Tuesday, 7 January 2014

(105) siatka

To były czasy! Przed komputerem jeszcze, to pewne. Bo jakby były komputery, to po co by na dwór wychodzić? Strata czasu. Czysta do tego, choć się brudnym wracało. Z siaty na przykład, choć z siatą też, ale to głównie dorośli, a tak w ogóle dorosłe, bo przecież są zajęcia damskie i męskie, a bieganie z siatą na zakupy na pewno nie jest męskie. Za zakupami też nie. Tak napisałam w pierwszej wersji, którą dzięki komputerowi mogę bezboleśnie zmienić na czysto na nową wersję, poprawniejszą gramatycznie, politycznie i społecznie w naszym domu. Dżender rządzi czyli. I już wiecie, gdzie byłam ostatnio i gdzie się osłuchałam z opinią publiczną. Drugiej takiej debatodyskusji nie ma w całym kosmosie chyba. Bliżej jest. Podpowiadam - w Europie. Unii. Wystarczy do Polski pojechać na święta i wiadomo od razu, gdzie przebiega linia podziału płci. To teraz w Polsce bardzo ważne, by się seks i dżender nie pomylił. Kraj się modernizuje widać.
Aha, szydzi sobie noworocznie Ana Martin, faktycznie Ksenia, się modernizuje - do tytułu niestety. Jak zwykle po swojemu. W jednym masz racje, to dyskusja iście kosmiczna, choć nie ma o czym dyskutować. Dno dna, a na nim prawa kobiety, w nim właściwie. Wgniecione weń, w to dno czyli, butem. Męskim. Piłkarskim. Prosto z orlika. Zajęli by się lepiej bieganiną, prawnicy od siedmiu boleści, prycha Ana. A tak patrz. Orliki pobudowali sobie, by w piłkę kopać, stadiony oczywiście też, no i na inne sporty nie starczyło. Na siatkę na przykład, siatę, jak twierdzisz. Kobiecą.
Stało się coś? Może nie jakieś wielkie coś, mówi Ana, ale takie małe. Znak. Sympatyczny nawet, że sport kobiecy upada. Czyli o co chodzi? Symptomatyczny napisz Ksenia, to będzie ździebko jaśniej. Niewiele, a nie ździebko, mruczę, ale piszę posłusznie. Bo widzisz, Polki przegrały w siatkosiatę. Ojej, jaka szkoda, martwię się onlajn i w realu twarzą i miną, a z kim? Z nami. Mhm, nie rozumiem; Polki przegrały z Polkami? Nasze kontra swoje? Tak krwiożerco, bratobójczo i siostrobójczo zarazem? Nieprzyjemnie faktycznie i mało symtomatycznie. Symptomatycznie, małe p, a cieszy.
Nie, z nowymi naszymi, z Belgijkami, Polki przegrały. Szkoda i tak, bo w takich chwilach nie wiadomo, komu kibicować, to fakt, biało-czerwone serce, choć teraz ubrane w trzy pionowe pasy, budzi się jednak i wypycha naprzód. Piersi do przodu! Jakby to było pięknie, rozmarza się Ana, jakby obie drużyny wygrały! No ale nie da się tak. Nowe nasze, co to chyba głównie nie są z Sanżila, bo nazwiska mają prawdziwie zachodnie, bliższe sercem i pisownią temu drugiemu dialektowi, same wan van wan, wygrały. I w polskiej gazecie napisali, że to dlatego, że się dobrze znają. Zgrane są. Ćwiczą razem, bo są na to pieniądze. Jakoś ministerstwu w Belgii dżender aż tak nie przeszkadza. I są efekty, bo Belgijki jadą na mistrzostwa świata, a Polki nie. 
W tzw. kraju u nas będzie można za to ponarzekać i znów dofinansowac jakiś stadion do piłki nożnej. Na którym się nie kopie w piłkę nożną, bo piłkarze jeszcze mniej zgrani niż siatkarki, ale to już chyba nie z braku pieniędzy, bo to bogacze jacyś, tylko zdolności. W końcu politycy w nich wierzą. Wiara cudów nie czyni jednakże w tym przypadku, co tylko potwierdza regułę jako wyjątek. Ksenia, może więc stadion u was w Łapach? Bo w Polsce A już postawili i tylko straty przynoszą, to może i by u Was się udało osiągnąć kolejny sportowy sukces. No a co do kibicowania - to już w koszulkach w pionowe pasy lepiej na tym wyjdziemy.

