Sunday, 19 January 2014

(111) prenom

Uwaga, literuję, bez akcentów: Asia, Blanche-Fleur, Boateng, Chanel, Cezanne, Grace Kelly, Gifty, Inca, Sourire d'Ange, Sky Angel. To z tych najdziwniejszych w skali Belgii, choć i w Polsce też by wydawały się jakieś takie nieswoje, nazwijmy po ludzku: niechrześcijańskie.
Lea, Lucie, Emma, Zoe, Loise - to z tych najpopularniejszych w Walonkach. Poszło łatwiej, bo i krótsze i bardziej ludzkie.
Aya, Yasmine, Lina, Sara, Sarah - te królują u nas na Sanżilu, choć chyba jeszcze bardziej na Sanżosie i Anderlechcie, sądząc po nie całkiem chrześcijańskim pniu zawartym w tym słownictwie. Aj aj aj.
Emma, Marie, Elise, Julie, Louise - to już Flandria, piszę w wersji oficjalnej, bo Ana stoi i nadzoruje, by nie napisać po sanżilowsku.
Ha, i co to było? Otóż to - pojawiła się lista najpopularniejszych imion, po tutejszemu prenomów. Zachwyciła mnie, ale mucha nie siada co? Szczególnie jak się rzuci okiem na te najciekawsze. Dziewczęce już dałam radę spisać/sklikać. Pora na męski, to mi dopiero wyzwanie: 
Zidane, Ayrton, Bonheur, Courage, Ecclesiaste, Eden, Ronaldo, Joel-Lajoie, Thorgan Hazard  - nie wiem, czy wszystko to tylko imiona, czy też może jednak jakieś niki do komputera, bo brzmią nieprawdpodobnie. Ana Martin twierdzi, że w Polsce A by nie przeszły; na ile znam Łapy i tamtejszych obywateli, dziwiących się nawet niewinnej Julii, to w Polsce B też nie. A tu tak! I to jeszcze to są imiona, które wybrało więcej niż 1 para rodziców, bo tymi pojedynczo nadawanymi nikt by sobie głowy ani komputera nie zaprzątał.
Ana, a w Polsce jest ponad 20 Izaur, wyobraź sobie, więc wszędzie dochodzi do absurdów, przypomina Roman. No tak, ale to było dawniej, podobno kiedyś leciał taki serial. Z męskich imion wybijał się tam tylko Leonjo, brzmi prawie że jak zwykły człowiek. Teraz co innego na fali. W Walonkach: Nathan, Hugo, Louis, Theo, Ethan. Powiem nieskromnie, że ładnie. Sama znam przedstawicieli niektórych prenomów, z tym że starszych, to nie wiem, czy ich ująć w tej kalsyfikacji końcowej, czy jednak zakwalifikować do innej grupy. Póki co, rzucam Brukselą - tu rządzi

