Friday, 21 February 2014

(131) rajan

Wsiadam ja sobie wczoraj do samolotu i uszom swoim nie wierzę: miejsce mi wyznaczają. To znaczy normalnie na  żywca odczytują z kartki, gdzie ja mam doczłapać z plecakami i zabawkami, a Ana Martin donieść Iwonka. Słucham? Pytam, bo rozkaz pada po polsku, więc nie mogę udać, że nie rozumiem, co najwyżej - żem głucha. Co też zrobiłam, bo mam pewną praktykę w tej dziedzinie i na tym polu, ale na wiele się to nie zdało, bo dziesięć A i Be - 10 A + B w piśmie bez przerw nawet- to zabrzmiało jak wyrok.
I co robić? Nie znacie Any Martin. Ona zawsze walczy, jakby się pod znakiem lwa, albo lwicy rodziła, a to przecież szczera nieprawda, bo inny znak jej wyznaczyli w niebie, piekle, gwiazdach, planetach i z kalendarzyka małżeńskiego. Kąsający i czepiający się, oj tak. A więc Ana, cały czas z Iwonkiem na ramieniu, bardzo zadowolonym zresztą z całego zamieszania, zawraca i pyta: przepraszam bardzo, ale dlaczego my mamy siedzieć na 10aibe? Skoro przy zakupie biletów była wolność wyboru? Która jest oczywista jedną z największych zalet i atrakcji Unii? Europejskiej? A cała scena w sercu Europy się odbywa, w pobliżu Brukseli przecie, a dokładniej - w Szarlerła? Hę? Tak oto pyta Ana, po polsku, bo stjułardesy polskie z języka przynajmniej nam to proponują i przedstawiają. I odpowiadają one na to, też po polsku, bo przecież nie będą rżnęły głupa, że nie rozumieją, tak się ten czasownik odmienia, pamiętam, a więc: że nie rozumieją, skoro po polsku pytały. Przecie. I w tej odpowiedzi zawierają następującą treść: to nowość. Teraz wyznaczamy miejsca. Tu jest napisane: 10aibe.
Patrzymy z Aną i faktycznie jest. Iwonek też patrzy i pokazuje tututu. Ana bada nadal: ale przecież, gdy kupowałam bilet, nie było mowy o wyznaczaniu miejsca. Stjułardesa, miła nadal, mimo że przecie Ana na pewno nie była pierwszą osobą ostatnio się domagającą tego typu wyjaśnień, oraz jednocześnie zapewne nie ostatnią, co to to nie, ale mimo to miły fason trzyma i potwierdza, co rzekła była już: teraz wyznaczamy miejsca. Tu jest wydrukowane.
No to Any faktycznie nie znacie, jeśli myślicie, że ona będzie siedzieć pośrodku rzędu na grzędzie z małym Iwonkiem. Dobra, ruszamy w głąb. Liczymy: 7-8-9...jest. 10aibe. Próbujemy się wepchnąć, ale ciężko idzie, bo te miejsca to przecie nowość dla wszystkich, więc wszyscy się pchają we wszystkich kierunkach. Naraz. Wraz z nimi pchają się ich bagaże, dzieci się gubią, rodziny nawołują. Rozpacz. Śmiech. Sodomiaigomoria, jak pisali starożytni.
Ana zasiada na 10be, Iwonek zasiada na niej. Gorąco. Brak nawiewu. Ana wachluje się teatralnie i łapie stjułardesę za rękę. Ładna ci ona, wygląda na Arabkę z Sanżila, ale że to linia zachodnia, Ana próbuje po portugalsku, co to ona zna przecie. A pani nie rozumie i mówi po angielsku, tyle wiem na pewno: ajmsłidysz. Szwajcarka. Ale Ana trafia, jak śliwką w kłopot, doprawdy. Rozśmiesza mnie to, cha cha, Szwajcarki za to nie, i marzenia o zmianie miejsca już już już pryskają...a tu jak się Iwonek nie uśmiechnie! Jak nie poratuje sytuacji, mówiąc: ceść do przechodzącej stjułardesy, sprawdzonej wcześniej za pomocą testu językowego! Jak ona się nie uśmiechnie! No i pogawędka gotowa.
No i rząd jest nasz. Any rząd miejsc, Iwonka rząd dusz, bo już zgadliście, że ta stjułardesa  Polką była i jest. Brawa dla wszystkich  - jak tradycyjnie po dolocie, gdy na pokładzie zbiorą się Polacy i lebelż. Mi się to podoba, świadczy o szacunku dla życia. Aż huczało tym razem, widać rajan dobrze rozmieścił pasażerów. Może i to ma sens?
Nie ma. To koniec naszej współpracy z rajanem, zaznacza Ana i zamyka temat. Tzn. zamknie, jak dadzą jej wrócić na Sanżil.