Friday, 13 December 2013

(104) placek

Na Sanżilu pogoda prawdziwie alpejska, twierdzi Ana Martin; górska, w słownictwie ogólnoeuropejskim, bo chodzi jej o błękit nieba, lazurowy azur właściwie, słońce, mrozik. Czysta przyjemność! I to wszystko na wysokości stu metrów, bo tyle ma w najwyższym swoim szczycie altityd100, zwana tu są. Nisko, ale zawsze to góra lub górka. Nie leży co prawda już na Sanżilu, tylko w Foreście, ale zakładam, że z wierzchołka widać i nas. A z wieży kościoła, co tam króluje na środku - to już pewniak, że nawet Anderlecht się dojrzy, z fabryką audików na pierwszym planie, ale nie tych prawdziwych, tylko takich małych wymysłów.
Chodzimy więc w tej aurze, jak mawia się u nas wte i wewte w dół i pod górę Alsembergiem, bom nadal wózkowa, a Iwonek - wwózkowy. Wdychamy trochę spalin, a trochę alpejskiego powietrza, co wpadnie akurat do płuc. Trzeba chodzić. Wczoraj się nawet tak rozpędziliśmy, że zeszliśmy pierwszy raz od dawna na parwisa. Z Alberta samego na dół żeśmy normalnie się doturlali. 
Ana nie była by sobą, gdyby nie poczyniła kilku interesujących obserwacji. Tak na boku i niezobowiązujacych zupełnie. Milej się szło, jak tak we dwoje szczebiotali niby do siebie, Iwonek w wózku, ona w kapturze. Najpierw przeszliśmy przez strefę biało-belgijską - to koło baru; potem przez polską - to w połowie, koło Marzeny, Adriana i nowej Agnes, co przejęła lokal po obcych z Portugalii i nic nie zmieniła, nawet w tiwi programu nie przestawiła z meczu ich tam na nasze; Ksenia, nie przestawiła, bo nie ma na co przestawić, Roman ma rację, coś cienko z polską piłką. Potem Brazylia, to już inny kontynent i potęga w piłce notabene mówiąc; wreszcie zaczęło się na dobre robić egzotycznie, ale za to sanżilowsko, chwialami już nawet myślę, że to jest ta moja swojskość teraz: czyli chuściarsko - afrykańsko - dzieciato. 
Na parwisie na małej marży - niespodziana! Nowe wozy. Ani chybi na nowy rok, idzie nowe, nie ma dwóch zdań, będzie zmiana, tylko jaka? W jednym jakiś wenexjanin, przez x, owszem, w drugim wręcz przeciwnie - bretańczyk. Nie ma napisane po polsku, ale Ana tłumaczyła na gorąco, choć zima alpejska. Obaj biali, ale niepodobni. Z innych regionów widać. Jeden z pulpecikami, drugi z naleśnikami. Który z czym - hmm. W każdym razie ze światowej, lecz uprzejmej konserwacji Any w obcych językach wynika, że jeden działa na zasadzie zrób to sam, u drugiego gotuje mama. Mamma, jak mówił, a za nim Iwonek, bardzo lubiący wdzięczne dźwięki. Nie pamiętam, kto u kogo, jedno spamiętałam - że obaj pytali Any o jakiś placek. To było jedyne polskie słowo oprócz ma(m)my.
Ana, to ty na znawczynię tematu wyrosłaś, cha cha, podchwytuje Roman. No, może wyrosłaś to za dużo powiedziane...O jakim placku mowa? Nie o placku, skąd wam się wziął placek jakiś, to nie u mnie w końcu, macie swoje cha cha; Ksenia, to było chyba plaser. Włoch to był, to może i placer mówił. Placeur napisz. O-o, mówią zgodnie Roman z Iwonkiem, bo to nowe słowo w naszym domu, Ana, ma(m)ma, co to? Ha, to nawet słowo tygodnia powoli, placeur, że powtórzę, to bowiem władca targów. I jarmarków świątecznych. 
Placeur od placu, który to plac lokalnie oznacza także miejsce. I to on to miejsca przydziela. Losuje, daje i odbiera. Pan placu. Jakby był kobietą, to bym go sobie nazwała miejscówką po polsku, tak nazwijmy go miejscownikiem. Albo zgrabniej: miejszczuchem. Ana mi wszystko wyjaśniła. 
Każdy plac ma swojego miejszczucha i z miny nowych sprzedawców na parwisie zrozumiałam wnet w lot, że lepiej go znać. Bez niego nic nie idzie, sprzedaż głównie, bo nie można jej prowadzić, chyba że na nielegalu lub ilegalu, ale to podobno już zupełnie oznacza koniec widoków na stałkę. Ana mówi, że jak miejszczuch łaskawy, a wóz karnie podjeżdża co tydzień, po jakimś czasie miejszczuch może się nawet ugiąć i przyznać wozowi i zawartości abonament. Tak jak pjadiny już mają, i taj, i koza afrykańska. Nowi jeszcze nie, dlatego pytali Any, a ona masz babo placek, co tu może? 

