Tuesday, 12 June 2018

apero

Ana dała z siebie wszystko dosłownie, by w komplikacjach i rozjazdach zdążyć na wieczorek sąsiedzki - do hrabiowskich ogrodów; sąsiedzi belż to sąsiedzi, nawet jeśli z wyższej półki,  i zaspokojmy ich ciekawość polskością, taka chciała być dobra, nasza Ana.
Zróbmy to.
Dlatego przygnała rowerem z Iksela, pod górę w upale, i jak już była ustaliła z Romanem, że chłopstwo nadal będzie szalało w chaosie szkolnym, a dwie madam, ja i Ana czyly, zejdziemy w ogrody -  w tym to momencie natknęła się na sąsiada. Hrabiego. Hrabię. I mówi, że zaraz przyjdziemy, lemadam znaczy się, bo le trła mesje niestety w szkole.
Ja kiwam głową gorliwie.
Sąsiad usztywniony sobotnio na maksa, łykend  - wiadomo - więć strój niewygodny w formie spodni z pasem i koszulki polo, nie polone wcale, tylko angielskiej -  kole jeszcze bardziej, a zdjąć jakoś nie wypada, jeszcze nie ten etap luzu życiowego: więc po hrabiowsku kiwa głową, że można zejść później, sawa, un petit retar, padsusi w ogóle. 
Nie to, by nam się z Aną chciało iść; słońce wali, że hej, siódme poty, że hej, no ale czeba, to czeba. Już żeśmy se nawet obmyśliły, co wziąć polskiego, śliwki w czekoladzie czyly, niech się topią, a co - a tu nagle domofon.
Wydeofon, z obrazkiem taki. Nowocześnie na Sanżilu, a co.
W wydeofonie obraz sąsiada.
I takie słowa padają, pozwólcie, że Ana zapisze, bez akcentów, ale zrozumialej, niż ja.
E,a, eee…madame, en fait je voulais vous dire que... e aaa ....madame, on a eu pas mal d’annulations et aa.....e…on a donc...on a donc...decide... avec ma copine , ensemble qoui, que ....aaaa...e ee... peut-etre ce serait mieux de trouver une autre date. Voila. Reporter tout ca. Voila. Aaaa...eee...comme ca vous pourriez venir avec votre mari et vos enfants. Voila.
Ana , że padsusi. Pas de souci. Pas de tout!
Au revoir.
Eeee....aaaa...au revoir. Et bon samedi encore!

Monday, 11 June 2018

hrabia

Wcale nam nie pasowało, pójść na ten dzień sąsiada, wcale nie, bo przecie i ona szkoła świętowała i Sąsiadka się nagimnastykowała, by nas doń wprowadzić. Ale co tam, sąsiedzi belż tez ważni, to i Ana z Romanem uradzili, że do ogrodu sąsiedzkiego pójdą.
Spotyka Ana Martin więc gospodarza, trochę nerwowy on, bo nowy na Sanżilu zupełnie, i na oko jakoś tak widać, że go na sztywno wychowano, na ładnie znaczy się, przynajmniej ubraniowo; spotyka go Ana więc, i z uśmiechem na twarzy potwierdza, że owszem, my jak najbardziej, stawimy się na wieczorku zapoznawczym z okazji dnia sanżilowskiego sąsiada w liczbie osób 5, a mianowicie z 2 madam: Ana-Ksenia oraz 3 mesje, to jest: Roman, Iwonek i Groch, z których co prawda na dobrą sprawę można by zrobić jednego uczestniczka, a jeśli chodzi o alkohol - to wręcz zero. Taniej.
A że to aperytyf, apero takie, ma być przecież, więc warto to przemyśleć, przy okazji zakupów, nawet jeśli sąsiedztwo przyzwyczajone do obfitości towaru hrabiowskiej, jak doniósł Roman, od małego; to przecież teraz czeba robić na siebie, za swoje, i dobre nawyki oszczędnościowe przydadzą się na całe życie, a co, czasy niełatwe i kiedyś to były czasy tak w ogóle, mówiła matuś. Nawet jak my nie hrabia.
Młody i bogaty sąsiad przytakuje więc wtedy, jak go Ana spotyka, że super, czekają na naszą wesołą piąteczkę,  a jakże, jak najbardziej, całymi sobą czekają. Do tego krzywawy uśmiech; on wuzaton madam!
Ana prosi kolejny raz, by na ty być, se titłaje, na feministycznie na ef bez madamów, ale trudno, czym skorupka za młodu wiadomo, łatwo nie będzie się tego pozbyć, bagażu belgijskości. Że duży on i sztywny - to jużem wspominała z początku.
I właśnie Ana potwierdzała sąsiadowi naszą gotowość, a on czekał. Niby.
Już żeśmy se nawet umyśliły, co wziąć polskiego, a tu nagle domofon.
A co w domofonie - to jutro!