Thursday, 20 February 2014

(130) dąsy pąsy

Chyba już wiosna musi nadejść i odmienić trochę ludzkie losy, bo co tu się ostatnio dzieje we wszystkich kręgach, to naprawdę woła pomstę do nieba. W warstwie belgijskiej, francuskiej, flamanckiej przez dz, a przede wszystkim - królewskiej. Od średniowiecza świat światem czegoś takiego nie widział.
Dąsy pąsy. Inaczej bym tego nie zrymowała, bo i brakuje mi wiedzy o wyższych strefach, by móc to ewentualnie evtl. jakoś inaczej ująć i zaklasyfikować. A tak to ładnie i oryginalnie przez y. Pąsowa róża, tylko to mi się kojarzy. Takie powiedzonko z przeszłości odnoszące się do pąsów, choć nachodzą mnie wątpliwości, czy to aby nie dąsowa róża; skoro królowa kwiatów, to i dąsać się jej wolno. I kąsać. Kolcami, gdyż nie ma róży bez kolców i wody bez ognia. 
Ana, jak to było z tą różą? Pąsowa róża. Godzina pąsowej róży - to taka książka. Zaczytywałam się nią w dzieciństwie, a ty czytałaś? Nie. Tylko słyszałam, czemu dałam zresztą właśnie dowód na piśmie. O czym? O powrocie do przeszłości i nagłej zmianie zwyczajów i otoczenia. W wyższych strefach? Sferach? A tak. Hmm, nie najwyższych może, ale odpowiednio dystyngowanych. Łatwo nie jest, ale się udaje.
A to zupełnie jak w Brukseli w rodzinie królewskiej, stwierdzam fakt. Tu też każdy się dąsa i pąsa, bo życie się zmieniło. A więc po kolei: stary król, już nieaktualny jako pan panujący, za to ciałem po tej stronie - że za mało kasy. Z kasy państwowej. Że mu poddani skąpią. Nawet miliona nie ma! Obraził się na premiera, tego miłego, z muszką. Stara królowa cudzoziemka też wybrzydza, że bieda w oczy zagląda. Uboga starowinka z niej doprawdy, za ostatnie grosze żegluje prywatnym jachtem, zjadliwie dopowiada Ana. Słyszałam też, że syn ich nie odwiedza, odkąd się doczekał swojego i został królem. Znaczy wdrapał się na piedestał władzy. Na tym cokole pomnika, bo to oznacza to słowo, miejsca jednakże dla dwóch nie starczy, to i musiał strącić tatusia. Kopnąć w dół znaczy się. A wraz z tatusiem polecieli też inni, a tym głównie ich statut i status. Na łeb i szyję.
Statustycznie moim zdaniem do katastrofy nie doszło, ale zdaniem takiej córki - tak. Bo tzw. Astrid byla córką króla, królewną taką i królewiątkiem w jednym, a teraz jest tylko siostrą króla. Jak ją nazwać do tego? Faktycznie niefajnie, teraz zostało jej już tylko to ładne imię, bo to imię, choć nie wygląda: Astrid. Brat króla, tzw. Laurent, może i nie stracił nic, on podobno już wcześniej głównie zajmował się traceniem (tak, to znany lokalny utracjusz, dopowiada Ana), za to zmuszono go, by sobie założył gabinet. W pałacu królewskim. To ci kara dopiero, kręci głową Roman; a co mu się tu nie podoba?
Tak jak innym - że są w systemie. I już nie mogą sobie gadać, co ślina na język przyniesie, co pod starym królem było bardziej na porządku dnia i przysparzało problemów, z których się potem trzeba było tłumaczyć, co trwało i trwało, zajmowało tylko kolejne strony w gazetach i tiwi pewnie też, tak piszę na wyrost, bo nie mam jak sprawdzić, u nas na Sanżilu z tiwi się dąsamy. W każdym razie teraz brat musi siedziec w gabinecie i udawać, że coś tam robi, dzierga np., a jego żona nie może sobie tłitować. A szło jej dobrze. Laurentowi zresztą też - jak wysłał życzenia do żony na forum publiczne, to cały kraj się dowiedział i śmiał. A on tłumaczył. Pałac też i pałacowi też.
A teraz jest jedna kom. Po miejscowemu com. I tą com nie jest tłit, tylko serwis de pres. Presowy mówiło się w Polsce, to Urban był taki, ale też już przeminął w godzinie pąsowej róży. Bo te wszystkie dąsy pąsy na tym polegaja, że z nudy powstają. A potem jedna jaskółka przeleci, amatorzy białego szaleństwa odjadą w przeszłość i już są nowe tematy. I dąsy. A nawet pąsy i radosne pląsy.

