Działo się, działo! Na dywanie, na poduchach, dzwoniło, grzechotało ile wlezie. Ana Martin, obyta w różnorakich kulturach, śmieje się, że oto na dzielnicy miała miejsce impreza w stylu azjatyckim, albo japońskim, bo w kucki, pokićkało mi się wszystko od tego balowania. Wszystko przez Iwonka, którego rodzice lubią i szanują, tak więc postanowili mu zrobić zabawę, tzw. kinderbale. O trzeciej po południu odbyło się wszystko, a goście zostali przywiezieni wózkami, wypakowani, wniesieni na rękach, no i wreszcie, po rozwinięciu ze śpiworów i wyszarpaniu z kurtek - umiejscowieni na macie koedukacyjnej. Spytałam, czy sprzedawcy mat naprawdę rozróżniają maty dla jednej lub dwóch płci naraz, przecież takim maluchom to chyba obojętne, czy obok wierzga dziewczynka, czy chłopiec, ale nadal nie potrafię wyjaśnić różnicy, bo ojcowie - Stasiek i Heniek - chyba nie zrozumieli, o co mi się rozchodziło w kwestii koedukacji. Albo się zawstydzili, że ja, Ksenia, lat dwadzieścia kilka, pytam o inteligentne sprawy, a oni, starsi o pół mego życia, jeden do tego prawie z zagranicy, a zza granicy na pewno, nie znają odpowiedzi.
Nazwa imprezy - kinderbale - przypomina jajko niespodziankę, co prawda nie ma to na razie przełożenia na rzeczywistość, bo Iwonek żadnego jajka ani niespodzianki nie tyka, łyka tylko to, co zna dobrze, znaczy się prawą i lewą pierś, a czasami i butlę, jak już jest zupełnie nienażarty, a rodzice zmachani. Tak samo goście, Kasia i Piotruś. W ogóle nie zainteresowani sobą nawzajem, tylko rodzicami, którzy w międzyczasie próbowali wstać z poduch, inteligentnie do siebie zagadać, spróbować zjeść ciasto z okazji Dnia Niepodległości, po angielsku Indykpendensdej, ale to nie mogę tak używać, bo o co innego chodzi i kiedy indziej się to obchodzi, zajadając - jak sam nazwa mówi - indora. W lipcu chyba, a tu listopad do szpiku kości.
Kinderbale kulinarnie-gastronomicznie wychodzą tanio, bo dorośli nie mają właściwie jak i kiedy jeść, nawet ci, którzy w międzyczasie potrafią jeść lewą ręką, ewentualnie prawą, jeśli normalnie jedzą lewą. W kryzysie jak znalazł, bardzo ekonomiczne są kinderbale, sama taki urządzę na swoje urodziny. Niektórzy nawet nie zdążyli zjeść kawałka ciasta! O alkoholu w ogóle nie wspominam, chwilowo wyklęty, i to naprawdę są poważne oszczędności, zwłaszcza, jak słyszę, że Roman widział wino za 300 ojro. To chyba niepolskie musiało być?
Przyjęcie było krótkie, ale intensywne, bo już po godzinie pierwsi goście postanowili się znudzić na tyle, że trzeba było ich ponownie wbić w kurtkę, owinąć w pled, uciszyć smokiem albo czymś, co też jest smokiem, ale nazywa się inaczej, po krakowsku, choć Ana Martin twierdzi, że to widysz, nie znam takiego akcentu; Roman zna widocznie, on tego słowa na "cy" używa, jak Ana nie słucha i nie protestuje, że się propaguje wrogie narzecza, widysz znaczy się lub krakowski, ciężko się połapać, przecież Roman też Polak, choć go biorą za południowca jakiegoś.
Najbardziej niepodległy i niezawisły od rocznic i rytmów, które mądre książki każą nadawać niemowlakom, okazał się Iwonek; zazwyczaj nieśpiący, postanowił uczcić ten dzień pięknym wyspaniem się, a tym samym - wypasowym wyspaniem rodziców i moim też, bo czasami, jak krzyknie, to i mnie obudzi. Spał jak susełek i tym samym zrobił najlepszy prezent, jaki można sobie wymarzyć. Bo przecież polski Indykpendensdej to imieniny Martina, jak tu się nazywa Marcina, no i tym samym - święto naszej polskiej Any Martin, która - choć tak z zagraniczna brzmi - jest swojską jedną z nas.
Monday, 12 November 2012
(29) padlina
Czy słyszeliście kiedyś, by ktoś się chwalił, że lubi jeść padlinę? Mnie to zszokowało, nie powiem, a w Łapach chyba by mnie powiesili na najbliższej brzózce, jakby jakiś życzliwy doniósł. Co tu jednak nie mówić, ci z miasta, urodzeni miastowi, są inni, bez żenady przechwalają się co gorszym hobby. Rita właśnie przykładowo bardzo lubi jeść padlinę. Nina też, choć nie zawsze dołącza do padlinożerców. Najgorsze, że padliną zaczęła zajadać się Ana Martin.
Już nie chodzi o to, że się martwię o Anę Martin, czy ona w ogóle przeżyje. Jest duża, swoje widziała. Swoją drogą podsłuchałam w ambasadzie, że namnożyło się w Brukseli firm oferujących przewóz truposzaczaków do kraju. Jeden bardzo elegancki pan, żywy, ani chybi kierowca zmarłych, mówił do panienki z okienka, że tego z Torunia to w niezłym stanie dowieźli, więc może i Anie udałoby się trafić na cmentarz w dobrej formie. Co mnie za to martwi, to jak przerobi w swoim żołądku padlinę Iwonek? Toż to takie małe, coraz bardziej rozumne co prawda, ale daleko mu jeszcze, by zrozumieć, że padlina zdecydowanie nie nadaje się do jedzenia, nie zapewnia zrównoważonego wzrostu i trwałego rozwoju.
Cha cha, zagląda przez ramię Roman, ale ci Ksenia zdanie wyszło, toż to żywcem przeniesione z unijnego tekstu. A co, nie potrafię? Że niby niemiastowa, choć teraz całkiem miejska, to nie umiem sobie przyswoić jakiegoś ciekawego zwrotu, tym bardziej, że widzę, że hula po sieci, wszędzie się zgrabnie wpasuje, a znaczenie każdy potem dopasuje we własnym zakresie?
Wracając do padliny: sprzedają ją dwie Włoszki, dziwnie obcięte, niesymetrycznie, i zawsze razem. Blisko razem, bo zdobyczną padlinę obrabiają w ciasnym, żółtym busiku, w którym chyba też śpią, myją się i nie wiadomo jeszcze co, nic nie sugeruję, ale podkreślam: zawsze razem, a że nie za ładne są wcale, to może i lepiej, bo jak wiadomo, z wolnymi mężczyznami krucho.