Adam. Za nim Mohamed, spadł po trzech latach górowania czy ilu nie wiem. Potem dziwny Rayan, Gabriel, Anas - bardzo ładne to ostatnie, męska wersja Any. Cha cha, słyszysz Ana, to meska wersja Any, ale masz rację Ksenia, dobrze kojarzysz w sumie, co Ana? Ana jakaś niezbyt zadowolona, może przez to, że nie chce mieć wersji męskiej, jak to feministka; inny powód naprawdę mi nie przychodzi na myśl. 
Lecę dalej: we Flandrii rodzi się głównie mały Lucas, Liam, Louis, Wout, Mathis - chyba się nie obrażą, że tak ich ujęłam w liczbie pojedynczej, choć wielu ich, więc są liczbą mnogą. Uff, dobrze, że poszło gładkoi bez akcentów, czyli i bezbłędnie. 
Ciekawy ten Adam, zastanawia się na głos Ana. Chyba nie tylko dzięki Polakom, tym się tu nie wygrywa...pewnie przez Polaków i tym podobnych, co najeżdżają Sanżil i okolice. Ale przecież to imię nie tylko hebrajskie, mądrzy się Roman. Jakie znów hebrajskie, oburzam się? Polskie przecież, jak wół stoi. Ilu to ja znam Adamów, to nawet nie zliczę. Adasiów jeszcze więcej, to niech mi nikt tu z jakimś hebrajskim, czyli wiadomo jakim tak w ogóle, nie wyskakuje.
Cieszę się, pasuje do Ayi, ignoruje moje uwagi Roman. Ai chyba, śmieje się Ana. Patrz Ksenia, odnieśliśmy wspólne zwycięstwo razem z Marokanami, jak to mówisz. Kto by pomyślał? No nie wiem, dobre może w tym to, że nasi górą, ale z reszty - z czego się tu cieszyć? Żeśmy nie tacy wyjątkowi? Przecież na nasyzm placu zabaw biega już w międzyczasie Archibald, Achilles i Maria Anżelina. Za nią Andżelina z Kirgizji chyba, to takie państwo, dopytałam Any. One to mogą się chwalić, że niecodzienne, a nie jakiś tam Adaś.
Naprawdę wyjątkowi to byśmy byli, jakby można nazwać maluchy jak w Ameryce: google, burger, hashtag. Z małej czy dużej, obojętne. A w Belgii dopuszczono ostatnio takie cuda jak w Marvelous, Rembrandt, Brooklyn, Catleya i Rihanna, dodaje Ana. Całkiem całkiem. Niektóre nawet mi coś przypominają.

Friday, 17 January 2014

(110) zuchy

Ciągłe zmiany klimakterium w nowym milenium, że też tak inteligentnie połączę dyskurs ekologiczny z historycznym oraz literackim, dają nam w kość, oj dają. Ile to się nasłuchałam w Łapach jeszcze, że kości łamie (coś), w kościach łamie (samo z siebie chyba), tu strzyka, tu kłuje, tu wilk, a tu korzonki. Wszystko z pogody.
Daje nam więc aurora do myślenia. Nawet Ana Martin się zgadza, bo czy to normalne, by w styczniu niemowlakowi ani razu nie włożyć rajtuzek? Roman się tylko cieszy zresztą, to piękny młyn na jego wodę, bo on nie lubi takich strojów dżender. Tolerancja tolerancją, ale jakieś granice w końcu trzeba sobie wyznaczać, inaczej by się człowiek łatwo zagubił w tej cywilizacji. Życia i śmierci, bo i tak może być, kilmat jest dziwny, jakiś taki milenijny doprawdy.