Wednesday, 19 February 2014

(129) samopomoc

Przecieram oczy z rana i nie wiem, czy to już zwidy, czy poranne zmroki: pipol znów atakuje. Jak ten przysłowiowy, uciążliwy dżender. Naprawdę, wystarczy otworzyć oko i komputer, by wyskoczył, jeden albo drugi. Zaraz zaraz, a nie, to prawie jak pipol tylko, a w czasie rzeczywistym, realnym po miejscowemu: pipl.
Plpi Ksenia, to nie wielkie I, tylko l. Podobne, wiem, sama często się na tym łapię, że już czytać nie potrafię. Przez te komputery tylko bałagan i nieporozumienia, zgadzam się. I niedorzeczności zupełne, i pytania ciągle na okrągło zewsząd ze wszystkich kątów, no bo co to jest przykładowo ten pilp? Że go tak pieszczotliwie nazwę, tego pipla nie do wymówienia? 
Bo polip chyba nie? Pol(ip)ski coś też nie, przecież to o to ja dodałam. Nie. Plpi to coś nowego na terenie blegijskim, naszej tu ziemi nowej zdobycznej. Partnerait local de prevention pour indepandants plus tradycyjne domyślne akcenty dla tych, którym na tym zależy. Mi zależy osobiście bardziej na tym, by m Ana Martin rozjaśniła w głowie, i wytłumaczyła, co zacz. Albo kto zacz. Tak się kiedyś mawiało, na naszej ziemi niezdobycznej, za to rodzonej. Jak polip, to raczej woda, mądrzę się. Albo nos, śmieje się Ana.
Kto mi jednak w tym domu wreszcie powie, co to je? To sieć samopomocy sąsiedzkiej, ogłasza Ana. Tak wynika z opisu. Samopomoc w zakresie ochrony przed kradzieżami. W mieście Mons to powstało, jako jedna z nielicznych samopomocy w Walonkach, mówiąc po kseniowemu. A jeśli by napisać, że w Bergen, co jest już po flamancku przez c albo dz, jak kiedyś wyczytałam nad autostradą, to jak by było? Nie wiem, jakby było, za to wpisywałoby się idealnie w samopomocową sieć, która od 20 lat się stale rozwija. Ale tylko we Flandrii, zaznacza Ana. Ta samopomoc w Mons to pierwsza jaskółka, co zdołała wylecieć za nieistniejącą granicę wewnetrzną. W skrócie wew.
Może w Walonkach samopomoc nie była konieczna, dywanuję sobie, siedząc sobie na kobiercu, co go użyję jak osłowa, by było bardziej malowniczo. Nie dywanuj lepiej, Ksenia, bo odlecisz. A co do dywagacji, to samopomoc pewnie jest potrzebna, jak wszędzie, tylko ludziom się wydaje, że nie, że lepiej sobie samemu radzić. Jak w Polsce trochę, porównuję: też niezgoda i każdy wie lepiej. Nie jak u nas na Sanżilu, gdzie najlepiej wie Ana. Ale my sobie pomagamy i samopomagamy też, protestuje Ana. To w Mons po co oni sobie samopomagają?
Kradzieże kradzieże i jeszcze raz kradzieże się rozpleniły. Sklepy zaczęły znikać z deptaka monsowskiego, pietonnier montois, jak to się nazywa, to i poszli o rozum do głowy i się skrzyknęli. Handlowcy. Z sieciówek i niezależni, wyjaśnia Roman. A jak to działa? W ten sposób, że jak jakiś sprzedawca zauważy u siebie podejrzanejgo osobnika, wysyła wiadomość, oczywiście elektroniczną, do sieci. Sieć nadzoruje oddelegowany policjant, który ma ocenić, czy jest przed czym i przed kim przestrzegać innych. Jeśli jest, to ogłasza wszem i wobec, że coś się dzieje. Może nawet wysłać patrol. Jak nie ma, życie idzie dalej i należy się modlić, że policjant miał rację.
Hmm, pomysł dobry, ale jak się to ma do ochrony praw osobowych? I osobistych? Ostatnio słyszałam, że nawet numeru tablicy rejestracyjnej nie można użyć jako dowodu przeciwko potencjalnemu przestępcy, a tu od razu go oskarżać lub przeszukiwać - to wolno nagle? zastanawia się Ana. Otóż właśnie to jest słaby i niejasny punkt przedsięwzięcia, tłumaczy Roman, który kiedyś, w Polsce A i B robił na kancelarii, chyba w prawie nawet. Otóż nie wiadomo, gdzie są granice. Jak to ustalić, jeszcze mniej wiadomo. A już najmniej - dokąd to prowadzi?
Mi się tam nie za bardzo podoba, ta samopomoc handlowa. Komercyjna. Bezpieczniej, czyściej, bogaciej, ale jednak komercja. Komercha. Nie o to nam chodziło, jak się jechało na zachód, zdobywać wolność. A tu okazuje się, że cię mogą zczyścić z ulicy. Ot tak, bez powodu. Oby to nie był zły znak. Ta pierwsza monsowska jaskółka wiosny nie czyni, ale jak wiadomo, jaskółki nisko latają na burzę, więc oby z tego nie było jakiejś większej ulewy. W sensie życiowym i politycznym.

