To słowo jest obecnie popularne w Polsce. Mówili w tiwi. Nie raz i nie dwa. Nie wiem dlaczego, bo brzmi w sumie nie tylko bardzo zagranicznie i niezrozumiale, ale w dodatku odlegle geograficznie, a mentalnie - całe lata świetlne; to już Ana Martin dokończyła, która zna się na narodach, jak jakaś sprawiedliwa wśród narodów świata doprawdy. Nie wiem, nie znam Finlandów, żadnego chyba, nie mieszkają w moich rejonach, ani w starych, łapskich, ani nowych, sanżilowskich. Belgijskich ogólnych też chyba nie, sprawdziłam, daleko...zimno...a język jaki mają, ho ho!, cytując Iwonka; jakbyś tylko wiedziała Ksenia, Ana na to, ci Finowie, bo tak się zwą po polsku. Odrębność zupełna, Filo się uczy, nawet Anę opisała. Po fińsku właśnie. Ana to Ana, nawet u nich! No, spróbowaliby zmienić bez jej wiedzy, już coś o tym wiem.
A kraj w Europie jednak leży, choć by się wydawało, że na biegunie południowym, taki lód; jednak u nas, w naszej Unii blisko obywatela, sprawdziłam, to i ktoś na tej Komisji, gdzie Filo robi, musi się uczyć po tamtejszemu. By zrozumieć. Bo wspólne korzenie kulturowe i tego rodzaju gadanie. Nikogo nie elemenujemy...menelujemy...jemy, niech będzie w skrócie, za język, naprawdę to byłoby nie fair. Fer w wymowie ogólnoświatowej.
Co do Polski to nie wiem, czy nas obejmuje finlandyzacja, owszem, śnieg u nas bywa, ale tam większy; korzenie mają jednak Finowie na pewno wspólne z Flamandią. Nawet nazwa podobna, nie po naszemu i nie po belgijsku, i to jest zdecydowane nie! w każdym z miejscowych trudnych jak fińskie dialektów, bo wiadomo, że to przecież Flandria. A jednak nawet we Flandrii mówią o finlandyzacji. Serio Ksenia? nadziwić się nie może Ana. Niech patrzy, mówię. Aaa, dziewczyno, nie mów w trzeciej osobie. Niech patrz więc. Piszą. Tu. Czarno na białym i okraszone zdjęciami. Finlandyzacja armii postępuje w Belgii. I co, miała rację, aż mam ochotę podkreślić ważność trzecią formą? Wszak z wojskiem nie ma żartów.
Miałaś i nie miałaś. O flamandyzację chodzi, podobne, fakt, zaczyna Roman. Już słyszałem w zapowiedziach na ten sezon, że szykują się zmiany w armii. Manewry personalne, śmieje się Ana. No tak, chcieli nowego. Walonowie. I co, doczekali się? Nie, stare flamandzkie lisy wojskowe znów postawiły na swoim. I swoich wciągnęły na listy generałów. Widać bardziej bojowi. To znaczy trochę nieswoich też dorzucili, musieli, ale za mało, by był parytet, nawet jeśli miałby to być parytet nierówny, jak w polskim sejmie. Bo z rachunków i skomplikowanych obliczeń wychodzi, że w armii jest 62% generałów flamandzkich, a reszta procentów musi obsłużyć Francuzów i Niemców. To jest tylko 38% według mnie, a jak podzielić na pół, to jeszcze mniej. Złoszczą się więc co poniektórzy, że tak dalej być nie może.
Rozumiem świetnie, bo jak tak może być, by generałem nie być w całości, tylko w procentach? Jakich? Których? Z góry? Z dołu? Z prawej czy lewej? Z czapką czy bez? To naprawdę woła o pomstę do nieba. Ale zdaje się, że chodzi głównie o język. Nie jako część ciała, tylko część komend. Wstań, spocznij i w ten deseń. Aha, padnij jeszcze.
Padnie to prędzej Belgia, bo gotowi się pokłócić, czarnowidzi Ana. Czym to grozi, pytam? Finlandyzacją, jak w Polsce straszą? Ja nie wiem, co to finlandyzacja, na to Roman. No, wychodzą skutki nieoglądania tiwi. To może rewolucją? E tam, rozejdzie się po kościach, myślę, znajdą na to jakieś belgijskie rozwiązanie, mówi Ana. Ale wiecie, co jest najlepsze, i to dopiero jest zagadka? Dlaczego w gazecie piszą, że po tych zmianach w armii, flamandyzacji postępującej znaczy się, armia belgijska to nie Meksyk!
Wednesday, 4 December 2013
Tuesday, 3 December 2013
(97) 111 furniserów
Doszło do moich uszu, że na dworze u polskiej królewny szykują się zmiany. W sumie już dawno powinna była je zarządzić, tak między nami rodakami napiszę: co to, jakiś Belg ma nam, Polakom, dyktować, jak ma wyglądać nasz dwór? Owszem, rozumiem, że u nas chwilowo bezkrólewie, ale że na bezrybiu i rak ryba, jak mawiamy w takich sytuacjach, to choć zamek w pobliżu Sanżila w niczym nie przypomina dobrego, poczciwego Wawelu - albo Wawlu nawet - w chwilach zwątpienia w politykę pozostaje nam tylko on. Zamek znaczy się tutejszy, a w nim królewna.
To pałac Ksenia, ten zamek Twój, choć swoją drogą mało pałacowy i zamkowy, raczej twierdza z kamienia, śmieje się Ana. No tak, twierdza przybrudzona zębem czasu, spalinami i odpryskami z bruku, po jakim niemiłosiernie prują brumbrum samochody w drodze do czerwonego światła. Byle pierwszy. Takie to ma widoki polska królewna z okna pałacozamku. Dobrze, że widoki na przyszłość wyglądają lepiej. Jedzeniowo i ubraniowo.
Wszystko dlatego, że co wóz, to przewóz, co dwór, to nowe fuchy i fuszki. Nie dla każdego oczywiście, nie to, by każdy z ludu mógł sobie ot tak dostąpić zaszczytów. Co to to nie, szczególnie w perspektywie, że zarządza tym wszystkim jedna z nas i zna cię na rzeczy. Mówią, że to ona rządzi zza pleców...kto wie? Najpierw trzeba więc mieć co zaprezentować na dworze. A konkretnie - firmę. Ta firma musi coś produkować albo sprzedawać. I wtedy ma szansę na to, że efekty jej/swojej pracy trafią pod strzechy, mówiąc po staropolsku, ale nie bylejakie, lecz te najwyższej rangi państwowej - pałacozamkowe. I się zostaje furniserem.
