Przyglądam się tej mapie już od godziny i przyglądam, i nic nie rozumiem, Kolory, strzałki większe i mniejsze, niektóre przez cały kontynent, a niektóre kręcące się w kółko. Na wschodzie, za Łapami jeszcze, jednolita szara masa. Krowi placek. Nie zachęca to do podróży, oj nie.
Słuszny wniosek Ksenia, ma nie zachęcać! wkracza na scenę Roman. Zgadzam się z nim, po co mi podróż w mrok? Do jądra ciemności, jak kiedyś zasłyszałam przez przypadek? A zachód taki kolorowy, jak ta przysłowiowa tęcza, tam trzeba ruszać. Aha, nie zrozumieliśmy się, Roman na to, mapa pokazuje na kolorowo właśnie miejsca, gdzie jedzie tyle osób, że ci, ci są na miejscu, już nie chcą, by dojeżdżali do nich nowi. Z szarego placka? Nie tylko. Z niebieskiej Polski i okoliczności też. Patrz, ten cały niebieski pas okalający szarość, czyli byłe Zeteseser, to kraje, które weszły do Unii z nami, Polakami, do zachodniego raju. Z ziemi polskiej do...jak to ująć? zastanawiam się. No, powiedzmy. A te wielkie strzały z Polski? Sama czytaj.
Czytam więc i tłumaczę sobie od razu, by nie tracić cennej energii potem, potrzebnej wszak do odnoszenia Iwonka od kuchenki. Czytam, czytam, tłumaczę i tłumaczę, ale tylko w sensie międzyjęzykowym, bo już w sensie rozumowym natłumaczyć się nie mogę. Bo co to niby oznacza, że niebieski pas kalający Zeteseser, jak masę nazwał Roman, to furniserzy migrantów intraeuropejskich na północ i południe Europy. Tak stoi, choć okiem wykol. O tych krajach kalających coś tam, choć myślałam, że tam tzw. Ruscy, tak piszą. Czyli o mnie - z Polski B, Anie - z Polski A, Romanie - z A łamanej przez B i nawet Iwonku, choć on już bardziej tutejszy, z Iksela.
To w związku z tą burzą o emigracji w Szwajcarii, mówi Ana. Obudzili się i w Belgii i przystąpili do analizowania i mądrego opisywania. O, tu, proszę, opis Belgii: kraj, który przyciąga migrantów wewnątreuropejskich, jak to ładnie ujęłaś: intra. Tych intra wysyła na przykład Polska, to znaczy sami się wysyłają. I wszystkim się to przydaje i podoba tak naprawdę, choć udają, że nie. Przykładowo wypowiada się jakiś znawca: niech kraje przyjmujące wybierają sobie tych, co chcą przyjechać. Tego pana badacza to nie szokuje, choć sam ma nazwisko włoskie, jak widzę, więc jego ojce chyba też do Belgii przyjechali za chlebem, i to raczej nie na zasadzie selekcji według wykształcenia. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, żadna nowość.
O, patrz Ksenia, ten badacz to dobry przykład na czerwoną strzałę: z Włoch na północ. Zwolniło się więc teoretycznie jakieś miejsce we Włoszech, na które już wskoczyła niebieska strzała ze wschodu. Problem w tym, że miejsce włoskie zwolniło się lata temu, a ten, kto przybędzie niebieską strzałą, tej pracy nie podejmie, bo nie może, bo nie zna języka, bo go nie zechcą, itp. Może tylko zbierać truskawki i pomidory, ewentualnie opiekować starszymi osobami. Jak jest z szarego placka, to jeszcze musi się bać, że złapią i odeślą ze słynnym misiem, o którym słyszałaś w busiku tyle historii. Tak to należy rozumieć, albo raczej nie rozumieć, wzdycha Ana.
To, co mnie szokuje w tej mapie, to odczłowieczone słowa, jakich używają. Dostawcy pracowników. Adepci rynku pracy. Migranci wewnątrzeuropejscy. Przepływ migracyjny. Źródło niepokoju. Służyć gospodarce. Selekcja. Patronat. Ani słowa, że to po prostu osoby szukające lepszego życia. Jak my tu wszyscy na Sanżilu, podsumowuje Roman.
Też mi przykro jakoś. To przecież nie moja wina, żem Polka! Może przydałoby się we mnie więcej elastyczności i chęci bycia kimś innym, z zagranicy, nawet z Iksela, no ale nie mogę się przecież rozdwoić. Nie martw się Ksenia, nie musisz, śmieje się Ana. Wszyscy jedziemy na tym samym wózku, w przenośni oczywiście, bo w realu to nawet Iwonek już nie chce w niczym jechać, tylko chodzić sam sam sam, jak jakiś migrant przekraczający granice dosłownie.
Cieszmy się, że jeszcze nas nie odcedzili jakimś sitem. Bo taki będzie wcześniej czy później kolejny krok, wieszczy Ana. Oddzielanie dobrego od złego. Ziarnko od ziarnka, aż zbierze się miarka.
Wednesday, 12 February 2014
Tuesday, 11 February 2014
(123) mozart
Jest tu u nas, ale w szerszym sensie, bo nie na Sanżilu, lecz już w mieście w Brukseli, ulica Serowa. Właściwie ulica Serów, tak by się to rozumiało dosłownie, ale spolszczam dla ucha mojego łaskawego czytelnika, który jest Polakiem w sensie Polką może też. Ana mówi, że reklama dźwignią handlu, sensu to nie ma, węższego ani szerszego, jak ta Bruksela, ale cytuję i biorę sobie ku pamięci.
Nazwa ulicy śmieszna, ale podobno kiedyś tak było, że nie dbano o prestiż, nawet w tych najbardziej luksusowych dzielnicach. Nie tylko Szkolna, Senatorskie Przedmieście czy chociażby Słowackiego, nie, głównie większość taka prymitywna, że aż wstyd. Szczególnie, że Bruksela to stolica. Tak mówią.
Ana mówi, że w jej mieście rodzinno-ojczystym, i to w Polsce A, tak tak, nie mylę się wcale, jest nawet Więzienna. I Kiełbasiana! O większą prostotę chyba trudno, z tym że to miasto chyba nie jest stolicą Polski, jak wyjeżdżałam, stolicą Polski i Polski A była Warszawa?
Nie Kiełbasiana, tylko Kiełbaśnicza, od kiełbaśników. I to nie polskich, cha cha, śmieje się Roman. Tłumaczyli po wojnie. Kto? Jak? Komu? To fajna ulica, w centrum, zupełnie jak Serowa w Brukseli. Też w centrum. Jest więcej antologii, mówi Ana. Na Kiełbaśniczej stoi hotel o nazwie art tłumaczonej na hotel sztuki, bo przecież nie sztuczny, uzupełniam mądrze. Na Serowej w Brukseli za to hotel Moc-art. Toż art całą gębą! Totart.
Mozart, zzzz Ksenia, nie mów, że nie wiesz, kto to? Pięknie i dźwięcznie brzmi, wiem przecież, to taki poeta zagraniczny! Z ruchu artu. Kompozytor, ach dziewczyno. Pasuje trochę jak kwiatek do kożucha notabene, Mozart do serów z ulicy Serowej, Deserowej byłoby lepiej, jak kulki mozartowskie...krzywi się Ana, ale przebacza.