Podejrzanie mi to wygląda, powtarzam, ale Ricie, Ninie ani Anie to wcale nie przeszkadza, co poniedziałek zajadają padlinę, aż im się uszy trzęsą. Co dziwne natomiast, to że Ana opowiadała Romanowi, że padlina pochodzi z Włoch i że można ją też robić z mąki orkanowej, czyli wyciągniętej z czeluści niepamięci zdrowotnej wersji pszenicy. Taką padlinę też robią na dzielnicy, w części bjoeko. I dziwi jeszcze, że je nią Nina, która mięsa nie tyka, ale mięso rybne tak, co trochę zdumiewa, ale niech jej tam będzie. Ja tam myślałam, że padlina pada pewnego dnia, i że to byłe mięso jest. Ze zwierza albo ryby właśnie, a tu mi Ana wmawia, że z mąki ją zagniatają i pchają do niej różne rzeczy jeszcze, tak że w rezultacie otrzymujemy kanapkę. Ja cię kręcę, zbrodnię wykryję tu, jak tak Ana z przyzwoleniem Romana, który jeszcze namawia, by ona tę padlinę jadła, przynajmniej tyle, powtarza, takie masz nóżki chude, to jedz, prawie że w nią wpycha werbalnie padlinę. W matkę karmiącą! No a jak już padlina znajdzie się w Anie, to niedługo potem trafia do Iwonka, który błogo ssie i nie wie, biedaczyna, co w niego wlewają. Naprawdę, myślałam, że takie historie to tylko na wojnie albo w partyzantce, a już na pewno nie wśród europejskich elit na Sanżilu...Ojej, ratunku!
Już nie chodzi o to, że się martwię o Anę Martin, czy ona w ogóle przeżyje. Jest duża, swoje widziała. Swoją drogą podsłuchałam w ambasadzie, że namnożyło się w Brukseli firm oferujących przewóz truposzaczaków do kraju. Jeden bardzo elegancki pan, żywy, ani chybi kierowca zmarłych, mówił do panienki z okienka, że tego z Torunia to w niezłym stanie dowieźli, więc może i Anie udałoby się trafić na cmentarz w dobrej formie. Co mnie za to martwi, to jak przerobi w swoim żołądku padlinę Iwonek? Toż to takie małe, coraz bardziej rozumne co prawda, ale daleko mu jeszcze, by zrozumieć, że padlina zdecydowanie nie nadaje się do jedzenia, nie zapewnia zrównoważonego wzrostu i trwałego rozwoju.
Cha cha, zagląda przez ramię Roman, ale ci Ksenia zdanie wyszło, toż to żywcem przeniesione z unijnego tekstu. A co, nie potrafię? Że niby niemiastowa, choć teraz całkiem miejska, to nie umiem sobie przyswoić jakiegoś ciekawego zwrotu, tym bardziej, że widzę, że hula po sieci, wszędzie się zgrabnie wpasuje, a znaczenie każdy potem dopasuje we własnym zakresie?
Wracając do padliny: sprzedają ją dwie Włoszki, dziwnie obcięte, niesymetrycznie, i zawsze razem. Blisko razem, bo zdobyczną padlinę obrabiają w ciasnym, żółtym busiku, w którym chyba też śpią, myją się i nie wiadomo jeszcze co, nic nie sugeruję, ale podkreślam: zawsze razem, a że nie za ładne są wcale, to może i lepiej, bo jak wiadomo, z wolnymi mężczyznami krucho.
Podejrzanie mi to wygląda, powtarzam, ale Ricie, Ninie ani Anie to wcale nie przeszkadza, co poniedziałek zajadają padlinę, aż im się uszy trzęsą. Co dziwne natomiast, to że Ana opowiadała Romanowi, że padlina pochodzi z Włoch i że można ją też robić z mąki orkanowej, czyli wyciągniętej z czeluści niepamięci zdrowotnej wersji pszenicy. Taką padlinę też robią na dzielnicy, w części bjoeko. I dziwi jeszcze, że je nią Nina, która mięsa nie tyka, ale mięso rybne tak, co trochę zdumiewa, ale niech jej tam będzie. Ja tam myślałam, że padlina pada pewnego dnia, i że to byłe mięso jest. Ze zwierza albo ryby właśnie, a tu mi Ana wmawia, że z mąki ją zagniatają i pchają do niej różne rzeczy jeszcze, tak że w rezultacie otrzymujemy kanapkę. Ja cię kręcę, zbrodnię wykryję tu, jak tak Ana z przyzwoleniem Romana, który jeszcze namawia, by ona tę padlinę jadła, przynajmniej tyle, powtarza, takie masz nóżki chude, to jedz, prawie że w nią wpycha werbalnie padlinę. W matkę karmiącą! No a jak już padlina znajdzie się w Anie, to niedługo potem trafia do Iwonka, który błogo ssie i nie wie, biedaczyna, co w niego wlewają. Naprawdę, myślałam, że takie historie to tylko na wojnie albo w partyzantce, a już na pewno nie wśród europejskich elit na Sanżilu...Ojej, ratunku!
Saturday, 3 November 2012
(28) prowansja
To ci dopiero była wyprawa! Iwonek po raz pierwszy za granicą, nielegalnie zupełnie, bez paszportu albo jakiegoś innego dowodu osobistego, aż truchlałam na myśl, co będzie, jak nas złapią zomowcy lub inni miejscowi ubecy i wsadzą do ciupy, najlepiej jeszcze do jednej celi z tym strasznym facetem, co miał proces w Arlonie i uciekł milicji z furgonetki! Arlon leży po naszej stronie granicy, ale jednocześnie też chyba w Luksemburgu. Nie wiem, jakim cudem to możliwe? Roman mówi, że tak się nazywa po prostu prowansja, która kiedyś była całością, póki jakiś kodeks albo kadyks, nie dosłyszałam z tylnego siedzenia, ją podzielił. Pogubiłam się całkowicie, bo myślałam, że prowansja leży we Francji, piszą o niej same pozytywnie nastrajające książki i kręcą kolorowe filmy, nie to, co te węgierskie smutasy, które godzinami dosłownie (ostatnio osiem!) ogląda Ana, a tu masz ci los, znów wyszła na jaw moja niewiedza historyczno-geograficzna.
Ana Martin to wszystko wymyśliła, znaczy się podróż, a nie historię. Kiedyś mieszkała za granicą, to znaczy nie za granicą Polski, gdzie nadal mieszka, ale za granicą Belgii, to jest w Luksemburgu. Ojej, wiem, że mam tu problem, ale zakładam, że wy lepiej się znacie i rozumiecie, o jakim miejscu mowa. Długo to trwało, za długo może, bo coś tam się głupiego stało, ale jest jedna korzyść: mimo że ma już swoje lata, nie wypominając, za chwilę aż 36, to wtedy, mając tych lat mniej co prawda, poznała Romana, zakochali się w sobie i ojej, jaka piękna historia z tego wyszła, ślub bez kościoła, to trochę szkoda, nawiasem mówiąc, bez rozłożystej sukni; odmieniło to jednak także mój los, bo mogłam wyjechać za granicę i odnaleźć nowe u siebie na Sanżilu. Niektórzy to mają szczęście! Mówię o Anie oczywiście, która po trzydziestce naprawdę mogła trafić o wiele gorzej, niż na Romana. On mógł za to trafić nieco lepiej, moim zdaniem, ale miłość jest ślepa, trudno, w tych filmach o prowansji też to co rusz widać.