Strzechy to tam nigdy nie było, fakt, raduje się jak dziecko Ana. Jeden szczególik: myślę, że wcale nie jest najważniejsze, czy firma ma co zaprezentować. Ważne jest tylko to, czy jest stąd. Z Sanżila? No jak, Ksenia, wszak król króluje wszystkim Belgom, lebelż w liczbie mnogiej, walonkom i flamingom, jak to zwiesz (żartobliwie, mam nadzieję, grozi palcem Ana), to jak z Sanżila? Z całej prowincji i jeszcze więcej, poza nią, z Belgii czyli. To po prostu musi być coś z Belgii, najlepiej z nazwiskiem belgijskim w tytule, co moim zdaniem oznacza, że większe szanse mają nazwiska flamandzkie, bo te francusko brzmiące zawsze wyglądają podejrzanie na przejęte z sąsiedniego kraju. Którego, pytam? No jak którego, Ksenia? Z Francji? a niby dlaczego? No bo się boją dominacji, co przeradza się w nielubienie. Jak wszystkie małe kraje leżące przy dużych krajach. Polska też? Ha, Polska to dopiero na całego ma kompleksy, widać dziewczyno, że dawno nie byłaś w tzw. starym kraju, pora się przejechać busikiem na święta, to poodychasz trochę narodowym powietrzem.
Wracając z dygresji do Belgii, to może i Ana ma rację, że w konkursie na furnisera trzeba być głównie Belgiem. Wtedy się zostaje jednym z wielu. Tym razem król i królewna nie poskąpili łaski i rozdali 111 patentów. Ładna liczba. Okrągła i magiczna zarazem. Ciekawe tylko, kto w pałacuzamku ma taki spust i przeje te wszystkie darmowe czekoladki i ciastka albo wynosi ciuchy. Hmm, chyba rozdają po służbie.
Urodzeni naturalnie furniserzy, brzmi jak tytuł filmu dosłownie. Dostaje się stempel i słupki sprzedaży od razu szybują w górę, używając sloganu tiwi. Szkoda trochę, że to szczęście dostępnie jest tylko lebelż. Przecież teraz, z polską królewną na czele, można by promować nasz kraj. Najpiękniejszy. Teraz Polska, królewno, Belgia już była!
To pałac Ksenia, ten zamek Twój, choć swoją drogą mało pałacowy i zamkowy, raczej twierdza z kamienia, śmieje się Ana. No tak, twierdza przybrudzona zębem czasu, spalinami i odpryskami z bruku, po jakim niemiłosiernie prują brumbrum samochody w drodze do czerwonego światła. Byle pierwszy. Takie to ma widoki polska królewna z okna pałacozamku. Dobrze, że widoki na przyszłość wyglądają lepiej. Jedzeniowo i ubraniowo.
Wszystko dlatego, że co wóz, to przewóz, co dwór, to nowe fuchy i fuszki. Nie dla każdego oczywiście, nie to, by każdy z ludu mógł sobie ot tak dostąpić zaszczytów. Co to to nie, szczególnie w perspektywie, że zarządza tym wszystkim jedna z nas i zna cię na rzeczy. Mówią, że to ona rządzi zza pleców...kto wie? Najpierw trzeba więc mieć co zaprezentować na dworze. A konkretnie - firmę. Ta firma musi coś produkować albo sprzedawać. I wtedy ma szansę na to, że efekty jej/swojej pracy trafią pod strzechy, mówiąc po staropolsku, ale nie bylejakie, lecz te najwyższej rangi państwowej - pałacozamkowe. I się zostaje furniserem.
Strzechy to tam nigdy nie było, fakt, raduje się jak dziecko Ana. Jeden szczególik: myślę, że wcale nie jest najważniejsze, czy firma ma co zaprezentować. Ważne jest tylko to, czy jest stąd. Z Sanżila? No jak, Ksenia, wszak król króluje wszystkim Belgom, lebelż w liczbie mnogiej, walonkom i flamingom, jak to zwiesz (żartobliwie, mam nadzieję, grozi palcem Ana), to jak z Sanżila? Z całej prowincji i jeszcze więcej, poza nią, z Belgii czyli. To po prostu musi być coś z Belgii, najlepiej z nazwiskiem belgijskim w tytule, co moim zdaniem oznacza, że większe szanse mają nazwiska flamandzkie, bo te francusko brzmiące zawsze wyglądają podejrzanie na przejęte z sąsiedniego kraju. Którego, pytam? No jak którego, Ksenia? Z Francji? a niby dlaczego? No bo się boją dominacji, co przeradza się w nielubienie. Jak wszystkie małe kraje leżące przy dużych krajach. Polska też? Ha, Polska to dopiero na całego ma kompleksy, widać dziewczyno, że dawno nie byłaś w tzw. starym kraju, pora się przejechać busikiem na święta, to poodychasz trochę narodowym powietrzem.
Wracając z dygresji do Belgii, to może i Ana ma rację, że w konkursie na furnisera trzeba być głównie Belgiem. Wtedy się zostaje jednym z wielu. Tym razem król i królewna nie poskąpili łaski i rozdali 111 patentów. Ładna liczba. Okrągła i magiczna zarazem. Ciekawe tylko, kto w pałacuzamku ma taki spust i przeje te wszystkie darmowe czekoladki i ciastka albo wynosi ciuchy. Hmm, chyba rozdają po służbie.
Urodzeni naturalnie furniserzy, brzmi jak tytuł filmu dosłownie. Dostaje się stempel i słupki sprzedaży od razu szybują w górę, używając sloganu tiwi. Szkoda trochę, że to szczęście dostępnie jest tylko lebelż. Przecież teraz, z polską królewną na czele, można by promować nasz kraj. Najpiękniejszy. Teraz Polska, królewno, Belgia już była!
Thursday, 28 November 2013
(96) słoń
Słoń a sprawa polska. Ni stąd ni zowąd, po prostu tak padło z ust Any Martin dzisiejszego poranka, o co chodzi - wie tylko ona chyba, ewentualnie Roman, taką wiedzącą minę zaprezentował przynajmniej. Może literatura, może taniec nowoczesny, a może muzyka. Kto wie. Chodzi mi o tę sprawę polską, bo słoń, owszem, jest na agendzie sanżilowskiej, i to nawet w szerszym wymiarze, słoniowym można by powiedzieć, bo obejmującym swym słoniowym zasięgiem kilka nieznanych mi dotąd komunogmin, w tym Terwury i Maliny. Tak, Maliny, ale nie te nasze znajome, pachnące nalepiej pod słońcem, bo polskością wyssaną z mlekiem matki, lecz takie niezbadane, nasze z punktu widzenia belgijskiego tylko. Aha, i słonia.
