi się myli. Co innego piszę.
Bo przecież nie bloga piszesz mamusiu, prawda? Bloga o Brukseni i Belgii ty Ksenio ty piszesz, a mamusia gazety.
Książkę piszę.
Kubuś, woła Groch. Bob! Strażak Sam! ja chcę oglądać!
O Kubusi mamusiu piszesz, jak januszgajos albo pan miel?
Nie, o Kubusiu już napisał pan Milne, a przeczytał Janusz Gajos. Mamusia pisze o paniach stąd. Z Sanżila i okoliczności.
O, tak jak wczoraj na greckim? Pisz Ana pisz, to jest dopiero temat rzeka. Popieram, popieramy!
O! woła Iwonek. Wiem już, o cioci Ricie, Ninie, mamie Jana i innych mamusiach? I babciach? I pani fryzjerce?
O nie. O takich, co ich nie znamy za dobrze. Ale które tu są od dawna.
Taa, zgadza się Groch. Dada umie. Mama umie. Tatuś w pracy. Doszek nie umie pisać.
Nie szkodzi Grochu, ja ci przeczytam, nie martw się.
Ana, nowy numer Myka już robicie? A przecież wakacyjny, co to wraz z Bożym Ciałem tu zjechał, jeszcze nie rozdany, i zalega po komisjach i innych szkołach, lelewelu, misyjnej i tej czeciej. Dzieciaki na wakacje dostaną dopiero, jak jakiś dewłar belż normalnie.
Nie, Iwonkowi się myli. Co innego piszę.
Bo przecież nie bloga piszesz mamusiu, prawda? Bloga o Brukseni i Belgii ty Ksenio ty piszesz, a mamusia gazety.
Książkę piszę.
Kubuś, woła Groch. Bob! Strażak Sam! ja chcę oglądać!
O Kubusi mamusiu piszesz, jak januszgajos albo pan miel?
Nie, o Kubusiu już napisał pan Milne, a przeczytał Janusz Gajos. Mamusia pisze o paniach stąd. Z Sanżila i okoliczności.
O, tak jak wczoraj na greckim? Pisz Ana pisz, to jest dopiero temat rzeka. Popieram, popieramy!
O! woła Iwonek. Wiem już, o cioci Ricie, Ninie, mamie Jana i innych mamusiach? I babciach? I pani fryzjerce?
O nie. O takich, co ich nie znamy za dobrze. Ale które tu są od dawna.
Pani Basi Zosi Kasi Justynie?
Przykładowo.
Ja chcę zobaczyć rysunki! I przeczytać?
Zobaczysz, jak mama napisze. Wszyscy zobaczą.
Ja chcę zobaczyć rysunki! I przeczytać?
Zobaczysz, jak mama napisze. Wszyscy zobaczą.
Subscribe to:
Posts (Atom)