Chyba że to sery austriackie albo niemieckie, zależy, jak na to spojrzeć, śmieje się Roman. I tak ważniejsze, co w tym hotelu w środku, w jego sercu, Mozarta tego. Czyli zasada: najważniejsze niewidoczne dla oczu jednak działa? Działa, uśmiecha się Ana. W tym hotelu działa bowiem pan Ahmed Ben Abderrahman. Od 20 lat podobno w nim rządzi i zarządza, ale nim już, nie zapominajmy, że w polskim i Polsce mamy związek rządu, w każdym razie w Mozarcie jest ten pan, co tu, na miasto Brukselę, zjechał jeszcze w XX wieku, rozejrzał się trochę i stwierdził, że nie wszyscy mają gdzie mieszkać. I za co, co w kapitalizmie chyba jest nawet ważniejsze, chociażbym nie wiem, jak się starała myśleć coś innego.
Taki wniosek wysunął ów Ahmed z wstępnego rozglądania się po Europie. Niewesoły. Pomyślmy, że to była do tego Europa A całą gębą, wszędzie A na zachód od Polski, nie to, co teraz, kiedy się wszystko przemieszało; Ahmed przybył z południa, ale głębokiego, jeszcze poniżej Włoch, może nawet z Afryki, jednak jeszcze przecież jeszcze przed tymi wszystkimi histerycznymi zmianami, które potem nadeszły z wichrami dziejów, a wnioski już takie same smutne jak dzisiaj! Co tu myśleć o rewolucji człowieczeństwa?
Ahmed, tak go nazywam, bo nazwisko nie do powtórzenia, co widać powyżej, nie myślał, za to zakasał rękawy. Zrobił obchód hotelu, policzył pokoje, i wyszło mu, że jest ich 52. Za dużo. I od razu wpadł na świetny pomysł, by do części wsadzić bezdomnych. Kto powiedział, że wszyscy muszą mieć tylko więcej i co roku być bardziej rentownymi biznesmenami? Ja na pewno nie, broni się Roman, nie patrz tak na mnie Ksenia. Ja jestem wręcz antybiznesmenem! Jak Ahmed zupełnie. Nie do końca, bo on jednak robi biznes. Jak WOŚP. Biznes serc, tak to bym nazwał, dodaje Roman.
Fakt, dużo dobrego robi, i to bez tiwi i rozgłosu. Mianowicie oprócz tego, że oddaje za darmo pokoje, to jeszcze gotuje. Ty byś Ana wysiadła od razu, co? Może nie, w końcu obierać ziemniaki umiem; to łatwe i pomyśleć można, odcina się Ana na półwesoło. To tam by miała co obierać. Na kolację, którą codziennie serwują o 17:30, w tutejszym zapisie: 17h30, h nie wiem, co oznacza, chyba dwukropek, codziennie idzie bowiem 25 kilo tzw. kartofli. Do tego 300 chlebów, zabieranych z piekarni, które nie dadzą rady wszystkiego sprzedać. Dobrze, że w Belgii można oddać niesprzedany chleb, w Polsce A jeden piekarz kiedyś zbankrutował na zus, jak mu przywalili podatek za to, że oddawał, wtrąca Roman. Widać tu już trochę przemyśleli sprawę i można oddać, zamiast wyrzucać.
Ahmed ma trzy zasady, które popieram całym sercem, patrząc nim jednocześnie: czystość, punktualność i trzeźwość. Hmm, ciekawe ilu Polaków wśród klientów, wymyka się na to Romanowi, nie wiem dlaczego. A kto przestrzega, na tego o 17dwukropek30 oczekuje Ahmed, dla którego kolejna ważna trójca słów to: organizacja-szacunek-uśmiech.
W Mocarcie od 20 lat mieszka 40 osób. Bez pomocy państwa, zresztą w Belgii nie jest do końca jasne, kto tym państwem byłby. Tu to Martinowie, ale to na Sanżilu tylko, a w centrum? Flamandowie czy Francuzi? Hmm. Póki co, rządzi Ahmed, przed którym Belgia kiedyś otworzyła drzwi, więc ono robi teraz to samo. Odpłaca czyli pięknym za nadobne. Dostał nawet już niejedną nagrodę cudownej dla ucha nazwie pri(ks) de la kurtłazi. Muzyka dla ucha, jakby jakiś Mozart grał.
Ana odczytała, a ja dodałam ks od Kseni. Razem brzmi wprost nieziemsko, lepiej niż tytuł miss Polonia.
Nazwa ulicy śmieszna, ale podobno kiedyś tak było, że nie dbano o prestiż, nawet w tych najbardziej luksusowych dzielnicach. Nie tylko Szkolna, Senatorskie Przedmieście czy chociażby Słowackiego, nie, głównie większość taka prymitywna, że aż wstyd. Szczególnie, że Bruksela to stolica. Tak mówią.
Ana mówi, że w jej mieście rodzinno-ojczystym, i to w Polsce A, tak tak, nie mylę się wcale, jest nawet Więzienna. I Kiełbasiana! O większą prostotę chyba trudno, z tym że to miasto chyba nie jest stolicą Polski, jak wyjeżdżałam, stolicą Polski i Polski A była Warszawa?
Nie Kiełbasiana, tylko Kiełbaśnicza, od kiełbaśników. I to nie polskich, cha cha, śmieje się Roman. Tłumaczyli po wojnie. Kto? Jak? Komu? To fajna ulica, w centrum, zupełnie jak Serowa w Brukseli. Też w centrum. Jest więcej antologii, mówi Ana. Na Kiełbaśniczej stoi hotel o nazwie art tłumaczonej na hotel sztuki, bo przecież nie sztuczny, uzupełniam mądrze. Na Serowej w Brukseli za to hotel Moc-art. Toż art całą gębą! Totart.
Mozart, zzzz Ksenia, nie mów, że nie wiesz, kto to? Pięknie i dźwięcznie brzmi, wiem przecież, to taki poeta zagraniczny! Z ruchu artu. Kompozytor, ach dziewczyno. Pasuje trochę jak kwiatek do kożucha notabene, Mozart do serów z ulicy Serowej, Deserowej byłoby lepiej, jak kulki mozartowskie...krzywi się Ana, ale przebacza.
Chyba że to sery austriackie albo niemieckie, zależy, jak na to spojrzeć, śmieje się Roman. I tak ważniejsze, co w tym hotelu w środku, w jego sercu, Mozarta tego. Czyli zasada: najważniejsze niewidoczne dla oczu jednak działa? Działa, uśmiecha się Ana. W tym hotelu działa bowiem pan Ahmed Ben Abderrahman. Od 20 lat podobno w nim rządzi i zarządza, ale nim już, nie zapominajmy, że w polskim i Polsce mamy związek rządu, w każdym razie w Mozarcie jest ten pan, co tu, na miasto Brukselę, zjechał jeszcze w XX wieku, rozejrzał się trochę i stwierdził, że nie wszyscy mają gdzie mieszkać. I za co, co w kapitalizmie chyba jest nawet ważniejsze, chociażbym nie wiem, jak się starała myśleć coś innego.
Taki wniosek wysunął ów Ahmed z wstępnego rozglądania się po Europie. Niewesoły. Pomyślmy, że to była do tego Europa A całą gębą, wszędzie A na zachód od Polski, nie to, co teraz, kiedy się wszystko przemieszało; Ahmed przybył z południa, ale głębokiego, jeszcze poniżej Włoch, może nawet z Afryki, jednak jeszcze przecież jeszcze przed tymi wszystkimi histerycznymi zmianami, które potem nadeszły z wichrami dziejów, a wnioski już takie same smutne jak dzisiaj! Co tu myśleć o rewolucji człowieczeństwa?
