Friday, 19 October 2012

(23) babka matczyna

Goście zjeżdżają na Sanżila bez przerwy, co weekend trzeba po kogoś iść na midy, a do tego ten ktoś często nie wie, co to midy, powstaje ambaras, jak goście myślą, że dojechali gdzie indziej, a przecież z Szarleroi nie da się gdzie indziej trafić, niż na dworzec południa. To wiedzą wszyscy Polacy i obcy.
Ana też nie zna tutejszej polszczyzny, o stałce już wspominałam, a ile słów jeszcze nieodkrytych! Roman mówi, że wśród Polonii w Czicago podobnie, na Jackowie nie da się zrozumieć rozmowy na bez klucza (kulturowego, dodał, znacząco patrząc na mnie, nie wiem czemu, jakbym normalnie myślała, że o zwykły klucz chodzi...).
Tym razem czeka nas nie byle jaka wizyta, bo to teście jadą. Jadą i jadą z Polski B, ale nie tej u mnie,  tylko drugiej, z tej samej strony mapy, ale gdzie indziej jednak. Zresztą należałoby powiedzieć, że lecą i lecą. Co za wyprawa! Najpierw taksa. Potem pociąg. Osobowy lub pospieszny ekspres, który jedzie dłużej, niż kiedyś osobowy, czyli i tak wychodzi na osobowy. Potem autobus albo znowu taksa i wreszcie polecą. I dolecą chyba. Wszystko dla małego Iwonka, który właśnie mi pochrapuje w leżaczku, w związku z czym korzystam z okazji, że Ana zaczytana (rymuję nawet) i piszę.
Myślę, że teście jadą, by zobaczyć na własne oczy, że Ana i Roman radzą sobie z zajmowaniem się dzieckiem, choć podobno już były zakłady, kto bardziej się będzie migał od wycierania pupy, wstawania, kląskania itd. Na moje oko idzie im świetnie, no ale ja nie jestem babką ani drugą babką, by wiedzieć lepiej. Pierwsza babka już była, dziadek też doleciał, podobało im się i ocena młodo-starych rodziców wypadła nie najgorzej, bo wyjechali. Jakby Ana i ulubieniec Roman okazali się niegodni bycia rodzicami Polakami, dziadki by zostali, by ratować wnuka pod względem higieniczno-matczynym. Bo wiadomo, że matka wie najlepiej, ale babka jeszcze lepiej. I za jej czasów w ogóle byli inni ludzie i chamstwo się tak nie szerzyło, co dziś, kiedy to strach wyjść na ulicę, by człowiek po głowie nie dostał. Dokładnie, jak na niektórych ulicach Sanżila, wtrąciłam, ale babka powiedziała, że pani Ksenia (bo ona jest bardzo elegancka w mowie) jeszcze młoda, to jeszcze nie umie właściwie porównać poziomu chamstwa i niebezpieczeństwa u nas (tzn. u nich, w Polsce A) z Brukselą, nawet jeśli wielu uważa, że Sanżil to taka Bruksela B, a nawet XYZ.
W każdym razie babka matczyna niejedno przy Iwonku zrobiłaby inaczej, ale to w końcu Ana twoje dziecko i rób jak chcesz. Nie moje, tylko nasze, wtrąca Ana. Wasze, przepraszam, poprawia się babka, która jest z innej generacji, kiedy to dziecko należało głównie do matki, nie to, by ona tak koniecznie chciała, ale wszyscy wokół za to tak. Dlatego weszło jej w mowę, i wiesz Ana, nie czepiaj się mnie, mówi, przecież to niespecjalnie. Ana czasami odpuszcza matuś, czasami nie, bo uważa, że babka po to się wysoko kształciła, by widzieć, że rodziców jest dwójka. I że dwójka ma odpowiadać za malucha. Czyli że Ana może wyjść tak samo, jak Roman, oczywiście z tą różnicą, że Roman jednak nie może karmić piersią, choć by się przydało, by mężczyźni mogli, twierdzą obydwoje.
Rozmawiałam o tym z innymi dziewczynami ze stałki i mówią, że u nich też się powoli zmienia, ale że jednak tak rewolucyjnie, jak u nas w domu, to nie jest, by żona była całkowicie równa mężowi, a wręcz równiejsza. Oj Ksenia, tak powinno być wszędzie, na to Ana, jak zawsze do przodu. Jak poznasz nowego kandydata, to od razu musisz sprawdzić, jak cię widzi i jak widzi wasze role. Bo i tak wszyscy w rodzinie będą mieli gotowe recepty, więc ty od razu musisz wiedzieć lepiej.
Taka nauka płynie dla mnie po wizycie babki matczynej. Zobaczymy teraz, co na to ojczyna, ojczyzna można by powiedzieć. Ta ma trudniejszą rolę, bo po pierwsze musi zmierzyć się z Aną, a po drugie z tym, co zostało po wizycie babki matczynej. Bo czy Ana chce, czy nie chce, to ma w głowie i sercu więcej z matuś, niż się jej wydaje.