Wracając do podróży, to pomysł, że dziecko będzie jechać bez dokumentu, to też sprawka Any, ona się takimi drobiazgami, jak milicja, ormo czy pogranicznicy nie przejmuje, najwyżej byśmy zawrócili, prycha. A szkoda by było nie dojechać, tylko zawracać koło ikeji stojącej w szczerym polu, jak jakaś stodoła, widzę teraz, po powrocie, jak się nam udało dwa razy przeszmuglować przez granicę Iwonka, nie na mrówkę, tylko na widoku w foteliku, i nawet na pełnym głosie.
Luksemburg po stronie luksemburskiej może faktycznie pusty, pogoda jak na Sanżilu, czyli brak pogody, ale koleżanki za to gitesowe, że hej, wszystkie, Gosia, Ewa, Marysia, ich mężowie, włączając w to zagranicznych (nie-Polaków, znaczy się), też niczego sobie, wszędzie dzieci, których podobno niedawno nie było, jednym słowem - lata lecą nie tylko dla Any, pocieszam ją na głos, są gorsze rzeczy, niż zmarszczki. Lało trzy dni z rzędu, już myślałam, że ludzi na polu (Roman, jak Ksenia przez ciebie mówi, Ksenia, mów na dworze! na jakim polu, kto to zrozumie? i nie na dworzu, to jakaś warszawska gwara, wtrąca się zawsze czujna Ana Martin) brak właśnie dlatego, ale Roman objaśnił, że w Luksemburgu tak zazwyczaj bywa. Lokalni wolą siedzieć po domach. Tak już mają, naród taki, narodek właściwie. Ana, jak wiadomo, lubi tłum, to i wzięli nogi za pas i wybyli na Sanżil. Szkoda tylko tych fajnych babek! Może do nas dojadą kiedyś.
Ana Martin to wszystko wymyśliła, znaczy się podróż, a nie historię. Kiedyś mieszkała za granicą, to znaczy nie za granicą Polski, gdzie nadal mieszka, ale za granicą Belgii, to jest w Luksemburgu. Ojej, wiem, że mam tu problem, ale zakładam, że wy lepiej się znacie i rozumiecie, o jakim miejscu mowa. Długo to trwało, za długo może, bo coś tam się głupiego stało, ale jest jedna korzyść: mimo że ma już swoje lata, nie wypominając, za chwilę aż 36, to wtedy, mając tych lat mniej co prawda, poznała Romana, zakochali się w sobie i ojej, jaka piękna historia z tego wyszła, ślub bez kościoła, to trochę szkoda, nawiasem mówiąc, bez rozłożystej sukni; odmieniło to jednak także mój los, bo mogłam wyjechać za granicę i odnaleźć nowe u siebie na Sanżilu. Niektórzy to mają szczęście! Mówię o Anie oczywiście, która po trzydziestce naprawdę mogła trafić o wiele gorzej, niż na Romana. On mógł za to trafić nieco lepiej, moim zdaniem, ale miłość jest ślepa, trudno, w tych filmach o prowansji też to co rusz widać.
Wracając do podróży, to pomysł, że dziecko będzie jechać bez dokumentu, to też sprawka Any, ona się takimi drobiazgami, jak milicja, ormo czy pogranicznicy nie przejmuje, najwyżej byśmy zawrócili, prycha. A szkoda by było nie dojechać, tylko zawracać koło ikeji stojącej w szczerym polu, jak jakaś stodoła, widzę teraz, po powrocie, jak się nam udało dwa razy przeszmuglować przez granicę Iwonka, nie na mrówkę, tylko na widoku w foteliku, i nawet na pełnym głosie.
Luksemburg po stronie luksemburskiej może faktycznie pusty, pogoda jak na Sanżilu, czyli brak pogody, ale koleżanki za to gitesowe, że hej, wszystkie, Gosia, Ewa, Marysia, ich mężowie, włączając w to zagranicznych (nie-Polaków, znaczy się), też niczego sobie, wszędzie dzieci, których podobno niedawno nie było, jednym słowem - lata lecą nie tylko dla Any, pocieszam ją na głos, są gorsze rzeczy, niż zmarszczki. Lało trzy dni z rzędu, już myślałam, że ludzi na polu (Roman, jak Ksenia przez ciebie mówi, Ksenia, mów na dworze! na jakim polu, kto to zrozumie? i nie na dworzu, to jakaś warszawska gwara, wtrąca się zawsze czujna Ana Martin) brak właśnie dlatego, ale Roman objaśnił, że w Luksemburgu tak zazwyczaj bywa. Lokalni wolą siedzieć po domach. Tak już mają, naród taki, narodek właściwie. Ana, jak wiadomo, lubi tłum, to i wzięli nogi za pas i wybyli na Sanżil. Szkoda tylko tych fajnych babek! Może do nas dojadą kiedyś.
Wednesday, 31 October 2012
(27) opera
Jeszcze w Łapach niejednokrotnie słyszałam, że z dzieckiem się nic nie da przedsięwziąć, że siedzisz w domu, póki ono nie wyjdzie do szkoły. Czyli siedzisz lat 6 - po reformie, a 7 przed, chyba że reforma jednak nigdy nie wejdzie w życie. Mówią to jednak ci, którzy nie znają Any Martin. Nikt, nawet Roman, nie jest w stanie zatrzymać biegu jej myśli i procesu tworzenia licznych, często przeczących sobie planów. Myślę nawet, że Roman nawet się nie stara wejść w jej głowę, tylko po prostu śmieje się z niej. Ana za to, jak mi się wydaje, wcale się z tego nie śmieje, tylko wręcz przeciwnie - męczy to ją, zawraca niepotrzebnie głowę, wraca w najmniej spotykanych momentach. Ja to bym już dawno zwariowała, gdybym tak cały czas chciała czegoś innego, niż mam w danej chwili. Ciesz się z tego Ksenia, wzdycha Ana, ciesz się, że nic nie musisz, bo ja muszę, choć nie mam pojęcia ani dlaczego, ani co z tego będę mieć. Prawdopodobnie nic, ups, ale mi się wymknęło, Ana jednak nawet się nie obrusza, tylko z zafrasowaną miną idzie planować dalej.
W tym miesiącu zaplanowała nam wszystkim wyjście do opery. Gdy już wybiła godzina zero, okazało się, że Ana jest w stanie nawet zamówić odpowiednią pogodę, zagraniczną dziewczynę Stefana wysłać w podróż, by ten był wolny i mógł pomagać Romanowi, sprawić, by Iwonek akurat tego dnia spał jak zabity - a sama pójść do opery. Ja też poszłam, wystrojona, bo jeszcze nigdy nie byłam w operze, chociaż Ana uprzedzała, że po pierwsze bez biletu nie wejdę do budynku, a po drugie - że w dzisiejszych czasach wysoką sztukę można już oglądać w stroju codziennym. Nie wierzę jej ani trochę, w telewizji nie raz i nie dwa widziałam, jak np. w Australii, Wien się to miasto nazywa, w operze tańczyli i śpiewali ubrani na bogato, a publiczność też była pięknie poprzebierana w szaty, ufryzowana i umalowana że aż strach.