Tuesday, 18 February 2014

(128) diabły

Sport to zdrowie, mawiają co bardziej leniwi, wzdychając z kanapy, że to nie dla nich jednak, w ich stanie itepeitede. Sport to niezdrowie, mawiają ci, co zdążyli się czegoś nauprawiać w minionej młodości i teraz płacą za to cenę. Kolanem, łokciem, nadgarstkiem, szyją, biodrem, achillesem itakdalej. Wysokość ceny zależy od dyscypliny, ale ogólnie sięga ona od stóp do głów.
Zresztą licho wie, czy ten achilles nie jest jeszcze wyżej. Lub niżej. Teoretycznie jest to niemożliwe, bo tam już tylko szaleją żywioły ognia i powietrza, ale w sporcie, szczególnie w futbolu, możliwe jest wszystko: najbardziej zdumiewające wyniki co tydzień;  najlepsi przegrywają do zera z najgorszymi; ktoś kogoś kopie i obaj się zwijają z bólu, mimo że do kopnięcia nie doszło, co widać na fotokomórce ze znakiem R w tiwi i nawet na gołe oko niekiedy też; sędziowie dostrzegają przekroczenie linii tej i owej z drugiego końca boiska; gryzą się, obrażają, spiskują. Itakdalej itepe w ten deseń. Design. Dyzajn. Inekselsis.
Nie inaczej oczywista na Sanżilu. Choć zaraz zaraz, widzę, że noga tego piłkarza tu nie postała, albo raczej - nie przebiegła. Benoit Thans się on nazywa. Thanks wielkie za takie imię z dwoma kropkami nad i, których ani ręcznie, ani elektronicznie nie da się zapisać! I dzięks za to, że Sanżila nie skalał brudną mafią sportową, która - z Chin komputerem - zarządza europejską piłką. A przecież mógłby łatwo dać się skusić i ubrudzić sobie ręce. I nogi, a korki - to już musowo. Bo grał przez całe 20 lat, we wszystkich najważniejszych klubach Belgii - od FC Liegeois z akcentami do FC Louviere z akcentami w drugą stronę. To ci kariera! Na skalę narodową, niejeden by tak chciał - a nie może. Bo sport to zdrowie, albo niezdrowie, ale nie dla wszystkich. Najpierw trzeba się przebić. Przekopać.
Benoitowi, że tak sobie pozwolę od odmienić dla krajowego czytelnika, jakoś przekopywanie poszło. Całkiem znany się zrobił, bo rozegrał 360 meczy, w których strzelił niebagatelne 43 gole. Nie rozumiem tylko, z kim je rozgrywał. Przeciwko komuś na zdrowy rozum. Tu piszą, że z jakimiś diabłami, i przeciwko nim też. Z czerwonymi i przeciwko czerwonym. Diabłom, ale wiadomo, licho nie śpi, jak wspomniałam wyżej, zło się pleni wszędzie. Chwała więc Benoitowi, inekselis, że tak dzielnie walczył. Tylko co ma tu do rzeczy piłka nożna?