Bo słoń tam teraz zamieszka. W Malinach, nie w malinach. W gminie, nie w krzaczorach. Zresztą jakby się tam miał zmieścić i nie pokłuć przy okazji? Jak to w chruśniaku, wiem z doświadczenia. Zaraz, jaki słoń, można by spytać przytomnie, i nie byłoby to pytanie nieuzasadnione, w końcu jesteśmy tu w sercu Europy, nawet jeśli trochę na północ, co wypada w aorcie albo innej żyle chyba, ale z całą pewnością nie w Afryce. Gdzie słonie żyją normalnie, choć są i tacy, którzy sytuują je, lokalizując je w Azji. Nie wiem. Ten słoń tu jest bardziej z Afryki, a raczej był. Bo nie żyje, zabity podstępem. I wypchany. I przetransportowany tu, do Terwurów znaczy się. Z Kongo, z daleka czyli. Ciekawe jak?
Jak to się może zresztą jeszcze dowiem. Bo oto nadarza się kolejna okazja do transportu. Do Malin. W Terwurach zamykają muzeum, gdzie słoń rezyduje. Na nogach, wbity na fest w podłoże, stoi od XX wieku i stałby pewnie tak bez ruchu jeszcze kilka stuleci, gdyby nie trzeba było wyremontować muzeum. Bo niby stare. Jasne, że stare, a jakie ma być, skoro muzeum? Też mi nowość...
No ale to jest naprawdę nieprzyjemny budynek trochę, brrr, wzdryga się Ana. Stare, ciemne, przerażające, ale i tak to nie jest najgorsze. Bo najmniej miłe są eksponaty. Z Konga cytowanego powyżej zwiezione, które kiedyś nie było Kongiem, tłumaczy Ana, tylko prywatnym państwem króla Belgii. Belgów! poprawia Roman. Belgów, ciągnie Ana, i za tego króla, z dawien dawna, działy się tam okropieństwa. Ale w Europie uważano, że tak można, byle by forsa, kasa znaczy się, płynęła. I płynęła szerokim strumieniem. Czyli dużo? I gdzie ona? No, a z czego te kamienice na Sanżilu, pyta Roman z uśmieszkiem. Retorycznie to się nazywa. No nie wiem, teoretycznie i retorycznie, ale coś mi świta, że z kasy tej. Ale słoń?
Bo oni wywieźli stamtąd, co tylko chcieli. W tym słonia. Nie patrząc na koszty. Biedne zwierzę stoi odtąd i straszy nieco. Przypominając, że było bogato jednym, ale ciężko drugim. Oj Ana, aleś surowa, łagodzi Roman. No nie, tak sobie myślę, że owszem, solidny eksponat, pieknie spreparowany, a teraz nawet zapakowany w europalety, że też tak można, ale po co to wszystko? Iwonek też woli słonia w książce, przynajmniej można po nim porysować. A tak to tylko nowy kłopot. Dla wszystkich, w tym słonia. Bo w Terwurach to już słoń wie, co robić, stać i stać jak kołek, ale czy się zadomowi w Malinach?
Bo słoń tam teraz zamieszka. W Malinach, nie w malinach. W gminie, nie w krzaczorach. Zresztą jakby się tam miał zmieścić i nie pokłuć przy okazji? Jak to w chruśniaku, wiem z doświadczenia. Zaraz, jaki słoń, można by spytać przytomnie, i nie byłoby to pytanie nieuzasadnione, w końcu jesteśmy tu w sercu Europy, nawet jeśli trochę na północ, co wypada w aorcie albo innej żyle chyba, ale z całą pewnością nie w Afryce. Gdzie słonie żyją normalnie, choć są i tacy, którzy sytuują je, lokalizując je w Azji. Nie wiem. Ten słoń tu jest bardziej z Afryki, a raczej był. Bo nie żyje, zabity podstępem. I wypchany. I przetransportowany tu, do Terwurów znaczy się. Z Kongo, z daleka czyli. Ciekawe jak?
Jak to się może zresztą jeszcze dowiem. Bo oto nadarza się kolejna okazja do transportu. Do Malin. W Terwurach zamykają muzeum, gdzie słoń rezyduje. Na nogach, wbity na fest w podłoże, stoi od XX wieku i stałby pewnie tak bez ruchu jeszcze kilka stuleci, gdyby nie trzeba było wyremontować muzeum. Bo niby stare. Jasne, że stare, a jakie ma być, skoro muzeum? Też mi nowość...
No ale to jest naprawdę nieprzyjemny budynek trochę, brrr, wzdryga się Ana. Stare, ciemne, przerażające, ale i tak to nie jest najgorsze. Bo najmniej miłe są eksponaty. Z Konga cytowanego powyżej zwiezione, które kiedyś nie było Kongiem, tłumaczy Ana, tylko prywatnym państwem króla Belgii. Belgów! poprawia Roman. Belgów, ciągnie Ana, i za tego króla, z dawien dawna, działy się tam okropieństwa. Ale w Europie uważano, że tak można, byle by forsa, kasa znaczy się, płynęła. I płynęła szerokim strumieniem. Czyli dużo? I gdzie ona? No, a z czego te kamienice na Sanżilu, pyta Roman z uśmieszkiem. Retorycznie to się nazywa. No nie wiem, teoretycznie i retorycznie, ale coś mi świta, że z kasy tej. Ale słoń?
Bo oni wywieźli stamtąd, co tylko chcieli. W tym słonia. Nie patrząc na koszty. Biedne zwierzę stoi odtąd i straszy nieco. Przypominając, że było bogato jednym, ale ciężko drugim. Oj Ana, aleś surowa, łagodzi Roman. No nie, tak sobie myślę, że owszem, solidny eksponat, pieknie spreparowany, a teraz nawet zapakowany w europalety, że też tak można, ale po co to wszystko? Iwonek też woli słonia w książce, przynajmniej można po nim porysować. A tak to tylko nowy kłopot. Dla wszystkich, w tym słonia. Bo w Terwurach to już słoń wie, co robić, stać i stać jak kołek, ale czy się zadomowi w Malinach?
Wednesday, 27 November 2013
(95) primadonna
Spytałam Any, co znaczy to słowo w tytule, i klnę sie, spytałam bez błędów, bo mam je przed oczyma, więc przeliterowałam, stosując między innymi nasze własne imiona domowe, pri-ma-donna wdzięczne n, więc pytam, co to znaczy, otrzymuję odpowiedź i już widzę, że coś nie gra. Bo Ana mówi, że primadonna śpiewa. A co, Ksenia, nie gra coś? No tak, skoro śpiewa, strzela sama sobie taki żarcik, nucąc sto lat, co w lot podchwytuje Iwonek plątający się w okolicach podłogi, sto lot można by zaryzykować taką frazę.
Ale czemu primadonna ma nie śpiewać? W operze śpiewa zazwyczaj, gardło sobie zdziera i tak zarabia na życie. No tak, ale tu widzę zdjęcie nie gardła bynajmniej, nie podgardla nawet, tylko znacznie niżej. Klatki piersiowej, mówiąc ładnie, a będąc szczerą - piersi bez klatki. Do tego olbrzymich. Ubranych w ładny materiał.
