Thursday, 20 March 2014

(150) beeee! alert

Coraz ciężej się połapać, kto już o czym wie, kto już komu coś wysłał, kto coś podebrał, podsłuchał, sprzedał. Myślałam, że jak wyjadę z Polski, to na dobre będę nieuchwytna dla systemów nasłuchów międzyparlamentarnych, a tu niespodzianka! Alarm! Alert!
Że jest w ogóle takie słowo alert, to bym się wcale nie spodziewała, gdyby właśnie nie okazało się ostatnio, że planety mnie nasłuchują. Zresztą nie tylko mnie, tylko wszystkich na Sanżilu i poza nim z pewnością też, nawet poza tymi planetami pewnie. O ile jest tam jakieś życie oczywiście. Na razie planety - raczej z pomocą ludzką - stworzyły system ostrzegania. Przed samymi soba, pytam się, ale moje pytanie niknie w mroku czarnej dziury, więc lepiej opiszę, jak do tego doszło.
Zaczęło się od centrum kryzysowego, które wybudowano gdzieś w środku kraju. Myślałam, że to coś powinno być raczej przeciwkryzysowe, ale widać są nowe czasy. Dla bezpieczeństwa nie podają, gdzie, ale myślę, że to nie bardzo daleko, skoro sam kraj ma niedaleko z południa na północ, wschód i zachód, wte i wewte, do wyboru, do koloru. W jakimś sztabie. Kto nakazał? A bo to wiadomo, kto wymyśla te nasłuchy? Prawdy nie dojdziesz, za to system cię dorwie. Np. alertem.
Bo alert oznacza ostrzeżenie. Ana Martin tak twierdzi, a trochę się w życiu natłumaczyła przecież, chociażby Romanowi i mi, że to i tamto. Ale może troszkę racji w tym jest. Międzyplanetarny system belgijski będzie miał nazwę be-alert i działa już na poziomie międzyparlamentarnym w gminach pilotkach. Pilotek jest 33 i zwracam uwagę na tę liczbę, wszystko zapisane jest w gwiazdach i za 33 = 3+3? 3x3? 3-3? na pewno kryje się znaczenie. Albo zaszyfrowana wiadomość. Nie wiadomo, co gorsze z punktu widzenia odbiorcy. Tylko czy ja jestem tu jeszcze odbiorcą?
Odbiorczynią, jeśli już Ksenia, ale czego ty się obawiasz, pyta Ana. Ano, że nas podłączą. Albo nawet nie podłączą, a i tak wszystko będą o nas wiedzieć. Już wiedzą, kiwa głową Ana. Ja nie mam złudzeń. E tam, przesadzasz, nie przesadza Roman, który zawsze stara się nas ocucić. No nie wiem, nadyma się Ana, a skąd niby te wszystkie telefony reklamujące wszystko? Skąd oni mają mój numer komórkowy, skoro mój aparat jest przedpotopowy i nie działa na nim nawet internet?
Serio? dziwię się; tego to naprawdę się nie spodziewałam, ale chyba powinien był mi się włączyć jakiś alert, jak po raz pierwszy zobaczyłam to różowe pudełko z klawiszami. Kseni czy twój samsung, ciągnie Ana, to rozumiem. Podłączony fabrycznie do siajej, efbiaj i mosadu, nazwy fabryczne podaję na odpowiedzialność Any, mnie nie pytajcie; mojego za to podłączyć nie ma gdzie, oprócz prądu, więc pytam: skąd go mają? I kto go sprzedał komu? Numer znaczy się, a mój święty spokój wraz z nim?
Ana najpierw robi, a potem się dziwi. Jak się chce sławy, to się ma, co? Ma za swoje, za to kolegowanie się z wieloma osobami. Ale że to niefer, że dalej sprzedano ją, to prawda. A nie tak miało być. Pani ze sztabu kryzysowego twierdzi, że taka sprzedaż danych jest wręcz niemożliwa. Tak samo, jak podanie danych policji. Na pewno nie u nas, zarzeka się. Nie. Dane, które na razie przekazali niby dobrowolnie mieszkańcy 33 pilotek, mają zostać uruchomione tylko wtedy, gdy coś się dzieje. Czyli kryzys. Wtedy pod podane numery wysyła się alarm. Alert. Ale nie tylko na numer - też na mejla o nazwie kuriel albo na faks. I to dopiero mnie zdziwiło: to faks jeszcze istnieje!
Choć w sumie to fuks. Tyle lat żyję, ponad 20 i trochę, i myślałam, że w tym życiu planetarnym faksu już nie ujrzę. Ledwo załapałam się na telefon na kablu i telegram? Czy telegraf? Ach, to stare ruiny, to i nazwy giną. Jak poczciwy faks. To dobrze, że jeszcze ma szansę zaistnieć. I to od razu jako alert.
A jak oni wiedzą, do kogo wysłać alarm, ciekawi się Ana. Dzięki zinformatyzowanej kartografii. Tak piszą tu. A co to? Chyba wsadzili do komputera mapy i tak to nazwali, śmieje się Roman. No dobrze, zastanawia się nadal Ana, ale na mapach nie widać przecież, czy ktoś przebywa akurat, dajmy na to, na Sanżilu. I co wtedy? Ostrzegać czy nie? Tropią nas satelitami, podpowiadam. Ha, Ksenia, może i utrafiłaś; tu się jednak tłumaczą, że to jest słaby punkt systemu, bo nie wiadomo, komu słać. Więc powstaje wielki chaos. I wybuch. 
Udają, na to Ana. Wiedzą na pewno, przecież telefony mają giepeesy. Wszystko wiedzą, co chcą, tylko tak udają w gazetach, że nie. By nie siać paniki, albo defetyzmu, jak mawiała moja koleżanka, śmieje się Ana. Ale to wygląda mi niefajnie, dodaje. Roman, sprawdźmy, czy na Sanżilu jesteśmy podłączeni. Wolę się zagapić, niż cały czas coś by mnie miało przed czymś ostrzegać. Protestuję zawczasu. Nie chcę. Do bania się to ja mam samą siebie i na pewno nie będę meldować obecności w żadnej gminie, czy w pilotce, czy nie.