Saturday, 13 October 2012

(22) kuczina i slofud

Jedno mam na pewno wspólne z Aną Martin: obie nie lubimy gotować. W teorii obie jesteśmy podobne, w praktyce już nie, bo ja gotować muszę, a ona nie. Bo nie lubi i już, kropka. Zresztą nie ma sił, by ją namówić do czegoś, czego nie lubi. Życie jak w Madrycie, można by powiedzieć, choć Ana nie jest o tym przekonana, bo ile się musi nawojować, by było, tak jak chce!
Ale z gotowaniem to Ana ma super. Nie dość, że nie poczuwa się do obowiązku, to jeszcze nie odczuwa potrzeby, by zjeść coś domowego. Woli kupne, albo to, co ugotują dla niej inni. Czyli koleżanki kucharki, a ostatnio Roman. Ten to się dopiero zapalił! W czasie, gdy Ana karmi Iwonka, on łazi po internecie, no i wynalazł jakiegoś bloga o kuczinie, skąd chce wypróbować wszystkie przepisy. Kuczina to chyba po hiszpańsku, brzmi podobnie jak kuzynka, a oznacza - co za niespodzianka! - kuchnię. Nie wiedziałam nawet, że w Hiszpanii jedzą tyle makaronu, ile my ostatnio, myślałam, że tam raczej byka, a kluchy to we Włoszech, ale nie byłam, więc się nie wypowiadam.
W każdym razie Romana poniosła fantazja ułańska i z kuchni ciężko go teraz wyciągnąć. Miele, przesypuje, dodaje, łączy, mlaska, trze, stuka i puka łyżkami i rondlami - jednym słowem: szaleje. Wszystko to dla Any, by dobrze i smacznie jadła, a więc smacznie i dużo jadł także Iwonek. Bo on je to, co Ana, tylko w płynie. A ja to co oni, w formie stałej zaznaczam, bo na tym polega frajda, by razem usiąść. Tak jest w Hiszpanii, i tak jest na Sanżilu. Siedzimy więc i jemy i rozmawiamy. Mówię wam, zupełnie inna jakość, niż takie wsuwanie ze wzrokiem wbitym w talerz, bez słowa, byle już posprzątać, pozmywać, by było czysto i schludnie, jak często bywało u nas. Jak ściągnę już matuś, też ją tego nauczę. To się nazywa slofud.
Roman twierdzi, że w slofudzie nie tyle chodzi o czas trwania posiłku, co o filozofię życia. By się nie spieszyć i nie przejmować głupotami. By pójść się przejść wolnym krokiem po targu i powąchać warzywa (taaak, trzeba by iść daleko, na oko najbliższy kraj, gdzie coś pachnie, to Francja - złośliwość Any nie ma granic). Tu się więc trochę nie dobrali, bo Ana nonstop gdzieś gna i coś ją zaprząta. Teraz trochę denerwuje ją też, że Roman tak gotuje i gotuje, ale sama mi powiedziała, że tym razem mu odpuści, bo nawet nie wie, co ma mu do zarzucenia. Chyba tylko to, że jej brudzi kuchnię i używa garnków, których normalnie nikt nie tykał.
Tak więc każdego wieczora jemy wolno, dokładnie żujemy, rozmawiamy, a czas płynie. Płynie wolno, póki Iwonek śpi, i znacznie przyspiesza, gdy się obudzi.  On się nic a nic nie zna na slofudzie. Ciekawe, po kim to odziedziczył.