Tym razem Ana musiała się więc zgodzić, że idę w eleganckim żakiecie i bluzce z falbaną, Stefan się roześmiał i powiedział, że to żabo, jaki żabo, skąd żaba nagle i na co on sobie pozwala? Czułam się co prawda trochę nieswojo, bo reszta towarzystwa, jak to oni mają zwyczaj w niedzielę, zupełnie nieodświętni, czyli akurat na odwrót, niż być powinno. Matuś by powiedziała, że to dlatego, że nie chodzą do kościoła, to i tradycji nie szanują. Wstyd przyznać, że przez operę to i ja nie byłam na mszy, po opera zaczęła się w porze obiadu, znaczy się w porze polskiego niedzielnego rosołu z kury, a może to już raczej schabowy wtedy wjeżdża zresztą, bo o trzeciej; na Sanżilu większość narodów je wcześniej, to jest w porze drugiego śniadania, o dwunastej, i coraz częściej nie jest to obiad, lecz lancz.
Zwał jak zwał - my o trzeciej zameldowaliśmy się w centrum. Zestaw doborowy: na przedzie Ana z szaleństwem w oku. Z tyłu Iwonek w wózku oraz Roman ze Stefanem w parze. Na końcu ja, pracowicie cykająca zdjęcia, bo nie wiadomo, czy jeszcze trafię w tak wysokie progi, pod takie progi właściwie. Roman co rusz uspokajał Anę, by szła, oglądała tego swojego ulubionego artystę, a oni się już sobą zajmą; w najgorszym wypadku mają mnie, Ksenię, oho, niedoczekanie ich, bym z Iwonkiem w ramionach krążyła w nieskończoność podczas gdy oni będą brylantować w wielkim świecie, nawet jeśli bez biletu oznacza to tylko picie piwa pod operą.
Ana poszła, wyszła w przerwie, zadowolona jak nie wiem co, nakarmiła Iwonka, który nawet się nie obudził, tak kocha sztukę widać, wyssał tę miłość z Any. Stefan przypomniał sobie, jak się przewija niemowlę. Roman napił się kolki jednak, a nie napoju alkoholowego, a ja mam swoje zdjęcia; zaraz je wyślę w Polskę, niech wiedzą, gdzie trafiłam ja, Ksenia z Łap.Pod operę!
A Ana już planuje nowe wyjście. Oszalejemy przez nią, a wcześniej posiwiejemy.
W tym miesiącu zaplanowała nam wszystkim wyjście do opery. Gdy już wybiła godzina zero, okazało się, że Ana jest w stanie nawet zamówić odpowiednią pogodę, zagraniczną dziewczynę Stefana wysłać w podróż, by ten był wolny i mógł pomagać Romanowi, sprawić, by Iwonek akurat tego dnia spał jak zabity - a sama pójść do opery. Ja też poszłam, wystrojona, bo jeszcze nigdy nie byłam w operze, chociaż Ana uprzedzała, że po pierwsze bez biletu nie wejdę do budynku, a po drugie - że w dzisiejszych czasach wysoką sztukę można już oglądać w stroju codziennym. Nie wierzę jej ani trochę, w telewizji nie raz i nie dwa widziałam, jak np. w Australii, Wien się to miasto nazywa, w operze tańczyli i śpiewali ubrani na bogato, a publiczność też była pięknie poprzebierana w szaty, ufryzowana i umalowana że aż strach.
Tym razem Ana musiała się więc zgodzić, że idę w eleganckim żakiecie i bluzce z falbaną, Stefan się roześmiał i powiedział, że to żabo, jaki żabo, skąd żaba nagle i na co on sobie pozwala? Czułam się co prawda trochę nieswojo, bo reszta towarzystwa, jak to oni mają zwyczaj w niedzielę, zupełnie nieodświętni, czyli akurat na odwrót, niż być powinno. Matuś by powiedziała, że to dlatego, że nie chodzą do kościoła, to i tradycji nie szanują. Wstyd przyznać, że przez operę to i ja nie byłam na mszy, po opera zaczęła się w porze obiadu, znaczy się w porze polskiego niedzielnego rosołu z kury, a może to już raczej schabowy wtedy wjeżdża zresztą, bo o trzeciej; na Sanżilu większość narodów je wcześniej, to jest w porze drugiego śniadania, o dwunastej, i coraz częściej nie jest to obiad, lecz lancz.
Zwał jak zwał - my o trzeciej zameldowaliśmy się w centrum. Zestaw doborowy: na przedzie Ana z szaleństwem w oku. Z tyłu Iwonek w wózku oraz Roman ze Stefanem w parze. Na końcu ja, pracowicie cykająca zdjęcia, bo nie wiadomo, czy jeszcze trafię w tak wysokie progi, pod takie progi właściwie. Roman co rusz uspokajał Anę, by szła, oglądała tego swojego ulubionego artystę, a oni się już sobą zajmą; w najgorszym wypadku mają mnie, Ksenię, oho, niedoczekanie ich, bym z Iwonkiem w ramionach krążyła w nieskończoność podczas gdy oni będą brylantować w wielkim świecie, nawet jeśli bez biletu oznacza to tylko picie piwa pod operą.
Ana poszła, wyszła w przerwie, zadowolona jak nie wiem co, nakarmiła Iwonka, który nawet się nie obudził, tak kocha sztukę widać, wyssał tę miłość z Any. Stefan przypomniał sobie, jak się przewija niemowlę. Roman napił się kolki jednak, a nie napoju alkoholowego, a ja mam swoje zdjęcia; zaraz je wyślę w Polskę, niech wiedzą, gdzie trafiłam ja, Ksenia z Łap.Pod operę!
A Ana już planuje nowe wyjście. Oszalejemy przez nią, a wcześniej posiwiejemy.
Thursday, 25 October 2012
(26) brugman
Jest w Brukseli, na dzielnicy Iksel, plac Brugman. Podobno najbardziej paryski spośród brukselskich adresów, co na mój gust brzmi jak nonsens, bo gdzie Paryż, a gdzie Bruksela, toż to co najmniej 1000 km, ale Ana Martin, prychając z pogardą, wytłumaczyła mi, o co chodzi: że dużo bogaczy dałoby sobie odciąć rękę, by tam zamieszkać, i tym samym udać przed samym sobą, że są Francuzami. O nie, Ksenia, nie Francuzami bynajmniej, skreśl to: czystej krwi Paryżańczykami. Mówi się: Paryżanami, poprawia automatycznie Ana, zawsze czujna. Bo Francuzi kojarzą się z beretem i bagietką, a tu chodzi o to, by kojarzyć się z Djorem, If coś tam Lorentem czy innym kapiącym złotem strojem, oraz małym palcem odchylanym podczas picia kawy w kawiarni filozoficznej u Sartra.
Nie znam tych nazwisk, piszę je trochę na ucho, a trochę na czuja, ale zdaje się, że rozumiem: na Brugmanie mieszkają snoby. Mieszka tam może jedna dziesiąta miejscowych snobów, za zasłoniętymi żaluzjami, Ana na to, ale do knajpek chadzają rzesze snobów-aspirantów. Plus normalsi, jak ja, bo sprawdziłam dzisiaj na własnej skórze, jak to jest być zadzierającym nosa nierobem i nieróbką.
