Siedź spokojnie, zobacz, jaki chłopczyk obok grzeczny. No, spokojnie, pan ci nic nie zrobi. Nie ruszaj głową. Jeszcze tylko tu maszynką i gotowe. Pojedziesz do babci do Polski i będziesz porządnie wyglądał, nie jak dziewczyna wreszcie. Nikt się nie będzie śmiał. Praktycznie do tego, na wakacje w sam raz. Lubisz grać w piłkę?
Nie!
Nie szkodzi, to polubisz. Wszyscy chłopcy lubią przecież. Zrobię ci tu tak modnie, na piłkarza, tu dłużej, a tu krócej.
Mamooo! Ja nie chcę wyglądać jak piłkarz! Ja nie znoszę piłki nożnej.
Spokojnie, żarty takie. Ale tu musi być dłużej, by ładnie wyglądało.
My jednak poprosimy równo wszędzie, nie lubimy kultury piłkarskiej, prosi grzecznie, lecz zdecydowanie Ana, zrozpaczona jednakże już, że Fryzjerczyk całą głowę obleciał maszynką, podczas gdy ona debatowała o przemocy z Sąsiadką.
I nie uważała.
Jezuuu, alem głupia, alem głupia, powtarza Ana. Co to będzie aaaa.
O, tu ci jeszcze psiknę żelem i gotowe.
Podoba ci się?
Nieeee! Mamooo! Wyglądam ohydnie! Jak piłkarz jakiś! Mamoooo, chcę moje stare włosy!
Thursday, 4 July 2019
Monday, 1 July 2019
na wakacje
Okazuje się, że wakacje to piękna okazja do narzekania na szkołę, narzeka od kilku dni Ana Martin, donosząc, o czym to się teraz rozmawia pod bramami albo na przystankach.
Między rodzicami, w polszczyźnie matczyźnie, lokalnych dialektach lub wręcz z angielska lub w innych mowach.
A na co tu narzekać, dziwi się Roman.
Oj, na wszystko. przede wszystkim - na pogodę na Sanżilu i w okolicznościach. Cały czas leje tu przecie, prania się nie da wysuszyć, co za pogoda, naprawdę, w Polsce A B C i D to było życie. Poza pogodą - na brud. Wszędzie brud fuj, zaraza, a wiecie, że w butach śpią? Nie no, w Polsce A B C i D nikt by sobie na to nie pozwolił.
I woda z kranu, jezusie, nie wiadomo, co w tych rurach.
I słodyczy nie można nosić, a jak dzieci chcą, mam im nie dawać? Nie po to robię cały dzień, by teraz se nie zjadły.
Albo na za dużo słodyczy, a my tylko eko-bjo.
I języki fatalne w szkołach. Poziom ogólnie denny. Albo nie denny, bo egzaminy cały czas i jak tu żyć.
I z komórek korzystają za dużo. Albo nie korzystają, bo nie wolno, i wtedy to ograniczenie wolności i opieki rodzicielskiej, bo jak ja się do nich dodzwonię, czy już w autobusie siedzą na 2 minuty przed domem, czy może dopiero na cztery.
Lub pograć by chcieli, mogą w końcu na konsoli za czysta ojro, bo co? kto zabroni?
Aha, no i wielka ta szkoła. Albo za mała znów.
I ludzie tacy. Albo tacy. Też źle. A najgorsi są w ogóle inni rodzice. Bo nie my oczywiście.
No i szkoły belż i nie belż. To już w ogóle maks. Raz te najlepsze, raz te inne. Raz tu afera, raz tam. Raz się nie sprawdza pani, raz pan.
A najgorsze w ogóle, jak angielskiego uczy nie-nejtiw, tylko Bułgarka, wyobraźcie sobie, albo inna Rumunka. Jakie one mogą mieć akcent , ja pytam, w matematyce przykładowo, i co one wiedzą w ogóle, skąd one przyjechały, bo na pewno nie stąd są, a te kraje głupio jakos tak wyglądają na mapie, ludzie tam półdzicy, nie znają się na wymowie. Nie po to na egzaminy jechałam z Polski C najczęśćiej wręcz, nawet gdy ona A lub B była, by teraz dziecko nie mówiło po londyńsku co najmniej, ja się już boję, do czego to dojdzie, upadają te szkoły ojropejskie najbardziej ze wszystkiego.