(21) blincziki

Ciekawa jestem, czy to ciąża tak zmienia człowieka, czy jesień i nuda, w każdym razie stało się coś dziwnego - Ana Martin poszła na lekcję gotowania. I to jakiego! Rosyjskiego, jak się teraz mawia, choć jak już pisałam przy innej okazji, chodzi o ruskie. Dumna z niej jestem, nigdy nie gotuje, a tu zabiera się za kuchnię mocarstwa! I wroga też, nie zapominajmy. Jakiego wroga, zdumiał się Roman, gdy usłyszał kiedyś, jak opowiadałam o tym, że noga moja nie postanie w rusko-rosyjskim sklepie, chociaż mają tam kefir Katiusza, a w polskich sklepach brak. Katiuszy, znaczy się - bo ruskie, a kefiru też - bo nie dowieźli. Roman drąży: co ci Ksenia w Polsce do głowy nawkładali? Nie w Polsce, chrząknęłam, ksiądz w niedzielę mówił. Ech, machnął tylko ręką Roman i poszedł tulić Iwonka.
Ana to jednak twardzielka. Przecież ona lubi jeść tylko to, co zna, a co do reszty stosuje różne systemy. Kiedyś jadła tylko jajka, mleko, ziemniaki, bułki, makaron i mięso, gdy już ją nauczyli po ciężkich bojach. Z warzyw kalafiora i ogórki kiszone. Z owoców banany, których w Polsce nie było, jak mi objaśniła (ciężko mi w to uwierzyć, przecież teraz banany prawie że u nas rosną, a dojrzewają to już na pewno). Trochę czekolady, której też nie było, czyli jej nie jadła; natomiast wyrobu podobnego do czekolady nie chciała jej z kolei kupić mama, bo podobno trucizna - wolała wymienić kartki na benzynę. Ksenia, ty to już pleciesz doprawdy, przecież auta nie było, mówiłam ci, że mama to wymieniała na mięso - na to Ana. Czekolada podobna na mięso? Nonsens, coś się jej musiało pomylić. Nie, to prawda; kartki na wódkę wymieniała z kolei na cukier - Ana jest swego pewna. Zna się na historii.
Co do systemów Any: jedzenia polsko-polskiego w ogóle nie jada. Gołąbki, goloneczka, boczuś, kaszaneczka świeżutka, moja droga pani - sprzedawczynie w polskim sklepie już nie wiedzą, jak zachwalać garmażerkę i inne produkty. A Ana nie i nie, skoro ani razu nie miała w ustach, to nie spróbuje, choćby ją wołami ciągnęli. Tylko, jeśli właśnie zechce. A chce rzadko i zazwyczaj późno. Sera białego spróbowała po raz pierwszy w tym roku, uwierzy mi ktoś? Mając tyle lat, co ma, czyli dużo. Bo Asia ją namówiła, znaczy się siostra. I pomyśleć, że Ana jest tak uparta i stała w tym uczuciu od najmłodszych lat! Wiem, bo podsłuchałam, gdy przyjechała jej matuś, specjalistka od wymieniania kartek.