Tolerancja tolerancją, podpatruje Ana przez ramię, ale zdecydowane nie dla cywilizacji błędów i nonsensów. Co za aurora, co za klimakterium? Aurorę to ty może i ujrzysz w lutym, bo w styczniu na Sanżilu nie ma szans. A klimakterium jeszcze długo nie, chrząka Roman, trochę nawet zaczerwienia się przy tym, chyba z tego krztuszenia się. A aura to pogoda. A Aurora to imię. Albo jutrzenka. Msza taka? Skąd, dziewczyno. Wschód słońca prawie, no a teraz sama widzisz, że słońce wschodzi późno. Ale też wschodzi, wtrąca Roman, już bez kasłania. Nawet w obliczu zmian klimakteryjnych, dodaję mądrze. Klimatycznych, poprawia Ana i wraca do nowych, milenijnych zadań. Ładny ten nowy przysłówek, to i się nim dziś posługuję intensywnie. Dźwięczne i wieloznaczne. Aż dziw, że w związku z nowym rokiem prasa się tak rzadko tym słowem rozpisuje.
Bo milenium to tysiąc moja Kseniu, pretensjonalnie mówi Ana. Milenium nowe czy nie, ale fakt, naprawdę nie wiadomo, jak się ubierać, czy półnago, czy jednak pół ubrania, co na to samo wychodzi. Ach, przypomniało mi się, co widziałam, ma olśnienie Ana. Grupki facetów w majtkach. Gdzie? W metrze. W niedzielę chodzili. Hmm, ciekawe, akurat to był ten jeden jedyny zimowy dzień. Rodzynek albo rodzynka. Ciekawe, jakaś akcja? analizuje Roman, od razu widać chłonny, męski umysł. Ciekawski inaczej. Mam - już znalazł. Zdolniacha. Była akcja. Ogólnoświatowa, choć zapoczątkowana w Ameryce. By chodzić w slipach cały dzień. 
Ale w której Ameryce to wymyślili, dopytuje Ana, też ciekawa, od razu widać, że dżender ma coś na rzeczy, że to męskie hormony w tych ferministkach. Chyba Południowej? bo na Północy zima w tym roku okrutna, klimakterium totalne. Nie, Północnej, potwierdza Roman sam swoje słowa. Co za fantastyczny pomysł, raduje się Ana, ale chyba jakoś tak jej się to wydaje głupie. Roman, a po co w slipach? Dopytuję. To przecież nie od dziś wiaodomo, że stawy można sobie przeziębić. Jak Ana, o właśnie. I kolana też. Boli, a po co? A na co?
Nie wiadomo, rozkłada ręce Roman. W Brukseli naliczyli 400 uczestników. W środę pewnie by było więcej, wtrącam, było z 15 stopni. Źle datę wybrali. I to w Ameryce? Naprawdę cuda się dzieją w tym milenium
Zresztą gołe kolana to na Sanżilu żadna nowość. Owszem, grupa wiekowa się nie zgadza, bo w metrze to była grupa docelowa dorosłych. A ja, jak chodzę z wózkiem, to co rusz widzę dziecinnych harcerzy o lokalnej nazwie skauci. Zawsze w kótkich spodenkach i nigdy nie marzną. Dziewczynki skautko-harcerki tak samo. Zuchy urodzone! Zadowoleni z życia i ganiania. Zimny chów, co chcecie. Czasami aż strach patrzeć na te fioletowe nogi, ale dzieciarni to chyba o dziwo wcale nie przeszkadza. Ganiają szczęśliwi po śniegu nawet, sama widziałam, jak przysypało rok temu. Coś mi się wydaje, że Iwonka Martinowie też pewnie zapiszą, bo jak dalej tak bez rajtek pobiega, to nagość będzie dla niego naturalna. Jak i ten drugi dialekt lokalny, którym głównie się posługują w harcerstwie. Zdobędzie odznakę tłumacza i będzie skaucik jak się patrzy. W zdrowym ciele zdrowy zuch!