Nooo fakt, potwierdza Ana, masz rację, olbrzymie to one są i ładnie ubrane też, jakby w koronkę brabanckobarbancką, pokaż no, co to? Ach, wszystko jasne, primadonna tu to firma, choć z takim biustem ta modelka mogłaby pewnie niejedno nam wyśpiewać, Ana coś dziś w wyśmienitym humorze, no właśnie, primaklasse, czyli pierwsza klasa, tłumaczy z obcego od razu, by było szybciej Roman. I pokażcie mi też to zdjęcie, wyrywa gazetę. Hmm, hyma z uznaniem, o czym mowa?
O operacjach brrrr, już wszystko wie, ale tym razem nie z głowy, lecz z czytania, Ana. Że operują coraz więcej biustów, i o ile kiedyś w dół, w sensie, na mniejsze, to teraz na jak największe. To u tych, co piersi nie rosną jakoś tak w myśl hasła pierwsi w narodzie. Bo to nie po tutejszemu, może dlatego. Stąd konfucjusz z primadonną. Ksenia, konfuzja! Dobra, niech będzie. Bo oto ta primadonna ze zdjęcia służy za wizualny przykład, że nie tylko czasy się zmieniają, ale i biusty. Rosną albo chirurg sprawia, że rosną, i to wtedy jest szybki wzrost. Statystycznie oczywiście tylko, nie u nas na Sanżilu, ściśle u nas w domu, śmieje się Ana, spoglądając w dół. Cóż, wyjątki potwierdzają regułę, pcieszam ją, choć Ana w tym zakresie bez kompleksów.
Omijając milczeniem Sanżil, primadonna to jednak żywy, falujący przykład, że biustów jest coraz więcej. Nie tylko dlatego, że ludzi coraz więcej, chyba już to powoli idzie w miliardy, ta masa ludzka, bo granica miliona padła już dawno, chyba jeszcze w XX wieku, ale też dlatego, że każdy poszczególny biust i pierś pojedyncza też, są większe. Kiedyś liczyło się to do D, potem do E, do F, G, H, teraz do I, a w nowym roku będzie i J. A potem zapewne K, za którym tłoczy się L. I tak dalej, do końca alfabetu.
Hmm, ciekawe, ciekawe, mruczy Roman, skąd to? Z tego, co jemy? Myjemy? Tyjemy chyba. Ach, znam takich, co by ci odpowiedzieli od razu, znad talerza kiełków, że hormony, i że dokąd to prowadzi, prosta droga do grobu, no ale z drugiej strony, naród rośnie w górę i w siłę, mówi Ana. Narodowcy się cieszą. I coś trzeba jeść. Wszędzie, w Polsce i Belgii, choć to różne narody i różnie mogłyby teoretycznie wyrosnąć. I różne tajemne siły z tego powstać.
Nie ma tu lekarstwa. Nawet pani od marketingu rozkłada ręce na rozkładowce i mówi, że inaczej się po prostu nie da. Że biusty rosną i rosną, i gdzie to zajdzie? I gdzie się zmieści? E tam, nie będzie tak źle, myślę sobie, trochę liter w alfabecie jeszcze zostało. Ł pewnie na razie nie zrobią, po L by wypadało w Polsce A i B, ale tu kto by to wymówił, nawet jakby taki jeden kupujący i drugi miał to fonologicznie spisane na kartce, no to jednak nie, to by zdecydowanie nie było marketingowe posunięcie. Nawet jakby kobiety tylko dla siebie kupowały z pamięci, bez wymawiania. Zdecydowanie nie.
Ale sądzę, że nadejdzie jeszcze czas na tryumf Polski, wspomnicie mnie. Jak już dojadą z numeracją do XYZ, znajdą się w szczerym polu, to sobie przypomną o abecadle. Polskim. Cienko będzie śpiewała primadonna bez naszych liter. I nadejdzie nasz czas, czas Ą, Ę, Ć, Ł, Ń, Ś, Ż, Ź, opuszczonych w gonitwie za pieniądzem. Do opery by się nadawało.
Ale czemu primadonna ma nie śpiewać? W operze śpiewa zazwyczaj, gardło sobie zdziera i tak zarabia na życie. No tak, ale tu widzę zdjęcie nie gardła bynajmniej, nie podgardla nawet, tylko znacznie niżej. Klatki piersiowej, mówiąc ładnie, a będąc szczerą - piersi bez klatki. Do tego olbrzymich. Ubranych w ładny materiał.
Nooo fakt, potwierdza Ana, masz rację, olbrzymie to one są i ładnie ubrane też, jakby w koronkę brabanckobarbancką, pokaż no, co to? Ach, wszystko jasne, primadonna tu to firma, choć z takim biustem ta modelka mogłaby pewnie niejedno nam wyśpiewać, Ana coś dziś w wyśmienitym humorze, no właśnie, primaklasse, czyli pierwsza klasa, tłumaczy z obcego od razu, by było szybciej Roman. I pokażcie mi też to zdjęcie, wyrywa gazetę. Hmm, hyma z uznaniem, o czym mowa?
O operacjach brrrr, już wszystko wie, ale tym razem nie z głowy, lecz z czytania, Ana. Że operują coraz więcej biustów, i o ile kiedyś w dół, w sensie, na mniejsze, to teraz na jak największe. To u tych, co piersi nie rosną jakoś tak w myśl hasła pierwsi w narodzie. Bo to nie po tutejszemu, może dlatego. Stąd konfucjusz z primadonną. Ksenia, konfuzja! Dobra, niech będzie. Bo oto ta primadonna ze zdjęcia służy za wizualny przykład, że nie tylko czasy się zmieniają, ale i biusty. Rosną albo chirurg sprawia, że rosną, i to wtedy jest szybki wzrost. Statystycznie oczywiście tylko, nie u nas na Sanżilu, ściśle u nas w domu, śmieje się Ana, spoglądając w dół. Cóż, wyjątki potwierdzają regułę, pcieszam ją, choć Ana w tym zakresie bez kompleksów.
Omijając milczeniem Sanżil, primadonna to jednak żywy, falujący przykład, że biustów jest coraz więcej. Nie tylko dlatego, że ludzi coraz więcej, chyba już to powoli idzie w miliardy, ta masa ludzka, bo granica miliona padła już dawno, chyba jeszcze w XX wieku, ale też dlatego, że każdy poszczególny biust i pierś pojedyncza też, są większe. Kiedyś liczyło się to do D, potem do E, do F, G, H, teraz do I, a w nowym roku będzie i J. A potem zapewne K, za którym tłoczy się L. I tak dalej, do końca alfabetu.