Wszelkie drogi są słuszne, zaczyna Ana, ale kończy już na świecko: zapytaj Romana. Czerwone diabły to chyba zwyczajowa nazwa reprezentacji narodowej Belgii. Tak? Tak, potwierdza Roman. Nasi z Polski to biało-czerwoni, ci tu - też czerwoni, tylko diabelsko. Człowiek się czerwieni, jak to ogląda zresztą czasami, więc nazwy całkiem adekwatne do wyczynów. Polskich nawet bardziej, niż lokalnych, w czymś trzeba być dobrym, nie wątpię, wtrącam, ale chyba muszę się bardziej poodrientować, bo nawet Ana, dla której sport to zdrowie i niezdrowie zarazem, nie może wybrać grupy - a więc nawet Ana wie, że bialo-czerwoni, w skrócie bicz, po światowemu - bisi, nie spisują się na boiskach. Widać źle spiskują. Nie oni jedyni zresztą.
Bo lebelżom też raczej nie idzie, co Roman? Nie szło, fakt, ale już lepiej. Do Brazylii pojadą! A nasi z Polski nie. Ale fakt, wiele lat czerwone diabły były takimi boiskowymi sierotkami. Nie z tymi trzymali i spiskowali, ale zmienili front i od razu lepiej. Z czerwonych zamienili się w czarowne diabły. A niech to.
Wszystko przez tę politykę. Myślę, że nie bez powodu. Pomyślniejsze wiatry wieją, i czerwoni hulają po boiskach, bo emeryt Thans wziął się do roboty. Nie wyszło mu nigdzie, jako trenerowi i radcy-doradcy, mimo że tytuły były długie i budzące szacun: komite de konsultans de lal frankofon de futbol. No, pięknie zapisałaś, śmieje się Ana. Może to drugie przepisz słowo po słowie? Z pięć minut to zajmie, ale okej:  directeur technique national en charge de toute la politique federale a part des diables rouges. Uff, dodajcie se akcenty i macie. O ile rozumiecie.
Widzę tu coś ciekawego dla oka niesportowca, zauważa okiem wzrokiem Ana. Ten Benoit odpowiadał za cały sport z wyjątkiem czerwonych diabłów. Znaczy - nie zna się czy go usunęli w cień byli koledzy? Jak myślisz Roman? Wykiwali go - jak na boisku, śmieje się Roman, no ale czy jeden nie wart drugiego, na to Ana No nie wiem, zobaczymy. Bo teraz Benoit uderza w politykę. 
Widać skończyły się pieniądze, komentuje Ana, zdrowie też już nie to, nogą nie zarobi, to postanowił ręką. Ręka rękę myje, wiadomo, i z rąk do rąk podaje to i owo. W każdym razie to jest dziś ważna nowela w Belgii. Żal im chyba tego eleganckiego mańkuta, co rozpalał trawniki, jak tu napisali, śmieje się Ana.  
Cha cha, piękne, ale trzeba wprowadzić poprawkę, bo to chyba mańkut nożny? Jak ja notabene i zresztą, dodaję. Proszę proszę, to podobno pożądana cecha w futbolu, ożywia się Roman. Kto wie, Ksenia, co cię czeka? Piłka nożna kobiet jest już nawet chyba na olimpiadzie, co? To do Soczi bym pojechała? Nie, Soczi to zimowa olimpiada wiosną, tu byś mogła do Brazylii trafić. Z czerwonymi diabłami? Diablicami chyba, na to Ana, zawsze dbająca o szczegóły. Gdyż diabeł jest ukryty w szczegółach. I to by była dopiero nuwela dnia, a nawet roku. Na poziomie reprezentacji międzynarodowej i krajowej męskiej i damskiej zarazem.