Wednesday, 15 January 2014

(109) czynnik

Doczekaliście się od wczoraj! Tytuł przekładowi nadałam mądry, ale chodzi o pozostające struktury stibu, zwanego też mobibem, jak dla mnie: moimbibem pisanym osobno lub razem. Wiecie, bilety takie. Okazuje się, że jeszcze niedawno było 19 kiosków, a teraz będzie 5 mniej. Kiosków i butików. Ostaną się zwykłe shopy, szopy, ale nawet jesli wam podpowiem, że po angielsku, z którego aktualnie nie tłumaczę, bo to leci z belgijskiego, podpowiem, a więc po angielsku znaczy to sklep, i tak to niewiele pomoże, bo chodzi po prostu o miejsce, gdzie można kupić bilet lub naładować kartę. 
Kiosków itd. ma być mniej, ale kłóci się to z następnym zdaniem, w kórym to pan ze stibu tłumaczy, ale w swojej własnej mowie, bo na polski to już ja jako Ana przekładam, a więc wyjaśnia, może tak zgrabniej, że to nieprawda, że może się wydawać, że mniej kiosków oznacza mniej, bo wręcz przeciwnie - więcej. Bliżej. Politik de proksimite, czyta mi Ana, bo jednak mi pomaga na głos, do tego rozwijana cały czas. Kolejnym jej punktem jest realizacja zakupów w automatach. Widać, że zamiary były większe, ale niestety potknęli się o roboty, których nie ma, no i w rezultacie w moimbibie nie udało się jeszcze wyeliminować czynnika ludzkiego z serwisu posprzedaży i rozwożenia, czyli aprewąt i deliwransu. Pan mówi to ze smutkiem  i nie dziwię mu się, bo w końcu już 21. wiek na całego, 22. blisko i coraz bliżej, a tu taki zastój. Zacofanie prawie! Na ludziach trzeba nadal polegać, zwykłym ludzie.
Zauważ Ksenia, mówi do mnie Ana, widać nie potrafi zrobić ze mnie Any, pewnie, bo wtedy by mówiła sama do siebie i chyba by zgłupiała, zauważ, że on tu o ludziach ani razu nie wspomina. jako takich wyrażonych słowem. Mówi tylko o czynniku ludzkim, a najczęściej o personnelu. Przez jedno n po polsku, popraw. Aha, no widzę. Że zbadali wszystko w transzach godzinowych, odcinkach takich. Kto zbadał? Ludzie ani chybi. Pracownicy pewnikiem. Wyszło im jednak z tego, że za mało. Wolum jest za słaby. Nic nie usprawiedliwia utrzymania tego stanu rzeczy i dlatego, by zracjonalizować dalej, zmieniono plaże działalności. Czyli - czytaj między wierszami, tłumaczka niejedno może przemycić w tekście, uczy Ana - będzie mniej i krócej.
Ależ skąd, oburza się pan z wywiadu, Jego zdaniem te działania pozwoliły zreafektować ten tak przeszkadzający personel, czytaj: przesunąć go tam, gdzie diabeł mówi dobranoc, tłumaczy dalej Ana, pewnie dalej od domu, nawet jeśli jadą zniżkowo stibem za pomocą karty mobib, która automatycznie staje się ichbibem. Jest z tych podróży czynnika ludzkiego dobra nowina dla Sanżila - a to taka, że jeden czynnik ludzki został przesunięty na Midy. Czyli u nas będzie więcej. Nieładnie się tak cieszyć może za cudzymi plecami, ale jestem tylko człowiekiem. Żeńskim, ale to też brzmi dumnie. Jak w życiu, powiedziałby filozof i filozofka, ktoś musi pracować, aby spać mógł ktoś.
Uff, jużem prawie doszła do końca. Niełatwo ma Ana Martin, przyznaję, ale się naużera z tymi wszystkimi osobami w tekście, każdemu dać dojść do słowa! A tu jeszcze jeden się wypowiedział ktoś, a mianowicie, by nikt nie pomyślał, że stib utracił na czynniku ludzkim występującym kiedyś w postaci siedzącej, domyślam się, w kioskach. Wcale a wcale nie, ten czynnik tam jest, głównie w postaci kontaktu. Z osobami, nawet jeśli to słowo nie pada. To szopy zapewniają sprzedaż titrów transportu i kontakt ludzki. Tylko z kim, skoro nikogo tam nie ma?
Stib jako ten pan mówiący jednak coś czuje, bo uprzedził kolejną krytykę, że nastąpi brak kontroli socjalno-społecznej na niektórych stacjach. Alez skąd! Sprecyzujmy, że dawniej personel struktur sprzedaży prawie nie wychodzil z kabin, czyli tych budek, no. Teraz za to stib zadziałał na plus i rozmieścił czynnik ludzki inaczej, to jest nadal w terenie, ale już nie pod daszkiem, mutualizując siły. Tak napisali, jak bumcykcyk. Co to znaczy - nie wie nawet Ana. Rozkłada ręce jak Iwonek, gdy mówi: ma! TAkich to tłumaczy mamy w tej Unii, pięknie doprawdy! Nic dzinwego, że Unia kłamie potem. 
Przez niewiedzę mój tekst taki niedokończony się wam może wydawać, wręcz źle przetłumaczony, a to tylko przez te słowa zagraniczne. Nowomowa, wzrusza ramionami Ana. Tak powiedzieć, by nic nie powiedzieć. I w rezultacie wiem tylko tyle, co i wy zaraz, czyli że ostatnio mamy więcej czynnika ludzkiego i personalnego w terenie, czy to na per(s)onach, czy na powierzchni.