Wejście w wielki świat nie udało mi się do końca, bo nie mam prawa jazdy, a nawet jakbym miała, to skąd bym wzięła merola? albo suwa? Ana ma takie auta w głębokiej pogardzie, Roman co prawda raczej nie, ale to nie zmienia faktu, że nic takiego nie było pod ręką. Nie miałam więc wyjścia: wzięłam Iwonka dla zmyłki, że niby tak muszę wyjątkowo na piechotę, buch go do wózka (wózek z drugiej ręki, trochę kółka już wysłużone, też furory nie zrobi, ale zawsze można udać, że wintydź, jak mawia Ana) i w drogę.
Wózek tur tur tur turkocze, a ja obserwuję towarzystwo z baru przy księgarni. Cwaniacy, jeśli myśleli, że zmylą Anę Martin tym, że się usadowili blisko książek, no to naprawdę są naiwni i nie znają jej! A nawet mnie - bo w księgarni dziwnie pusto, na tarasie za to tłoczno, gwarno i...wszyscy w jeden deseń.
Faktycznie bogato. Eleganckie szare, beżowe i granatowe portki, nie to, co turkusy Rity albo zielonki Niny. Do tego kaśmirowe bluzki też w stonowanych kolorach, jak wyżej, z tym, że dla kontrastu w odwrotnej kolejności. By nudno nie było pewnie. Na nogach - mokasyny u panów, czółenka, tak to się nazywa staromodnie, u pań. Brązy w różnych odcieniach, mięciuchna skórka. Nogi opalone - to u pań. U panów spodnie przepisowo długie, więc widać tylko solarkę na co starszych twarzach, może to zresztą wpływ Bahamów; włosy już u obu płci pięknie wyczesane, ho ho! Jak u psów jorków, tylko bez kokardek. Takie czesanie oznacza długie siedzenie u fryzjera i debilne rozmowy z nim i klientelą, szkoda na to życia i energii, podkreśla zawsze Ana. Do tego jak potem spać? Toć to żal zniszczyć taki piękny włos. No, książki zakupione w księgarni można czytać całą noc na siedząco, podśmiewa się Roman, którego ten problem przecież nie dotyczy od dawna.
Patrzę dalej: torebki nowe, lśniące, bogactwa na nich nie za dużo, by pokazać, że się znamy na szyku, za to jest metka, zbędna tak czy owak, bo i tak wszyscy wiedzą, co za firma, czy też brent, co podsłuchałam ostatnio. Płaszczyk często w brzydką kratę, a jak nie płaszczyk - to chusteczka przynajmniej. Skąd te kraty? Jak w Łapach spod kościoła doprawdy. Okulary też modne, ramki że fiu fiu, plus drugie słoneczne w pogotowiu, czy świeci, czy nie.
Makijaż jest. U pań obowiązkowy, u panów jeszcze nie, ale powoli coraz bardziej. Za to u panów musowo markowy wóz, u pań nie, bo prawdziwa dama daje się wozić, objaśniła mi kiedyś Ana, która sama się wozić nie daje, bo ma dwie nogi. Ale dodaje, by się dawać wozić w sumie, mężczyźni to doceniają, wynika z jej obserwacji (póki nie mają dość, co wynika z kolei z obserwacji Romana). Futer na razie brak, bo pierwszy dzień zimna. Ale podobno będą.
Krążę z Iwonkiem i krążę, nogi mi odpadają powoli, a snoby siedzą, piją wina i szampany i jedzą ostrygi, marząc, że są gdzie indziej. W Paryżu czyli. Głodnam, ale ślinka mi nie cieknie, o co to, to nie, nie jadam żywego towaru. Nadziwić się nie mogę za to, że smakuje to tym z tarasu. Może odpowiedni strój i fryz każą jeść inne rzeczy i być z Paryża. Może kiedyś to sprawdzę.
Nie znam tych nazwisk, piszę je trochę na ucho, a trochę na czuja, ale zdaje się, że rozumiem: na Brugmanie mieszkają snoby. Mieszka tam może jedna dziesiąta miejscowych snobów, za zasłoniętymi żaluzjami, Ana na to, ale do knajpek chadzają rzesze snobów-aspirantów. Plus normalsi, jak ja, bo sprawdziłam dzisiaj na własnej skórze, jak to jest być zadzierającym nosa nierobem i nieróbką.
Wejście w wielki świat nie udało mi się do końca, bo nie mam prawa jazdy, a nawet jakbym miała, to skąd bym wzięła merola? albo suwa? Ana ma takie auta w głębokiej pogardzie, Roman co prawda raczej nie, ale to nie zmienia faktu, że nic takiego nie było pod ręką. Nie miałam więc wyjścia: wzięłam Iwonka dla zmyłki, że niby tak muszę wyjątkowo na piechotę, buch go do wózka (wózek z drugiej ręki, trochę kółka już wysłużone, też furory nie zrobi, ale zawsze można udać, że wintydź, jak mawia Ana) i w drogę.
Wózek tur tur tur turkocze, a ja obserwuję towarzystwo z baru przy księgarni. Cwaniacy, jeśli myśleli, że zmylą Anę Martin tym, że się usadowili blisko książek, no to naprawdę są naiwni i nie znają jej! A nawet mnie - bo w księgarni dziwnie pusto, na tarasie za to tłoczno, gwarno i...wszyscy w jeden deseń.
Faktycznie bogato. Eleganckie szare, beżowe i granatowe portki, nie to, co turkusy Rity albo zielonki Niny. Do tego kaśmirowe bluzki też w stonowanych kolorach, jak wyżej, z tym, że dla kontrastu w odwrotnej kolejności. By nudno nie było pewnie. Na nogach - mokasyny u panów, czółenka, tak to się nazywa staromodnie, u pań. Brązy w różnych odcieniach, mięciuchna skórka. Nogi opalone - to u pań. U panów spodnie przepisowo długie, więc widać tylko solarkę na co starszych twarzach, może to zresztą wpływ Bahamów; włosy już u obu płci pięknie wyczesane, ho ho! Jak u psów jorków, tylko bez kokardek. Takie czesanie oznacza długie siedzenie u fryzjera i debilne rozmowy z nim i klientelą, szkoda na to życia i energii, podkreśla zawsze Ana. Do tego jak potem spać? Toć to żal zniszczyć taki piękny włos. No, książki zakupione w księgarni można czytać całą noc na siedząco, podśmiewa się Roman, którego ten problem przecież nie dotyczy od dawna.
Patrzę dalej: torebki nowe, lśniące, bogactwa na nich nie za dużo, by pokazać, że się znamy na szyku, za to jest metka, zbędna tak czy owak, bo i tak wszyscy wiedzą, co za firma, czy też brent, co podsłuchałam ostatnio. Płaszczyk często w brzydką kratę, a jak nie płaszczyk - to chusteczka przynajmniej. Skąd te kraty? Jak w Łapach spod kościoła doprawdy. Okulary też modne, ramki że fiu fiu, plus drugie słoneczne w pogotowiu, czy świeci, czy nie.
Makijaż jest. U pań obowiązkowy, u panów jeszcze nie, ale powoli coraz bardziej. Za to u panów musowo markowy wóz, u pań nie, bo prawdziwa dama daje się wozić, objaśniła mi kiedyś Ana, która sama się wozić nie daje, bo ma dwie nogi. Ale dodaje, by się dawać wozić w sumie, mężczyźni to doceniają, wynika z jej obserwacji (póki nie mają dość, co wynika z kolei z obserwacji Romana). Futer na razie brak, bo pierwszy dzień zimna. Ale podobno będą.
