Monday, 17 December 2012

(37) afryka

Jakby na Sanżilu było mało afrykańskich wpływów w postaci arabskich sklepów, kuskusu, wózków z doczepionym pięciorgiem dzieci, wyjazdów na Wyspy Kanadyjskie - do tego całego galimatiasu międzykontynentalnego dołożył się znienacka i mały Iwonek. Nie wiedząc o tym nawet. Lubią go wszyscy, bo się wdzięcznie uśmiecha, tak więc ma swoje grono lajkujące go od czterech miesięcy. Ana i Roman chodzą z nim tu i ówdzie, w miejsca, w które ja się w ogóle nie zapuszczam, jak Midy, ulica Ot, ale tylko w wymowie, w piśmie przez H, słowem - tam, gdzie swojego nie uświadczysz, chyba że wraca z kościoła, bo właśnie przez Hot wiedzie najkrótsza trasa. Może Włoch czasami jakoś przejdzie, ale jaśniejszych włosów prawie w ogóle nie widać.
Bredzisz Ksenia, podgląda Roman, sama masz kruczoczarne włosy, jak na moje oko, a Roman ma jak na faceta całkiem niezłe oko do kolorów, przyznaje Ana, co odnotowuję, bo rzadko jej się zdarza komuś przytaknąć, zazwyczaj jest protest. Przyznaj, żeś farbowana nie wiadomo ile razy, ciągnie Roman z miną, jakby w ogóle sam kiedyś się farbował; też mi ekspert. Dobrze, że jak to facet nie zdaje sobie sprawy, że nie wiadomo też, jaki mam kolor włosów, ale to już moje i matusi zmartwienie będzie, jak przyjdzie się wysztafirować na ślub kiedyś. Oby!
W sumie muszę sprostować: to nie Roman chce wszędzie chodzić, gdzie brudnawo, Ana go ciąga, a ponieważ lubi trafiać tam, gdzie chce, to zawsze skończą na kawie w najdziwniejszej kawiarni na Midach: prowadzi ją brodacz z Islandii, obsługuje dziewczyna z Sanżila, a kawę robi wielki, przystojny murzyn lub czarny, jak mi pisać kazali, z kraju o nazwie bliźniaczej do naszej dzielnicy, Sangal się nazywa. To nie koniec: wszyscy mówią w obcym języku, i żeby to przynajmniej był angielski, który dla wielu ludzi jest oficjalnym obcym językiem! Nie - nie zgadniecie: po włosku, jakby Włochy miały coś wspólnego z kawą! A espreso to po jakiemu niby, pyta Roman. Jak po jakiemu? Po tutejszemu przecież, belgijsku i francusku chyba też, patrzę na niego z politowaniem, co jak co, ale tego to się akurat zdążyłam nauczyć. A nie! tryumfuje Roman, po włosku właśnie! Dobra, odpuszczam mu, niech ma, w końcu ma z Aną ciężkie życie, może mu się pomylić ze zmęczenia.
Ale kawę robią dobrą, przyznam im, autentyczny fakt. Podobno ziarna są prosto z Afryki, ale nie z Sangalu, tylko Atopii. Ana mówi, że kawa stamtąd pochodzi, ale w to już się na pewno nie dam wkręcić, wszyscy wiedzą, że turecka i pod Wiedniem przez Polaków przejęta, przez samych huzarów. W kawiarni mili są, mimo że tak dziwni. I od słowa do słowa powstał właśnie ten afrykański pomysł, bo ten o dwóch nazwach, nie będę się powtarzać jakich, tak lubi Iwonka, że powiedział, że mu sprowadzi z Sangalu ubranko w kolorach Afryki, by mu było weselej pod szarym sanżilowskim niebem. Nie chciałam wtrącać, że Iwonkowi jest bardzo wesoło i bez egzotycznych łaszków, siedzę przy nim, to wiem, ile się nawierzga, ale potem pomyślałam: to dopiero będzie coś! Mały Polak w Belgii w ubraniu z Sangalu. Mam nadzieję, że nie będzie jednak końca świata i że zrobię zdjęcie, bo bez dowodu na fejsie nikt mi przecież w Łapach w takie coś nie uwierzy!