Wednesday, 11 December 2013

(103) zmienna niezmienna

Koniec roku, wszystko się podlicza i zlicza, na Sanżilu też. Ale drożej wychodzi, niż u nas, nawet bez przeliczenia na nasze. Złote lub peelen, to podobno to samo. Tu królują euro ojro, ale ostatnio to są sumy, że ho ho, idą w grubie tysiące, miliony i jeszcze powyżej skali.
Przykładowo tacy wielcy szefowie. Tak się ich zwie, nie z powodu wzrostu, ale portfela. Grubego, nie wysokiego, no ale wszerz to też w końcu jakaś miara, nie będe tu nikogo dyskryminować ze względu na rozmiar, jakikolwiek by nie był lub był. Rozmair i on lub ona. Zresztą pieniądze gotówkowe trzyma się teraz na kontach, nie to co kiedyś, w zamrażalniku chwilowo. Taką historię słyszała kiedyś Ana Martin w poczekalni u lekarza, tak jej pan umilał czas opowieściami ze sfer rekinów finansowych. W zamrażarce to było Ana, czy w lodówce? W zamrażarce, potwierdza Ana,a na moje pytanie, dlaczego akurat tam, pan powiedział: no a gdzie miałem schować?
Co prawda, to prawda. Zamrożone pieniądze to chyba nawet to samo co zamrożone fundusze, coś mi świta, że to jakieś syniny. Synonimy Ksenia! poucza Ana, ale to nie całkiem to. A pensje? Hmm, też nie, ale ewentualnie w jakimś kątekście, kontekście napisz mi tylko, ale o co chodzi? No, o tych zamrożonych tysiącach chciałam napisać. Tzn. zamrożonych fikcyjnie, bo przecież pieniędze z budżetu są jeszcze mniej widoczne, niż pieniądze na koncie. A kto je zamroził? Rząd, ale nie ten nasz na Sanżilu, tylko ogólny belgijski. Komu? Rekinom finansowym chyba, tak, Roman?
Ano, piszą coś tu o tym, wytyka nos z fotela Roman. Zza właściwie, bo Iwonek trzyma gazetę, jak to ostatnio, a Roman czyta. Może, bo na pierwszej stronie o tym piszą, znaczy: ważne. Ale sumy, o! O-o, podchwytuje Iwonek, i ma rację, dwa o potrzebne, takie to niewyobrażalne pieniądze. A mianowicie 290 tysięcy. Tyle rząd chce dać najwięcej szefom wielkich firm, jak belgakom czy bepost, telefonistom i listonoszom czyli. Miesięcznie co prawda nie, rocznie, ale zawsze nieźle, co? Jakby było mało, to nie wszystko, bo na to nakłada się, mówiąc po gospodarczemu, zmienna. Czyli wariabla., rodzaj paraboli. W wysokości zmiennej do 30 tysięcy, też ojro. Zmiennej w zależności od czego? Od wyników tak zwanych. A kto to sprawdza? Rynek. Weryfikuje, nie sprawdza. Tak się pisze, jak nie wiadomo, o co chodzi.
No właśnie, zmienna, jaka zmienna, dobrze Ksenia myślisz, to znaczy, że zmienna jest niezmienna, bo kto by chciał dostać mniej, jak może więcej? A tym, co dają, też nie zależy, by dać mniej, i tak się to toczy. Poczekaj Ana, wcale nie tylko tak, bo to nie wszystko, czyta dalej Roman. Bo oto wielcy magnaci i inni oligarsi, oligarchowie poprawnie, się zezłościli i zgodnie powiedzieli, że za tyle to oni pracować nie będą. Znaczy się, za mało, czy za dużo, bo już straciłam orientację? Oczywiście, że za mało Ksenia, gdzie ty żyjesz, co to, akcja charytatywna z okazji świąt? Więcej chcą. I całkiem nieźle więcej, bo od 900 tysięcy - co skromniejsi - do miliona sto, ci nieco bardziej chciwi. Plus nakładająca się na to zmienna niezmienna, ale to już chyba naprawdę nieważne, ile, w końcu.
Ale po co im tyle pieniędzy, pytam? Ach, bo to są tacy ludzie, co uważają, że mają wysoki profil. Hmm, nos długi? Nie, profil zawodowy. Kolejne słowa, by powiedzieć nic, a raczej : nic nie powiedzieć. Wszystko można pod to podpiąć, a głównie duże pieniądze. Miliony, miliardy, coraz więcej i więcej.
Problem powstał w Belgii, podsumowuje Ana. W Polsce jest już od dawna, ale tam to w ogóle wolna amerykanka, nierówności jak w Ameryce czyli. Ale tu niby demokracja, i co powiedzieć teraz narodowi w kryzysie? Że są tacy, co nie chcą się dać zatrudnić łaskawie za 290 tysięcy, a i na milion kręcą nosem? I to wszystko w imieniu ludu, bo to spółki państwowe. Ha, to ci zagwostka w roku wyborów. Oby do maja.