Krążę z Iwonkiem i krążę, nogi mi odpadają powoli, a snoby siedzą, piją wina i szampany i jedzą ostrygi, marząc, że są gdzie indziej. W Paryżu czyli. Głodnam, ale ślinka mi nie cieknie, o co to, to nie, nie jadam żywego towaru. Nadziwić się nie mogę za to, że smakuje to tym z tarasu. Może odpowiedni strój i fryz każą jeść inne rzeczy i być z Paryża. Może kiedyś to sprawdzę.
Tuesday, 23 October 2012
(25) macio
Myślałam już, że najgorsi są polscy mężczyźni, tak wynika w sumie z tego, co powtarza Ana Martin, ale okazało się, że gorsi są Meksykańczycy oraz Meksykanie, jak mówi Roman. Macio zupełni, choć wyuczalni i opiekują się dziećmi, jak ich nauczyć. Do tego tym macio(m) zdaje się nie przeszkadzać, że siedzą w domu, a żony pracują, pisząc o macierzyństwie, też mi pożal się praca, nawiasem mówiąc. To wynika przynajmniej z wczorajszych rozmów Any z naszym gościem. Gość ma burzę blond loków i wcale nie wygląda na Meksykankę, imię też raczej nasze, katolickie, Wirdżinia. Brzmi dość wyszukanie, ale przynajmniej kończy się na "a", jak po polsku.
Do tego rozmowa toczyła się po angielsku, a na mój gust w Meksyku mówi się podobnie, jak w Bazylii, to w końcu niedaleko. A w Bazylii mówią po portugalsku, podobnie jak w naszych sklepikach na Sanżilu i w tym komicznym kościele mieszczącym się w kamienicy na Alsębergu, gdzie wchodzi się jak do zwykłego domu, a potem całe niedzielne przedpołudnie wyśpiewuje pieśni, tańczy, a na zakończenie je potrawy nie z tego świata. Przystojni faceci tam chodzą i grubawe babki. Raz byłam, nie dla mnie, jeszcze ktoś zobaczy, że zmieniam wiarę.
Po głębszym zastanowieniu sądzę jednak, że może Ana z Wirdżinią po prostu gadały o macio po amerykańsku. Wirdżinia mówi bardzo szybko i dużo się śmieje. Pracuje w wyższej edukacji. Tak też poznała się w ubiegłym wieku z Aną. W enerde na stypendium. Stypendium i Ana. Proszę proszę, jaka mądra ta Ana, coraz mądrzejsza, doprawdy...
Pisze się NRD, poprawia Ana. Co to za kraj, pytam? Jego stolicą jest Berlin, podpowiada Roman. Był raczej, uściśla nasza ścisła zawsze Ana. Myślałam, że Berlin to stolica Niemiec, udaje mi się dojść do słowa. Na autobanie widziałam napisane też, jak jeszcze autobusem jeździłam z Łap na Sanżila. Ech Ksenia, śmieją się, czy teraz naprawdę już niczego nie uczą w szkole, nawet geografii i historii?
W Enerde Ana i Wirdżinia mieszkały w śmierdzącym akademiku. Tzn. Wirdżinia w śmierdzącym z karaluchami i Szkotką, prostuje Ana, a Ana w odnowionym, za to blisko więzienia, na piętrze z Rosjanami (nie przypominam, jak wypadałoby napisać po naszemu, obiecałam sobie, że będę poprawna). Nie wiadomo, co gorsze. Pewnie dlatego tak się zaprzyjaźniły, bo co robić w biedzie? To było bardzo dawno temu, tak dawno, że Ana Martin nie znała nawet e-maila i to Wirdżinia właśnie musiała jej pokazać, jak to działa. Początkowo nie mogłam uwierzyć, że Ana dawała sobie kiedyś radę bez pisania do setek ludzi, i miała co robić, ale podobno to prawda i jeszcze 20 lat temu nikomu się nie śniło, że będzie można porozumieć się z kimś przez komputer w ciągu sekundy. To jak wtedy pisano? Ręcznie, śmieje się Roman, ręcznie pisano listy. To musiało strasznie długo trwać, dziwię się na głos. Długo, przytakuje Ana, ja wolę szybko, wiadomo, dodaje, ale przyznam, że dostawać listy było fajnie. I ładniej jakoś, i bardziej ludzko. Cóż, wzdycha jeszcze, to se nevrati.
Wirdżinia, której przetłumaczono, o czym mowa, mówi jednak, że to przez e-maila się poznały, bo każda z nich z kimś korespondowała. Nie do końca rozumiem, kim był Gienek dla Any, bo dla Romana chyba nie, ale za to w lot łapię, kim Albert dla Wirdżinii - owym macio Meksykańcem właśnie, z którym ma teraz 3 dzieci, 3 rude dziewczynki. Sądziłam, że w USA większość ludzi jest czarna, albo przynajmniej indiańska, i mają czarne włosy, a tu rudzielce z jasnowłosej mamy wyszły. Dlaczego w USA, pyta Roman? Bo gdzie leży Meksyk, o co mu chodzi? Hmm, kpiąco się patrzy, może jednak wklepiesz sama w guglu. W atlasie sprawdź, podpowiada Ana, szybciej, ale ja w życiu atlasu na oczy nie widziałam. No tak, wzdycha Ana, Roman, Ksenia jest już z innego pokolenia, powiedz jej, na jakiej stronie sprawdzić lepiej, a tak w ogóle Ksenia, to naprawdę powinnaś odróżniać Meksyk od Ameryki.
Wirdżinia przyjdzie dziś jeszcze raz i coś ugotuje. Podobno ziemniaki ala coś, nie dosłyszałam, bo to się je w jej ojczyznie. Wiedziałam, że ziemniaki pochodzą z Ameryki, już mnie kiedyś strofowali, jak myślałam, że z Polski, ale żeby od razu robić wielkie mecyje i gotować je po meksykańsku? Wirdżinia nie jest przecież Meksykanką, woła rozbawiona Ana, i teraz zupełnie już się gubię, bo skoro lubi ziemniaki, ma blond włosy, mówi po angielsku czy też amerykańsku, jakby się urodziła wyspiarą, a nie jest stamtąd, to skąd?
Do tego rozmowa toczyła się po angielsku, a na mój gust w Meksyku mówi się podobnie, jak w Bazylii, to w końcu niedaleko. A w Bazylii mówią po portugalsku, podobnie jak w naszych sklepikach na Sanżilu i w tym komicznym kościele mieszczącym się w kamienicy na Alsębergu, gdzie wchodzi się jak do zwykłego domu, a potem całe niedzielne przedpołudnie wyśpiewuje pieśni, tańczy, a na zakończenie je potrawy nie z tego świata. Przystojni faceci tam chodzą i grubawe babki. Raz byłam, nie dla mnie, jeszcze ktoś zobaczy, że zmieniam wiarę.
Po głębszym zastanowieniu sądzę jednak, że może Ana z Wirdżinią po prostu gadały o macio po amerykańsku. Wirdżinia mówi bardzo szybko i dużo się śmieje. Pracuje w wyższej edukacji. Tak też poznała się w ubiegłym wieku z Aną. W enerde na stypendium. Stypendium i Ana. Proszę proszę, jaka mądra ta Ana, coraz mądrzejsza, doprawdy...