Tuesday, 14 January 2014

(108) być jak ana martin

Dziś napiszę tylko wstęp do tego, co będzie resztą i jutro. Zamarzyło mi się bowiem, by być jak Ana Martin. Nie to, by było to jakieś wielkie marzenie, ale głupio mi napisać, żeby mi się chciało zabawić Aną lub w Anę, to i ściągnęłam pomysł z pudełka filmowego, co to u nas walaja się po pólkach w tysiącach tuzinami, resztki 20. wieku takie, jak nie było jeszcze jutjuba, no a poza tym szacunek do starszych (to już we mnie, nie na półce), tak matuś uczyli. No i jest Ana jak marzenie. Z marzeń utkana po prostu. Taka piękna.
W skrócie telegrafowym: po prostu wskoczyć w skórę Any na godzinkę z grubsza mi się zachciało, nie to, by Ana w zamian od razu miała się stać Ksenią, o nie, to byłoby chyba wręcz za trudne i dla mnie, i dla niej, taki spadek jakościowy, bo ilościowy w kilogramach to już raczej nie, na tym odcinku mogłaby nawet odnotować jakiś wzrost. Pytam więc Any, co ona na to, powiedzmy otwarcie: małopowanie jej osobowości, czy osobistości? nie wiem, co gorsze, a ona: zacznij od tłumaczeń. Wtedy zobaczysz, co robię na co dzień, i jak działa mój mózg.
O rany, od razu się przestraszyłam, bo jak działa mózg Any, trochę się już zdążyłam zorientować, a jego możliwości są na pewno większe, o rany, w co ja się pakuję. Ale dobra, raz Kseni śmierć. Zaznaczam z góry, że tłumaczę pierwszy raz, oprócz niewielkich uprzejmości w polskim czy arabskim sklepiku, spełnianych z potrzeby duszy i chwili i to raczej na użytek własny. W duchu znaczy się, taka cicha posługa. Tu za to wpływam na szerokie wody, ale że nadarza się okazja...sami zobaczycie jutro, co to nam prasa przyniosła. To znaczy już nie zobaczycie, bo będzie w nowym języku. W nowym języku w nowy rok zarazem. 
Ani mniej, ani więcej, ani mrumru, tylko raptem zjawiła się jakaś miła historyjka o stibie. To i się (za)wzięłam i w jedno przedpołudnie machnęłam. Iwonek do piachu, a ludzie pracy do pracy! Nawet coś dopisać zdołam, by takie suche się nie wydawało i bez serca. Jutro zobaczycie, najpierw niech Ana rzuci okiem i oceni. Fachowo, jak majster lub miszczu co najmniej. Na razie na gorąco notuję to, co już zupełnie ale to zupełnie nie weszło do tekstu głównego, myślę na przykład, żeby to jakoś ładnie i zgrabnie zakończyć płetwą, tylko jak? 
Co to jest, wskazuje palcem Ana, od razu dostrzega płetwę i każe poprawić na puentę. Nie wiem, co to, i mam tylko nadzieję, że czytelnicy będą wiedzieć. Ale kończę na dziś takim to frazesem: nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. I tu wkracza polska polityka, i już naprawdę trzeba zakończyć, bo oni wiedzą i widzą wszystko, a nie chcę, by zus wiedział, że ja teraz na czarno w tłumaczeniach robię.