Tuesday, 10 December 2013

(102) dyskrecja

Roman uprzedził mnie, że Ana Martin krzywi się od rana. Wszystko przez dyskrecję. Nie lubi jej ani co rusz, nie mam pojęcia, co tu jest do lubienia co prawda, ale ta nasza Ana, nigdy z nią nie wiadomo, co będzie. Oj, ale wy jesteście, oprotestowuje nasz bunt i zimową rewolucję domową Ana, wszystko przeciwko mnie; chodzi mi o to, jak ktoś mówi o kimś albo o czymś, że jest dyskretne. I nie dyskretne nawet, ale diskret. Bo po polsku to mi wcale, ale to wcale nie przeszkadza, jak ktoś jest dyskretny. Nie to, bym sama była taka przesadnie; o proszę, Ana składa samokrytykę, co ja pierwsze słyszę. Ha, zdarza się nawet najlepszym, docina Roman, kto jak kto, ale ty Ana słyniesz z dyskrecji, tej polskiej, to fakt...
Ani z polskiej, ani z belgijskiej nie słynę, to znaczy francuskiej, po francusku właściwie, bo mi się źle kojrzy z przebiegłością, knuciem czegoś na boku albo w zanadrzu ducha, brrr. Bo też zawsze, jak słyszałam, że ktoś jest diskret, to znaczyło, że sam siedzi i coś tam kombinuje. I nagle było! Na jego lub jej wychodziło. Załatwione szast prast tak właśnie dyskretnie, bez rozgłosu, za plecami, a proszę, dziwnym trafem zawsze z korzyścią dla diskret. To i nie lubię. I rację mam, bo patrzcie oto, co wyszło z tej belgijskiej dyskrecji na planie międzynarodowym. Chyłkiem osiągnęli, co chcieli. Dla nas, samych swoich, tylko kłopot, istny galimatias taki i wichry historii.
Zaczęło się jednak zupełnie od czegoś innego, a mianowicie od sektora rzeźni. I to nawet nie u nas na Sanżilu, bo tu mięso halal i zwykłe tylko sprzedają, natomiast na Anderlechcie, nieco za nami, tam te biedne zwierzaki tłuką w abatłarach. Kiedyś znaczy się, póki ich emigranci nie wykończyli. Ekonomicznie i gospodarczo. Bo oto okazuje się, że na Anderlechcie to się normalnie już nawet nie opłaca zabijać. Bo za drogo wychodzi, gdyż taniej jest w Niemczech. Nie no naprawdę, czy ja dobrze słyszę? Ale też nie dlatego, że Niemcy tak tanio biją, choć pewnie by potrafili. O nie - w Unii nawet w Niemczech bezkarnie mogą zabijać obcokrajowcy, w tym Polacy. Jak biją taniej, to Niemiec sprzedaje taniej do Belgii, gdzie wszak mieści się Anderlecht. No i wychodzi na to, że w abatłarze nagle się nie zabija. Tak dłużej być nie mogło. 
Belgia wzięła się więc do dyskretnej roboty i dyskretnie porozumiała się z innymi krajami, gdzie nagle też zrobiło się za drogo. Nie tylko przez krowy i świnie, ale także przez ciężarówki oraz hydraulika, ale nie byle jakiego, tylko słynnego hydraulika z Polski. Tego z plakatów sprzed lat, pamiętasz Roman? Taki blondyn, model tak naprawdę. No, coś tam było, skrobie się w głowę, bo przecież nie we włosy Roman, no i co z nim? To, że z kolei we Francji za drogo im wychodzi, jak Polak grzebie w rurze. Albo Rumun, albo Bułgar nie daj Boże, tu jeszcze dochodzi problem wiary. Oczywiście jakby za darmo grzebał, to by było lepiej, ale oni chcą ubezpieczeń i socjalu! To się w zachodzniej głowie nie mieści. 
Hiszpan z kolei, też katolik, nie lubi za to, jak mu nasi prowadzą kabotaż. Co to, pytam? Też nie wiedziałam do wczoraj, przyznaje się Ana. Transport, bardziej po ludzku tłumacząc. Znów Polak za tani wychodzi, nic to, że zmordowany po takiej trasie z Przemyśla musi być, że hej. Ważne, że nie swój. Nie będę już nawet mówiła o budowlańcach, bo to jeden wielki problem. No i konieczne było dyskretne rozwiązanie. Wybory idą w końcu.
I co, dopytuję? Koniec, bratku. I siostro. Nie będzie już wolnego przepływu. Gdzie? Na granicach. A był, pytam? Pracowników, chodzi mi. To taka metafora. Prawna. Że niby jest równość i można se pracować, gdzie się chce, bo wszyscy tylko na nas czekają. A nie? Nie. Dyskretnie to sobie na nowo spisali i rozwiązali. Idzie nowe, Ksenia, że zdradzę ci sekret. A to ci sakre sekre, niech ich, dodaje po namyśle, a ja wolno przepływam przez granicę pokoju po słownik.