Tak więc Ana naprawdę nie nadaje się do kuchni, ani rosyjskiej, ani nie wiem jakiej, ani w ogóle, chyba żeby jeść. I dlatego właśnie poszła na lekcję gotowania, gdzie od razu stwierdziła, że z kuchni rosyjskiej zasmakują jej tylko bliny. Małe, czyli blincziki. Nie dziwi mnie to, bo oprócz kluch, jakich u nas w Łapach pełno, była soljanka. Nagotowały dziewczyny gar zupy z kiełbasą, że hej, a tu klops. Zawiesistej zupy ani zupy z dryfującą wkładką Ana przecież nie ruszy, co jest przyczyną zgryzoty Romana, który chciałby, by Ana jadła porządnie, tymczasem ona pije tylko wodniste zupki wyłącznie wg przepisu matuś (5 rodzajów) albo je te nowoczesne kremy (też 5 - a kto nie wierzy, że tak się teraz na Zachodzie nazywają zupy, niech sam sprawdzi!). 
Oprócz soljanki była sałatka warzywna, jak ją tu u Belga zwą - rosyjska (ruska, albo raszyn salad/salad ris, jak zamawiacie). Też Ana nie jada, majonez dla niej nie istnieje, a zimnych ugotowanych warzyw nie znosi choćby dlatego, że pamięta, jak się nimi babrała w szkole komunistycznej na lekcjach wychowania technicznego, czyli zetpetach. Technicznego, pytam? A co ma sałatka ruska do techniki? Nic, wzdycha Ana, ale udawali, że ma, i kazali kroić wszystko w specjalny sposób. Wystarczyło, bym nigdy więcej tego sama nie robiła, szczególnie pod względem krojenia śmierdzącego selera, wzdryga się Ana i idzie sobie, bo Iwonek zakwilił. Romanowi też zapowiedziała, że sałatki nie zrobi, ale coś mi mówi, że dla niego pęknie. A gdy kiedyś Iwonek by zasmakował, to na pewno.
Ana odniosła jednak mimochodem zwycięstwo, a mianowicie w związku z blinczikami. Że lubi kawior, to wiem - wyroki Any są niezbadane, a klucza doboru potraw nie zna nawet ona. Ale zagapiła się biedaczka, opowiadała nam ze śmiechem, i myślała, że do kawioru podano biały ser (który, jak wspomniałam, już jada) - a to była śmietana! Mniam. Pomyśleć, że w ten sposób pierwszy raz w życiu Ana zjadła zimną śmietanę. Bo ciepłą już jadła w zupach swojej mamy.
Teraz obserwuję Anę uważnie, bo boję się, czy ta śmietana oby była zdrowa. Bo ruska była.