Thursday, 9 January 2014

(107) pipol

Ledwo wylansowałam na tej stronie laaan, lasne, już w kolejce stoją następni. Każdy by chciał być sławny, w przyszłości ma to być pięć minut, mówią, i pomyśleć, że to ja, zwykła Ksenia, to teraz załatwiam. Rządzę w sieci! Od tego wszystkiego, popularności i ciągłych telefonów, aż mi się w głowie kręci, choć podobno od przybytku głowa nie boli. Już nie jestem chyba nawet taką całkiem zwykłą osobą, tylko podchodzę pod pipol? Ana, jak myślisz? 
A co to pipol, zdziwiona pyta Ana, i dlaczego prawie że ci oczy wyjdą na wierzch, jak się krztusisz przy końcowym l? Po polsku to niby czy po jakiemu? Po belgijsku chyba, pipol, mówię przecież wyraźnie. Ludzie tacy na moje oko. Nienormalni, ale nie w ten nieprzyjemny sposób, co by mógł społecznie systematyzować, tylko sławni. Co mają miły czas, jak przeczytałam dziś w komentarzu onlajn, ciągle i w realu, onlajn za to nie zawsze, bo rozmaite bzdury o nich piszą, a wszystko dzięki temu, że ich ochrzcili na pipol. Prasa i tacy tam.
Przechrzcili chyba, łapie wreszcie Ana. Już wiem, co masz na myśli. People się pisze, a ludzi oznacza ogółem, ludzkość naszą. A ostatnio także ploty niestety. Po angielsku, dziewczyno, przyda ci się trochę wiedzy z angielskiego tak a propos, jeśli chcesz nadal rządzić. Greckiego zresztą też, byś nie myliła systematyzowania ze stygmatyzowaniem, segmentowaniem i stalagmitem. Starogreckiego nawet, podpowiada Roman, każdy chce mieć swoje trzy grosze na mpim blogu, jak widać, i sięgnąć gwiazd. Fakt, pipol są wszędzie. Ale ja nie znam się, dodaje skromnie. Zresztą Ana też nie lubi pipol, jak wielu rzeczy, a jej postanowieniem noworocznym jest wręcz to, by za żadne Chiny nie wchodzić już na strony pipol. Bo wstyd podobno.
Nie ma się czym chwalić, czyli! Zacofana będzie, i nawet jej te pojedyncze siwe włosy nie pomogą. Bo pipol dotarli już, jak się okazuje z Anglii do Belgii, i idą dalej. Jest ich coraz więcej  - i coraz głupszych, krzyczy Ana z drugiego konca domu, komentuje jakby. Do Polski dojdą też niedługo, ale chyba nie przejdą. Pewnie, że nie, w ojczyźnie polszczyźnie już mamy nasze własne słowo na pipola w liczbie pojedynczej i mnogiej, to jest celebrytę! Nasze własne, słowiańskie, a nawet pra. E tam, krzywi się kandydat do sławy Roman, to przecież czysta łacina. No na pewno Roman, nawet nie odpowiadam, choć powinnam z łaski podpowiedzieć, że z taką wiedzą, to on daleko nie zajdzie. Ani w realu, ani onlajn, o gronie pipolowym nie wspominając.
Ana natomiast mogłaby by być nieco pipol, ale na to chyba za późno w jej wieku, który uległ zmianie na jeszcze gorsze wraz z nowym rokiem. Już nawet liczyć nie wypada. Ale może jej nieco pomogę i poprawię jej dane. Bo ja nie duszami rządzę, jak kiedyś w czytance w podręczniku do polskiego pisali, lecz tym, co napiszę z własnej głowy. Oj, źle to widzę, uśmiecha się Ana, ale chyba miły czas ma dla mnie, a życzliwy na pewno.
Patrzcie, a tu piszą, że można być sławną i sławnym, sązetrpipol! Takie zdanie wynalazłem, cieszy się Roman po dziecinnemu. Ana, jest dla nas starych nadzieja. Czyli co, ktoś się przebił bez pomocy czyli? Owszem, zdarza się wciąż, potwierdzam. Przykładowo, jak wrzucisz do sieci udanego selfiego. Ha! i tu ich mam, Martinów, głupieją zupełnie, więc podchodzę od tyłu z ajfonem i cykam fotę, i oto rodzi się nowa sława na instagramie.