Saturday, 15 December 2012

(36) rezydencja

Jak tak dalej pójdzie, to zajdę naprawdę daleko, dalej i wyżej nawet niż ten Polak, co w najnowszej historii wykonał skok przez płot i teraz uczą o nim podobno w całej Europie, a może nawet świecie? Ja, Ksenia z łapskiej Polski B jak Białoruś, która leży tuż za lasem, choć kłócą się po piwku, czy to nie Łotwa, która gdzieś też tam podobno powstała w międzyczasie w pobliżu, tak więc ja, Ksenia, trafiłam na polityczne salony. Więcej: zostałam na nie wręcz wciągnięta - ręką Any Martin, nie historii, ale to jeszcze przyjdzie.
Wszystko znowu przez kobiety. Ach, ten feminizm to mnie do grobu wpędzi, dziwi mnie, że Ana Martin jeszcze się jakoś trzyma, ba! - wręcz twierdzi, że lepiej, niż tam, gdzie kiedyś mieszkała, w prowansji luksemburskiej. Feminizm każe Polkom w Sanżilu (i chodzą słuchy, że gdzie indziej w Brukseli też) nie tylko pracować cały dzień na równi z facetami, potem użerać się w domu z rodziną i jeszcze wieczorem instruować na przykład mnie, jak przeżyć w zdominowanym przez mężczyzn świecie, ale dodatkowo zajmować sobie wszystkie weekendy działalnością. Taką dobroczynną, czytaj: zadatkiem na zbawienie, na wszelki wypadek, strzeżonego Pan Bóg strzeże. 
I działają: tu książki poczytają i omówią (tak jakby uszy nie więdły już od słuchania opowieści Romana i Any o tym, co czytają, zupełnie, jakby telewizji nie można sobie w spokoju pooglądać, której zresztą nie mają, sobie nawzajem po inteligencku opowiadają! też mi hoby...), to pomalują pisanki, to kogoś zaproszą i sobie pospijają nawzajem miód z dzióbków, wreszcie - raz do roku organizują Mikołajki dla dzieciarni. Niepolski zwyczaj, jak wyczytałam, ale w międzyczasie już nawet na Wschodzie w Rumunii i Bułgarii obchodzony, sama widziałam u Araba, że sprzedaje czekoladowe aniołki, tak więc zakładam, że i on świętuje, a dzieci na pewno, w końcu w sanżilowskiej szkole chowane, tak więc się nie oburzyłam, że się nie godzi, i niebacznie powiedziałam Anie, że wspomogę feminizm. Ana na to z radością, że każda para rąk do pracy się przyda, widzę Ksenia, że idziesz w dobrą stronę, i od razu mnie zapisała do robienia sałatki warzywnej, tu zwanej rus; nawet się ucieszyłam, bo u nas na Sanżilu jej w domu nie uświadczysz, Ana nie znosi majonezu i zapachu gotowanego selera, a Roman, który znosi, i to bardzo chętnie nawet, nie ma w tym względzie wystarczającej siły przebicia. 