Hmm, ciekawe, ciekawe, mruczy Roman, skąd to? Z tego, co jemy? Myjemy? Tyjemy chyba. Ach, znam takich, co by ci odpowiedzieli od razu, znad talerza kiełków, że hormony, i że dokąd to prowadzi, prosta droga do grobu, no ale z drugiej strony, naród rośnie w górę i w siłę, mówi Ana. Narodowcy się cieszą. I coś trzeba jeść. Wszędzie, w Polsce i Belgii, choć to różne narody i różnie mogłyby teoretycznie wyrosnąć. I różne tajemne siły z tego powstać.
Nie ma tu lekarstwa. Nawet pani od marketingu rozkłada ręce na rozkładowce i mówi, że inaczej się po prostu nie da. Że biusty rosną i rosną, i gdzie to zajdzie? I gdzie się zmieści? E tam, nie będzie tak źle, myślę sobie, trochę liter w alfabecie jeszcze zostało. Ł pewnie na razie nie zrobią, po L by wypadało w Polsce A i B, ale tu kto by to wymówił, nawet jakby taki jeden kupujący i drugi miał to fonologicznie spisane na kartce, no to jednak nie, to by zdecydowanie nie było marketingowe posunięcie. Nawet jakby kobiety tylko dla siebie kupowały z pamięci, bez wymawiania. Zdecydowanie nie.
Ale sądzę, że nadejdzie jeszcze czas na tryumf Polski, wspomnicie mnie. Jak już dojadą z numeracją do XYZ, znajdą się w szczerym polu, to sobie przypomną o abecadle. Polskim. Cienko będzie śpiewała primadonna bez naszych liter. I nadejdzie nasz czas, czas Ą, Ę, Ć, Ł, Ń, Ś, Ż, Ź, opuszczonych w gonitwie za pieniądzem. Do opery by się nadawało.
(94) mydło
Kiedyś się oburzyłam, jak usłyszałam, że Polaka za granicą można poznać po zapachu. Brzydkim, domyśliłam się sama, bo przecież jakby po ładnym, to by nie było się o co bić. Albo o kogo, o tego Polaka przysłowiowego właśnie czyli, w tym przypadku nie ma mowy o równouprawnieniu, ani o szklanym dachu, ewentualnie suficie, bo przecież kto jak kto, ale Polki to inna klasa zapachowa niż Polacy. I chyba nie chciałyby równać w górę, co w tym wypadku byłoby w dół. Choć raz! Ale niech mają, co wywalczyły myciem, ogólnie wyższa półka, czy to dezodorantowa, czy perfumiarska, ale kwiatowa, nie potowa, to pewne.
Co mnie przy tej okazji zastanowiło, to kto tego Polaka miałby rozpoznać. Za granicą. Z daleka nierzadko. No bo jeśli rodaka, to musowo musi być to ktoś zapoznany z tym zapachem z kraju rodziców jeszcze, czyli rodak albo rodaczka. Cudze chwalicie, swojego nie znacie, tę zasadę można by tu w sumie zastosować, gdyby nie znaczyła akurat czegoś na odwrót. No ale jak to miałoby być niby bez znajomości źródła, zapachowego? Czyli wychodzi na to, że swój rozpoznaje swojego.
Ana Martin bez pytania jeszcze wtrąca swoje grosze, trzy grosze, czy grosze, że to się jej zdaniem niestety sprawdza. Że w przeszłości udało się jej rozpoznać nie raz i nie dwa swoich, zwanych też naszymi, po odorze. Po czym? No po smrodzie. Ale to było głównie w innych krajach, gdzie było więcej słońca i możliwości spocenia się. Tu Ana rozpoznaje naszych na oko, radarem wzrokowym, i faktycznie, rzadko kiedy się myli, chyba że ich już wszystkich zna i tylko udaje, że pierwszy raz ktoś jej się rzuci w oko. Ach, ma się ten pamięć i to oko właśnie, dodaje skromnie, choć oko to ma u nas Iwonek, jedno niebieskie, a to ciekawsze - dwukolorowe.
Roman mówi za to, że nawet jak nie ma kataru, to na Sanżilu i w okolicach zapach nie działa za dobrze, bo wilgoć i zimno, i zapach siedzi w kurtce. Czyli w skrócie - zadziałał jednak czynnik pogodowy i znów nie jest łatwo. Ale nie tylko my tu mamy pod górkę. Belgowie rodowici też. Rodowici, ale za granicą, tak więc nieznani w kraju. Jest taki jeden, w biznesie wielkim działa w Chinach i okolicach, co bogaczem został już dawno, a mało kto o tym na miejscu wie, aż musieli napisać, że kupił mydlarnię i będzie eraz to mydło sprzedawał. Dystrybuował i rozpowszechniał, mówi się w tiwi. Mydło nie nasze wcale, nie zachował się więc patriotycznie po belgijsku, za to patriotycznie w wymiarze unijnym, bo mydło z kraju obok, z Marsylii. Kseniaaa, pomyśl trochę, Marsylia to nie kraj, no gdzie leży? Nie wiem, za miedzą? W Niemczech? No nieee, we Francji nad morzem przecież. I tam od lat się produkuje słynne mydło. Marsylskie, od Marsylii, nie od Marsa czy Marysi. Nazwa taka piękna, a mydło nie. Takie jakieś niewygładzone, niekolorowe, szare, grubo ciosane. Nie pachnie za bardzo coś. Jak za komuny zupełnie.
Ha, nieładne, za to drogie! I dobre chyba, twierdzą obie teściowe, czyli dobre, bo mówią z doświadczenia. Już przed wojną się go używało. Do prania np. Nie wiedziałam dotąd, że obie teściowe takie stare, wyglądały góra na 50, a mają ze 100 chyba, skoro już przed wojną prały, tylko którą, ale z szacunku dla starszych nie dopytam.
Tak więc to mydło francuskie z dziada pradziada trafia teraz w belgijskie, schińszczone jednakże, ręce, i będzie myło i prało Azję. Tam leżą bowiem Chiny. I tam się teraz opłaca je sprzedawać, twierdzi tatuś biznesmen, który na przeszpiegi zapachowe do Europy wysłał jednakże synków. Mają się uczyć sprzedawać, choć mówią, że zjechali do ojczyzny przodków, zwabieni kulturą. Że podobno jak się dorasta, to się to zaczyna cenić. To i cenią. I wyceniają dobrze, skoro fabryka już ich. Wszystko nam zabiorą, naprawdę, wywiozą precz, i tylko ten zapach zostanie.
Co mnie przy tej okazji zastanowiło, to kto tego Polaka miałby rozpoznać. Za granicą. Z daleka nierzadko. No bo jeśli rodaka, to musowo musi być to ktoś zapoznany z tym zapachem z kraju rodziców jeszcze, czyli rodak albo rodaczka. Cudze chwalicie, swojego nie znacie, tę zasadę można by tu w sumie zastosować, gdyby nie znaczyła akurat czegoś na odwrót. No ale jak to miałoby być niby bez znajomości źródła, zapachowego? Czyli wychodzi na to, że swój rozpoznaje swojego.