Pisze się NRD, poprawia Ana. Co to za kraj, pytam? Jego stolicą jest Berlin, podpowiada Roman. Był raczej, uściśla nasza ścisła zawsze Ana. Myślałam, że Berlin to stolica Niemiec, udaje mi się dojść do słowa. Na autobanie widziałam napisane też, jak jeszcze autobusem jeździłam z Łap na Sanżila. Ech Ksenia, śmieją się, czy teraz naprawdę już niczego nie uczą w szkole, nawet geografii i historii?
W Enerde Ana i Wirdżinia mieszkały w śmierdzącym akademiku. Tzn. Wirdżinia w śmierdzącym z karaluchami i Szkotką, prostuje Ana, a Ana w odnowionym, za to blisko więzienia, na piętrze z Rosjanami (nie przypominam, jak wypadałoby napisać po naszemu, obiecałam sobie, że będę poprawna). Nie wiadomo, co gorsze. Pewnie dlatego tak się zaprzyjaźniły, bo co robić w biedzie? To było bardzo dawno temu, tak dawno, że Ana Martin nie znała nawet e-maila i to Wirdżinia właśnie musiała jej pokazać, jak to działa. Początkowo nie mogłam uwierzyć, że Ana dawała sobie kiedyś radę bez pisania do setek ludzi, i miała co robić, ale podobno to prawda i jeszcze 20 lat temu nikomu się nie śniło, że będzie można porozumieć się z kimś przez komputer w ciągu sekundy. To jak wtedy pisano? Ręcznie, śmieje się Roman, ręcznie pisano listy. To musiało strasznie długo trwać, dziwię się na głos. Długo, przytakuje Ana, ja wolę szybko, wiadomo, dodaje, ale przyznam, że dostawać listy było fajnie. I ładniej jakoś, i bardziej ludzko. Cóż, wzdycha jeszcze, to se nevrati.
Wirdżinia, której przetłumaczono, o czym mowa, mówi jednak, że to przez e-maila się poznały, bo każda z nich z kimś korespondowała. Nie do końca rozumiem, kim był Gienek dla Any, bo dla Romana chyba nie, ale za to w lot łapię, kim Albert dla Wirdżinii - owym macio Meksykańcem właśnie, z którym ma teraz 3 dzieci, 3 rude dziewczynki. Sądziłam, że w USA większość ludzi jest czarna, albo przynajmniej indiańska, i mają czarne włosy, a tu rudzielce z jasnowłosej mamy wyszły. Dlaczego w USA, pyta Roman? Bo gdzie leży Meksyk, o co mu chodzi? Hmm, kpiąco się patrzy, może jednak wklepiesz sama w guglu. W atlasie sprawdź, podpowiada Ana, szybciej, ale ja w życiu atlasu na oczy nie widziałam. No tak, wzdycha Ana, Roman, Ksenia jest już z innego pokolenia, powiedz jej, na jakiej stronie sprawdzić lepiej, a tak w ogóle Ksenia, to naprawdę powinnaś odróżniać Meksyk od Ameryki.
Wirdżinia przyjdzie dziś jeszcze raz i coś ugotuje. Podobno ziemniaki ala coś, nie dosłyszałam, bo to się je w jej ojczyznie. Wiedziałam, że ziemniaki pochodzą z Ameryki, już mnie kiedyś strofowali, jak myślałam, że z Polski, ale żeby od razu robić wielkie mecyje i gotować je po meksykańsku? Wirdżinia nie jest przecież Meksykanką, woła rozbawiona Ana, i teraz zupełnie już się gubię, bo skoro lubi ziemniaki, ma blond włosy, mówi po angielsku czy też amerykańsku, jakby się urodziła wyspiarą, a nie jest stamtąd, to skąd?
Sunday, 21 October 2012
(24) z ziemi włoskiej i polskiej
Są sklepy i sklepy. Brzmi to dość oklepanie, bo jakby nie patrzeć, można tak podsumować każdy temat, ale naprawdę, co tu więcej powiedzieć, jak się porównuje różne lokale w Brukseli. Chodzi mi o zakupy, obsługę, zapach i smród też, ludzi wystających na zewnątrz i kupujących wewnątrz, ogłoszeniach wiszących na ścianie, słowem - obraz, jaki nawet mi, Kseni, osobie dość przeciętnej pod względem emocjonalno-intelektualnym (gdzie mi tam do Any Martin, zawsze na najwyższych obrotach i z mózgiem jak z Sanżila do Łap), nasuwa się po zakupach na dzielnicy.
Weźmy typowy sklepik polski. Wchodzę. Jest woń. Nie mówię od razu, że nieprzyjemna dla nosa, no ale jest taka, że może nawet opisywać tego nie trzeba. Znacie ją doskonale. To ten sam zapach, jaki pamiętam z łapskiego sklepu ogólnospożywczego ze złą wentylacją, czyli brakiem wentylacji, okiennej choćby. Pachnie/ śmierdzi, w zależności od sklepu: kiełbasą i jej odmianami; wędzoną rybą; ogórkami kiszonymi; piwem, jeśli mają pozwolenie na sprzedaż; farbą drukarską, jeśli stoisko z gazetami stoi przy drzwiach; nabiałem, jeśli stoi lada chłodnicza; czymś nieokreślenie brzydkim, jeśli nie jednym z powyższej listy. Brzydkim i swojskim...
Zaleta polega na tym, że od drzwi wiadomo, gdzie się jest, że po prostu nie może to być sklep z Zachodu. Że się nie trzeba starać o francuski lub belgijski akcent, ani nawet o ogólnopolski, tylko można sobie zaciągać, jak u nas na przystanku (tym starym u nas, zanim wyjechałam na dobre), i nikt się nie będzie podśmiewywał ze wschodniościennego zaśpiewu. Że spokojnie można poprosić o dziesięć deka i zrozumieją, a jeszcze lepiej - zrozumią. Że nikt nie zagada po obcemu i nie będzie wiadomo, co odpowiedzieć. Że można rozmawiać o sprawach prywatnych na głos, nie krępując się, że reszcie to się może nie podobać. Że na chwilę można pobyć dawną sobą.
Są jednak i wady. Ekspedientki czasami tak nieruchawe, że aż strach. Siedzą i gapią się ciągle w horoskopy, żując gumę, a jest i taka, co nawija ją na palec (swoją drogą, ciężko dziś taką gumę znaleźć). Z nudy by się ruszyły. Do tego nie wiem, co się ze mną stało, może to starość, a może wpływ krytykującej na głos chamstwo Any i przyjemnego w obyciu, łagodzącego obyczaje Romana - w każdym razie nie podoba mi się picie piwka przed sklepem, tym bardziej, że sama widziałam, jak niejeden z pijących ślubował na mszy komunijnej abstynencję. Niefajny jest też zapach co poniektórych gości, a tego, co wykrzykują/ bełkoczą, czasami nie sposób zrozumieć. Tzn. zrozumieć można, że to sensu nie ma, a słownictwo niezbyt wyszukane. I sam fakt, że stoją przed tym sklepem i stoją, piwko za piwkiem sączą, czas leci, niedziela co prawda dzień wolny, ale to już nie ma innych zajęć? Trochę odwykłam chyba od takich widoków. Czy ja czasami nie dziwaczeję? Czy mi Zachód do głowy nie uderzył?