Pogratulowałam więc sobie nawet w duchu, że przynajmniej raz zjem po polsku, choć sałatka w tłumaczeniu rosyjska, wsiadam z Aną do auta, myśląc, że jedziemy do nas do polskiej parafii, że będzie jak u siebie, tylko więcej dzieci, nagle patrzę - a Ana już na Montgomerach i zatrzymuje się przed prezydencją! Rezydencją, śmieje się Roman, obojętnie czym, w każdym razie - przed wielkim domiskiem! O nie, zaparłam się, tam to ja nie wejdę! Za nic w świecie, poza tym nie mam paszportu nawet! Ana na to, że w kuchni już na nas czekają i autentycznie, fakt, wciągnęła mnie do środka w ten wielki świat przez drzwi automatyczne, łatwo jej poszło, same się rozstąpiły, bo automatyczne właśnie.
W środku od razu w oczy buch! wielki obraz, ciężko się połapać, o co chodzi, ale to algebra. Algebra, nie rozumie Roman? No tak, taka metafaza...Metafora! połapał się biedak, co on czyta w tych książkach, słownik by przekartkował...I nie algebra, tylko alegoria, poucza Roman, dlatego tak się nazywa, by każdy widział w nim, co chce, łącznie z malarzem, już zmarł, że uzupełnię. Ja tam dojrzałam granatowo-szare zawijasy, ale to nic, bo już znów dech mi zaparło, pokoi w domisku nie wiem ile, na każdych drzwiach tabliczka z nazwą funkcji, mieni się przed oczyma od tych sekretarek, asystentów, radców, ach, wspaniały świat! Piękny po prostu! I jakie piękne błyszczące kafelki, nawet w łazience tam, gdzie odpada nieco umywalka!
Popodziwiałam, ile się dało, i wzięłam się do roboty. Feministki nawet całkiem całkiem, nie za brzydkie wcale, i o dziwo mają mężów, a dzieci jeszcze więcej. Nie rozumiem, bo w Polsce i tu na kazaniu mówili, że to zaraza bezdzietna jakaś, a tu wszystkie miłe i normalne jak ja prawie...Zabawa wyszła cacy, było polskie jadło, polskie tak zwane akcenty i niepolskie też, zagraniczni mężowie, hałas i harmider, że aż się o Iwonka bałam, że się polskości przestraszy, ale nie trzeba było - niemowlaki, starszaki i uczniowie wydawali się bardzo zadowoleni, nikt się nie zatruł ani nie upił, ze starych też nie, tak więc pełen sukces, jak na mój gust, i na pewno poważniej pomyślę o feminizmie, bo widzę, że to prosta droga do kariery dyplomatycznej, o jakiej się w Łapach nikomu nie śniło.