Ana Martin bez pytania jeszcze wtrąca swoje grosze, trzy grosze, czy grosze, że to się jej zdaniem niestety sprawdza. Że w przeszłości udało się jej rozpoznać nie raz i nie dwa swoich, zwanych też naszymi, po odorze. Po czym? No po smrodzie. Ale to było głównie w innych krajach, gdzie było więcej słońca i możliwości spocenia się. Tu Ana rozpoznaje naszych na oko, radarem wzrokowym, i faktycznie, rzadko kiedy się myli, chyba że ich już wszystkich zna i tylko udaje, że pierwszy raz ktoś jej się rzuci w oko. Ach, ma się ten pamięć i to oko właśnie, dodaje skromnie, choć oko to ma u nas Iwonek, jedno niebieskie, a to ciekawsze - dwukolorowe.
Roman mówi za to, że nawet jak nie ma kataru, to na Sanżilu i w okolicach zapach nie działa za dobrze, bo wilgoć i zimno, i zapach siedzi w kurtce. Czyli w skrócie - zadziałał jednak czynnik pogodowy i znów nie jest łatwo. Ale nie tylko my tu mamy pod górkę. Belgowie rodowici też. Rodowici, ale za granicą, tak więc nieznani w kraju. Jest taki jeden, w biznesie wielkim działa w Chinach i okolicach, co bogaczem został już dawno, a mało kto o tym na miejscu wie, aż musieli napisać, że kupił mydlarnię i będzie eraz to mydło sprzedawał. Dystrybuował i rozpowszechniał, mówi się w tiwi. Mydło nie nasze wcale, nie zachował się więc patriotycznie po belgijsku, za to patriotycznie w wymiarze unijnym, bo mydło z kraju obok, z Marsylii. Kseniaaa, pomyśl trochę, Marsylia to nie kraj, no gdzie leży? Nie wiem, za miedzą? W Niemczech? No nieee, we Francji nad morzem przecież. I tam od lat się produkuje słynne mydło. Marsylskie, od Marsylii, nie od Marsa czy Marysi. Nazwa taka piękna, a mydło nie. Takie jakieś niewygładzone, niekolorowe, szare, grubo ciosane. Nie pachnie za bardzo coś. Jak za komuny zupełnie.
Ha, nieładne, za to drogie! I dobre chyba, twierdzą obie teściowe, czyli dobre, bo mówią z doświadczenia. Już przed wojną się go używało. Do prania np. Nie wiedziałam dotąd, że obie teściowe takie stare, wyglądały góra na 50, a mają ze 100 chyba, skoro już przed wojną prały, tylko którą, ale z szacunku dla starszych nie dopytam.
Tak więc to mydło francuskie z dziada pradziada trafia teraz w belgijskie, schińszczone jednakże, ręce, i będzie myło i prało Azję. Tam leżą bowiem Chiny. I tam się teraz opłaca je sprzedawać, twierdzi tatuś biznesmen, który na przeszpiegi zapachowe do Europy wysłał jednakże synków. Mają się uczyć sprzedawać, choć mówią, że zjechali do ojczyzny przodków, zwabieni kulturą. Że podobno jak się dorasta, to się to zaczyna cenić. To i cenią. I wyceniają dobrze, skoro fabryka już ich. Wszystko nam zabiorą, naprawdę, wywiozą precz, i tylko ten zapach zostanie.
Friday, 15 November 2013
(93) tybet
Demokracja zaskakuje mnie co krok, bo jednak działa! Że w dzisiejszym świecie jeszcze coś potrafi tak zaskoczyć, to się chyba nawet najstarsi górale nie spodziewali. Tymczasem w Belgii, we Flandrii, czyli nie do końca u nas, ale w granicach normy, doszło do cudu. Oczywiście, co kraj, to obyczaj, i nie należy się od razu spodziewać, że Matka Boska ukaże się na szybie lub na ściętym pniaku, czy też grzanka to tak naprawdę twarz Jezusa przedstawia, a nie spalone okruszki, no ale cóż, nie będę wymagała zbyt dużo od Zachodu. Dobre i to, co mamy, szczególnie zważając na to, że nie zaszło to pod wpływem naszej prawdziwej religii, tylko jakiejś innej wiary. Polacy słyną jednakże od kilku wieków, albo i dłużej, z tolerancji, to i ja nie będę przecież jakimś młotem na czarownice i szczerze opiszę, czegom się dowiedziała.
Otóż - nie krzywcie się, żem niewierna nagle - są na świecie takie religie, którym świętym w niebie się nie śniło. Jak tybet. Tajemniczy, niedostępny, z łysymi mnichami w czerwonych sukniach, które nazwałabym nawet szatami albo płachtami. Barwy mają one ogniste, piekielne nieco, bucha z nich czerwień lub pomarańcz i ładnie kontrastują z ciemnawą skórą mnichów, bo to oni w ten tybet wierzą. Ale oto pojawił się jeden jasnoskóry kandydat. Objawił się, znaczy się. Cudem. W Gent. Gand. Gą. W Gącie? Gencie? Hencie? Nie zgadniecie, ale ...Gandawie po polsku podobno, ale czy to aby nie Handawa?
Ksenia, po pierwsze Gandawa, po drugie Tybet to państwo, państwo bez państwa do końca. Niestety. Duchowa stolica buddyzmu. I to też religia bez religii. Jak? No tak, to bardziej stan ducha, niż wiara w istoty nadprzyrodzone, o których nic nie wiadomo. Moim zdaniem oczywiście, broni się i zarzeka Ana. W każdym razie Tybet i tybet to taka metka buddyzmu. Co za metka znowu? Ach, mekka dziewczyno, to porównanie. Jaka religia bez religii? Oszaleć mi przyjdzie w tym domu!
Dobra Ksenia, pisz dalej, nie musisz rozumieć, zresztą kto rozumie te sprawy. To fakt akurat. A więc Tybet, obojętnie, co to, charakteryzuje się tym, że leży daleko i są w nim klasztory. W tych klasztorach można się zamknąć na wiele lat i medytować. Ana, to by ci się przydało, wtrąca ze śmiechem Roman, Ana Martin niby też się śmieje, ale nie do końca jednak, obawiam się.
Do jednego z tych klasztorów zapragnął wyjechać młody Belg. Imienia nie wspomnę, ale młody. Bardzo. Lat 15, pięt-naś-cie. Czy pię-tna-ście? Ach ten polski. Rodzice Belga nawet pozwolili, ale podniosły się głosy, że ma zostać tu, na Sanżilu albo obok, i tu się może zamknąć dobrowowolnie, ale dopiero, jak będzie pełnoletni. A on chciał już teraz. I w Tybecie, już tak piszę, z wielkiej. Na piętnaście lat też albo dłużej, jak pozwolą. No i on wytrzyma.