Skandal doprawdy.
I czy wiecie, że poziom matury się obniżył poniżej i-be. Jeszcze nie wszyscy będą zagramanicą studiować, i jak to się będzie pokazać w domu, że co, wyjazd niby było, heloł, a dziecko nie na oksfordach? Bo akcent nie ten. Jaka przyszłość czeka ich, dzieci te?
Aha, i dyskryminacja jest. Polaków. Doniosła szeptem pani jedna taka. Mówię pani, normalnie tak jest. Zawsze ich ostatnich wyczytują, albo zapomną wyczytać.
Co to i-be, na to Ana, bo się zainteresowała obcym dźwiękiem.
Ajbi w ogóle, poprawia ją Roman. To nie Polska, co ty se myślisz, Bruksenia heloł. A w set bonje nie lepiej, nie myśl sobie! Upadek jeden wielki. Jak w kolorach, ekol de kuler, też blisko. Czytać przestali uczyć tam dosłownie.
Nie wiadomo, co ci lebelż i labelż robią z tymi dziećmi. Na Sanżilu i w okolicznościach. To już może niech ten Rumun uczy? Albo Polak nawet?
Najlepiej wyjedźmy.
Między rodzicami, w polszczyźnie matczyźnie, lokalnych dialektach lub wręcz z angielska lub w innych mowach.
A na co tu narzekać, dziwi się Roman.
Oj, na wszystko. przede wszystkim - na pogodę na Sanżilu i w okolicznościach. Cały czas leje tu przecie, prania się nie da wysuszyć, co za pogoda, naprawdę, w Polsce A B C i D to było życie. Poza pogodą - na brud. Wszędzie brud fuj, zaraza, a wiecie, że w butach śpią? Nie no, w Polsce A B C i D nikt by sobie na to nie pozwolił.
I woda z kranu, jezusie, nie wiadomo, co w tych rurach.
I słodyczy nie można nosić, a jak dzieci chcą, mam im nie dawać? Nie po to robię cały dzień, by teraz se nie zjadły.
Albo na za dużo słodyczy, a my tylko eko-bjo.
I języki fatalne w szkołach. Poziom ogólnie denny. Albo nie denny, bo egzaminy cały czas i jak tu żyć.
I z komórek korzystają za dużo. Albo nie korzystają, bo nie wolno, i wtedy to ograniczenie wolności i opieki rodzicielskiej, bo jak ja się do nich dodzwonię, czy już w autobusie siedzą na 2 minuty przed domem, czy może dopiero na cztery.
Lub pograć by chcieli, mogą w końcu na konsoli za czysta ojro, bo co? kto zabroni?
Aha, no i wielka ta szkoła. Albo za mała znów.
I ludzie tacy. Albo tacy. Też źle. A najgorsi są w ogóle inni rodzice. Bo nie my oczywiście.
No i szkoły belż i nie belż. To już w ogóle maks. Raz te najlepsze, raz te inne. Raz tu afera, raz tam. Raz się nie sprawdza pani, raz pan.
A najgorsze w ogóle, jak angielskiego uczy nie-nejtiw, tylko Bułgarka, wyobraźcie sobie, albo inna Rumunka. Jakie one mogą mieć akcent , ja pytam, w matematyce przykładowo, i co one wiedzą w ogóle, skąd one przyjechały, bo na pewno nie stąd są, a te kraje głupio jakos tak wyglądają na mapie, ludzie tam półdzicy, nie znają się na wymowie. Nie po to na egzaminy jechałam z Polski C najczęśćiej wręcz, nawet gdy ona A lub B była, by teraz dziecko nie mówiło po londyńsku co najmniej, ja się już boję, do czego to dojdzie, upadają te szkoły ojropejskie najbardziej ze wszystkiego.
Skandal doprawdy.
I czy wiecie, że poziom matury się obniżył poniżej i-be. Jeszcze nie wszyscy będą zagramanicą studiować, i jak to się będzie pokazać w domu, że co, wyjazd niby było, heloł, a dziecko nie na oksfordach? Bo akcent nie ten. Jaka przyszłość czeka ich, dzieci te?