Wednesday, 10 October 2012

(20) wybory

Dostaliśmy list. Znaczy się, Ana i Roman dostali, a właściwie nawet nie oni, tylko pani i pan Martinez. W tej kolejności właśnie, jak chce frankijska tradycja, wedle której kobieta, stając się żoną, przyjmuje nazwisko męża, a listy adresuje się wręcz tylko jego imieniem i nazwiskiem, dodając z łaski słowo "pani". Ana mi to wytłumaczyła, wymieniając kiedyś największe głupoty w Belgii.
Tak więc i dziś Ana pogardliwie wydęła wargi i prychnęła, że ona listów niezaadresowanych na własne imię i nazwisko nie przyjmuje; potem jednak zwyciężyła ciekawość i otworzyła kopertę. Swoją drogą, dawno nie widziałam, żeby przychodziło tyle listów. Dobra, nie ja może, bo chyba jeszcze nigdy nie dostałam poważnego listu, nie licząc serduszek walentynkowych w podstawówce, bo w gimnazjum były już esy; napisałam to, bo mówi to Ana, a jej zawsze warto słuchać, bo ma nie byle jakie doświadczenie i wiedzę na większość tematów. Sama nie napisze, z Iwonkiem pod pachą ciężko.
Listy przychodzą, bo mamy w Belgii wybory. Do naszej sanżilowskiej komuny, czyli gminy. Nie rozumiem, co ma komuna do gminy, część plakatów jest co prawda czerwona, ale żeby od razu na tych właśnie głosować? Spytałam Romana, ale spojrzał na mnie roztargnionym wzrokiem i powiedział, że nie rozumie pytania. Powtórzyłam, ale nic to nie dało. Dałam mu spokój, nie musi wiedzieć, mały Iwo śpi różnie, słyszę sama po nocach, jak czatuję i fejsuję, może więc i Roman ma mózg jak wózkowe?
Jedno jest pewne: kandydatów komunistycznych i gminnych jest wielu, więc piszą listy, by się zareklamować, stąd nawał poczty. A ich zdjęć na sklepach - jeszcze więcej. Muszę przyznać, że niektóre twarze całkiem udane, ale niektóre - po prostu śmieszne. Może nie twarze, ale pozy i uśmiechy. Nawet Roman, zazwyczaj powściągliwy w krytykowaniu innych, nie to co Ana, od razu wytykająca wady, bo ona szybko decyduje, co lajkuje, a czego nie - no więc nawet Roman się naśmiewa i zaczął robić galerię fotosów. Jeden dorzucił nawet LaPaz z Luksa, kumpel, co zawsze ma przy sobie kilka telefonów, komputerów i rowerów hajtek, ma więc czym robić zdjęcia. Fakt, śmieszne nazwisko było, ale nie powiem jakie, bo jak ten ktoś wygra, to już mu życzliwi Polacy na pewno przetłumaczą i dopiero będzie śmiechu na dzielnicy!
Aha, ale nie napisałam, co w liście. List napisała kandydatka polskiego pochodzenia, zdecydowanie za bardzo ufająca naszym polskim sanżilakom w kwestii gramatyki i rozumu. Bo już nie o to chodzi, że pisze, że jest "zainteresowana w słowiańskiej kulturze" i chce być "naszą przedstawicielką w rządu komunalnym" (komunistycznym chyba? tak uczyli na WOŚ-ie); w końcu przypadki chodzą po ludziach i nie jest łatwo dopasować słowo do końcówki. Ale pytam, jak ona, wysyłając list do Any Martin, nawet jeśli nienaumyślnie NIE zaadresowała go do niej - a więc jak ona, młoda dziewczyna, zwracając się do Any śmie prosić o wsparcie dla "głowy naszej listy Pana jakiegośtam"? Toż to gorzej niż gol samobój! I taka też była reakcja Any - podarła list, podkreślając, że ma dość międzynarodowych mądrości ludowych w rodzaju: kobieta szyją, mężczyzna głową. Bo głowa jest tylko jedna, niekoniecznie męska.