Monday, 9 December 2013

(101) polka kulturalna

Doszło do mnie, że taka jedna, co się samowolnie i samodzielnie obowołała kulturalną, Polką do tego, dzięki temu chodzeniu po teatrach wypatrzyła coś niezwykłego. Spektakl czyli, jak to zwykle w teatrze bywa. Po belgijsku, ale w tej łatwiejszej, mniej stresującej dla użytkownika wersji, zbliżonej do francuskiego. A w tym spektaklu - kogoś. I to całkiem całkiem.
Ten ktoś nie wygląda zbyt lokalnie, czarny i przystojny, włos kręcony, a o imieniu i nazwisku to się nawet nie będę wypowiadać, skąd pochodzą. Jedno od Dawida, a ten to już żadna tajemnica, gdzie się narodził. Drugie od Murdżi. Albo Murdżii. Choć brzmi, jak nie przymierzając z wchodzniej baśniztysiącaijednejnocy, tak to sobie wyobrażam bynajmniej, sprawdziłam na wszelki wypadek, by nauka nie poszła w las, i okazało się, że to takie miasto w Hiszpanii, pisze się nieco inaczej, ale wymawia tak właśnie. Miasto ładne, ale biedne pewnie ostatnio, kryzys, to i aktor znalazł się tu. Na emigracji, jak my wszyscy, bo nie tylko sztuką i powietrzem człowiek żyje, ale wodą i chlebem też, a że czasami to cięzko zarobiony chleb, to już inna bajka.
Aktor zlądował więc tu, pewnie tanim lotem na Szarlerła, bo jak kryzys, to kryzys, i dobrze trafił, bo na swoje pięć minut. E tam, Ksenia, on się tu urodził, to Belg jest z krwi i kości, co z tego, jeśli z imienia i nazwiska nie? Iwonek też będzie kiedyś Belgiem, a ma imię przez w, czyli teoretycznie nie mieści się tu nawet w alfabecie. A z pochodzenia - pół Włoch, pół Hiszpan. Brzmi jak rasowy koń, wtrąca się Roman, bo chyba widzi, że Anie ten emigrant się całkiem spodobał. Na deskach stał. Teatralnych. Bo Martinowie poczytali wczoraj, co pisze ta samozwańcza Polka kulturalna i poszli na spektakl. Ana chyżo i rączo, bo Dawid przystojniak, dla Romana chyba nie odgrywało to aż takiej roli. Ja nie, bawiłam urodzonego na miejscu emigrantka Iwonka. 
Najpierw myślałam, że Martinowie idą na przedstawienie dla dzieci, bo poszli na trzecią, Po południu oczywiście, czyli piętnastą, trzecia w nocy to by już naprawdę było za dużo! Okazuje się, że tu organizują tego typu rozrywki. I dobrze, matki, ojcowie i tego typu członkowie społeczeństwa mają okazję poobcować ze sztuką. Sam na sam to już nie, nie mozna mieć wszystkiego, ale nawet w zachuchanej sali to już pewna odmiana. Od zimna za oknem. I to jaka, żebyś wiedziała Ksenia! Zresztą sama pójdź, możesz wieczorem, po służbie, śmieje się Roman. O tym zresztą jest ta sztuka. O stosunkach międzyludzkich. 
No nie, to to ja mam akurat na co dzień, protestuję, trochę na wyrost, ale boję się tego teatru. Bo co będzie, jak wsiąknę na dobre, i potem będę jak druga Ana Martin, co rozpacza, jak coś jej umyka? Może przesadzam, ale żałować -  żałuje. Ksenia, idź, na wszytko jest czas. Warto. A jaki tytuł? Poczekaj, to monolog, zaczyna jak zwykle od początku Roman. A, o takiej sztuce już kiedyś słyszałam, o monologu, w Polsce nawet grali. Monolog, bo jedna osoba mówi, śmieje się Ana, a tytuł inny. Przemowa do ludu. Hmm, w tłumaczeniu chyba, pytam? No tak. W oryginale, który nie jest oryginalny, bo oryginał przez y wciąż jest z Włoch, jak połowa tego Murdżii, to diskuralanasją. Słów cztery, ale co za różnica, tak krócej. 
Dyskurs do nacji, skraca do trzech Roman. Tak, czyli przemowa do ludu właśnie, musi wyjść na Anine. Jakiego narodu, pytam, bo po co chodzić, jak nie do mojego, strata czasu. Byle jakiego. Wszelkiego. Wszystkich nas. A zaczyna się od deszczu. Potem jest o politykach. Potem dzwoni telefon. potem jest wstawka gitarowa. Kultura na całego, gratis dodam. A potem - kij i marchewka.
Czy ma to sens, pytam? Ma ma, i to jaki. Ale o co chodzi właściwie, bo z tego, co Roman opowiedział, niewiele wynika. Otóż chodzi o to, że świat się nie zmienia, zmienia się tylko miejsce, w jakim stoisz. O rany. Ale to brzmi. Nieteatralnie. No ale co robić, każdy kij ma dwa końce...