Aha, i dyskryminacja jest. Polaków. Doniosła szeptem pani jedna taka. Mówię pani, normalnie tak jest. Zawsze ich ostatnich wyczytują, albo zapomną wyczytać.
Co to i-be, na to Ana, bo się zainteresowała obcym dźwiękiem.
Ajbi w ogóle, poprawia ją Roman. To nie Polska, co ty se myślisz, Bruksenia heloł. A w set bonje nie lepiej, nie myśl sobie! Upadek jeden wielki. Jak w kolorach, ekol de kuler, też blisko. Czytać przestali uczyć tam dosłownie.
Nie wiadomo, co ci lebelż i labelż robią z tymi dziećmi. Na Sanżilu i w okolicznościach. To już może niech ten Rumun uczy? Albo Polak nawet?
Najlepiej wyjedźmy.
Monday, 24 June 2019
luksusy
Jezu, a tym w Luksie to nie dogodzisz najnormalniej w świecie, chodzi w kółko po kawałku domowego cienia Ana Martin i mruczy pod nosem. O proszę, teraz nie odpowiada, że Ksenia porzuciła na chwilę belżitud i opisuje eksjugoslaw. A kogo mamy opisywać, jak nie samo życie, co się dzieje tu i teraz, pytamy obie? Na Sanżilu i w okolicznościach tak wygląda życie, sory men! Przyjedźcie i sprawdźcie zresztą, a nie tylko na fejsie siedzicie, zamiast książki przykładowo czytać, o!
Dziś dogodzimy na luksusowo, co Ksenia? napisz, cośmy se przeżyły w uklowski upał pod kościołem, bo nie sanzilowski co on już, oj nie niestety, ale cóż, nie można mieć wszystkiego, albo Luks, albo Sanżil, albo Ukle.
Pod kościołem? A co dzidziuś robił pod kościołem, a zwłaszcza Ana Martin ty, że dopytam się? dziwi się Roman.
Bo cień ci on był jedyny dostępny właśnie tam. Na jednej jedynej ławeczce.
Siadamy. Obok pani z innego konynentu, ale z tych z lokami, a nie tych przyodzianych. Do tego pan. Usuwają się. Ana zaczyna czytać. Na dzidziusia spływają pierwsze pochwały za grzeczny sen, a co ma robić wtaki upał, heloł, pani i panie!
Wstają i robią iejsce kolejnej dwójce. Ana siedzi twardo i czyta magazyn na ef, na ef polksie, ale to i tak bardzo dobrze jak na Polskę D obecną, wiemy o tym.
Nadchodzi pan w kurtce puchowej. Ana zerka, ale nie komentuje, takie kurtki to ona nieraz i nie dwa na plaży widziała, i to nie w Luksie wcale, bo tam morza njet, heloł! We Włoszech to było, zanim ja na Sanżilu nastała, a oni się wybrali na południe. Chłopaki na golasa, a Włosi w kurtce, tak to było, jak bumcykcyk, Luks zadowolony?
Pan w kurtce ociera pot z czoła i mówi do Any, że gorąco. Owszem, a w kurtce to w ogóle, dopowiadam se w duchu, duszy wręcz, bom pod kościołem nadal, boczkiem koło Any.
Nadchodzi pani. Oj, kroczek po kroczku. Tiptopek nawet, mówi Ana. Tip co? Tiptopek - tak się mówiło w Polsce A B i C, dawno temu. I tak idzie ta pani. Z wąsem.
I do Any w te słowa: miła pani, czy kupi pani papierosy?
Ana już ma otworzyć buzię, że owszem, choć papierosów nie popiera ogólnie - a tu jak pan obok jednym gestem nie zerwie kurtki i nie powie, że to on, bo tu przecież madam z bebe i on pójdzie.
Pani szczęśliwa i zamawia długie cienkie.
Pan wraca.
Pani kulturalnie nie pali. Bo Ana i bebe i madmłazel - czyly ja. Za to mówi, co za los ją spotkał. Mianowicie: artrozys.
Ja do Any - szto eta.
Ana - że gościec. I już do pani miło, że babcia miała to samo i pani biedna.