Tuesday, 9 October 2012

(19) wózkowa

Ana Martin podsunęła mi pod nos pewne czasopismo, nie czytuję takich, ale zrobiłam wyjątek, bo stała nade mną i nie popuściła, póki nie przeczytałam do końca. Poza tym było słowo ekstra w tytule, co brzmi światowo, myślałam, że będzie o gwiazdach, ale płonne nadzieje. Żadnych zdjęć nawet nie dali, tylko faceta z wąsami, dość nieładnego.
Ana pyta, co o tym sądzę? Aż cała chodziła z nerwów, często się to jej co prawda zdarza, ale głównie dlatego, że świat jej nie rozumie, albo nasz mały sanżilowski światek, i wtedy można to zrozumieć, bo ona chce dobrze, a reszta tego nie widzi; żeby jednak tak się zżymać z powodu jakiejś pisaniny? Ana mówi, że nie o tę pisaninę chodzi, nawet jeśli podobno słowa wyszły spod pióra jakiegos filozofa czy innego filomena, tylko o puszczenie w Polskę (no i Europę, dodaję, chrząkając znacząco, bo nie po to ruszyłam z Łap, by znowu być w Polsce, nawet jeśli to tylko figura literacka) fatalnego przekazu. 
Nie zrozumiałam, więc Ana krzyczy, chociaż ona podobn rzadko krzyczy, czasami tylko podnosi głos, gdy nikt jej nie słucha; a więc - czy ja naprawdę nie pojmuję, że w kraju, w którym kobiety nie mają za co rodzić, dopiero się wprowadza urlopy tacierzyńskie dla ojców, rząd  - tu Ana aż się zachłystuje powietrzem (jak mały Iwo, gdy żąda mleka: lait! lait! leeeeee!), bo aż jej słów brakuje, by opisać harce z in vitro, wicie się ministrów ze strachu przed klechami (jak to ona nazywa), rząd, czyli zbiór bezjajowych facetów-konserw - a więc że w takim kraju żaden filozof nie ma prawa napisać o kobietach, że są to niemądre, paplające wózkowe. Nawet jeśli jest nainteligentniejszy w całym kraju, co swoją drogą teraz jest możliwe, bo Ana już przecież rządzi na Sanżilu. I że to krzywda i obraza i co robić, gdy nawet mądrzy na oko faceci wypisują głupoty? Tylko usiąść w kącie i płakać, smuci się Ana, ja na to, że w tytule książki było inaczej, rzeka jakaś, ale Ana patrzy groźnie i mówi, bym takich książek akurat nie czytała, bo tylko w głowie mącą i udają literaturę. Żebym lepiej jej posłuchała choć raz (!!!) - jakby się dało inaczej, między nami mówiąc...
Ana leci dalej: jej zdaniem filozof siedział w pokoju, pod blokiem zasiadły jakieś niezbyt mądre kobiety i dalejże gadać o głupotach. Pech chciał, że stały obok nich wózki, dzieci pozostawiono same sobie. Filozof miał do napisania felieton. Zero pomysłu. Czas nagli. Nerwówka. Matki pod oknem palą, paplają, dzieci się drą, ciężko coś tu wymyślić. Szyby drżą. Filozof gna do okna, by je zamknąć, już ma wybiec na balkon i zwrócić uwagę tym na ławce, by pilnowały dzieci, zamiast strzępić język po próżnicy i nagle: eureka (czy ełreka??? co to?)! Jest temat! i zamiast pomyśleć, jak uogólniona nazwa "wózkowa" źle się przysłuży wszystkim Polkom, on, zaślepiony prywatną zemstą za brak natchnienia, dowala poniekąd wszystkim kobietom, matkom, babkom i singielkom też, dając do zrozumienia, że wózek równa się zmiękczeniu mózgu, brakowi ambicji, nieoczytaniu, nieokrzesaniu, że to ogólnie może jeden poziom nad zapitym menelem. 
I Ana mówi, że nie zgadza się z Romanem, który twierdzi, że filozof napisał tylko o tych głupawych babach. Ana mówi, że w takim razie nie powinien był w ogóle wspominać słowa "wózek". Bo Ana i jej koleżanki od spacerów wcale nie są aż takie do niczego. Są po prostu sobą, może nawet głupie, ale nie przez wózek, tylko dlatego, że takie są. Rita stwierdziła nawet, że są na luzie, w porównaniu do matek z innej paczki. No i, wtrącam, Rita i Nina to przecież chuściary, wózki mają, ale mało używają, tylko, gdy już za ciężko od nabombanych leeeee bobasów. A teraz za jednym zamachem co najmniej na rok zostały wózkowymi.
Ana załamana. Ale o nią się nie martwmy, ona da sobie radę. Jakoś mi dziś smutno z powodu innych wózkowych, bez szans na zrozumienie u Romana i potrzebujących wsparcia od państwa, rodziny oraz ludzi nauki, w tym filozofa.

Saturday, 6 October 2012

(18) iwo(nek)