Friday, 6 December 2013

(100) chatynka

Przezorny zawsze zabezpieczony, a niepozorny też! I to na bogato! Takie skojarzenie ciśnie mi się na usta po wizycie na jarmarku. Świątecznym, miejscowym, w centrum samiuteńkim Brukseli tysiąc, bo święta idą nie tylko w Polsce, o czym obficie informuje tiwi i inne wpływowe media, ale także poza, w całej Europie, świecie i dalej. Forest i Ukle już przyozdobione, świeci się równo na ulicach, kto i co żyw, Sanżil jak zwykle w tyle, ale da radę. Musi, bo jakby nie?
Święty, świąty czas kupowania, czy piątek, czy świątek, nie ma zmiłuj się i wydać trzeba, co nasze. Ile - to już obliczą eksperci z agencji rejtanowej pewnie, między jednym pogrążeniem kraju w kryzysie a drugim. Ot, takie ćwiczenie między jednym kęsem kanapki a drugim, co kęs, to kraj upada; wyobrażam sobie, że to pogrążanie gospodarek jednak zabiera dużo cennego czasu, który można by poświęcić rodzinie lub na kupowanie chociażby. Za pensje i premiery. Premie, Ksenia, poprawia Ana. Niewiele to zmienia, i tak to nie ma nawet jak wydać ciężko zarobionych pieniędzy.
Pierwsze obliczenia już są. W gazetach. Prezent na dziś, na Mikołajki, kosztował więc głównie poniżej 50 ojro. ale są i tacy, co wydali ponad 100. Sto w rozpisce. 100 to mój nr bez kropki na końcu koniecznie na dziś zresztą, że też tak daleko zaszłam, ale zdecydowanie nie numer na prezent, bo nic nie dostałam. I dobrze, i tak by to nie było od Mikołaja, tylko od Any Martin, M jak Mikołaj też, ale Ana to inny kaliber zdecydowanie i tylko Iwonka obdarowała. Całusem. 
Jakby tak wszyscy dawali tylko buzi, to kto by coś ze świąt miał? Ciężko się więc dziwić, że ci, którzy na takich świętach mogliby zarobić, boją się zawczasu, no i zabezpieczają się przezornie. I ubezpieczają pewnie też, dlatego powstają koszty. Nawet, jeśli są zupełnie niepozorni, jak te chatynki pod Bursą. Idę se tam wczoraj, bo miałam fajrant wieczorem, patrzę, a tu się świeci. Norma, w końcu mamy tu też stolicę w tej Brukseli, co? Musi być widoczna. Patrzę, co to, a to chatynki. Niektóre tylko świecą, inne dodatkowo płoną. Od palenisk. Jarmarkowych. Tu ruszt, tu kocioł, tu patelnia, tu frytura, tu naleśnik. Jak to na Sanżilu, mimo że to Bruksela tysiąc.