Ahmed, tak go nazywam, bo nazwisko nie do powtórzenia, co widać powyżej, nie myślał, za to zakasał rękawy. Zrobił obchód hotelu, policzył pokoje, i wyszło mu, że jest ich 52. Za dużo. I od razu wpadł na świetny pomysł, by do części wsadzić bezdomnych. Kto powiedział, że wszyscy muszą mieć tylko więcej i co roku być bardziej rentownymi biznesmenami? Ja na pewno nie, broni się Roman, nie patrz tak na mnie Ksenia. Ja jestem wręcz antybiznesmenem! Jak Ahmed zupełnie. Nie do końca, bo on jednak robi biznes. Jak WOŚP. Biznes serc, tak to bym nazwał, dodaje Roman.
Fakt, dużo dobrego robi, i to bez tiwi i rozgłosu. Mianowicie oprócz tego, że oddaje za darmo pokoje, to jeszcze gotuje. Ty byś Ana wysiadła od razu, co? Może nie, w końcu obierać ziemniaki umiem; to łatwe i pomyśleć można, odcina się Ana na półwesoło. To tam by miała co obierać. Na kolację, którą codziennie serwują o 17:30, w tutejszym zapisie: 17h30, h nie wiem, co oznacza, chyba dwukropek, codziennie idzie bowiem 25 kilo tzw. kartofli. Do tego 300 chlebów, zabieranych z piekarni, które nie dadzą rady wszystkiego sprzedać. Dobrze, że w Belgii można oddać niesprzedany chleb, w Polsce A jeden piekarz kiedyś zbankrutował na zus, jak mu przywalili podatek za to, że oddawał, wtrąca Roman. Widać tu już trochę przemyśleli sprawę i można oddać, zamiast wyrzucać.
Ahmed ma trzy zasady, które popieram całym sercem, patrząc nim jednocześnie: czystość, punktualność i trzeźwość. Hmm, ciekawe ilu Polaków wśród klientów, wymyka się na to Romanowi, nie wiem dlaczego. A kto przestrzega, na tego o 17dwukropek30 oczekuje Ahmed, dla którego kolejna ważna trójca słów to: organizacja-szacunek-uśmiech.
W Mocarcie od 20 lat mieszka 40 osób. Bez pomocy państwa, zresztą w Belgii nie jest do końca jasne, kto tym państwem byłby. Tu to Martinowie, ale to na Sanżilu tylko, a w centrum? Flamandowie czy Francuzi? Hmm. Póki co, rządzi Ahmed, przed którym Belgia kiedyś otworzyła drzwi, więc ono robi teraz to samo. Odpłaca czyli pięknym za nadobne. Dostał nawet już niejedną nagrodę cudownej dla ucha nazwie pri(ks) de la kurtłazi. Muzyka dla ucha, jakby jakiś Mozart grał.
Ana odczytała, a ja dodałam ks od Kseni. Razem brzmi wprost nieziemsko, lepiej niż tytuł miss Polonia.
Monday, 10 February 2014
(122) cynk
Żyć nie jest chwilami łatwo na Sanżilu, a umierać! To dopiero by było, jakby to oczywiście wchodziło w rachubę i było tematem na dzień dzisiejszy. Nie mogę sobie tego wprost wyobrazić, i dobrze. Jednak trzeba sobie stawiać jakieś granice, inaczej można by zwariować od tych pomysłów na życie.
Nie na darmo widać mówi się: żyć, nie umierać.
Blady strach padł na mnie tak naprawdę jednak dopiero, jak się zorientowałam, jak to by było niełatwo umrzeć i próbować się przestransportować do tzw. kraju. Znaczy się, samo umieranie nie byłoby w tym może najtrudniejsze, ale to, co się dzieje potem - to włosy na dębie stają. Dobrze, że umarlak o tym nie wie, bo by jeszcze raz to wszystko przemyślał. Szczególnie pod względem gospodarczym i skutkach kryzysu finansowego dla rodziny. Tych, co pozostali z trumną, którą gdzieś trzeba umieścić. W tzw. kraju zazwyczaj, choć ten kraj może się różnić. W przypadku Kseni, moim znaczy się, mimo żem tu potencjalna umarła, jest to Polska. Byłaby, zmienię tryb, gdyż nie będe wywoływać wilka z lasu przedwcześnie.
W przypadku innych - kraj to np. leżąca za miedzą Sanżila ojczyzna. Którą w najdroższym, pechowym przypadku może być Francja. Alem szczęściara, żem Polka!
Ksenia, a co cię tak wzięło na umieranie? pyta zdziwiona Ana. Chyba nie jesteś w grupie docelowej? Wiekowo to nawet Roman i je się jeszcze nie załapujemy, mam nadzieję przynajmniej. Odpukać. Prolajfowa i zabobonna się robię, podsumowuje Ana ze śmiechem. No widzisz, przyszła kryska na Matyska, kątempluje Roman, dżender każdego dorwie. Nic nie łapię z ich rozmów, takie przechwalanki inteligenckie, wiem natomiast, że już teraz warto się zastanowić, co się stanie po. Nagrobka może nie wykupię, ale przynajmniej z Iwonka odłożę na przewóz do Łap. Bo słyszałam dziś, przy niedzieli, jak to opowiadali, że nieźle to kosztuje. Nic już nie jest za darmo na tym świecie, i nawet na tamtym! Słone łzy, to i słono się płaci. Jak pisałam, cen z naszego kraju, zwanym niejednokrotnie tym, nie znam, ale Francuzi naprawdę mają chyba taniej po tej stronie. Bo żądać 450 ojro to wołać o pomstę do nieba!
450? Faktycznie nieźle, kątempluje Roman, a za to tyle? O mam, znajduje Ana. Za przewóz zwłok, ale na specjalnych zasadach. Mianowicie, między drewnianą trumną a dekoracją należy umieścić cynkową wanienkę. Zazwyczaj oznacza to zainstalowanie nowej trumny z cynku. Wanna w trumnie, truman w wannie, trumna w trumnie, brrr.
A po co? Po nic w sumie, okazuje się, głównie po to, by dac komuś zarobić. W dawnych czasach, przedkomputerowych, miało to chronić przed zarazą, która mogłaby sobie skorzystać z okazji i przejechać za darmochę przez granicę. W świecie Szengen granic nie ma, cynk służy więc głównie wierności tradycji, głównie finansowej, jak widać. Czasami trumna ma do przejechania tylko kilka kilometrów, a zapłacić i tak trzeba, jakby odbywała co najmniej podróż dokoła świata. Może się okazać, że to najdroższe kilometry w okolicy, prognozuje Ana. Taka niespodzianka na koniec.
Ale to nie wszystko, wyczytuje Roman. Bo istnieje jeszcze jedna piękna tradycja. Droga na całego. Ostatnia droga. Mianowicie, jak ktoś zejdzie, jak to ładnie można powiedzieć, jego ciało w trumnie musi zostać zwiezione na komunę, gdzie odpowiednik urzędnik zamyka pudło. Kosztuje to 20 eurasów i pochodzi z czasów Napoleona, czyli dawno, nikomu chyba nie muszę wyliczać. 20 ojro za kilka uderzeń młotka. No naprawdę, trzymajcie mnie i się (przy życiu i życia).
Zaraz zaraz, widzę jakieś światełko w tunelu, przemyślała sprawę Ana. Mianowicie, kremacja. I tak to planowałam na zaś. Dla kogo? Roman lubi czarny humor. Dla siebie. Roman, sprawdź mi tu zaraz, ile to wyjdzie, czy nadal 450 czy nie. Z tego, co widzę, tego nie przewidzieli. Uff, kamień mi spadł z serca, mówi Ana, ale mi Kseni osobiście nie, bo co to ta kremacja w końcu? Nie tak bym chciała skończyć. Będę liczyć, że na szczeblu międzynarodowym coś zrobią z tymi trumnami. Podobno sprawa już rozpoznana i będą nad nią pracować, bo jakiegoś konsula doprowadziła do kolorowego zawrotu głowy. Póki co, pozostaje mi tylko żyć.