Żeby porównać, wybrałam się z Romanem do sklepu włoskiego. Jego tam biorą za swojaka, bo taki ma już zagraniczny wygląd, nie powiem, ja wolę inny, ale to już nie jego wina. Roman zawsze uśmiechnięty i uprzejmy, to i ekspedientki nadskakują mu, aż miło, może oliwki zielone, a może czarne, może to, a tamto. Roman próbuje, korzysta, czasami nawet wybrzydza, one przyjmują to z nieziemskim spokojem, a szefu co chwilę donosi nowe kąski, pyta o żonę itp. (Nie to, bym rozumiała, ale mi Roman natłumaczył). Wszyscy uśmiechnięci i niepijani. W sklepie nie śmierdzi, przykro mi bardzo, ale muszę to podkreślić: nawet, jak nie ma okna, to nie śmierdzi. Nie ma też wędzonych ryb luzem, kiełbas i golonek wyłożonych przy wejściu na słońcu, kapci góralskich, zakurzonych od długiego leżenia na półce (przy ziarnach dyni i słonecznika, to mnie śmieszy bardzo). Przed sklepem nikt nie pije piwa, może dlatego, że w sklepie głównie wina, ale i tych nikt nie otwiera na chodniku. Nie piją, ale atmosfera nie mniej wesoła, niż w polskim sklepie.
Już nie będę pisała, że robią takie małe kawy ekspresowe, które pijamy też u nas. Nie Polaków wina, że mamy bliżej do Turcji i inną tradycję, bardziej szklankowo-fusową, ewentualnie neskową, niż filiżaneczkową. Przyznać jednak muszę, że ekspresy niedobre, czarne, ale ładnie pachnie przez to w sklepie. Takim czymś, że chcę tam pójść jeszcze raz i postanowiłam podpatrywać Romana, jak pichci te swoje sosy i kluski. Może się nauczę nawet jakiegoś języka włoskiego, Roman mówi bowiem, że to nie włoski, tylko wyspiarski z Scylii albo Sardenii czy jakoś tak, ale ja mu nie wierzę.
Weźmy typowy sklepik polski. Wchodzę. Jest woń. Nie mówię od razu, że nieprzyjemna dla nosa, no ale jest taka, że może nawet opisywać tego nie trzeba. Znacie ją doskonale. To ten sam zapach, jaki pamiętam z łapskiego sklepu ogólnospożywczego ze złą wentylacją, czyli brakiem wentylacji, okiennej choćby. Pachnie/ śmierdzi, w zależności od sklepu: kiełbasą i jej odmianami; wędzoną rybą; ogórkami kiszonymi; piwem, jeśli mają pozwolenie na sprzedaż; farbą drukarską, jeśli stoisko z gazetami stoi przy drzwiach; nabiałem, jeśli stoi lada chłodnicza; czymś nieokreślenie brzydkim, jeśli nie jednym z powyższej listy. Brzydkim i swojskim...
Zaleta polega na tym, że od drzwi wiadomo, gdzie się jest, że po prostu nie może to być sklep z Zachodu. Że się nie trzeba starać o francuski lub belgijski akcent, ani nawet o ogólnopolski, tylko można sobie zaciągać, jak u nas na przystanku (tym starym u nas, zanim wyjechałam na dobre), i nikt się nie będzie podśmiewywał ze wschodniościennego zaśpiewu. Że spokojnie można poprosić o dziesięć deka i zrozumieją, a jeszcze lepiej - zrozumią. Że nikt nie zagada po obcemu i nie będzie wiadomo, co odpowiedzieć. Że można rozmawiać o sprawach prywatnych na głos, nie krępując się, że reszcie to się może nie podobać. Że na chwilę można pobyć dawną sobą.
Są jednak i wady. Ekspedientki czasami tak nieruchawe, że aż strach. Siedzą i gapią się ciągle w horoskopy, żując gumę, a jest i taka, co nawija ją na palec (swoją drogą, ciężko dziś taką gumę znaleźć). Z nudy by się ruszyły. Do tego nie wiem, co się ze mną stało, może to starość, a może wpływ krytykującej na głos chamstwo Any i przyjemnego w obyciu, łagodzącego obyczaje Romana - w każdym razie nie podoba mi się picie piwka przed sklepem, tym bardziej, że sama widziałam, jak niejeden z pijących ślubował na mszy komunijnej abstynencję. Niefajny jest też zapach co poniektórych gości, a tego, co wykrzykują/ bełkoczą, czasami nie sposób zrozumieć. Tzn. zrozumieć można, że to sensu nie ma, a słownictwo niezbyt wyszukane. I sam fakt, że stoją przed tym sklepem i stoją, piwko za piwkiem sączą, czas leci, niedziela co prawda dzień wolny, ale to już nie ma innych zajęć? Trochę odwykłam chyba od takich widoków. Czy ja czasami nie dziwaczeję? Czy mi Zachód do głowy nie uderzył?
Żeby porównać, wybrałam się z Romanem do sklepu włoskiego. Jego tam biorą za swojaka, bo taki ma już zagraniczny wygląd, nie powiem, ja wolę inny, ale to już nie jego wina. Roman zawsze uśmiechnięty i uprzejmy, to i ekspedientki nadskakują mu, aż miło, może oliwki zielone, a może czarne, może to, a tamto. Roman próbuje, korzysta, czasami nawet wybrzydza, one przyjmują to z nieziemskim spokojem, a szefu co chwilę donosi nowe kąski, pyta o żonę itp. (Nie to, bym rozumiała, ale mi Roman natłumaczył). Wszyscy uśmiechnięci i niepijani. W sklepie nie śmierdzi, przykro mi bardzo, ale muszę to podkreślić: nawet, jak nie ma okna, to nie śmierdzi. Nie ma też wędzonych ryb luzem, kiełbas i golonek wyłożonych przy wejściu na słońcu, kapci góralskich, zakurzonych od długiego leżenia na półce (przy ziarnach dyni i słonecznika, to mnie śmieszy bardzo). Przed sklepem nikt nie pije piwa, może dlatego, że w sklepie głównie wina, ale i tych nikt nie otwiera na chodniku. Nie piją, ale atmosfera nie mniej wesoła, niż w polskim sklepie.
Już nie będę pisała, że robią takie małe kawy ekspresowe, które pijamy też u nas. Nie Polaków wina, że mamy bliżej do Turcji i inną tradycję, bardziej szklankowo-fusową, ewentualnie neskową, niż filiżaneczkową. Przyznać jednak muszę, że ekspresy niedobre, czarne, ale ładnie pachnie przez to w sklepie. Takim czymś, że chcę tam pójść jeszcze raz i postanowiłam podpatrywać Romana, jak pichci te swoje sosy i kluski. Może się nauczę nawet jakiegoś języka włoskiego, Roman mówi bowiem, że to nie włoski, tylko wyspiarski z Scylii albo Sardenii czy jakoś tak, ale ja mu nie wierzę.
Subscribe to:
Posts (Atom)