Monday, 17 February 2014

(127) walenty

Wreszcie są. Walentynki. Święte Walentynki. Dzień zakochanych w środku zimy - o większy absurd trudniej, twierdzi surowo Ana Martin. Chyba nie jest zakochana, że tak się krzywi na moje radosne oczekiwanie na maile od ulubieńców. Bo na kartki - to już chyba nie te lata. Było, minęło wraz z telefonem przewodowym i telegrafem na przykład. Podobnie jak w przypadku Any - gdzie te kartki, gdzie te serca, gdzie te kwiaty. Ciekawe, co na to Roman.
No tak, kwiaty. Będą wszędzie. Ile to ich dziś pójdzie pod nóż tylko dlatego, że kolejne anglosaskie święto wciska nam swoją komercję? wybrzydza dalej Ana. Zła jest, bo do baru porannego wsadzili dziś psa z rasy groźnej i groznej, a ona się boi. Taki prezent dostała w darze od walentynek. Widać na więcej nie zasłużyła, rachunek jest prosty. Tak to się kończy, jak się nie wierzy w świętych.
Faktycznie coś się jej nie bardzo trafiło. Zero bukietu, za to dużo szczekania. Coś za coś, cóż. Cóś. Ale pocieszam się i Martinów, że niektórzy, ci co świętują anglosaskie święta, a nie kręcą nosami na przenikanie się kultur, mają się na co cieszyć. Już służę danymi. W święte Walentynki sprzedaje się 10-15% rocznej sprzedaży kwiatów. To są miliony, o ile nie miliardy w ogóle, nie myślcie sobie. Co prawda zima chyba trochę wpływa na zamrożenie portfeli i serc, bo jednak więcej sprzedaje się na święte matki i - uwaga uwaga!  - święte sekretarki. To ci dopiero święto.
A może to nie święto sekretarek, tylko sekretarzy, podpowiada czujna Ana. Podoba mi się ten pomysł, niechaj żyje święto pracy! Ciekawe tylko, czemu akurat ten dzień tak bogato ukwiecony, zastanawia się Roman. Musi to być jakaś prastara sanżilowska tradycja, jeszcze z XX wieku, albo i prastarsza. Dowiem się i opowiem, obiecuje Ana.
Roman wymyka się w międzyczasie, coś mi się wydaje, że jednak będzie świętowanie. Niechętne, ale będzie, bo nawet starym się coś należy od życia! Byle tylko szybko wrócił. Nie jest to oczywiste: w ciągu 5 lat w Belgii, u nas w szerszym sensie, jak pisałam, podwoje zamknęło 500 kwiaciarni. Ładne wyrażenie, prawda? Pasuje urodą do kwiatów. Na miejscu w stanie czynnym pozostało 4500 kwiaciarni i ogrodników. To całkiem nieźle, jak tak sobie porównam do rozmiarów mapy. Jest jak dzielić skórę na niedźwiedziu. Może Roman coś znajdzie.
Tym bardziej, że lebelż okazują się tradycjonalistami, jeśli chodzi o miejsce zakupu kwiatów. Musi być po pańsku, w kwiaciarni. 62 % kwiatów kupowanych jest w kwiaciarniach. 13% na wielkich powierzchniach. To daje 75%. A 25% ze 100 to gdzie, dopytuję ciekawie? Ha, nie wiadomo. Jakaś tam część pewnie na stacjach benzynowych, ale co z resztą, to nawet ja nie wiem, przyznaje się bez bicia Ana. Może wycieka na lewo?
Bo materiał do wycieku w kraju jest bez wątpienia, wpada nam jak śliwka w kompot Roman. Nie sam wpada, z bukietem, takim, co to kupuje się drogą tradycyjną. Wyobraźcie sobie, że co tydzień do lież, pisane Liege z akcentem, przylatuje 250-350 ton kwiatów. Jak to przylatuje, dziwię się. To kwiaty też już nie są tutejsze, belż? No co ty Ksenia, od dawna rosną głównie w Afryce i Ameryce. I to się opłaca? Budować szklarnie tak daleko, ścinać je, ładować, przewozić? Toż to sto razy, 10000% czyli, więcej roboty. Może, ale tak już jest. Bo taniej. Nic tam nie płacą robotnikom, za to harówa straszna, obrobić te róże, lilie i gipsówki. 
Gipsówki? A to co za nowość, coś egzotycznego? E tam, zwykły łyszczec. Gipsofila po łacinie, to i spolszczyli po najmniejszej linii oporu. To to, o tu; Ana, mimo że nie świętuje, to jest zadowolona z bukietu, nie umie tego ukryć pod zmarszczkami. Pokazuje mi i Iwonkowi białe kulki. I to też lata z Afryki? Ano. Do Liege przybywa co tydzień 10-14 lotów z Etiopii, 2 z Kenii i 6-10 z Izraela. Wszystko z Afryki, jak widać na dłoni.
O Izraelu to nie wiedziałem, mówi Roman. Myślałem, że tam głównie grejpfruty, a tu proszę, łyszczec błyszczy na pustyni. Widać da się, ale pomyślcie, jakim to kosztem. Mnie ciekawi, kto to zbiera w Izraelu natomiast? Bo że emigranci, to prawie pewne, tylko skąd? Nie dowiesz się. Ale uwaga, kupiłem ci Ana kwiaty etyczne. Moralne czyli, jak w szkole belż, pytam? Coś a la. Ala. Za ich ścięcie, zapakowanie, przewóz podobno zapłacono zgodnie z normą. Do tego kwiaty nie są pryskane ani kolorowane. 
Hmm. Dziękuję, czerwieni się Ana i czyta, że w Belgii na 450 milionów kwiatów tylko 2,5 miliona jest etycznych. To mi zagwarantowali. Hmm. Coś nie wierzę. Jakie święto, taka gwarancja.