Thursday, 7 June 2018

adonis

A pana tatuś skąd pochodzi, zaczyna Ana uprzejmie na czarnym rynku. Rita była właśnie od nas wyszła dziergać coś tam na boku i już się Ana była zdążyła nawet smsowo poskarżyć, że słabo z weną, czyly na prostsze: natchnieniem, ale się myliła.
Nie pierwszy to raz, ani nie ostatni.
Bo oto wychodząc już prawie, pochwaliwszy skonsumowany produkt jadalny eko-bjo, zagadnęła jeszcze z byka frant, czy jak to się mówi, Adonisa. Tak zwanego nie wiadomo dlaczego, ja typowałam, że to od swojskiego Adaśka, ale podobno - bo taki piękny.
I Anę wielbi, tak trochę, ale zawsze to miłe, jak cukinii dosypie, czy innych migdałów, ewentualnie caprów kaprów.
Więc zagaduje Ana, skąd szanowny tatuś. 
Z Maroka skąd, bo choć imię greckie, nie adamowe bynajmniej z Izarera, to ojce z Maroka.
Z Marakeszu, pada odpowiedź.
Aha, nie zdążyłyśmy dojechać. Szkoda. Bo blisko byłyśmy, w rabacie znaczy się. A raba u Araba, że tak se pozwolę po sanżilowsku.
Kul, na to Adonis. Znany jest z tego kul. Parske wuzet żurnaliste, madam?
Żurnalist troszkę, bardziej aktywist feminist.
Kul! Super. Tak czymać! Bo ja też teraz jestem feministą!
Teraz, głupieję? Mentną? Od niedawna.
A tak, bo moja kopin i kolok, bo mieszkamy se w trójkę - wytłumaczyły mi, o co chodzi. Wcześniej nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Ąfet, teraz rozumiem, jak to ważne, by wszyscy mieli równe szanse.
Brawo, że pojechałyście do Maroka. Skoro ja o tym mało co wiedziałem, znaczy, że nowa wiedza potrzebna jest wszystkim. Kul, wremą tre kul!