Thursday, 6 December 2012

(35) piotrusie

Nie wiem, czy to dobry znak, czy zły, to jeszcze w kwestii końca świata, ale jak bumcykcyk widziałam dzisiaj Mikołaja w płaszczu takim jak ten nasz, kokakolowy, znany od lat każdemu dziecku, a z nim...no nie wiem, czy zabrzmię jakoś niefer całkowicie wobec ludzi z innego kontynentu, wiecie którego, tego pod Europą i na A, wielkie A, uczyli, ale wraz z nim szło dwóch czarnych. Czy Czarnych? A może Murzynów? Albo Małrów, podpowiada Ana, to od tego się wszystko wzięło. Maurów, Ksenia, krzyczy Ana Martin. Więc jak napisać, pytam, a ona, że po polsku Czarni brzmi nie bardzo, jeśli chodzi o gramatykę i historię, że u nas, znaczy się stare u nas, w Polsce A i B, niewolnictwa nie było, więc teoretycznie nie ma  powodów, by eliminować z języka słowo Murzyn, no ale że skoro ktoś nie chce być nazywany jakimś słowem, to nie ma na niego siły, i musi być Czarny. Ktoś teoretyczny oczywiście, bo chodzi o wszystkich ktosiów ciemnoskórych ogólnie. Aha, profesor medialny, choć brzydki, z telewizji też to powiedział, że język polski lubi Murzyna i go nie dyskryminuje, ale że jak się ktoś źle z tym czuje, to niech będzie Czarny. Brzmi źle, krzywi się Ana, ale to kalka z amerykańskiego, gdzie oni się nazywają blek. Kalka nie wiem jakim cudem, skoro to słowo zwykłe, i do tego inne niż blek, bo na 'cz' się zaczyna, ale Roman mówi, że Ana ma rację. Nie mruga nawet porozumiewawczo, co oznaczałoby: nie ma racji, ale dajmy spokój, więc wnoszę z tego, że trzeba napisać Czarny i każdy będzie szczęśliwy: Ana, Czarni, profesor, a nawet Roman, bo konfliktu brak.
Szli sobie więc sobie jak gdyby nigdy nic po Sanżilu i rozdawali prezenty. Mikołaj zwykły, najzwyklejszy, z brzydką, włochatą brodą, w czerwonym płaszczu i cerą z solarium, a z nim dwóch pomalowano na czarno Białych. Po rysach poznałam. Na czarno napisałam z małej, chyba wolno? Mieli peruki i stroje klaunów, ogólnie wszyscy byli nie za bardzo skoncentrowani na rozdawaniu prezentów, ale jak mieli być, skoro rozmawiali właśnie przez komórki zwane tu żeesemami? Zła byłam, bo Iwonek akurat nie spał, może by mu się trafiła jakaś darmowa czekoladka, to bym ją zjadła, bo Iwonek nie może, a zresztą się jeszcze naje, skoro na Sanżilu będzie mieszkał; dobre są te czekoladki belgijskie, inne niż wedlowskie katbury zupełnie, ale też niczego sobie, całkiem nieźle im wyszły.
Opowiedziałam wszystko w domu, a Roman na to, że oni czarni, bo to czarni piotrusiowie. Czy piotrusie? Przed tym to serio nikt mnie nie przestrzegał przed przyjazdem do Belgii, że taki szok mnie w grudniu czeka. Ana się wtrąca, na kurs belgijskiego chodziła w końcu, nie belgijskiego, tylko niderlanckiego, poprawia, i jeszcze znajduje, że przez 'dz' się pisze, a nie 'c'. I na tym kursie, odnoszącym się do Holandii, mętlik zupełny, potem się połapię może, uczyli, że w tej części świata nie ma tak dobrze, jak u nas, by tylko Mikołaj prezenty rozdawał, oj nie. Częściej ma się szansę spotkać właśnie czarnych piotrusiów, w końcu i na Sanżilu stosunek do Mikołaja wyniósl 2:1, banda łysego, a oni potrafią dokładnie wypytać o zachowanie, nie dać nic, albo co najwyżej nieobraną pomarańczę, a nawet - zdzielić rózgą.
Ana mówi, że i w Polsce, jak ona była mała, prywaciarze produkowali posrebrzane rózgi. Roman był wtedy nieco większy, ale pamięć ma gorszą, to nie pamięta. Ana mówi, że to na sto procent prawda, ale teraz nikt rózg nie chce, nie opłaca się produkcja, bo wszystko musi być cacy i wszyscy są niby grzeczni, bo jak inaczej sprzedać te masy prezentów? Dlatego może za rok znajdę fuchę jako Czarny albo Czarna, bo robota spokojna, Czarni spokojnie mogą gadać przez ajfony, bo nikt się ich nie boi, nawet niderlandzkie dzieci przez 'dz'.