Tuesday, 7 January 2014

(106) lans

Niektóre słowa, te nowe szczególnie, o których w XX wieku się nawet nie śniło filozofom, w tym filozofkom i Anie Martin też nie na dokładkę, mimo że też jest cała w całości z ubiegłego stulecia, mają charakter niezwykle międzynarodowy. Normalnie rozprzestrzeniły się, uff, co to za słowo niefilozoficzne dopiero do zapisania tak na marginesie (elektronicznym), po całej Unii i poza nią pewnie też, i teraz masz babo placek, bądź mądra babo i szukaj wiatru w polu, skąd one pochodzą. 
Taki lans na przykład. Nie tak całkiem dawno nieznany zupełnie, a teraz wszechobecny i wszędobylski. Bardzo widoczny przez to, szczególnie przez tych, co się lansują. Których to w znacznej mierze nie lubi Ana Martin, bo według niej to nic nie warte, takie pokazywanie tego, co normalne, czyli ciuchów, włosów i rzeczy. Na co komu to, rzuca dogłębnie, jak na filozofkę przystało.
Jaką filozofkę Ksenia, filolożkę, jeśli już, a filozofkę to co najwyżej z doskoku i na własnym, nieprzekładalnym dla tłumów poziomie, mówi tajemniczo. Nie łapię, o co jej chodzi. Lansu w tym niewiele w każdym razie. 
Po co mi jakiś lans, protestuje Ana. A chociażby po to, by się wywiedzieć i zrozumieć, o co chodzi w tej aferze o gminie lans. Lans, z dużej się należy, nie tylko dlatego, że po kropce, ale dlatego, że to bardzo specjalna miejscowość, więc z szacunkiem proszę.
Lans? Nie znam, gdzie to? U nas? W Belgii, pewnie że tak, nie aż tak u nas, jak na Sanżilu, ale też niedaleko, więc u nas mówię awansem. Aaaa, Lasne, olśniewa Anę; ale to nie lans przecież, tylko lan się czyta, a nawet laan, takie długaśne a, którego po PL nie ma. Byłem tam rowerem, wtrąca się Roman. Bardzo tam ładnie i spokojnie, takie Ukle w powiększeniu geograficznym. Dużo miejsca i zieleni. No tak, właśnie tu o tym piszą. O Lanie tym zielonym, łanie łąki lub łąki łanie, a przyrównują tę poetycką całość do roweru. Co ty, gdzie? ożywia się Roman. A jest. Ana, cha cha, rzeczywiście piszą tu, że Lan jest tym wśród gmin belgijskich, co Eddie Merckx, Ksenia, przepisz może po literze, bo to jedno z tych niemożliwych do wymówienia francuskich nazwisk, no więc co ten Edek jakiś tam wśród rowerów. Chyba rowerzystów raczej, wtrącam, a o co chodzi? Że mistrz. Miszczu czyli? Niech będzie po chłopacku, dobra, miszczu. Klasa sama dla siebie.
Czyli na mój rozum niefilozoficzny zupełnie Lan jest najlepsze? Nie. Najbogatsze. Czyli najlepsze, bo jak inaczej? Ana, przyznaj Kseni rację, 9 osób na 10 powie ci, że najbogatsze, to najlepsze, droczy się Roman. Dobra, niech wam będzie, dwóch na jednego to banda łysego, rymuje Ana. To mów Roman, co tam mają w tym Lasne, literuje Ana. Mają najwięcej przestrzeni życiowej na mieszkańca. Który to mieszkaniec może czuć się w związku z tym mniej stłoczony i znerwicowany. O wiele mniej niż ktoś z Lież, gdzie tej przestrzeni jest średnio najmniej. I powstają problemy. Społeczne i takie tam.
O, a co ja widzę, radośnie wykrzykuje Ana. To już wszystko jasne, dlaczego im się tak dobrze żyje: rządzi burmistrzyni. Nie żaden burmiszczu, tylko ona, sołtyska taka. No, wiadomo było. Skądś się ten dobrobyt musi brać. Z mądrego rządzenia. Babskiego, przekornie kończy Ana.
A mi się robi smutno. Bo myślałam, że najlepiej jest u nas. Na Sanżilu. Co ja teraz powiem w domu? Że zamieniłam złe na gorsze? Głowa do góry, Ksenia, pociesza mnie Roman. Może u nas na dzielnicy nie najbogaciej, za to najfajniej. Lansiarsko nawet chwilami. Sam nie raz słyszałem, jak to teraz wypada tu mieszkać i bywać. Jeśli gdzieś jest lans, to nie w Lan, lecz na zapuszczonym Sanżilu właśnie.