Wednesday, 6 June 2018

uroda

Czy to pani, madam? pada z ust wąsacza na lotnisku. Nie dzieje się to bynajmniej na Sanżilu, heloł, tu przecież nie ma lotniska! ani też na Szarlerła, a nawet nie na Zawentem. bynajmniej nie.
Jesteśmy w Maroku, w Rabacie, który nie jest Rabką, gdzie Rabka, a gdzie rabat, no co wy;  i w tej chwili, gdy pada pytanie, wygląda, jakbyśmy tam miały zostać na długo, a przynajmniej Ana Martin, co to do niej skierowano to pytanie.
Łi, se mła, jak najbardziej ja, a w domyśle: bo co i kto niby? ale na głos się Ana nie odważa, zauważyła już była, że państwo z rabatem jest poniekąd nieździebko wcale policyjne.
Bo nie wygląda tu pani na siebie. Bjan diferont.
Bo paszport stary. Proszę spojrzeć na datę - to na głos, a w domyśle: a ty pan myślisz, żeś się nie zmienił? Że wąs ci nie porósł?
Tak tak, cyka miedzy wąsami wąsacz. Łi łi. I kręci paszportem na wszystkie strony, a Ana już w głowie robi przegląd konsulatów, zastanawia się, czy będzie spała w areszcie, czy ją ktoś wyratuje właśnie.
Zrobię pani zdjęcie, pada decyzja. Regarde isi madam.
Okej. Ana się przygotowuje.
Ną ną, cyka znów wąsacz. Hmm...czy ma pani jakiś inny dokument?
Nie mam. Są w domu w Labelżik. To tam lecę. Do domu.
Hmmm. To źle bardzo. Bardzo źle.
No to może jeszcze jedno zdjęcie.
Niech będzie, łaskawie godzi się wąsacz.
Ana nerwowo przebiera nogami.
Wąsacz kląska i mlaska, ile wlezie. Madam. Wotre bote a bjan szanże. Co w zapisie brzmi: votre beaute a bien change. Madame, na osłodę.
Czyly: pani uroda dawno przeminęła. Pani, nie panienko żadna.
Na to Ana odważnie: Może i uroda przeminęła, owszem zgadzam się i nie protestuję wcale, w końcu to dziewięć lat i wiele historii. Ale odległość między oczami się nie zmieniła. I proponuję, że złożę na wizie swój podpis, niełatwo znaleźć kogoś, kto może to maznąć.
I maznęła.
I puścili.
I doleciałyśmy. A bote wraz z nami. 

Tuesday, 5 June 2018

poli-amori

Co sądzisz Ana, i ty Ksenio też, o poliamori, nadaje ton rozmowie z rana Logopedka, a dzieje się to na Sanżilu, w godzinach porannego szczytu poszkolnego, po tym jak żeśmy były powróciły w pędzie z kraju zwanego Marokiem, bo nie Monakiem żadnym, o nie, to nie tam Ana wcale wendowała, tylko w Maroku, koniec i kropka.
No ale żeśmy de retur na całego, więc ciekawie nadstawiam ucha, mimo że - nie obrażając nikogo - z Logopedką bynajmniej nie parle wu franse czy flams, ewentualnie nederlanc, tylko w użyciu najprawdziwszy niemiecki. Tak, niemiecki, moi państwo, noł koment, to Ana gada, a ja słucham, więc to jej wina, jakby co, ja uprzedzałam. Ja tu tylko tłumaczę na swoje.
Poliamori kochana? Serio poliamori? Ana zdaje się albo nie słyszeć, albo nie rozumieć, może ona jednak tych wszystkich języków wcale tak dobrze nie zna, tylko udaje?
Tak, o poliamori.
Ale gdzie ty to widziałaś, u nas na Sanżilu i w okolicznościach? Myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko w Warszawie, w Warszał czyly? Bo tam poliamori w modzie bardzo; na nasze poliamoria, Ksenio - wielomiłość, że tak to nazwę.
Wielomiłość, hmm. Tego w szkole nie uczyly, no nijak nie.
Falsz! na to Logopedka. Paczcie no dziewczyny, mam tu takiego jednego kandydata, co to chciałby ze mną nawiązać poliamoryczne kontakta. Paczcie same - bardziej flams nie może być, czyż nie tak?
Racja, sztymt, kiwamy głowami, spoglądając z uznaniem na poliamorycznego. Ho ho, flams na schwał, nawet nie za hipsterski, taki w sam raz dla tych w wieku Any i Logopedki, nie umniejszając nikomu, obie one nie za młode.
A co on, filozof czy socjolog lewacki jakiś? Bo w Warszał kochana to cały czas jakiś manifest nowy w tym temacie piszą, że warto spróbować, i nowocześnie, i fajnie, i w ogóle nowe idzie.
Filozof, zgadłaś Ana, nie może się nadziwić zdolnościom Any Logopedka. Wrócił z Kanady. Skąd wiesz? 
Ach, to przeszczepia tu nowe idee. Nie wiem, ja bym w to nie wchodziła. Niech se gdzieś indziej poliamoruje.
Już to robi nawet! Chwalił się, że i w Chinach, i w Holandii, a teraz tu by chciał kogoś dodać. Mnie czyly.
I niegłupi jest, ale nie wiem
Kochana, nie wiem też, alem chyba jednak zdania, że na Sanżilu tego nie chcemy. A bynajmniej w naszym wieku. Ksenia to jeszcze owszem, ale my - co się mamy dzielić filozofem? Nawet jeśli flams. Co to nam da? Obywatelstwa nie potrzebujemy. Kłopotów - jeszcze mniej. 
Po co nam to, no po co.
Racja. Sztymt. 