Pani na to, że trudno, taki los, a najgorsze, że mąż na tętniaka młodo zmarł i dzieci nie było. I że bebe piękne, ale to już wiadomo.
I czy Ana nie odprowadzi i madmłazel też, z wózkiem.
Ana odprowadza. Pani wdzięczna. Ana też. I pyta o nazwisko, i oferuje nas, że zadzwonimy, jak pase a kote, i przyniesiemy co nieco.
Pani wzruszona i pyta, skąd my.
No a my wiadomo, nasze, polskie, sanżilowskie na wskroś.
A pani - że ona z Luksa. Luksemburga. Ne tam tylko, narodzona, bo życie to już tu, na uklach całe. A nawet pod kościołem, co ci on centralnie.
No i co, Luks zadowolony?
Dziś dogodzimy na luksusowo, co Ksenia? napisz, cośmy se przeżyły w uklowski upał pod kościołem, bo nie sanzilowski co on już, oj nie niestety, ale cóż, nie można mieć wszystkiego, albo Luks, albo Sanżil, albo Ukle.
Pod kościołem? A co dzidziuś robił pod kościołem, a zwłaszcza Ana Martin ty, że dopytam się? dziwi się Roman.
Bo cień ci on był jedyny dostępny właśnie tam. Na jednej jedynej ławeczce.
Siadamy. Obok pani z innego konynentu, ale z tych z lokami, a nie tych przyodzianych. Do tego pan. Usuwają się. Ana zaczyna czytać. Na dzidziusia spływają pierwsze pochwały za grzeczny sen, a co ma robić wtaki upał, heloł, pani i panie!
Wstają i robią iejsce kolejnej dwójce. Ana siedzi twardo i czyta magazyn na ef, na ef polksie, ale to i tak bardzo dobrze jak na Polskę D obecną, wiemy o tym.
Nadchodzi pan w kurtce puchowej. Ana zerka, ale nie komentuje, takie kurtki to ona nieraz i nie dwa na plaży widziała, i to nie w Luksie wcale, bo tam morza njet, heloł! We Włoszech to było, zanim ja na Sanżilu nastała, a oni się wybrali na południe. Chłopaki na golasa, a Włosi w kurtce, tak to było, jak bumcykcyk, Luks zadowolony?
Pan w kurtce ociera pot z czoła i mówi do Any, że gorąco. Owszem, a w kurtce to w ogóle, dopowiadam se w duchu, duszy wręcz, bom pod kościołem nadal, boczkiem koło Any.
Nadchodzi pani. Oj, kroczek po kroczku. Tiptopek nawet, mówi Ana. Tip co? Tiptopek - tak się mówiło w Polsce A B i C, dawno temu. I tak idzie ta pani. Z wąsem.
I do Any w te słowa: miła pani, czy kupi pani papierosy?
Ana już ma otworzyć buzię, że owszem, choć papierosów nie popiera ogólnie - a tu jak pan obok jednym gestem nie zerwie kurtki i nie powie, że to on, bo tu przecież madam z bebe i on pójdzie.
Pani szczęśliwa i zamawia długie cienkie.
Pan wraca.
Pani kulturalnie nie pali. Bo Ana i bebe i madmłazel - czyly ja. Za to mówi, co za los ją spotkał. Mianowicie: artrozys.
Ja do Any - szto eta.
Ana - że gościec. I już do pani miło, że babcia miała to samo i pani biedna.
Pani na to, że trudno, taki los, a najgorsze, że mąż na tętniaka młodo zmarł i dzieci nie było. I że bebe piękne, ale to już wiadomo.
I czy Ana nie odprowadzi i madmłazel też, z wózkiem.
Ana odprowadza. Pani wdzięczna. Ana też. I pyta o nazwisko, i oferuje nas, że zadzwonimy, jak pase a kote, i przyniesiemy co nieco.
Pani wzruszona i pyta, skąd my.
No a my wiadomo, nasze, polskie, sanżilowskie na wskroś.
A pani - że ona z Luksa. Luksemburga. Ne tam tylko, narodzona, bo życie to już tu, na uklach całe. A nawet pod kościołem, co ci on centralnie.