Idę i patrzę, a tu znajome Any i Romana też w międzyczasie, choć to głównie Ana włazi ludziom na głowę i zapoznaje, kogo wlezie. Na głowę w przenośni. Nasze Włoszki z busika od piadin. Normalnie sobie stoją i sprzedają te piadiny, jakby nigdy nic, a przecież noc głęboka, przedświąteczna, ale przynajmniej nie cicha. Podchodzę więc, a one już zadowolone krzyczą ciał ciał czał czał! I wciskają do ręki jadło, na migi nieco migając, bo wiedzą, że u nas jest tak, że na targu konserwuje Ana, ewentualnie Iwonek, a ja zgodnie milczę. Ale dobrze na tym wychodzę, bo patrzcie, poznają mnie nawet ci zagraniczni. I chcą rozmawiać. 
Nawijają więc te Włoszki w tej swojej konserwacji, ile wlezie, a ja stoję i jem. Trochę kiwam albo kręcę głową dla podtrzymania rozmowy, no i tak mimo woli coś mi wpada. A mianowicie, że ta chatynka, w której teraz się mieszczą, to wynajęta na miesiąc. 12 godzin dziennie za ladą. Nieźle. A wszystko z tych przezornych ubezpieczeń dla niepozornych. Bo też ta chatynka to takie byle co pożal się Boże na święta, naprędce zbite deski, cud jakiś wielkanocny, że wczoraj jej nie porwało, jak wiało na całego w skali Richtera. Mały może jednak więcej, a mianowicie kosztować. Nie przejdzie mi przez gardło, a z gardła do palców, ile, ale dużo! W tysiącach się to już liczy. Tyle to zrozumiem nawet ja, jak na palcach pokażą, po włosku to tak, jak po naszemu. Dobrzze, że palców u rąk nie zabrakło i butów nie trzeba było zdejmować! Tak to się pięknie właściciel zabezpieczył przed stratą, byle wycisnąć ze świąt, co się da. Widać mu ci z agencji, co sami nie wydają, bo czasu nie mają, doradzili. Tak jak rządom, z tym że one to potężne, a on niepozorny. Lecz przezorny. 
Więc siedzą ludzie po chatynkach i gotują, by trochę te tysiaki odrobić. Jest klyjent, dobrze idzie chyba. No i wesoło, jak to na wsi, którą Bursa obecnie udaje. Tu ktoś napadnie i wyrwie torebkę, tu ktoś kogoś obrazi, szturchnie - jak to w mieście. Tematów do konserwacji nie zabraknie do Nowego Roku, kiedy to jarmark świąteczny zamieni się w noworoczny.