Co było robić? Tylko sądy pomogą. Wysłali sprawę do Handawy. I tu wkracza cud. Bo sędzia damski lub męski pozwolił lub pozwoliła mu jechać. Do Tybetu uczyć się tybetu i buddzymu. Młody szczęśliwy. Na zdjęciu wygląda na zrównoważonego, więc myślę, że ta decyzja zaowocuje dla Belgii samymi plusami. Może jakąś wizytą międzypaństwową. Może wzmożoną wymianą handlową. Może tęczą na ręce. Bo taki cud mieliśmy ostatnio na Szumanie. Ale to w naszej wierze się zdarzyło.
Otóż - nie krzywcie się, żem niewierna nagle - są na świecie takie religie, którym świętym w niebie się nie śniło. Jak tybet. Tajemniczy, niedostępny, z łysymi mnichami w czerwonych sukniach, które nazwałabym nawet szatami albo płachtami. Barwy mają one ogniste, piekielne nieco, bucha z nich czerwień lub pomarańcz i ładnie kontrastują z ciemnawą skórą mnichów, bo to oni w ten tybet wierzą. Ale oto pojawił się jeden jasnoskóry kandydat. Objawił się, znaczy się. Cudem. W Gent. Gand. Gą. W Gącie? Gencie? Hencie? Nie zgadniecie, ale ...Gandawie po polsku podobno, ale czy to aby nie Handawa?
Ksenia, po pierwsze Gandawa, po drugie Tybet to państwo, państwo bez państwa do końca. Niestety. Duchowa stolica buddyzmu. I to też religia bez religii. Jak? No tak, to bardziej stan ducha, niż wiara w istoty nadprzyrodzone, o których nic nie wiadomo. Moim zdaniem oczywiście, broni się i zarzeka Ana. W każdym razie Tybet i tybet to taka metka buddyzmu. Co za metka znowu? Ach, mekka dziewczyno, to porównanie. Jaka religia bez religii? Oszaleć mi przyjdzie w tym domu!
Dobra Ksenia, pisz dalej, nie musisz rozumieć, zresztą kto rozumie te sprawy. To fakt akurat. A więc Tybet, obojętnie, co to, charakteryzuje się tym, że leży daleko i są w nim klasztory. W tych klasztorach można się zamknąć na wiele lat i medytować. Ana, to by ci się przydało, wtrąca ze śmiechem Roman, Ana Martin niby też się śmieje, ale nie do końca jednak, obawiam się.
Do jednego z tych klasztorów zapragnął wyjechać młody Belg. Imienia nie wspomnę, ale młody. Bardzo. Lat 15, pięt-naś-cie. Czy pię-tna-ście? Ach ten polski. Rodzice Belga nawet pozwolili, ale podniosły się głosy, że ma zostać tu, na Sanżilu albo obok, i tu się może zamknąć dobrowowolnie, ale dopiero, jak będzie pełnoletni. A on chciał już teraz. I w Tybecie, już tak piszę, z wielkiej. Na piętnaście lat też albo dłużej, jak pozwolą. No i on wytrzyma.
Co było robić? Tylko sądy pomogą. Wysłali sprawę do Handawy. I tu wkracza cud. Bo sędzia damski lub męski pozwolił lub pozwoliła mu jechać. Do Tybetu uczyć się tybetu i buddzymu. Młody szczęśliwy. Na zdjęciu wygląda na zrównoważonego, więc myślę, że ta decyzja zaowocuje dla Belgii samymi plusami. Może jakąś wizytą międzypaństwową. Może wzmożoną wymianą handlową. Może tęczą na ręce. Bo taki cud mieliśmy ostatnio na Szumanie. Ale to w naszej wierze się zdarzyło.
(92) szaro - biali
Mariaże, gdzie człowiek się nie obejrzy, już nawet straciłam rachubę, który to raz dreptamy w weekend do ratusza. To ci z łapanki, okołoczterdziestoletni. Tym razem to coś wyjątkowego, bo zostaliśmy zaproszeni do samego miasta Brukseli A, a nie do znów do jakiegoś podrzędnego Skarbka czy innego -bka; to oznacza z kolei, że przemaszerujemy odświętnie ubrani przez sam plac centralny. No. Zadowolonam. Przynajmniej raz w święto nie tylko ja z całej rodziny będę odświętnie ubrana, ale cała reszta też, nawet wózek przybrany kwieciem. Szkoda co prawda, że nie w niedzielę, tylko takie pomniejsze święto sobotnie, ale dobre i to, rozumiem, że i urzędnicy, normalnie bardzo deborde, jak Ana mawia złośliwie o swoich kolegach z pracy, muszą kiedyś odpocząć i samemu/samej też się odświętnie przyodziać. To i żalu toć nie mam.
Zastanawia mnie tylko, czy takie małżeństwo, mariaż po staropolsku, a dziwnym trafem i po belgijsku, tylko że nie wiem, czy w starym, czy nowym narzeczu, dialekcie czyli, a więc czy takie małżeństwo międzynarodowe i międzyreligijne, do tego porozwodowe z obu stron, czy to jest małżeństwo całą gębą? Czy ono czasem nie kwalifikuje się aby i klasyfikuje tym samym do grupy małżeństw szarych? Albo białych? Wbrew nazwie niewinnej i czystej - nielegalnych?
Tak, będzie ich mniej. Tych biało-szarych, szaro-białych oraz osobno szarych i białych mariaży. Ana robi co prawda zdziwioną minę, nawet ona nie wiedziała, co zacz, co jednakże wyjątkowo nie oznacza, że to coś nie istnieje. A istnieje w dość dużym rozpowszechnieniu, na Sanżilu, w sąsiednich komunach, gminach, oraz poza nimi, w Brukseli A, B i jeszcze we Flamandii i Belgii. Flandrii, poprawia Roman, ale mów Ksenia, o co chodzi, też nie wiem, zainteresował się? To wyjaśnię, choć też mi sporo zajęło zrozumienie.
Mariaż biały występuje w Belgii w liczbie większej niż szary, a oba wykazują tendencję zwyżkową. Wszystko przez to, że nie ma powiązania komputerowego między urzędami. To znaczy niby jest, lecz źle i za wolno działa, tłumaczą się urzędnicy, to chyba nie-Polacy zakładali, bo wiadomo, że jak Polak zrobi, to na mur beton dobrze. I w murze betonie siedzi bezpiecznie takie łącze. Ale rozumie się, Belgowie muszą swoich chronić, to i Polaków nie zatrudniają, tym bardziej, że to było pewnie jeszcze w XX wieku i wtedy nie było oficjalnych stałek. W każdym razie komuny nie mogą sobie przesłać danych, czy ktoś już jest w małżeństwie, czy nie, czy jest skazany, czy jeszcze nie, czy płaci alimenty uczciwie itp. I wreszcie - czy nie chodzi aby o mariaż nie z miłości, tylko dla pieniędzy. Albo papieru, w rodzaju paszport. Albo fikcji, czyli obywatelstwa. Unii, Belgii, a czasami po prostu Sanżila.