Nie na darmo widać mówi się: żyć, nie umierać.
Blady strach padł na mnie tak naprawdę jednak dopiero, jak się zorientowałam, jak to by było niełatwo umrzeć i próbować się przestransportować do tzw. kraju. Znaczy się, samo umieranie nie byłoby w tym może najtrudniejsze, ale to, co się dzieje potem - to włosy na dębie stają. Dobrze, że umarlak o tym nie wie, bo by jeszcze raz to wszystko przemyślał. Szczególnie pod względem gospodarczym i skutkach kryzysu finansowego dla rodziny. Tych, co pozostali z trumną, którą gdzieś trzeba umieścić. W tzw. kraju zazwyczaj, choć ten kraj może się różnić. W przypadku Kseni, moim znaczy się, mimo żem tu potencjalna umarła, jest to Polska. Byłaby, zmienię tryb, gdyż nie będe wywoływać wilka z lasu przedwcześnie.
W przypadku innych - kraj to np. leżąca za miedzą Sanżila ojczyzna. Którą w najdroższym, pechowym przypadku może być Francja. Alem szczęściara, żem Polka!
Ksenia, a co cię tak wzięło na umieranie? pyta zdziwiona Ana. Chyba nie jesteś w grupie docelowej? Wiekowo to nawet Roman i je się jeszcze nie załapujemy, mam nadzieję przynajmniej. Odpukać. Prolajfowa i zabobonna się robię, podsumowuje Ana ze śmiechem. No widzisz, przyszła kryska na Matyska, kątempluje Roman, dżender każdego dorwie. Nic nie łapię z ich rozmów, takie przechwalanki inteligenckie, wiem natomiast, że już teraz warto się zastanowić, co się stanie po. Nagrobka może nie wykupię, ale przynajmniej z Iwonka odłożę na przewóz do Łap. Bo słyszałam dziś, przy niedzieli, jak to opowiadali, że nieźle to kosztuje. Nic już nie jest za darmo na tym świecie, i nawet na tamtym! Słone łzy, to i słono się płaci. Jak pisałam, cen z naszego kraju, zwanym niejednokrotnie tym, nie znam, ale Francuzi naprawdę mają chyba taniej po tej stronie. Bo żądać 450 ojro to wołać o pomstę do nieba!
450? Faktycznie nieźle, kątempluje Roman, a za to tyle? O mam, znajduje Ana. Za przewóz zwłok, ale na specjalnych zasadach. Mianowicie, między drewnianą trumną a dekoracją należy umieścić cynkową wanienkę. Zazwyczaj oznacza to zainstalowanie nowej trumny z cynku. Wanna w trumnie, truman w wannie, trumna w trumnie, brrr.
A po co? Po nic w sumie, okazuje się, głównie po to, by dac komuś zarobić. W dawnych czasach, przedkomputerowych, miało to chronić przed zarazą, która mogłaby sobie skorzystać z okazji i przejechać za darmochę przez granicę. W świecie Szengen granic nie ma, cynk służy więc głównie wierności tradycji, głównie finansowej, jak widać. Czasami trumna ma do przejechania tylko kilka kilometrów, a zapłacić i tak trzeba, jakby odbywała co najmniej podróż dokoła świata. Może się okazać, że to najdroższe kilometry w okolicy, prognozuje Ana. Taka niespodzianka na koniec.
Ale to nie wszystko, wyczytuje Roman. Bo istnieje jeszcze jedna piękna tradycja. Droga na całego. Ostatnia droga. Mianowicie, jak ktoś zejdzie, jak to ładnie można powiedzieć, jego ciało w trumnie musi zostać zwiezione na komunę, gdzie odpowiednik urzędnik zamyka pudło. Kosztuje to 20 eurasów i pochodzi z czasów Napoleona, czyli dawno, nikomu chyba nie muszę wyliczać. 20 ojro za kilka uderzeń młotka. No naprawdę, trzymajcie mnie i się (przy życiu i życia).
Zaraz zaraz, widzę jakieś światełko w tunelu, przemyślała sprawę Ana. Mianowicie, kremacja. I tak to planowałam na zaś. Dla kogo? Roman lubi czarny humor. Dla siebie. Roman, sprawdź mi tu zaraz, ile to wyjdzie, czy nadal 450 czy nie. Z tego, co widzę, tego nie przewidzieli. Uff, kamień mi spadł z serca, mówi Ana, ale mi Kseni osobiście nie, bo co to ta kremacja w końcu? Nie tak bym chciała skończyć. Będę liczyć, że na szczeblu międzynarodowym coś zrobią z tymi trumnami. Podobno sprawa już rozpoznana i będą nad nią pracować, bo jakiegoś konsula doprowadziła do kolorowego zawrotu głowy. Póki co, pozostaje mi tylko żyć.
Friday, 7 February 2014
(121) nikt to
A wiecie, skąd te butki Maestra? Stromae naszego sanżilowskiego, że ułatwię co mniejszym bystrzakom? Ikselskiego chyba, poprawia Roman, ale dla mokasynów to niewiele zmienia - istotne, że to najnowszy krzyk mody na wsi i w okolicy, jak mawia Ana, cytując podobno komunistyczne powiedzonka z lat 80. Wieś to Sanżil, Iksel - okolica.
No, te ciapki z nóg Stromae, co je tak Roman wyśmiewa, pewnie z zazdrości, na zasadzie psa ogrodnika, to też Ana. Każdy już widział i skrytykował. Polak potrafi.
Zasada psia prastara, prasłowiańska podobno - sam nie zje, i innemu nie da. To Roman miałby być, obrazowo. Zjeść mokasyny niełatwo nawet psu, a tych to by było szczególnie szkoda, bo są kolorowe jak ptaki. Do tego z trwałych, zagranicznych materiałów. Koniec świata to na pewno nie pierwszy raz się zbliża, ani ostatni, jak mężczyźni zaczynają się tak ubierać, alem w końcu nie stylistka, ani nawet dyzajnerka, by się tak autoratywnie wypowidać. Zostawię to innym, na przykład Anie Martin.
Wracając do początku, bo żem się zakręciła, to butki są od nas, wykryła Ana. Z Sanżila, elektryzuję się z radości? Nie, nieco dalej, ale też blisko. Z niejakiego Sonegien. Belgia. Ulokowała się tam fabryczka nekto. Niekto, podchwytuje Iwonek. Nekto to nieco po czesku, wtrąca Roman. Albo po naszemu polsku też brzmi, je tam kto? Nikt to. Nieraz słyszałam przecie. Tera już nie słyszę, tu salony językowe.
Oglądam zdjęcia. Fajna ta fabryczka od niekto. Na 230 osób teraz, a zaczęli od 150. I nie wszyscy w pełni sprawni, to fajne, jak jest miejsce dla tęczowej różnorodności. I pomyśleć, że pan niekto to był naprawdę nikt to do niedawna! Szewc, jeszcze do wczoraj, można by rzec, a teraz, proszę: celebryta. Każdy może mieć swoje dziesięć minut sławy, jak mawiał Mickiewicz, trzeba tylko poczekać. Nawet ja! I nie tylko dzięki piosence, tylko także dzięki pracy swoich rąk. To szansa dla pracowitych.