Widzę wyraźnie, że po moim powrocie Ana Martin też odetchnęła. Jestem jej potrzebna jak nigdy dotąd, bo i na Sanżilu wielkie zmiany. Jest maluch i to nie byle jaki! Ma na imię Iwo. Też mi pomysł! Podobno Romana, zaznacza Ana Martin, i dodaje, że ona woli imiona rosyjskie, czyli ruskie, w rodzaju Iwan, Iwo to końcówka wyraźnie zbyt zachodnia, jak na jej gusta, włoska albo nawet francusko-hiszpańska, a Ana jest komunistką, zawsze chce, by było po równo, zapomina o tym tylko, jak zawsze wychodzi na jej; ponieważ większość rzeczy w domu wymyśla jednak Ana, bo - jak już nie raz i nie dwa pisałam, u nas głównie ona ma rację, a nawet jak nie ma, to i tak gada tyle, że w końcu ma, mimo tego komunizmu - no więc ten jeden raz pozwoliła mieć rację Romanowi i Roman mógł sobie wybrać imię dla synka. Wybrał może i nie najtrafniej, jest przecież tyle dźwięcznych i nowoczesnych imion, w rodzaju Adrian, Krystian czy Kewin, ale na męski upór nie ma mocnych, wzdycha Ana Martin, tak jakby sama nie była uparta jak kozioł. I podkreśla, że Borys albo Igor byliby odpowiedniejsi (wszystko, byle nie ruskie dać, co ta Ana, zmysły postradała, ale tak w ciąży podobno się dzieje).
Iwo dziwo, podśpiewuję sobie, krzątając się po domu. Raz Roman usłyszał i mówi: a ty jesteś Ksenia, też niezbyt was dużo. Święta prawda, oprócz tej z czeskiej bajki, którą znają starsi, co w latach 80. oglądali telewizję, nie znam żadnej. Swoją drogą ciekawe, jak matuś na to wpadli?  Zaraz zaraz, to chyba z tego czeskiego filmu właśnie, w końcu mama jest prawie że w wieku Any Martin, tylko dzieci wcześniej rodziła, jak przystało, nie czekając na ostatnią chwilę, jak Ana.
Z Arabelli, czechosłowackiego serialu, a nie czeskiego, wtedy była Czechosłowacja, a w niej skarby nieprzebrane, jak białe tenisówki z gumką, uściśla Ana Martin, ona zawsze się przyczepi, sama mówi o sobie, że jest małostkowa, a jej matka to już w ogóle nie może tego w niej ścierpieć. Roman jeszcze może, bo ją kocha. A małego Iwa (lub Iwona, jak śmiesznie należy podobno napisać) kochają bezgranicznie obydwoje. Iwo dziwo.

(17) stąd

Ksenia, a gdzie ty żeś się podziewała i jak ty wyglądasz, niebożę, załamała ręce Ana Martin, gdy po roku pokazałam się w jej drzwiach. No normalnie, mówię na to, trzeba było jechać do Łap na gwałtu rety, to pojechałam. Bez słowa, prawda. Nieładnie. Sytuacja taka się zrobiła nagle z Waldkiem, że normalnie wstałam w nocy i wyszłam. Autobus jeździ co sobotę, to na poniedziałek byłam w domu. To było rok temu, ale czas leci! Wiem, że Ana Martin się martwiła, a Roman nawet był na policji w Sanżilu. Głupio mi było tak uciekać, więc z nerwów nic nie napisałam. Dopiero na święta napisałam na żeesema, że wszystko sa wa i że trochę to potrwa. I że zobaczymy.
Ale wróciłam. Musiałam sprawdzić, czy Ksenia jest jeszcze stamtąd i co z Waldkiem. Już wiem. A więc - Ksenia już nie jest stamtąd. Jest stąd. Swojska, znaczy się  - z Brukseli. A Waldek - stamtąd, i niech tam siedzi. Oraz znaczy to, że będę pisać dalej. Może nauczę się francuskiego albo tego drugiego języka, chociaż może nie trzeba, bo to prawie jak niemiecki, a tego to akurat nieco liznęłam, gdy pracowałam przy polowaniach w Białowieży.
Może Kseni trzeba szukać już w Brukseli? Pamiętam, że jak powiedziałam Anie Martin, że szukam siebie, chcąc brzmieć jakoś tak podniośle i autentycznie, jak ktoś z Bitwy na głosy albo Mast bi de muzik, Ana zaśmiała się i spytała, czy w takim razie dzwonię z Indii? Nie zrozumiałam, o co jej chodzi, w sumie z Łap bliżej do Azji, niż z Belgii, ale kto by tam jechał, ohydnie gotują, gorąco i robaki. Zresztą jak się zastanowić, to w sklepikach na Ikselu może i bliżej do Azji, niż w Polsce? Śmierdzi w każdym razie jak tam zapewne i dziwne rzeczy sprzedają. 
Jestem więc z powrotem w Belgii. Coraz więcej polskich sklepów, nowe towary, nowe twarze w kościele. I ja jakby odnowiona. Już stąd, nie stamtąd. Brawo Ksenia, mówi Roman. Bo nie można żyć naraz w dwóch miejscach.