Monday, 3 December 2012

(34) pastylka

Ani chybi koniec świata, już teraz nie mam wątpliwości. Wiem, że to za kilka dni dopiero, jeszcze jest trochę czasu, by zadośćuczyczynić za wyrządzone krzywdy, albo przynajmniej z nich wyspowiadać, szybciej i higienicznej, raz dwa, szast prast się zmówi zdrowaśki i ojcównaszych i po sprawie, nie trzeba sobie nic przypominać, latać po ludziach z wywieszonym językiem, a nie daj Boże robić listę, którą można zgubić i dopiero jest strach, kto znajdzie; tak więc ja skłaniam się ku tej opcji, a póki co przyglądam się zmianom, jakie widmo końca wywołuje w otoczeniu. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że Ana Martin poszła na drugą lekcję gotowania? Tak, niegotująca Ana, a tak. Ale to jeszcze nic! Bo gdzie ona poszła? Na Sanżosa pojechała, serio, przyrzekam jak bum cyk cyk, że się nie bała do Turków i Arabów i nie wiadomo kogo jeszcze, kto tam mieszka albo pomieszkuje. Sama pojechała tramwajem, jakby to była normalna europejska dzielnica, a nie jakieś zatłoczone Marokanami miejsce. I wróciła, tak sobie, jakby nigdy nic, cała i zdrowa.
Ksenia, po raz setny powtarzam, nie odmienia się Marokanie, tylko Marokańczycy! Skąd wzięłaś taką odmianę w ogóle, toż to nawet niełatwo wymyślić? zżyma się Ana. Ana nic nie pamięta widać, przecież nie dalej niż w sobotę obie byłyśmy w jednym luksusowym polskim sklepie, który polską ma tylko sprzedającą, z tej samej Polski A co Ana, a nawet z tego samego miasta, choć Ana mówi, że dzielnica to już zdecydowanie nie A, lecz psia. I ta pani sprzedająca same zagraniczne produkty w wysmakowanych opakowaniach i gustownych cenach, ładniejsze niż to, co znamy z Adriana i Małego Księcia na Ikselu, i z Łap też, i tu i tam jedziemy na jednym, polskim wózku, lub raczej: z jednym polskim wózkiem towarów, a więc ta pani mówiła właśnie o nieznośnych Marokanach, że jeden jej nawet szyby myje i też mówi, że Marokanie tu, a w Maroku, to dwie różne grupy. Pani chodziła do szkoły językowej na Portdenamir, więc po polsku chyba umie, skoro nawet francuskiego liznęła? Ana uśmiechała się jednak jakoś tak krzywo i nic nie mówiła, tylko potem o tej dzielnicy pod psem wspomniała, więc może jednak coś z tą odmianą było nie tak, dobra, będę pisać, jak Ana każe, a pewnie dobrze na tym wyjdę.
Ana była więc na lekcji. Nie na całej, bo Iwonek ma jednak swoje mleczne prawa, ale zdążyła być na najważniejszym, czyli przygotowaniach. Teoretycznie nauczyła się czegoś nowego, a owszem, przypomina sobie, że cebulę można szybciej przygotować, wsadzając ją w worku do mikrofali. Romana to nie przekonuje, ciekawe, co na to ojciec Any, chemik chyba? Wracając do lekcji, to znając Martinów, dla nich ważniejsza byłaby część jedzeniowa, ale według mnie, fanki masterszefa, ważniejsze jest na przykład dokładne pokrojenie warzyw w idealną kosteczkę, bo jak nie, to zgroza, może nie wyjść; Martinom natomiast jest to raczej obojętne, nawet jeśli Roman się kształci w domu na kucharza, jak pisałam. 
Danie gotowane na Sanżosie przyrządza się około pięciu godzin, choć to podobno prosta pastylka. Tak Ana mówiła, jak jedzenie w końcu do nas dotarło, koleżanka przywiozła. I wcale to nie była pastylka, tylko zwykły przekładaniec. No dobra, trochę może skomplikowany bardziej. Żałosna nazwa, pastylka, co? Od razu widać, że Marokańczycy nie są całkiem normalni, jak my, Polacy, a nawet Belgowie, bo kto by poświęcał tyle czasu na przygotowanie pastylki, która potem okazuje się przekładańcem? Pastylką w końcu to nawet Araby by się nie najedli. I po co to nazywać po polsku, skoro po arabsku oryginalniej i lepiej pod względem marketingowym? Jak to po polsku? pyta Ana i wychodzi, by nie krytykować chyba, znam ją. Oho, Ksenia, widzę, że nauki nie idą w las, podśmiewa się Roman z dyskrecji o marketingu, ale tak naprawdę to lepiej by mi powiedział, co się dzieje z Aną Martin i czy my będziemy teraz jeść już zupełnie nie po polsku?