No i co, Luks zadowolony?
wojna
Eksjugoslaw w Labelżik - mają się dobrze. Najpierw środowa przygoda Any na przystanku - ale to nic było, jak się okazało, bo południowe geny wyszły na wierzch naprawdę z całą lafors maczo w piątek, i to nie na Uklach, tylko na luksusowych Woluwach, gdzie tacy dwaj eksjugoslaw zjawili się po zapłatę. U Góralskich, bo to oni se te usługę zagramaniczną zamówili, zamiast po naszych sięgać, wiadomo przynajmniej, czym to gryźć...nasz to nasz. Tu akurat się ojce i matki nie mylyly.
A tych dwóch zjawiło się w osobie młodego i starego. Stary - weteran wojenny po latach 90., jak go ocenił po całości iwentu Roman. Młody - nowe pokolenie softmaczo, co to pójdą raczej na ugodę, co nie zwalnia z czujności, jak ocenia Ana. Po prostu wie, że stare chwyty z wojny z lat 90. nie działają, i tyle, co nie oznacza, by się go nie bać.
Bo bać się było czego, Góralscy wiedzą coś o tym - po czasie jednakże. Jak stary się drzeć nie zacznie, że Góralska ma płacić, bo jak nie, to ją zabije, starego jej też, a i dziecię. Że on ją zna i sąsiedzi ją znają, co ona za jedna, polska krew góralska, tylko żąda, żąda i żąda, i sprawdza, i wypomina nieścisłości, i tu każe dorobić, tu wyrównać, tu przybić, a on za takie pieniądze oto pracować nie będzie, bo nie, i niech płaci, jak chce mieć szafkę zamykaną, bo on, jak stary i od 25 lat firmę ma, nie tam, w Eksjugoslaw, tylko jak najbardziej tu, w Brukseni samej - to on takiej polskiej krwi na ef nie zniesie. By baba rozkazywała? Jemu?
I niech se Góralska nagrywa ile chce, on się lapolis nie boi, zupełnie jak ten od Any z przystanku, nawiasem mówiąc, też bohater największy z największych, bo jakże inaczej, maczo maczo maczo.
Góralska więc nagrała groźby, aż się młody był przestraszył, że Góralska jednak od razu na polis poleci i już tych obiecanych tysiaków ojro nie zobaczą nigdy.
I jak przestraszył, to starego wysłał do furgonetki, a sam zaczął Góralskich urabiać, no tego tam, negocjować, jak się dziś mawia. I urobił Góralską za bardzo - na oko Any, choć niepoczebnie, bo na drugie oko - racja była po stronie polskiej.
Oby po strachu było.
Eksjugoslaw więc w zdecydowanym natarciu, czegoś takiego to naprawdę ciężko by się spodziewać w Labelżik, nawet jeśli pierwszą rzeczą, jaka wpadła Anie Martin w oko w innym Beneluksie, bo luksemburskim, w roku 2003, czyly baaaardzo dawno, gdym ja dzieckiem była - była flaga czerwona jak krew, z orłem czarnym.
I nie był to polski orzeł, jakby chciał Groch,lecz jak najbardziej kosowski, jak mi wyjaśnił Roman, który w 2003 r. też już był w końcu nie aż taki młody i to i owo wie o polytyce.
Orzeł ten mówił: wojna wojną, a teraz jesteśmy tu i jeszcze wam pokażemy. Nie to, by kosowscy szczególnie mieli pokazywać, nasi z A B C i D też potrafią, sczególnie ci w polytyce, no ale kosowscy i inni stamtąd do najłagodniejszych ogólnie i sterełoptypowo mówiąc - nie należą.
Południe, wiadomo. Ach, ci maczo, westchnęłabym kiedyś nawet, a dziś nie, bo wiem od Any, że feminizm na ef maczo nie chce.
To i ja nie chcę.
A tych dwóch zjawiło się w osobie młodego i starego. Stary - weteran wojenny po latach 90., jak go ocenił po całości iwentu Roman. Młody - nowe pokolenie softmaczo, co to pójdą raczej na ugodę, co nie zwalnia z czujności, jak ocenia Ana. Po prostu wie, że stare chwyty z wojny z lat 90. nie działają, i tyle, co nie oznacza, by się go nie bać.