Firma się rozwija w każdym razie w pięknym tempie, i to w czasach, gdy większość szewców się nie uwija w ukropie, zwija raczej, i interes zarazem, bo jak buty nie kosztują nic, to i szewc jest nikt-im. Niepotrzebny. Nawet najładniejsze mokasyny łatwiej wyrzucić, niż zanieść do naprawy. Szast prast i po krzyku. A w niekto - wręcz nie nadążają z produkcją. W ukropie się zwijają. I stronę mają internetową, że ho ho, Ana na przykład wcale nie mogła sobie tak łatwo poradzić z jej wizualizacją. Może dlatego, że - jak powiedział właściciel - to nie byle co, bo wizualizacje możliwych napraw, wraz z wulgaryzacją zastosowanych terminów. Ana tak przetłumaczyła na użytek domowy, i dobrze, że domowy, to dopytam na boczku, co oznacza ta wulgaryzacja. Obawiam się, że związane jest to z końcem świata, niestety i nieuchronnie.
Najbardziej zadziwiające, i zdaniem Any dające nadzieję na jednak brak końca świata, wkrótce przynajmniej i jakim go znamy, jest to, że niekto wcale nie potrzebował Maestra, by - mówiąc fachowo medialnie - zaistnieć. Okazuje się, że już wcześniej mieli w dosierze 7 tysięcy klientów! Wśród nich znajomych znajomego królika. Który doniósł królikowi, którym z kolei - bo to wszystko są naczynia powiązane - był agent, ale celebrycki, nie od sosny i samolotu z kagjebe, że mokasyny to jest to. I namówił Maestra. Który, w myśl systemu powiązania, zajrzał następnie do swojej agendy, a musi być ona gruba i na sporo do przodu, tak sądzę, szczególnie w wersji nieelektrycznej, zajrzał jednakże, pozastanawiał się, jak to wszyscy światowcy, gdy z mądrą miną zaglądają do agendy - i znalazł!
2 całe godziny ze swojego zapracowanego życia na wizytę w niekto znalazł normalnie. Chodził, przyglądał się, wybierał, grymasił, i jeszcze przy tym wszystkim rozdawał autografy! Po czym wybiegł w butach mokasynach. Tak się to odbyło. Serio i seriożnie!
No, te ciapki z nóg Stromae, co je tak Roman wyśmiewa, pewnie z zazdrości, na zasadzie psa ogrodnika, to też Ana. Każdy już widział i skrytykował. Polak potrafi.
Zasada psia prastara, prasłowiańska podobno - sam nie zje, i innemu nie da. To Roman miałby być, obrazowo. Zjeść mokasyny niełatwo nawet psu, a tych to by było szczególnie szkoda, bo są kolorowe jak ptaki. Do tego z trwałych, zagranicznych materiałów. Koniec świata to na pewno nie pierwszy raz się zbliża, ani ostatni, jak mężczyźni zaczynają się tak ubierać, alem w końcu nie stylistka, ani nawet dyzajnerka, by się tak autoratywnie wypowidać. Zostawię to innym, na przykład Anie Martin.
Wracając do początku, bo żem się zakręciła, to butki są od nas, wykryła Ana. Z Sanżila, elektryzuję się z radości? Nie, nieco dalej, ale też blisko. Z niejakiego Sonegien. Belgia. Ulokowała się tam fabryczka nekto. Niekto, podchwytuje Iwonek. Nekto to nieco po czesku, wtrąca Roman. Albo po naszemu polsku też brzmi, je tam kto? Nikt to. Nieraz słyszałam przecie. Tera już nie słyszę, tu salony językowe.
Oglądam zdjęcia. Fajna ta fabryczka od niekto. Na 230 osób teraz, a zaczęli od 150. I nie wszyscy w pełni sprawni, to fajne, jak jest miejsce dla tęczowej różnorodności. I pomyśleć, że pan niekto to był naprawdę nikt to do niedawna! Szewc, jeszcze do wczoraj, można by rzec, a teraz, proszę: celebryta. Każdy może mieć swoje dziesięć minut sławy, jak mawiał Mickiewicz, trzeba tylko poczekać. Nawet ja! I nie tylko dzięki piosence, tylko także dzięki pracy swoich rąk. To szansa dla pracowitych.
Firma się rozwija w każdym razie w pięknym tempie, i to w czasach, gdy większość szewców się nie uwija w ukropie, zwija raczej, i interes zarazem, bo jak buty nie kosztują nic, to i szewc jest nikt-im. Niepotrzebny. Nawet najładniejsze mokasyny łatwiej wyrzucić, niż zanieść do naprawy. Szast prast i po krzyku. A w niekto - wręcz nie nadążają z produkcją. W ukropie się zwijają. I stronę mają internetową, że ho ho, Ana na przykład wcale nie mogła sobie tak łatwo poradzić z jej wizualizacją. Może dlatego, że - jak powiedział właściciel - to nie byle co, bo wizualizacje możliwych napraw, wraz z wulgaryzacją zastosowanych terminów. Ana tak przetłumaczyła na użytek domowy, i dobrze, że domowy, to dopytam na boczku, co oznacza ta wulgaryzacja. Obawiam się, że związane jest to z końcem świata, niestety i nieuchronnie.
Najbardziej zadziwiające, i zdaniem Any dające nadzieję na jednak brak końca świata, wkrótce przynajmniej i jakim go znamy, jest to, że niekto wcale nie potrzebował Maestra, by - mówiąc fachowo medialnie - zaistnieć. Okazuje się, że już wcześniej mieli w dosierze 7 tysięcy klientów! Wśród nich znajomych znajomego królika. Który doniósł królikowi, którym z kolei - bo to wszystko są naczynia powiązane - był agent, ale celebrycki, nie od sosny i samolotu z kagjebe, że mokasyny to jest to. I namówił Maestra. Który, w myśl systemu powiązania, zajrzał następnie do swojej agendy, a musi być ona gruba i na sporo do przodu, tak sądzę, szczególnie w wersji nieelektrycznej, zajrzał jednakże, pozastanawiał się, jak to wszyscy światowcy, gdy z mądrą miną zaglądają do agendy - i znalazł!
2 całe godziny ze swojego zapracowanego życia na wizytę w niekto znalazł normalnie. Chodził, przyglądał się, wybierał, grymasił, i jeszcze przy tym wszystkim rozdawał autografy! Po czym wybiegł w butach mokasynach. Tak się to odbyło. Serio i seriożnie!
Wednesday, 5 February 2014
(120) maestro
Są ludzie, którzy przez samo urodzenie się są już skazani na zostanie człowiekiem roku. Nie to, żeby byli szczególnie piękniejsi - niż tak tylko przykładowo ja, mądrzejsi, niż tak tylko przykładowo Ana Martin, rozkoszniejsi, niż tak tylko przykładowo Iwonek. Nie - ale mimo to nadaje im się taki tytuł. Jak Sztormowi. Kto o nim nie słyszał?
Ja nie słyszałam, zgłasza się Ana. Kto to? Piosenkarz. Bardzo znany, mimo że nie przez tiwi ani jakiś szoł, gdzie Kubagosiaagaczesław i jacyś inni oceniają, kto coś wart. Zupełna głupota, tiwerdzi Ana zawczasu, nie oglądnąwszy, bo gdzie, jak tiwi centralnie brak. A ten tu znany sam przez siebie, i to na dodatek nie śpiewa ani po polsku, ani po angielsku, a jednak gwiazdor, panisko. Żywy talent widać. Ach, Stromae! kojarzy Ana. No, super jest. Nowybrel, tak o nim mówią. Nowybrel, a tego to akurat nie wiem, ale może tak. To jakaś technika śpiewu, mądrzę się? Nowybrel, ładne słowo nawet. Nie nowybrel, tylko nowy brel. Brel z wielkiej. No wiem, napisałam przecież, po kropce. Ale to nazwisko. Nowy? Owszem, znałam Nowych, choć Nowaków na pewno więcej się trafia. Nie nowy. Brel. Żak. Pisane, patrz na moje usta: Jacques. To był Belg. Belg Brel. Brel Belg. Legenda piosenki i wielka sława. I - żeby wrócić do początku - Stromae, nie sztorm ani sztrom, jakby z niemiecka mogło być, to podobno nowy Jacques Brel; równie świetnie śpiewa i pisze, kończy Ana.