Friday, 14 February 2014

(126) dyplomatyka

Jedno wiem i wyczuwam szóstym zmysłem od dawna: z wojen religijnych nigdy nikomu nic dobrego nie przyszło. I nie przychodzi oraz nie przyjdzie, we wszystkich czasach, niezależnie od czasu, trybu i atmosfery politycznej. Która zresztą zawsze się zagęszcza, gdy pojawia się ta tematyka. 
Co tam się będę mądrzyć, nie tacy jak ja połamali sobie na tym pióra. I kariery. Wystarczy zresztą cyknąć tiwi, by stało się jasne, że właściwie koniec jest ciemny, gdyż nie widać żadnego światełka w tunelu. Najpierw myślałam, że to specyfika typowo krajowa, by znów zasięgnąć języka u komentatorów sportowych, ale nie. Na Sanżilu to samo.
Otóż na dzielnicy i poza nią raczej też na nowo rozgorzała wojna o dyplomy. Dyplomatyczna, jeśli by się posłużyć inną formą gramatyczną. Ach, czasami naprawdę wystarczy mała iskierka, aby rozgorzało wielkie ognisko. Halo! O co się tak bić? Tylko o to, że niektórzy, co nauczają, nie mają nawet skończonego gimnazjum? O tutejszej nazwie sekonder. Phi, wielkie mi co. Szkołę życia pewnie za to skończyli.
Ksenia, masz rację, ale to z jednej strony bitwa polityczna, a z drugiej religijna właśnie. Bo te osoby uczą religii lub etyki, co z francuska nosi fantastyczną nazwę morale. Morał czyli, tłumaczę na swojskie. No prawie. Żeby sprawę jeszcze zagmatwać, te lekcje noszą dumną nazwę filozoficznych - tak by nikt z żadnego wyzwania albo partii się nie czepiał, jakby co, że tu oto odchodzi jakaś indokracja. Czyli demokracja inaczej? Indoktrynacja, Ksenia, czyli to, co robią w szkołach na religii w Polsce, nie znasz z własnego podwórka? przypomina mi przeszłość Ana, wypominając ją znienacka z czeluści mroków.
Ale w Polsce jednak mówią wprost, że to religia. Stoi jak byk w planie lekcji. Nikt się nie bawi w owijanie w bawełnę - nie ma po co, i tak nauczają tylko jednej religii, ciągnie Ana. Etyka praktycznie nieobecna. A po co mieliby nauczać czego innego, skoro w Polsce panuje tylko jedna religia? Panuje może, ale są też inne. Prawie że nieobecne oficjalnie. Brr.
Ana, skończ, bo się zdenerwujesz, ostrzega Roman i teraz on tłumaczy.
Tak naprawdę w kłótni na Sanżilu chodzi o to, kto w szkołach naucza jakiej religii. Wiadomo, że ci, którzy się tu uczyli normalnym trybem, urodzili zapewne, a więc z domu wynieśli tradycjną, lokalną wiarę (o ile, wtrąca bojowo Ana), poszli na studia pedagogiczne i mają dyplom. Teologii czy czegoś. Mastera tak zwanego, co oznacza magistra, ale że z angielska dla niektórych uszu brzmi bardziej dystyngowanie, to w całej Europie szerzy się ta nowa moda onto..oto...Roman,  co powiedziałeś? Onkologiczna? Aaa, rak toczy. No tak, jak wojna, to i rak. Rozumiem.
Wojna religijno-polityczno-filozoficzna, ale długa ta woja dyplomatyczna! Jak ta kadencja walońskiego sejmu, fakt, przypomina Ana. Wojują i wojują i nie mogą dojść do porozumienia. Lewicowcy w ogóle się zastanawiają, czy lekcje tzw. filozoficzne mają się odbywać i czy nie lepiej byłoby zastąpić je lekcjami filozofii. Czyli tym samym? Nie, uczyć filozofii. Na tyle uniwersalnie, na ile się w ogóle da. Odpadnie koloryt, ale i nerwy.
W tej materii, tak ładnie mówi Roman, panuje więc niezły chaos - podobno reguły zatrudniania nauczycieli różnią się w zależności od wyznania. Materia to jak materiał? Owszem. Tak po prawniczemu prawie. Ale jest jeszcze jeden kruczek prawny w tym wszystkim właśnie: mainowicie, że zgodnie z konstytucją, szkoły muszą prowadzić lekcje religii, ale nie mogą zmuszać uczniów, by w nich uczestniczyli. I tak to w kółko Macieju. 
Toczą się te wojny religijne i toczą. I nic dobrego z tego nie wychodzi. A nie lepiej by to wprowadzić jedną wiarę, jak u nas? Po co komu ta indoktrynacja demokracji wiary?