Bo bać się było czego, Góralscy wiedzą coś o tym - po czasie jednakże. Jak stary się drzeć nie zacznie, że Góralska ma płacić, bo jak nie, to ją zabije, starego jej też, a i dziecię. Że on ją zna i sąsiedzi ją znają, co ona za jedna, polska krew góralska, tylko żąda, żąda i żąda, i sprawdza, i wypomina nieścisłości, i tu każe dorobić, tu wyrównać, tu przybić, a on za takie pieniądze oto pracować nie będzie, bo nie, i niech płaci, jak chce mieć szafkę zamykaną, bo on, jak stary i od 25 lat firmę ma, nie tam, w Eksjugoslaw, tylko jak najbardziej tu, w Brukseni samej - to on takiej polskiej krwi na ef nie zniesie. By baba rozkazywała? Jemu?
I niech se Góralska nagrywa ile chce, on się lapolis nie boi, zupełnie jak ten od Any z przystanku, nawiasem mówiąc, też bohater największy z największych, bo jakże inaczej, maczo maczo maczo.
Góralska więc nagrała groźby, aż się młody był przestraszył, że Góralska jednak od razu na polis poleci i już tych obiecanych tysiaków ojro nie zobaczą nigdy.
I jak przestraszył, to starego wysłał do furgonetki, a sam zaczął Góralskich urabiać, no tego tam, negocjować, jak się dziś mawia. I urobił Góralską za bardzo - na oko Any, choć niepoczebnie, bo na drugie oko - racja była po stronie polskiej.
Oby po strachu było.
Eksjugoslaw więc w zdecydowanym natarciu, czegoś takiego to naprawdę ciężko by się spodziewać w Labelżik, nawet jeśli pierwszą rzeczą, jaka wpadła Anie Martin w oko w innym Beneluksie, bo luksemburskim, w roku 2003, czyly baaaardzo dawno, gdym ja dzieckiem była - była flaga czerwona jak krew, z orłem czarnym.
I nie był to polski orzeł, jakby chciał Groch,lecz jak najbardziej kosowski, jak mi wyjaśnił Roman, który w 2003 r. też już był w końcu nie aż taki młody i to i owo wie o polytyce.
Orzeł ten mówił: wojna wojną, a teraz jesteśmy tu i jeszcze wam pokażemy. Nie to, by kosowscy szczególnie mieli pokazywać, nasi z A B C i D też potrafią, sczególnie ci w polytyce, no ale kosowscy i inni stamtąd do najłagodniejszych ogólnie i sterełoptypowo mówiąc - nie należą.
Południe, wiadomo. Ach, ci maczo, westchnęłabym kiedyś nawet, a dziś nie, bo wiem od Any, że feminizm na ef maczo nie chce.
To i ja nie chcę.
Thursday, 20 June 2019
pijusy
A ty co czytasz, swoją biblię? zagaduję Anę Martin sąsiedzki pijak.
Jak w Polsce D zupełnie, a i A B i C kiedyś, nie ma dwóch zdań. Jest pogoda, jest ławka, jest pifko - jest picie.
Są dwa zdania, bo jednak mniej pijani byli, za to chamscy, na równi co najmniej i bynajmniej.
O pierwszej w południe samo się działo, naprawdę, w zenicie słońca, aż uwierzyć nie mogłam, jak bumcykcyk, jak że Ana to mi we łzach nieco jednakże opowiedziała.
Bo Ana nadeszła wózkowo buzkowo. Wiadomo, odbiór z autobusu. Tych dwóch rozsiadło się już wcześniej, wiadomo, przygrzało, to i dasza szukali.
Więc siedzą.
Ana na to: silwuple, proszę się przesunąć, bym i ja usiadła.
Przesunęli się.
Ana wyciąga książkę.
ten obok mnie, już na pół wpół śmierdzący, na to: czytasz biblię?
Ana na to nic.
On próbuje dalej: to co, koran?
Ana, yntelygentnie niby, bo już jakoś jej wypadało się odezwać, uznała wczoraj, a dziś - że bezsęsu to było, ale za późno, moja pani, heloł! - no więc Ana na to: koran czyta się od drugiej strony.
Pijus na to, że Ana taka mądra. A że on jest eksjugoslaw i rozumie. I zapalić musi.