Sunday, 2 December 2012

(33) zima

Sypało pół nocy i Roman miał ubaw z rana, bo co spadnie śnieg, to podobno cieszą się amatorzy białego szaleństwa, a martwią kierowcy, o czym wie każdy chyba? Ale Roman twierdzi, że cała zabawa polega właśnie na tym, by od razu powiedzieć na głos, jak co roku w telewizji polskiej, że oto spadł śnieg, zima zaskoczyła drogowców, za to cieszą się amatorzy białego szaleństwa. Nie wiem, co w tym śmiesznego, przecież wiadomo, że co roku najprzystojniejszy respirant z komendy milicji mówi do kamery, że na dzień dzisiejszy, ewentualnie chwilę obecną, mają tyle a tyle zgłoszeń o wypadkach, że na drogi kategorii pierwszej wyjechało tyle a tyle piaskarek i pługów śnieżnych, że na drogi dalszych kategorii właściwie nie wyjechało nic i że w związku z tym zalecają wzmożoną uwagę. Aha, no i oczywiście, że służby były doskonale przygotowane do zimy, ale że tegoroczna zima jednak dała radę zaskoczyć drogowców. 
Ja tam nie rozumiem czasami, z czego Roman się śmieje, on jest taki inteligentny naprawdę i wykształcony, też mógłby występować w telewizji albo nawet być gwiazdą na pudelku. I to w takim lepszym, zagranicznym, belgijskim, z Zachodu! Ana Martin by siłą rzeczy została celebrytką i może by się zaczęła wreszcie malować. Do zdjęć trzeba, nie mówiąc o tym, że do fryzjera by się przydało pójść; do kosmetyczki to by ją chyba siłą z tej telewizji albo internetu ciągnęli, bo dumna jak paw, że nigdy nie była, ale tak między nami, to jestem pewna, że by się opłaciło, bo cóż, lata lecą...Z drugiej strony znam ją, jakby się dowiedziała, że Roman sławny, to by wszystko zrobiła, by udowodnić, że nie upiększając się, ba! - obnosząc się z tym publicznie, też można trafić do sieci i w szeroki świat. Może by jakąś modę nawet wylansowała, a ja mogłabym zostać stylistką? Albo przynajmniej wizażystką i osobistym szoperem (ups! szoperką, ale Ana mi da za tę męską formę).
Wracając do zimy, to na Sanżilu zaskoczyła ona chyba jeszcze bardziej, niż w Polsce A i B, chyba dlatego, że oni nie oglądają tefałpe albo tivipi, jak też słyszałam. A mogliby, języki bogactwem narodu! To i by wiedzieli, że najstarsi górale już dawno podali prognozę długoterminową, według której śnieg mógł spaść, lub nie; w ten sposób można by się przygotować na obie wersje grudnia, a nie tylko na jedną, bezsnieżną. Belgowie nie pozmieniali opon, to i w zimnych domach teraz siedzą, w końcu tu grzanie nie w modzie. Nie mówiąc o Marokanach i innych Włochach z południa, u których śniegu nie uświadczysz, chyba że w Alpach tylko.
O 10 rano na naszej ulicy nie było ani jednego samochodu, cisza jak makiem zasiał, tylko śnieg padał, a Iwonek dziwnie spokojny rozkoszował się białym światłem zza okna. Potem poszliśmy do parku, wypatrując amatorów białego szaleństwa, i trafił się niezawodny Stefan, z którym Roman tworzył parę amatorów w czasach przediwonkowych. Dziś chłopaki wykazały się za to pchaniem wózka po śniegu, co im szło całkiem całkiem, od razu widać, że zima ich nie zaskoczyła, ale kierowcami są w końcu nie od dziś.