Sam swoje śpiewa, to już akurat wiedziałam, nie musi mi Ana tłumaczyć wszystkiego jak jakiemuś dziecku doprawdy. A wiesz, co to znaczy Stromae? Nic nie znaczy. To fakt akurat, śmieje się Ana, ale jak odwrócisz słowo, to co wychodzi? Maestro. Znów nic. Ach Ksenia, no masz rację cha cha. Nic. Zupełnie, niech wyjdzie na twoje.
Wyjdzie nie wyjdzie, Stromae słynie też z tego, że wychodzi on akurat - na ulicę, na scenę i tym podobne wybiegi - w nie byle jakich ubraniach i butach. Te ostatnie roman nazwałby - z pogardliwym, męskim, prapolskim uśmiechem - mokasynkami z bazarku. Ładne słowa, oba zagraniczne, jedno indiańskie, a drugie jakieś takie nawet chyba tureckie. Butki są w każdym razie kolorowe i wesołe. Garniturki i muszka też. Jak Stromae w środku zapewne, od stóp do głów taki kolorowy ptak, że aż się chce zakrzyknąć po belgijsku: formidable!
I ja chcę tak się nosić, jak Rita i Ana zresztą, na modłę ich obu. Sprawdzę, gdzie to dostać można i dam znaka. Bo on podobno taki zdolniacha, że sam to projektuje i nawet w gazetach damskich pokazuje, służąc za wieszak.
Ja nie słyszałam, zgłasza się Ana. Kto to? Piosenkarz. Bardzo znany, mimo że nie przez tiwi ani jakiś szoł, gdzie Kubagosiaagaczesław i jacyś inni oceniają, kto coś wart. Zupełna głupota, tiwerdzi Ana zawczasu, nie oglądnąwszy, bo gdzie, jak tiwi centralnie brak. A ten tu znany sam przez siebie, i to na dodatek nie śpiewa ani po polsku, ani po angielsku, a jednak gwiazdor, panisko. Żywy talent widać. Ach, Stromae! kojarzy Ana. No, super jest. Nowybrel, tak o nim mówią. Nowybrel, a tego to akurat nie wiem, ale może tak. To jakaś technika śpiewu, mądrzę się? Nowybrel, ładne słowo nawet. Nie nowybrel, tylko nowy brel. Brel z wielkiej. No wiem, napisałam przecież, po kropce. Ale to nazwisko. Nowy? Owszem, znałam Nowych, choć Nowaków na pewno więcej się trafia. Nie nowy. Brel. Żak. Pisane, patrz na moje usta: Jacques. To był Belg. Belg Brel. Brel Belg. Legenda piosenki i wielka sława. I - żeby wrócić do początku - Stromae, nie sztorm ani sztrom, jakby z niemiecka mogło być, to podobno nowy Jacques Brel; równie świetnie śpiewa i pisze, kończy Ana.
Sam swoje śpiewa, to już akurat wiedziałam, nie musi mi Ana tłumaczyć wszystkiego jak jakiemuś dziecku doprawdy. A wiesz, co to znaczy Stromae? Nic nie znaczy. To fakt akurat, śmieje się Ana, ale jak odwrócisz słowo, to co wychodzi? Maestro. Znów nic. Ach Ksenia, no masz rację cha cha. Nic. Zupełnie, niech wyjdzie na twoje.
Wyjdzie nie wyjdzie, Stromae słynie też z tego, że wychodzi on akurat - na ulicę, na scenę i tym podobne wybiegi - w nie byle jakich ubraniach i butach. Te ostatnie roman nazwałby - z pogardliwym, męskim, prapolskim uśmiechem - mokasynkami z bazarku. Ładne słowa, oba zagraniczne, jedno indiańskie, a drugie jakieś takie nawet chyba tureckie. Butki są w każdym razie kolorowe i wesołe. Garniturki i muszka też. Jak Stromae w środku zapewne, od stóp do głów taki kolorowy ptak, że aż się chce zakrzyknąć po belgijsku: formidable!
I ja chcę tak się nosić, jak Rita i Ana zresztą, na modłę ich obu. Sprawdzę, gdzie to dostać można i dam znaka. Bo on podobno taki zdolniacha, że sam to projektuje i nawet w gazetach damskich pokazuje, służąc za wieszak.
Tuesday, 4 February 2014
(119) 1+1=6
Zima to niebezpieczna pora roku dla Polaków, powiedział wieszcz. Zgodzić się wypada, bo wypadków zawsze moc była, ledwo mrozy nastały, w tiwi od razu się uaktywniały specjalne komórki redakcyjne i wysyłali reporterów pod szpitale, by liczyli ofiary poślizgnięć, nieodśnieżania i takich tam. Na pęczki szło, pamiętam.
W tym roku na Sanżilu zima u ludzi nie znów taka, żeby od razu o tym rozpowiadać na forum międzynarodowym, za to zapowiada się, że będzie o czym dyskutować u kotów. Bo mimo że po świętach, i że dzieci i koty głosu nie mają, to chyba coś tam czują i po swojemu przekazują. Jeszcze chyba biedaki nie wiedzą, co im wyszykowali radni.
Wszystko z braku laku na tematy zimowe u ludzi: i soli do posypywania ulic nie trzeba wydawać, i piaskarek przesuwać z dróg krajowych na publiczne, i zatykać pękających rur, to i się nudzi takiemu jednemu z drugim. To się zawzięli i wymyślili.
Zaczęło się od prostego równania. 1+1=6. Niby nieprawda, ale jak się rozejrzeć, to u kotów niestety się zgadza. Jedna kotka i jeden pan kotek dają tyle kociąt. I to nie raz, lecz co najmniej dwa, a czasami i trzy do roku. Razem można to ująć tak: 1+1=18. Na matematyce zapisałabym inaczej, ale widzę, że ograniczenia ery technologicznej się nie zmniejszają wraz z upływem czasu i rozwojem myśli intelektualnej, i jeszcze nie ma skutecznego rozwiązania, jak to zapisać elektrycznie, to i stosuję zapis skrótowy.
18 - piękny wynik, niejeden by tak chciał. Ale kotów właśnie nikt nie chce. Stąd akcja chat - sza. Nie cicho sza, tylko sza jako kot. Kici kici sza. Chodzi o ty, by - jak obrazowo wyjaśnił pan magister chyba, w magistracie siedzi - zamknąć kurek u jego podstawy. Najpierw nie zrozumiałam, o co chodzi w tym moim roboczym tłumaczeniu na potrzeby własne, ale Ana Martin usłużnie się nade mną nachyliła i potwierdziła, że nie mniej, ni więcej, to właśnie napisano.
Hmm. Jaki kurek? Kurek nasienia, wali ni z gruchy, ni z pietruchy Ana. Chodzi o to, by rodziło się jak najmniej kociaków, to pomyśl, co muszą zrobić. Co niby? Wysterylizować. Koty męskie i damskie. By 1+1=0. Co też jest nieprawdą, a przede wszystkim oznacza drastyczną zmianę w obrazie kotów własnym i patrząc z zewnątrz.