Na to Ana, że to przystanek, aredetram, i tu palić nie wolno.
I tu miała za swoje, że hej.
Ty, tła, polonez de merd, ty mi będziesz mówić, że tu palić nie wolno? Lepiej zajmij się swoim bebe i pacz, twój tram ariw. No wsiadaj, dalej!.
Ana na to, jeszcze na spokojnie: tu nie wolno palić. Jak chcesz, bo też cię będę tutłajować pijaku jeden - to policja ci to powie.
Pijus: polis, polis! Ja jestem eksjugoslaw, nie boję się lapolis żadnej.
Ana: no to dobrze, zobaczymy.
Kolega pijusa mniej pijany jednakże na to, że może jednak nie palić, bo owszem, kolega ma rację, tu jest wolne powietrze, że kumpla rozumie, ale po co ta polis nam, na co doprawdy.
A ten jak się nie zerwie, jak Any od lapluszjont, la plus chiante, emmerdeuse de merde polonaise w pisowni, bo Ana nadzoruje - nie wyzwie! I że on nie takich się bał.
Na to Ana łaps za telefon i już 112 wybija.
Zgłasza się miła pani.
Ana informuje, co się dzieje. We łzach. Bebe śpi.
Pani - że już jadą.
Oczywiście. Tylko że nie dojechali.
Roman bić chciał. No to będzie okazja.
Wednesday, 19 June 2019
nunu
Szkoła prawie za pasem, uff, można odetchnąć, oddycha Ana Martin, tak jakby to coś specjalnego było, oddychanie czyly, heloł!
Tym samym sezon polowań na nianie nunu się teoretycznie chwilowo zakończył, uff, coraz mniej próśb od znajomych o namiar na jakąś Polkę spływa, choć jak tak dalej pójdzie, to już naprawdę żadna wolna Polka nam się tu nie ostanie i wszystkie małe Sanżilaki i okoliczne będą mówić w hiszpańskim, czy jaki to tam jest, co nim tam gadają w Meksykach i obok.
I dobrze, na to Roman.
I dobrze, Ana zgodna wyjątkowo.
Francuski też w cenie.Pardą - te co po francusku. Jak studentki na ten przykład.
Na taką jedną zapolowała tynderowo Ninoska.
Serio? Tynderem - nadziwić się nie może Roman.
Tak jej doradzili. Na komisjach wysokich, to i spróbowała.
Zdziwiła się nieco, bo niby-nianie - nic nie piszą, a zdjęć dają dużo. Na których wszystkie robią dzioby.
Znak czasu, wzdycha Ana.
Ale wiecie, co było najdziwniejsze? Że Ninoska brukseńska ci ona przecie, sanżilowska z krwi i kości - a nianie za to zupełnie. Za to chętne do podróży, że hej! Zero problemu, patproblem zupełnie, by na godzinę zjechać do Brukseni.
Me łi, przejadę się, patproblem madam. Tak, może być na czecią, purkła pa. A nie! Pardą, nie może. Szkołę mam, zapomniałam, ekskjuze mła mil fła onkor yn fła.
A to ile pani ma lat, odważyła się Ninoska.
Piętnaście, no czternaście właściwie, ale piętnaście niedługo, bo za rok
To może pani pracować?
A nie wiem, nie sprawdziłam.
A szkoły pani nie ma?
A mam, zapomniałam dodać. Ale to nie problem. Tak se pomyślałam, że dorobię se jako nunu. Nie mogę, mówi pani, to ilegal? To się dowiem, tynder nic nie mówił o tym zupełnie.
Tym samym sezon polowań na nianie nunu się teoretycznie chwilowo zakończył, uff, coraz mniej próśb od znajomych o namiar na jakąś Polkę spływa, choć jak tak dalej pójdzie, to już naprawdę żadna wolna Polka nam się tu nie ostanie i wszystkie małe Sanżilaki i okoliczne będą mówić w hiszpańskim, czy jaki to tam jest, co nim tam gadają w Meksykach i obok.
I dobrze, na to Roman.
I dobrze, Ana zgodna wyjątkowo.
Francuski też w cenie.Pardą - te co po francusku. Jak studentki na ten przykład.