Monday, 4 June 2018

kontrola

Siedzimy se kiedyś sąsiedzko na deserze, czyli topiącym się fondą, przepysznym, jak zwykle. Ana udaje, że pisze sztuki, ja obserwuję lud i łapię resztki dialektów. By nie umkły. Nie ulega wątpliwości, że jest ciekawie, tylko że nie wszystko rozumiem, a nawet mało wszystko: nie szkodzi, uspokaja mnie Ana, ja mam podzielną uwagę, zapamiętuję dużo na gorąco i zapisuję, co się da.
Nagle poruszenie. I to nie wśród klienteli. Całe kelnerstwo, co tu na i-es-pe robi, jak się potem okazało, karnie leci do kuchni.
Co się okazało: dwoje klientów wcale nie bylo klientami, tylko kontrolerami. I-es-pe właśnie. Czyli sprawdzali, czy wszyscy zatrudnieni robią na legalu. 
Że sprawdza się głównie poziom i-es-pe u emi-imi w resto, gdzie łatwo pracować we wszystkich językach nawet, bo język kuchni nie zna granic - to inna bajka.
Mała dyskryminacja jakby? węszy Roman.
Jakby. W Mietku na szczęście wszystko poszło dobrze. Wszyscy mieli dowodziki, wszyscy na legalu, wszyscy w zgodzie z be-ha-pe.
A co, jak nie?
Nie wiem, Natka z Mietka wzruszyła ramionami na to pytanie podobno.
Ja to nawet nie wiedziałam, że coś takiego jak i-es-pe istnieje, oznajmia Ana Martin, A co to je?
Insercja socjo-profesjonalna, że tak na szybko spiszę z dialektu. A tak na ładnie w matczyźnie: wkluczenie społeczno-zawodowe. Urząd, co odpowiada za pracę takich osób, jak Rita czy ja, w sęsie, cytując Iwonka, a w sensie poprawnie: jakbyśmy se chciały naprawdę popracować, a nie tylko uprawiać sztuki lub inne pisaniny, ze pożal się Boże, i do pracy zresztą by się ta Ana porządnej wzięła, wiadomo.
Budżet odciążyła, o!
A ta nadal pisze i pisze!
Kończę!

Thursday, 31 May 2018

ćipsy

Nie to, bym wybrzydzała, bo to w ogóle w moim stylu, i osobie też, wpisane - twierdzi Ana Martin. Znacie mnie. Niejadek. Dziwadło jedne.
Ale jak mam być sobą tu, skoro szykuje się niezły wypas? Pomyślałam se w warsztatowe popołudnie
Wiec porzuciłam siebie, donosi po czasie, i dałam się ponieść.
Tym ćipsom, arbuzom, ananasom, kalarepom, sosom, nutelli sztuk jedna, pomidorom, ogórkom i trochę niepasującym rozmiarowo, ale czemu w końcu nie - wszystko wolno tym feministkom na ef w końcu, małe i podkręcone też cieszy, jak ta świnka zresztą, co się w Anie schowała - nerkowcom, no, tak się zwą w matczyźnie, co to coraz dalej sie rysuje na horyzoncie od tego, co tu Ana i inne na ef wyczyniają.
Ze sobą.
Ze sobą nawzajem.
Karmiąc, malując, drukując, gadając, odbijając i co jeszcze chcecie.
Więcej nie zdradzę, bo Ana nie zdradza. Tak nie można robić koleżankom, kolegom też nie, wtrąca się młodsze pokolenie na ef.
To i nie robimy, ale daję tylko znać, że Ukle dały radę -  zaraz po Owerajze. 
Nowa energia życiowa, jednym słowem. Na kongres! Już jesienią.
A co ci Ana najbardziej smakowało?
Ćipsy - wiadomo.