Thursday, 13 February 2014

(125) synchro

Zasłyszałam ostatnio, jak Roman wspominał coś o postsynchronach. Do Stefana wypowiadał te słowa, albo do Lapaża, albo kogoś równie obeznanego w nowych technikach. Zauważyłam przy okazji, że Roman nie mówił pełnymi słowami. Chory?
Sfrancuził się nam, albo zbelgował, śmieje się Ana. Francuzi lubią skróty. Resto. Dispo. Ordi. W teatrze ostatnio nawet Mus. Z wielkiej, bo to od Mustafy. Wszystko im za długie się wydaje, tym francuskim pieskom, mówię z wyższością. Żeby nawet Mustafą już być nie można. Dobrze, że Ana krótkie, a Ksenia - piękne.
Postsynchro to też skrót, nawet dwa w jednym, zupełnie jak szampon, który z kapitalizmu zlądował w postkomunie. Post nie wiem, skąd pochodzi, ale synchro to ani chybi trafił od synchronizacji. Bardzo lubię to słowo, podobnie jak inne na -cja. Tolerancja. Demokracja. Letycja. Ładnie wyglądają na papierze i pewnie mają ładne znaczenie.
Synchronizacja bywa do tego bardzo przydatna. Bywa, jak jest. Na Sanżilu i ogólnie w Brukseli jakoś z nią nie najlepiej, szczególnie w zakresie skrzyżowań. 2,5 mln godzin przepada z jej braku. Co roku! Wszystko dlatego, że 400 miejskich skrzyżowań jest źle postsynchro, że zacytuję Romana. Nie tylko skrzyżowań - także arterie i awenu.
Arterie to największe ulice, a awenu to niby aleje, ale tak naprawdę też tylko ulice, kiedyś były może i szersze, niż reszta, ale od czasów parkingów już nie. Niełatwo się połapać, co się jakiś zwyczaj utrze, to już go trzeba zetrzeć, albo sam się ściera. W postnowoczesności wszystko się wymieszało na tym Zachodzie, gdzie spojrzeć, nic nie jest jak dawniej, w tych zmarnowanym 2,5 milionie godzin na przykład. Ana, ale jak to policzyli, pytam ciekawie?
Sama się zastanawiam...pewnie jakieś skrzynki ustawili, które liczą przejeżdżające samochody. Widziałam takie dziwo na albercie. Wielka konstrukcja metalowa, jak megarobot, aż się Iwonek zdziwił, co mu tu przed wózkiem wyrosło. Elektroniczne oko czuwa, śmieje się Ana. Dzięki takim skrzyniom obliczyli, ile wynoszą spóźnienia na głównych liniach przejazdu w mieście. Na jednym , koło pracy Romana, tej na komisji, 35 minut! Potem pododawali i wyszło 2,5 miliona. To dlatego, że rządzi stare, twierdzi Ana. Tymczasem przecież nonstop idzie nowe, a zaraz za nim nowoczesne oraz post.
Ja wiem o co chodzi, wkracza do pokoju Roman. Okazuje się, że w mobilności lata temu, jeszcze przed nastaniem naszej ery, ustalili, z jaką częstotliwością mają się zmieniać światła. I nie zmieniają tego od nastania nowego tysiąclecia, albo i dłużej, jak wspomniałam, tymczasem żyjemy już w innej epoce, gdzie aut jest więcej, to i ruchu więcej, logiczne. Bezruchu właściwie, no bo jak auto stoi, i to średnio zaledwie, 35 minut, to i w aucie niewiele ruchów się wykona, nawet przekładanie biegów odpada z form sportowych, zakładając oczywiście, że biegów się nie wyeliminowało już zawczasu, kupując odpowiednie auto. Papko, jak mówi Iwonek.
Stoją więc auta i stoją, bo na 513 skrzyzowań na Sanżilu i poza nim większość świateł zmienia się całkowicie bezmyślnie. Tylko na 30 pracownicy mobilni zwracają uwagę, na to, co się tam dzieje naprawdę. Czas realny to się nazywa, a by działało - trzeba całość aktywować. Co jednak też na razie zależy od pomyślunku aktywującego i nie zawsze działa. Widać to na przykład na nieźle zapętlonym bałaganie ulic koło wanderkindera, gdzie często stoimy z Iwonkiem i oglądamy tramwaje. To jedno z tych skrzyżowań realnych. I coś się rusza? Ależ skąd. Stoją i trąbią, co niektórym pasażerom w wózkach się podoba, szczególnie, gdy się zdenerwuje jakiś motorniczy i zaczyna dzwonić na całego.
Ma być lepiej. Idzie nowe znaczy z wiosną? pytam. Oby! Ma być inteligentne zarządzanie wszystkim. O, tego nigdy za dużo, kpi sobie Ana. Ana, daj szansę! Do centrali chcą podłączyć całe miasto. Pod centralę, mawiało się kiedyś. Pod centralę to już dawno jesteśmy podłączeni, nawet o tym nie wiedząc, Ana nie daje się wybić z bojowego nastroju. Ale brzmi dobrze, broni pomysłu Roman. Światła mają mieć predefiniowane scenariusze, że się tak wyrażę, tłumacząc na żywo ministerkę mobilności.  
Co to oznacza w realu? Czasie realnym, jak chce Ksenia? Poczekaj Ana, daj szansę! podobno Bruksela jest w tyle za innymi miastami europejskimi, nawet za Polską B, gdzie wszystko sprawniej i płyniej płynie ku postnowoczesności. Cyrkulacja wymaga synchro. Potem postsynchro. A potem już tylko potop.