Na taką jedną zapolowała tynderowo Ninoska.
Serio? Tynderem - nadziwić się nie może Roman.
Tak jej doradzili. Na komisjach wysokich, to i spróbowała.
Zdziwiła się nieco, bo niby-nianie - nic nie piszą, a zdjęć dają dużo. Na których wszystkie robią dzioby.
Znak czasu, wzdycha Ana.
Ale wiecie, co było najdziwniejsze? Że Ninoska brukseńska ci ona przecie, sanżilowska z krwi i kości - a nianie za to zupełnie. Za to chętne do podróży, że hej! Zero problemu, patproblem zupełnie, by na godzinę zjechać do Brukseni.
Me łi, przejadę się, patproblem madam. Tak, może być na czecią, purkła pa. A nie! Pardą, nie może. Szkołę mam, zapomniałam, ekskjuze mła mil fła onkor yn fła.
A to ile pani ma lat, odważyła się Ninoska.
Piętnaście, no czternaście właściwie, ale piętnaście niedługo, bo za rok
To może pani pracować?
A nie wiem, nie sprawdziłam.
A szkoły pani nie ma?
A mam, zapomniałam dodać. Ale to nie problem. Tak se pomyślałam, że dorobię se jako nunu. Nie mogę, mówi pani, to ilegal? To się dowiem, tynder nic nie mówił o tym zupełnie.
Ale zadzwonię do pani mesendżerem, jak będę mogła wpaść, sawa? A bjanto alor!
Tuesday, 18 June 2019
tynder
W ogóle wogle to Roman wymyślił, wiesz Ana, czemu na tynderze tak dużo tych z Antwerpii. Zupełnie, jakby sam tam bywał, tak nawiasem mówiąc. Na tynderze tym znaczy się.
Rozchodzi się o języki.
Czyly zrozumienie, co mówią.
Czyly zrozumienie, co mówią.
A co do związków Polek z innymi, nie-naszymi lokalsami: ci walońscy, faceci - bo o związki nie eldżibiti tu chodzi, sory, taka dyskryminacja - często ci oni słabawi w angielszczyźnie. Szkoły frankodialektowe języków nie uczą za dobrze, sama żeś Ana narzekała i w związku z tym Iwonka gdzie indziej wysłała.
Bo tak jest - niestety.
No właśnie. Te inne szkoły, z drugim dialektem, choć ten nieznany ci on w większości Polkom, bo straszy wymową itepe - nauczają angielszczyzny. Więc jest potencjał dla naszych polskich Polek. One bowiem często zbyt perfekcyjne i krytyczne, głównie do siebie w lustrze; i nie chodzi, że tu za grube, tu za chude, tu za stare, tu za młode - lecz że franse bez akson jak z Paryża jakiegoś to nie dla nich, że je odkryją, że się zbłaźnią, że nie zrozumieją, słowem - Sanżilówki uciekają w angielski, bo tu już owszem, powiedzą to i owo, w tym najważniejsze.
Bo tak jest - niestety.
No właśnie. Te inne szkoły, z drugim dialektem, choć ten nieznany ci on w większości Polkom, bo straszy wymową itepe - nauczają angielszczyzny. Więc jest potencjał dla naszych polskich Polek. One bowiem często zbyt perfekcyjne i krytyczne, głównie do siebie w lustrze; i nie chodzi, że tu za grube, tu za chude, tu za stare, tu za młode - lecz że franse bez akson jak z Paryża jakiegoś to nie dla nich, że je odkryją, że się zbłaźnią, że nie zrozumieją, słowem - Sanżilówki uciekają w angielski, bo tu już owszem, powiedzą to i owo, w tym najważniejsze.
A że ci, którzy zrozumieją ten poziom angielski, są we Flandrii - stąd nadmiar par polsko-flamanckich. Flamaki, no znacie. O jezu Ana, nie pacz tak, tak się mówi i już.
Par, nie par. Bo to nie tylko o zrozumienie słowa chodzi, lecz zrozumienie się - a raczej niezrozumienie - to już i tak bez języków odchodzi. Jak zawsze, Kobiety z Marsa, mężczyźni skądś tam, no i co, tynder nic nie pomoże.
Subscribe to:
Posts (Atom)