No tak, zmiany będą widoczne. Chcąc być dokładną co do jednej sztuki, muszę wiernie przepisać, że w Belgii, nie tylko na Sanżilu więc, żyją 31343 koty. Ana, to tylko koty, tak, te feliny? Tak, chyba tak, rysia tu nie uświadczysz, a na żbika to nawet brakuje liter w alfabecie, mówi Ana. Potwierdzone. A więc mamy tyle a tyle sztuk, co stoi wyżej, co oznacza, że jest to surpopulacja. Za dużo, bo miejsc w schroniskach, na wypadek, gdyby dobrzy właściciele się znudzili, i je miłosiernie wyrzucili na bruk, jest mniej. I co robić? Robi się więc coś niezbyt miłosiernego, choć nie wiadomo, co gorsze, jaki los dla takiego kociaka: się je usypia. Zwie się to eutanazją i zrobiono to 11208 razy. Brr. I chyba wszyscy myślą, że to brr, a nawet rrrrrrrrrrrrrrr, bo od 2016 r. trzeba będzie sterylizować. Trudno. Smutno mi się zrobiło.
Jest w tej całej sprawie jednakże promyk nadziei. Mianowicie jasny, jak dzisiejsze słońce, bo głoszący, że tej decyzji nie podjął byle kto, tylko rada dobrostanu zwierząt. Jest w Belgii takie ciało, choć to rada. Tak mi przetłumaczyła Ana. W oryginale przez y było: conseil de bien etre animal. Ładne i miłe, jeśli to faktycznie istnieje, bo w Polsce to na mój rozum i rozeznanie chyba raczej nie i na pewno. A przydałoby się, bo i tu, i tam, koty mają za dużo partnerów i za dużo kociaków. Tylko że same o tym nie wiedzą.
Ale jest nadzieja, że się dowiedzą i na czas pójdą po rozum do głowy. Wystarczy zadrzeć głowę do góry. Już wkrótce. Czy to kocią, czy to ludzką, efekt ten sam: dojrzy się neon na hotelu. Gdzie - nie wiem, w Brukseli A podobno. A na neonie: reklama. Będzie napisane tak: Les chats ont beaucoup trop de partenaires et de petits. Faites steriliser votre chat. Oczywiście z odpowiednimi akcentami.
W tym roku na Sanżilu zima u ludzi nie znów taka, żeby od razu o tym rozpowiadać na forum międzynarodowym, za to zapowiada się, że będzie o czym dyskutować u kotów. Bo mimo że po świętach, i że dzieci i koty głosu nie mają, to chyba coś tam czują i po swojemu przekazują. Jeszcze chyba biedaki nie wiedzą, co im wyszykowali radni.
Wszystko z braku laku na tematy zimowe u ludzi: i soli do posypywania ulic nie trzeba wydawać, i piaskarek przesuwać z dróg krajowych na publiczne, i zatykać pękających rur, to i się nudzi takiemu jednemu z drugim. To się zawzięli i wymyślili.
Zaczęło się od prostego równania. 1+1=6. Niby nieprawda, ale jak się rozejrzeć, to u kotów niestety się zgadza. Jedna kotka i jeden pan kotek dają tyle kociąt. I to nie raz, lecz co najmniej dwa, a czasami i trzy do roku. Razem można to ująć tak: 1+1=18. Na matematyce zapisałabym inaczej, ale widzę, że ograniczenia ery technologicznej się nie zmniejszają wraz z upływem czasu i rozwojem myśli intelektualnej, i jeszcze nie ma skutecznego rozwiązania, jak to zapisać elektrycznie, to i stosuję zapis skrótowy.
18 - piękny wynik, niejeden by tak chciał. Ale kotów właśnie nikt nie chce. Stąd akcja chat - sza. Nie cicho sza, tylko sza jako kot. Kici kici sza. Chodzi o ty, by - jak obrazowo wyjaśnił pan magister chyba, w magistracie siedzi - zamknąć kurek u jego podstawy. Najpierw nie zrozumiałam, o co chodzi w tym moim roboczym tłumaczeniu na potrzeby własne, ale Ana Martin usłużnie się nade mną nachyliła i potwierdziła, że nie mniej, ni więcej, to właśnie napisano.
Hmm. Jaki kurek? Kurek nasienia, wali ni z gruchy, ni z pietruchy Ana. Chodzi o to, by rodziło się jak najmniej kociaków, to pomyśl, co muszą zrobić. Co niby? Wysterylizować. Koty męskie i damskie. By 1+1=0. Co też jest nieprawdą, a przede wszystkim oznacza drastyczną zmianę w obrazie kotów własnym i patrząc z zewnątrz.
No tak, zmiany będą widoczne. Chcąc być dokładną co do jednej sztuki, muszę wiernie przepisać, że w Belgii, nie tylko na Sanżilu więc, żyją 31343 koty. Ana, to tylko koty, tak, te feliny? Tak, chyba tak, rysia tu nie uświadczysz, a na żbika to nawet brakuje liter w alfabecie, mówi Ana. Potwierdzone. A więc mamy tyle a tyle sztuk, co stoi wyżej, co oznacza, że jest to surpopulacja. Za dużo, bo miejsc w schroniskach, na wypadek, gdyby dobrzy właściciele się znudzili, i je miłosiernie wyrzucili na bruk, jest mniej. I co robić? Robi się więc coś niezbyt miłosiernego, choć nie wiadomo, co gorsze, jaki los dla takiego kociaka: się je usypia. Zwie się to eutanazją i zrobiono to 11208 razy. Brr. I chyba wszyscy myślą, że to brr, a nawet rrrrrrrrrrrrrrr, bo od 2016 r. trzeba będzie sterylizować. Trudno. Smutno mi się zrobiło.
Jest w tej całej sprawie jednakże promyk nadziei. Mianowicie jasny, jak dzisiejsze słońce, bo głoszący, że tej decyzji nie podjął byle kto, tylko rada dobrostanu zwierząt. Jest w Belgii takie ciało, choć to rada. Tak mi przetłumaczyła Ana. W oryginale przez y było: conseil de bien etre animal. Ładne i miłe, jeśli to faktycznie istnieje, bo w Polsce to na mój rozum i rozeznanie chyba raczej nie i na pewno. A przydałoby się, bo i tu, i tam, koty mają za dużo partnerów i za dużo kociaków. Tylko że same o tym nie wiedzą.
Ale jest nadzieja, że się dowiedzą i na czas pójdą po rozum do głowy. Wystarczy zadrzeć głowę do góry. Już wkrótce. Czy to kocią, czy to ludzką, efekt ten sam: dojrzy się neon na hotelu. Gdzie - nie wiem, w Brukseli A podobno. A na neonie: reklama. Będzie napisane tak: Les chats ont beaucoup trop de partenaires et de petits. Faites steriliser votre chat. Oczywiście z odpowiednimi akcentami.
Monday, 3 February 2014
(118) kompakt
Martwię się trochę, bo właśnie wybiła ostatnia godzina stycznia, a śniegu jak nie było, tak nie ma. A przecież idzie luty, podkuj buty. Nocą idzie. Nadchodzi lub nadejdzie, w czasie teraźniejszym się nie da zapisać.
I co teraz? Czy naprawdę to, że żyjemy w niezawinionej przez nikogo nowoczesności, musi oznaczać, że wszelkie tradycje należy odrzucić w kąt i nawet już butów podkuć nie można? Chętnemu wiatr zawsze w oczy, wiem cos o tym, oj wiem. Oj oj.