Sunday, 25 November 2012

(32) milan

Nie sądziłam, że kiedykolwiek noga moja postanie na meczu. W Łapach chodziło się co prawda w niedzielę po kościele pogapić się na chłopaków, jak próbują grać w nogę na łączce, bo wszyscy tam naturalnie trafiali, więc dlaczego akurat ja miałabym iść do domu inną drogą, co zresztą miałabym do roboty w domu, o ile oczywiście bym do niego doszła po mszy, do czego, jak wspomniałam, nie dochodziło, bo popołudnie spędzało się na smętnym wiszeniu na płocie i obserwacji mecza. 
Meczu, poprawia Ana Martin, znalazła się specjalistka od piłki, akurat ona; rozumiem, żeby mnie jeszcze Roman zbeształ, ewentualnie Iwonek, jakby umiał mówić oczywiście, piłka męska rzecz, a nie babska, nawet jeśli ta baba jest feministyczna do szpiku kości, babochłopska chwilami nawet.
Mecze były więc jakieś w moim życiu, ale jeszcze nigdy, oprócz opery, nie byłam na wydarzeniu tej rangi, co w ubiegłą środę, kiedy to prawie u nas, pod nosem, bo na Anderlechcie, tam, gdzie cafe pierogi i coraz więcej Polaków, tak tak, uciekają z Sanżila, grali milan i lokalni. Milan z Włoch podobno, co dziwi, bo jest czeski pisarz o tym imieniu, i film nawet nakręcili według jego książki. Ale on tu nie grał, tylko ci niby-Włosi.
Dla Belgów mecz nie na wyjeździe był chyba, tak się mówi fachowo, pamiętam z telewizji? Roman mówi, że to nie ma nic do rzeczy, grał zespół z Włoch i drugi z Belgii, ale czy po boisku biegał choć jeden Włoch czy Belg, to już wątpliwa sprawa. Jak to, pytam, no to w czyim imieniu oni grają, jak nie narodu? I co krzyczeć wtedy, jak nie jakieś włoskie czy belgijskie "Polska golaaaaaaaaaaaa"? 
Grają w imieniu forsy Ksenia, grubych milionów, które dostają za bieganie po trawie, krzywi się Ana. Roman próbuje nieśmiało wziąć piłkarzy w obronę, że nie tylko biegają, ale i trenują całymi dniami, ot taki zawód mają, może niezbyt uczony, fakt, ale Ana krzyczy już, że już jej nie wmawia, że granie w nogę może być tyle warte i że Euro już jej wystarczy, pieniądze zmarnowane w jej Polsce A wołają o pomstę do nieba. Roman zwraca się więc do mnie, cierpliwie, jak to on, tłumacząc, że w meczu liczy się klub, a nie kraj, i tu mi proponuje: Ksenia, chodźmy na mecz!
To i poszliśmy. Okazuje się, że Roman leciał kiedyś samolotem z menażerem piłkarza, których było właściwie dwóch, bo bliźniacy, coraz więcej bliźniąt się rodzi, nawiasem mówiąc, choć to nie dotyczy tych bliźniąt akurat, no bo oni się już dawno urodzili. W Polsce, ale kupili ich w Belgii, brzydko to brzmi, a komu się płaci i skąd na to kaska, to nie wiem zupełnie. Więc ci bracia, albo co najmniej jeden, grali w Anderlechcie. I jak Roman poznał menażera, to żona menażera bardzo go polubiła, moim zdaniem, bo przystojny, a Romana - bo cierpliwie wysłuchał historii, ile kalorii mają marchewki gotowane, a ile surowe, i jak sobie pod tym względem poradzić w hotelu olinkluziw, o to jeszcze dopytam. 
W każdym razie Roman ma odtąd bilety dla wipów, ile razy chce, może nogę oglądać jak panisko zza szklanej szyby, popijając piwo. Ale że ja młoda, to tym razem piwa nie było, za to emocji w bród! A ile by ich było, gdybym wiedziała, kto gra z kim! Bo w obu klubach gracze wyglądali identycznie, trochę białych, trochę czarnych, trochę długowłosych, trochę blondynów, ogólnie wszyscy ufryzowani i jacyś nie za piękni. Za to bogaci! wtrąca Roman, może się tu pokręcisz za trybunami, co? I już nie będziesz musiała znosić Any, kusi...Ale ja Anę lubię! I Iwonka! Więc nie poszłam sama, tylko grzecznie stałam przy Romanie, jak gadał z jakimś Włochem chyba po włosku nawet, pewnie sławny był, Włoch, a nie Roman znaczy się. Spytałam, o czym tak zawzięcie dyskutowali, a Roman - że o pogodzie. Że Włochom nie poszło, bo podobno po wyjściu z samolotu dmuchnął na nich lodowaty północny wiatr i że wszystko źle od tego, remis tylko! A to co, oni nie wiedzieli, dokąd jadą? Że każde dziecko wie, że wieczne lato, to tylko na Południu? W sieci na ajfonie nie mogli sprawdzić, ile stopni? To co oni robili w samolocie, jak telefony powyłączali, a alkoholu przed meczem nie wolno pić? 
Roman rozbawiony wzrusza ramionami, a ja sobie myślę, że może faktycznie piłkarze nie zasługują na grube miliony i że do szkoły by lepiej dłużej chodzili. Jeszcze się z tej piłki nożnej zrobię feministką, jak Boga kocham!