Thursday, 5 December 2013

(99) piza

Pisa. Piza. Pica i picca. Pizza, spisane z pudełka. Z jakim językiem to się może kojarzyć? I krajem? Włochy przecież, to stamtąd pochodzi pizza. Z Pizy znaczy się, tak się wymawia po włosku też, ale pisze już po swojemu, ich swojemu, czyli przez s, by było trudniej spamiętać. Trudno.
Dotąd myślałam, że to tylko miasto, we Włoszech, niedaleko Rzymu, czyli i Watykanu. Wiem, bo przejeżdżałam. Lata temu. W drodze do świętego Piotra. Piszę o tym dopiero teraz, bo koleżankom opowiedziałam, że na piechotę doszłam, a nieprawda. Może zapomniały, ząb czasu wszystko zatarł. Że skłamałam czyli. Nieładnie, ale się nie odstanie. Grzechy młodości się to nazywa literacko.
Pisa pizą i pizzą, ale teraz słynie z czego innego. Z badań mianowicie. Przeprowadzanych na uczniach w całej Europie, Unii i poza nią, w świecie można by więc powiedzieć. Nie wiem, jak to się odbywa, do szkół idą i przepytują pod pseudonimem czy jak? Czy też anonimowo? Tych uczniów znaczy się. Czy to się odbywa pod przymusem, czy z własnej woli? Ciekawam tego wszystkiego, bo badania pisy są słynne. Wszyscy o nich mówią i piszą, a głównie gazety. Można się było tego zresztą spodziewać, bo przecież z taką nazwą, gdzie wystarczyło dodać z do s, żeby wyszło pisać, piszać w niektórych osobach, naprawdę nie trzeba było wyobraźni, by wyszło szydło z worka; w dawnych czasach byłoby to pióro z worka, ale dziś? Komputer z worka? Z etuji prędzej, ale czy to jeszcze się nadaje na przysłowie? Chyba nie, brzmieniowo przynajmniej.
We wszechświecie zapanowało w każdym razie wczoraj niezłe poruszenie, wzrósł ruch na łączach internetowych i podwodnych, bo oto okazało się, że najmocniejsi w gębie nie są wcale najmocniejsi w pisie, że ostatni już są pierwszymi, a gdzie ci pierwsi? No właśnie. Pierwsi w pisie, czyli nauce, są daleko stąd. Nie napiszę, że siedzą właśnie w ławce w Makale czy innym Szang coś tam, bo pewnie śpią. Tam jest inny czas. Czas nauki. 
Ksenia, można by w sumie napisać, że oni siedzą właśnie i zakuwają, te biedne dzieci, najlepsze w pisie, jak pisiesz, zakuwają całymi dniami i nocami, mądrzy się Ana. Może nie wszyscy, ale presja jest. Społeczna i rodzicielska. Straszne! No ale Ana, co myślisz o tym, że Polska poszybowała w górę w rankingach i sondażach, pyta Roman? Masz swoje zdanie pewnie? Pewnie, że mam, chodzi o to, że w Polsce uczy się teraz głównie do testów, więc w końcu są efekty, na to Ana. Ale dobre i to, w morzu narzekań to dobra wiadomość. Cieszę się! Fajnie!
Co natomiast mają zrobić rodzice belgijscy, którzy nie mówią po polsku wcale a wcale, pytam? Ano, tu jest ciekawie, analizuje głosowo Roman. Patrzcie, jak się mówi po niderlandzko-flamandzku, to jest się w średniej nawet powyżej Polski, czyli zaraz za Azją. Jak się umie po niemiecku, to jest szansa na szkołę też nie najgorszą. Ale walonki, moje kochane słodkie małe walonki z placu zabaw na Sanżilu, zaczynam ubolewać, bo już widzę, że nie za dobrze, No cóż, wieści z pisy płyną dla nich nie za dobre. Poniżej średniej światowej. Pisowej. Ksenia, mów do dzieci po polsku, może się jeszcze nauczą i dojdzie do historycznej emigracji w drugą stronę, śmieje się Ana. Z ziemi belgisjkiej do Polski.
Bo fakt, dziwnie to brzmi, by takie Łapy były przed Sanżilem, nie mówiąc o całej Brukseli. Cud jakiś. Święta się zbliżają, cuda cuda ogłaszają, ale to już by była chyba lekka przesada. Nawet, jakby w Watykanie zapomniano o moim kłamstwie z pierwszego wiersza. Wczytam się w tę pisę dokładniej. Jakiś tu musi być trik pisowy, że tak im wychodzi. O, PiS-owy? Co ja słyszę? Piszę, przepraszam? Spisek jakiś niechybnie! Jest odpowiedź. Żaden popis, spisek zwykły. Jak zawsze.