Tymczasem gdzieś w głębokiej Belgii, czyli brzmi źle, ale tak naprawdę leży całkiem blisko nas, bo to taki kieszonkowy kraik, ten nasz Sanżil i okoliczności, jak zawsze powtarza Ana Martin, a więc tam albo raczej tu, skoro blisko - śnieg spadł. Lód nie spadł, ale przecież nigdy nie spada, prawda? To i co się dziwić. Cieszę się małą radością i z tych radosnych wieści. Nie sprawdziłam za bardzo, gdzie ta miejscowość leży, czyli gdzie leży jednocześnie tegoroczny opad, ale to chyba nieważne, zupełnie jak zeszłoroczny śnieg. Taki los śniegu. Nie ma, jak mówi Iwonek, rozkładając ramionka.
Na śnieg od razu rzucili się spragnieni sensacji i śniegu dziennikarze o dźwięcznej nazwie żurnaliści. Bardzo nam się na Sanżilu podoba to słowo, brzmi jak z innej epoki i nawet całkiem całkiem niexle po polsku. Rzucili się piórem, by opisać, mimo że piszą elektronicznie, jak ja zresztą i niestety. Czasy się zmieniają, pióra wymierają, tak jak ze styczniem - wybija ich ostatnia godzina - ale pewne rzeczy się nie zmieniają i przynajmniej raz do roku każdy rasowy dziennikarz musi napisać: zima zaskoczyła drogowców, cieszą się natomiast amatorzy białego szaleństwa, (zwłaszcza, że zbliżają się ferie).
To właśnie (bez nawiasu, to już ja recytuję z pamięci) co roku powtarza Roman, sam amator, który właśnie z taką jedną amatorką Szyszką, co już niedługo z nami zostanie na Sanżilu, bo się jej zamarzyły luksusy jakieś, wrócili z gór do naszej bezśnieżnej i bezlodowej, bezlutowej wręcz, rzeczywistości. Za granicę się im zachciało. Do Francji! A przecież nikt nie kazał tak daleko ruszać, bo i u nas się dało pojeździć, jak wspominałam. I taniej, i u siebie. Jak w domu. Patriotycznie po belgijsku.
Oddajmy głos dyżurnemu ratownikowi, biedak o mało nie zachrypł od tych wywiadów żurnalowych: tak, odbyły się pierwsze zjazdy. Czy utrzymywanie wyciągów się opłaca? No cóż, zależy. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja jest gorsza, niż 10 lat temu, ale jak popada w ferie, to wychodzimy na swoje, Jak w tygodniu, to nie. Poza tym potaniały wyjazdy za granicę, no i w narciarskich okolicznościach Belgii wiedzie się gorzej.
Pewnie, skoro nawet Roman nie potrafi się zachować patriotycznie, to czemu się dziwić? Nie martw się Ksenia, coś mi się widzi, że Iwonek już tak prędko taty nie wypuści, to i patriotyzm Romana wzrośnie. Na Szyszkę już nie liczmy, ona jak obca dla Sanżila, co ją prawie że własną piersią. Trudno. Tymczasem, jakby się jednak zastanowiła i zechciała zostać, to przecież tu też są jakieś atrakcje dla amatorek. Np. 13 cm śniegu, gdzieniegdzie 12, a gdzieniegdzie nic, ale łyse placki zawsze można ominąć, albo hop hop rączo przeskoczyć, od czego są oczy? Hę?!
I ma Belgia coś, czego na pewno nie ma Francja. To ci luksus i wynalazek! Śnieg, który pozwala na dobry glisse, czyli ślizg, jak tłumaczy amator Roman: śnieg kompaktowy! Skompaktowane 12 cm - z tym wjeżdzamy w luty/lóty/lódy/lód. Na cienki lód niechybnie.
I co teraz? Czy naprawdę to, że żyjemy w niezawinionej przez nikogo nowoczesności, musi oznaczać, że wszelkie tradycje należy odrzucić w kąt i nawet już butów podkuć nie można? Chętnemu wiatr zawsze w oczy, wiem cos o tym, oj wiem. Oj oj.
Tymczasem gdzieś w głębokiej Belgii, czyli brzmi źle, ale tak naprawdę leży całkiem blisko nas, bo to taki kieszonkowy kraik, ten nasz Sanżil i okoliczności, jak zawsze powtarza Ana Martin, a więc tam albo raczej tu, skoro blisko - śnieg spadł. Lód nie spadł, ale przecież nigdy nie spada, prawda? To i co się dziwić. Cieszę się małą radością i z tych radosnych wieści. Nie sprawdziłam za bardzo, gdzie ta miejscowość leży, czyli gdzie leży jednocześnie tegoroczny opad, ale to chyba nieważne, zupełnie jak zeszłoroczny śnieg. Taki los śniegu. Nie ma, jak mówi Iwonek, rozkładając ramionka.
Na śnieg od razu rzucili się spragnieni sensacji i śniegu dziennikarze o dźwięcznej nazwie żurnaliści. Bardzo nam się na Sanżilu podoba to słowo, brzmi jak z innej epoki i nawet całkiem całkiem niexle po polsku. Rzucili się piórem, by opisać, mimo że piszą elektronicznie, jak ja zresztą i niestety. Czasy się zmieniają, pióra wymierają, tak jak ze styczniem - wybija ich ostatnia godzina - ale pewne rzeczy się nie zmieniają i przynajmniej raz do roku każdy rasowy dziennikarz musi napisać: zima zaskoczyła drogowców, cieszą się natomiast amatorzy białego szaleństwa, (zwłaszcza, że zbliżają się ferie).
To właśnie (bez nawiasu, to już ja recytuję z pamięci) co roku powtarza Roman, sam amator, który właśnie z taką jedną amatorką Szyszką, co już niedługo z nami zostanie na Sanżilu, bo się jej zamarzyły luksusy jakieś, wrócili z gór do naszej bezśnieżnej i bezlodowej, bezlutowej wręcz, rzeczywistości. Za granicę się im zachciało. Do Francji! A przecież nikt nie kazał tak daleko ruszać, bo i u nas się dało pojeździć, jak wspominałam. I taniej, i u siebie. Jak w domu. Patriotycznie po belgijsku.
Oddajmy głos dyżurnemu ratownikowi, biedak o mało nie zachrypł od tych wywiadów żurnalowych: tak, odbyły się pierwsze zjazdy. Czy utrzymywanie wyciągów się opłaca? No cóż, zależy. Ogólnie rzecz biorąc, sytuacja jest gorsza, niż 10 lat temu, ale jak popada w ferie, to wychodzimy na swoje, Jak w tygodniu, to nie. Poza tym potaniały wyjazdy za granicę, no i w narciarskich okolicznościach Belgii wiedzie się gorzej.
Pewnie, skoro nawet Roman nie potrafi się zachować patriotycznie, to czemu się dziwić? Nie martw się Ksenia, coś mi się widzi, że Iwonek już tak prędko taty nie wypuści, to i patriotyzm Romana wzrośnie. Na Szyszkę już nie liczmy, ona jak obca dla Sanżila, co ją prawie że własną piersią. Trudno. Tymczasem, jakby się jednak zastanowiła i zechciała zostać, to przecież tu też są jakieś atrakcje dla amatorek. Np. 13 cm śniegu, gdzieniegdzie 12, a gdzieniegdzie nic, ale łyse placki zawsze można ominąć, albo hop hop rączo przeskoczyć, od czego są oczy? Hę?!
I ma Belgia coś, czego na pewno nie ma Francja. To ci luksus i wynalazek! Śnieg, który pozwala na dobry glisse, czyli ślizg, jak tłumaczy amator Roman: śnieg kompaktowy! Skompaktowane 12 cm - z tym wjeżdzamy w luty/lóty/lódy/lód. Na cienki lód niechybnie.
Subscribe to:
Posts (Atom)