Thursday, 22 November 2012

(31) listopad

Przeczytałam dziś, że listopad to prawie koniec świata. Poeta jeden tak powiedział, krakowski, ale nie z nazwiska, tylko z pochodzenia. Bardziej nawet niż z pochodzenia, to z przesiadywania w knajpach na rynku, dodaje z przekąsem Roman, który się zna na Krakowie i dlatego nazywa śmiesznie niektóre rzeczy, wtrąca złośliwie Ana Martin.  Sama zauważyłam, że ona udaje, że nie rozumie, jak Roman idzie na pole, bo w jej Polsce A mówią na dworze, choć warszawskie koleżanki podobno "na dworzu", co już w ogóle jest niezrozumiałe z punktu widzenia gramatyki i logiki polskiej, a już na pewno Any Martin.
Roman mówi jeszcze, że ten poeta to największa sława młodego pokolenia, tylko że od 30 lat tak o nim piszą, czyli na mój rozum albo już nie jest młody, albo wiecznie młody, alkoholem zakonserwowany, jak panowie spod Adriana na Alsembergu, też na oko wszyscy w tym samym wieku, z tym że z poezją chyba nie mają wiele wspólnego, co najwyżej z poezją śpiewaną po paru głębszych. Co do pisaniny, to jej przy Adrianie mnóstwo, ogłoszenia, plakaty artystyczne i reklamy. Czasami nawet się list jakiś trafi, list w listopadzie. Ana krzywi się za każdym razem, jak zaglądam na tablicę, Ksenia, jeszcze zupełnie zapomnimy, jak się po polsku mówi, jak będziemy czytać ten bełkot, i wzrok popsujemy, próbując odcyfrować bazgroły, ale i Anę ciągnie, zauważyłam, by poczytać, co tam u rodaków. Ona jednak obstaje, że pora zrobić porządek, i zdecydowanym ruchem przypina plakat reklamujący zabawę dla dzieci. Nie powiem, ładny, z choinką z pierniczków.
Szczerze mówiąc, dobrze Ana robi, zaprowadzając porządek, bo tablica nudna, nic tylko stałka i konstrukcje oraz że fletu szukają, nie rozumiem z drugiej strony, jak tyle osób może szukać fletu? Czy to jeden i ten sam? Ta fujara zagubiona, znaczy się? Roman dziwnie patrzy, Ksenia, co ty wypisujesz, flet to z angielska meta. Meta, głupieję całkowicie? Roman, Ksenia jest za młoda, by wiedzieć, co to slank, śmieje się Ana, toż to słowo pochodzi z lat 80. albo i starsze jest; Ksenia, poucza - meta to mieszkanie w slangu, odmienia przez "g", słyszę wyraźnie. A slank gdzie to? zbieram się na odwagę, u nas, na Sanżilu, bo to głównie tu Polacy mieszkają? Na to Ana wychodzi z pokoju, dobrze, że nie z siebie. Może slank jest jednak na Anderlechcie i powinnam o tym wiedzieć?
Listopad może być końcem świata dla poetów, ale w tym roku wyjątkowo nie, bo świat padnie w grudniu, choć mówili o tym w maju. Na tablicy wisiało, że 21.12.12. to będzie, choć ludzie się kłócili, że 12, a byli i tacy, co obstawiali na 22. Pożyjemy, zobaczymy, albo i nie, złowróżbnie wieszczy Roman, jeśli to jednak będzie przed 12. Trochę się przejęłam, choć czasu na myślenie jeszcze mniej, niż zwykle, impreza mikołajkowa zbliża się wielkimi krokami, będzie co robić, czyli już wiem, kto będzie lulał Iwonka do upadłego, chyba że ci wróżbici w maju mieli rację.