Jak w dawnych czasach czyli, z książek historycznych trochę, kiedy też brać ślub to nie było takie hop siup, tylko zawsze z jakimś zamysłem. Piękne swoją drogą, że tradycja tak nie ginie.
Naiwni urzędnicy nabierają na tych niewydarzonych żonkosi w ten to sposób, że jak im odmówią w jednej komunie, to do drugiej jeszcze nie zdążą przepłynąć dane, i tam można na szybciora się związać. A potem trzeba to rozwiązać, pobrani umywają ręce i wot zagwozdka dla urzędnika. Wtedy jest białe - niby zawarte, dwie osoby na kobiercu chcą, ale nie mogą w świetle prawa, mówiąc językiem Romana.
Ale to i tak jeszcze nic, bo najgorzej mają ci od mariażu na szaro. To już w ogóle problem na całego dla wszystkich. Narzeczonych, urzędników, krajów, z których pochodzą wżeniani w Belgię. Nie wiem, jak to się dzieje, że osoby naiwne się nabierają na tych niewydarzonych żonkosi. Przecież każdy ma oczy i nosa, a jak one zawiodą - to miej serce i patrzaj w serce. I nic to nie daje, bo tylu zrobionych na szaro na prawo i lewo. Cierpią znów urzędnicy, co im dane nie wpłynęły na czas z zagranicy, z Unii albo z komuny. Uff, jak się ma tyle do rozwiązywania, to naprawdę nie ma się ochoty potem komuś umilać życia i celebrować ślubów na ratuszu w niedzielę.
No proszę, a ja myślałam, że białe, to nieskonsumowane, a tu taka niespodziana! cieszy się jak dziecko Ana. Nowe czasy, nowe znaczenia, mówię z wyższością, także dlatego, bo nie wiem co nieskonsumowane do czego. Lub z czego. Jedno pewne - Belgia wydaje wojnę małżeństwom szarym i białym oraz łączącym te oba kolory. Będzie jak dawniej, normalnie, że nie opuszczę cię aż do śmierci.
Zastanawia mnie tylko, czy takie małżeństwo, mariaż po staropolsku, a dziwnym trafem i po belgijsku, tylko że nie wiem, czy w starym, czy nowym narzeczu, dialekcie czyli, a więc czy takie małżeństwo międzynarodowe i międzyreligijne, do tego porozwodowe z obu stron, czy to jest małżeństwo całą gębą? Czy ono czasem nie kwalifikuje się aby i klasyfikuje tym samym do grupy małżeństw szarych? Albo białych? Wbrew nazwie niewinnej i czystej - nielegalnych?
Tak, będzie ich mniej. Tych biało-szarych, szaro-białych oraz osobno szarych i białych mariaży. Ana robi co prawda zdziwioną minę, nawet ona nie wiedziała, co zacz, co jednakże wyjątkowo nie oznacza, że to coś nie istnieje. A istnieje w dość dużym rozpowszechnieniu, na Sanżilu, w sąsiednich komunach, gminach, oraz poza nimi, w Brukseli A, B i jeszcze we Flamandii i Belgii. Flandrii, poprawia Roman, ale mów Ksenia, o co chodzi, też nie wiem, zainteresował się? To wyjaśnię, choć też mi sporo zajęło zrozumienie.
Mariaż biały występuje w Belgii w liczbie większej niż szary, a oba wykazują tendencję zwyżkową. Wszystko przez to, że nie ma powiązania komputerowego między urzędami. To znaczy niby jest, lecz źle i za wolno działa, tłumaczą się urzędnicy, to chyba nie-Polacy zakładali, bo wiadomo, że jak Polak zrobi, to na mur beton dobrze. I w murze betonie siedzi bezpiecznie takie łącze. Ale rozumie się, Belgowie muszą swoich chronić, to i Polaków nie zatrudniają, tym bardziej, że to było pewnie jeszcze w XX wieku i wtedy nie było oficjalnych stałek. W każdym razie komuny nie mogą sobie przesłać danych, czy ktoś już jest w małżeństwie, czy nie, czy jest skazany, czy jeszcze nie, czy płaci alimenty uczciwie itp. I wreszcie - czy nie chodzi aby o mariaż nie z miłości, tylko dla pieniędzy. Albo papieru, w rodzaju paszport. Albo fikcji, czyli obywatelstwa. Unii, Belgii, a czasami po prostu Sanżila.
Jak w dawnych czasach czyli, z książek historycznych trochę, kiedy też brać ślub to nie było takie hop siup, tylko zawsze z jakimś zamysłem. Piękne swoją drogą, że tradycja tak nie ginie.
Naiwni urzędnicy nabierają na tych niewydarzonych żonkosi w ten to sposób, że jak im odmówią w jednej komunie, to do drugiej jeszcze nie zdążą przepłynąć dane, i tam można na szybciora się związać. A potem trzeba to rozwiązać, pobrani umywają ręce i wot zagwozdka dla urzędnika. Wtedy jest białe - niby zawarte, dwie osoby na kobiercu chcą, ale nie mogą w świetle prawa, mówiąc językiem Romana.
Ale to i tak jeszcze nic, bo najgorzej mają ci od mariażu na szaro. To już w ogóle problem na całego dla wszystkich. Narzeczonych, urzędników, krajów, z których pochodzą wżeniani w Belgię. Nie wiem, jak to się dzieje, że osoby naiwne się nabierają na tych niewydarzonych żonkosi. Przecież każdy ma oczy i nosa, a jak one zawiodą - to miej serce i patrzaj w serce. I nic to nie daje, bo tylu zrobionych na szaro na prawo i lewo. Cierpią znów urzędnicy, co im dane nie wpłynęły na czas z zagranicy, z Unii albo z komuny. Uff, jak się ma tyle do rozwiązywania, to naprawdę nie ma się ochoty potem komuś umilać życia i celebrować ślubów na ratuszu w niedzielę.
No proszę, a ja myślałam, że białe, to nieskonsumowane, a tu taka niespodziana! cieszy się jak dziecko Ana. Nowe czasy, nowe znaczenia, mówię z wyższością, także dlatego, bo nie wiem co nieskonsumowane do czego. Lub z czego. Jedno pewne - Belgia wydaje wojnę małżeństwom szarym i białym oraz łączącym te oba kolory. Będzie jak dawniej, normalnie, że nie opuszczę cię aż do śmierci.
Subscribe to:
Posts (Atom)