(105) siatka

To były czasy! Przed komputerem jeszcze, to pewne. Bo jakby były komputery, to po co by na dwór wychodzić? Strata czasu. Czysta do tego, choć się brudnym wracało. Z siaty na przykład, choć z siatą też, ale to głównie dorośli, a tak w ogóle dorosłe, bo przecież są zajęcia damskie i męskie, a bieganie z siatą na zakupy na pewno nie jest męskie. Za zakupami też nie. Tak napisałam w pierwszej wersji, którą dzięki komputerowi mogę bezboleśnie zmienić na czysto na nową wersję, poprawniejszą gramatycznie, politycznie i społecznie w naszym domu. Dżender rządzi czyli. I już wiecie, gdzie byłam ostatnio i gdzie się osłuchałam z opinią publiczną. Drugiej takiej debatodyskusji nie ma w całym kosmosie chyba. Bliżej jest. Podpowiadam - w Europie. Unii. Wystarczy do Polski pojechać na święta i wiadomo od razu, gdzie przebiega linia podziału płci. To teraz w Polsce bardzo ważne, by się seks i dżender nie pomylił. Kraj się modernizuje widać.
Aha, szydzi sobie noworocznie Ana Martin, faktycznie Ksenia, się modernizuje - do tytułu niestety. Jak zwykle po swojemu. W jednym masz racje, to dyskusja iście kosmiczna, choć nie ma o czym dyskutować. Dno dna, a na nim prawa kobiety, w nim właściwie. Wgniecione weń, w to dno czyli, butem. Męskim. Piłkarskim. Prosto z orlika. Zajęli by się lepiej bieganiną, prawnicy od siedmiu boleści, prycha Ana. A tak patrz. Orliki pobudowali sobie, by w piłkę kopać, stadiony oczywiście też, no i na inne sporty nie starczyło. Na siatkę na przykład, siatę, jak twierdzisz. Kobiecą.
Stało się coś? Może nie jakieś wielkie coś, mówi Ana, ale takie małe. Znak. Sympatyczny nawet, że sport kobiecy upada. Czyli o co chodzi? Symptomatyczny napisz Ksenia, to będzie ździebko jaśniej. Niewiele, a nie ździebko, mruczę, ale piszę posłusznie. Bo widzisz, Polki przegrały w siatkosiatę. Ojej, jaka szkoda, martwię się onlajn i w realu twarzą i miną, a z kim? Z nami. Mhm, nie rozumiem; Polki przegrały z Polkami? Nasze kontra swoje? Tak krwiożerco, bratobójczo i siostrobójczo zarazem? Nieprzyjemnie faktycznie i mało symtomatycznie. Symptomatycznie, małe p, a cieszy.
Nie, z nowymi naszymi, z Belgijkami, Polki przegrały. Szkoda i tak, bo w takich chwilach nie wiadomo, komu kibicować, to fakt, biało-czerwone serce, choć teraz ubrane w trzy pionowe pasy, budzi się jednak i wypycha naprzód. Piersi do przodu! Jakby to było pięknie, rozmarza się Ana, jakby obie drużyny wygrały! No ale nie da się tak. Nowe nasze, co to chyba głównie nie są z Sanżila, bo nazwiska mają prawdziwie zachodnie, bliższe sercem i pisownią temu drugiemu dialektowi, same wan van wan, wygrały. I w polskiej gazecie napisali, że to dlatego, że się dobrze znają. Zgrane są. Ćwiczą razem, bo są na to pieniądze. Jakoś ministerstwu w Belgii dżender aż tak nie przeszkadza. I są efekty, bo Belgijki jadą na mistrzostwa świata, a Polki nie. 
W tzw. kraju u nas będzie można za to ponarzekać i znów dofinansowac jakiś stadion do piłki nożnej. Na którym się nie kopie w piłkę nożną, bo piłkarze jeszcze mniej zgrani niż siatkarki, ale to już chyba nie z braku pieniędzy, bo to bogacze jacyś, tylko zdolności. W końcu politycy w nich wierzą. Wiara cudów nie czyni jednakże w tym przypadku, co tylko potwierdza regułę jako wyjątek. Ksenia, może więc stadion u was w Łapach? Bo w Polsce A już postawili i tylko straty przynoszą, to może i by u Was się udało osiągnąć kolejny sportowy sukces. No a co do kibicowania - to już w koszulkach w pionowe pasy lepiej na tym wyjdziemy.