Wednesday, 19 March 2014

(149) eurosong

Minął dzień, emocje nie opadły i już wiadomo, że ta cała awantura o wojsofpolant nie skończy się tak hop siup. Sprawy okazały się bardziej skomplikowane, niż samo życie. Zaczynam się bać o Aleksa z Hainaut.
Przypominam, że mamy rok euroligi, eurowizji, kup mondial i nieprzestępny. A w środku tego - Aleksa Hirsoux z Hainnaut, czyli hennuyera, który jest Walonkiem, ale wygrał konkurs belgijski w Antwerpii, na które to słowo Ana przetłumaczyła Anwersę. I wszystko by było dobrze, gdyby Aleks wygrał u siebie, czyli koło Hainaut. Ale mu się zachciało za granicę. I jest klops. Klopsik, jak mawia Iwonek.
Właśnie, dlaczego właściwie on się znalazł we Flandrii? Dlaczego 234 głosy oddane na Aleksa są flamandzkie, a nie walońskie, pyta Roman, nieobeznany w życiu eurowizji, widać woli euroligę, a i to przeszłość, bo przecież nie ma tiwi. Eurosong nazywa się część krajowa, czytałam kiedyś, przypomina sobie Ana. I ten eurosong okazuje się niezwykle skomplikowany. W Belgii, jak to w Belgii, raz na kandydata krajowego głosuje Walonia, raz Flandria. Co rok, to prorok, dodaje: czyli co rok pownni się przeplatać, tak? Ano powinni i pewnie tak było, nie mówili wczoraj Ksenia? Może mówili, ale nie zrozumiałam, to było w tym drugim języku przecież. Jedno pewne: to Walończyk, więc się nie przeplecie. Ale czym to grozi?
Właśnie, czym, śmieje się Ana? Jakiś problem narodowy i narodowościowy powstanie. Tożsamość zagrożona. Nie mów mi, że on wychwalał w swojej pieśni piękno Ardenów np., cha! Nie, o mader śpiewał. A co to mader, dziwi się Roman? Matka przecież. Po angielsku! Ale on ciemny czasami, doprawdy. Przecież wiadomo, że w eurowizji śpiewa się po angielsku, a jak by mieli go niby inaczej zrozumieć, jak już pojedzie do Anglii? Finał bowiem w Kopenhadze. Tak, jakby euroliga futbolu narodziła się gdzie indziej, a nie na wyspach...doprawdy wstyd!
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Aksel nie zakończył jeszcze swojego tańca na lodzie w wojsie. To znaczy wszystko zapowiadało, że jesli się nie odchudzi, nie ubierze lepiej, nie zmieni fryzury, nie zgoli koziej bródki i nie zacznie opowiadać o stajlingu i walce z nadwagą - że jednak nie wygra. Ale teraz, gdy jest już popularny z drugiej strony granicy, to chyba wstąpi w nową erę. Co za iwent w życiu tiwi! Oto 6 maja wojs i 6 maja półfinał euro - występy w stolicy eurowizji. Głupio by było, jakby występował jako przegrany. Ale co będzie pierwsze? Bo że wojs leci z plejbeku, to wiadomo...ale skoro wygrana, to kto utrzyma język za zębami? A skoro przegrana - będzie jeszcze trudniej, bo przecież blizniego nic tak nie cieszy, jak przegrana wygranych...Czy lebelż, czy Polak. 
A z drugiej strony: nie może wygrać już dziś, bo jest przecież jakaś równowaga demokratyczna w tym kraju w końcu, czy już naprawdę tylko bezhołowie i bezprawie, jak widziałam ostatnio w komentarzu? Wstyd by był na całą euroligę i Polskę! I wskaźniki oglądalności by spadły. I menażerowie tefałenu ze stołków.
A wycofać się nie ma jak, bo napisali, że pałac w Antwerpii był nabity jak jajko. Jest to dla mnie nieco niezrozumiałe, ale zakładam, że oznacza, że nie było jak wcisnąć igły do stoku siana. Czyli widziały to miliony, o ile nie więcej, par oczu.Nie ma jak oszukać, że nie wygrali bandyci - bo byli drudzy. I podkreślam, że pałac hoho! tam Aleks zawędrował z Hainaut, patrzcie, można, jak się umie śpiewać całym sobą. Piękna przyszłość czeka Iwonka!
Co do teraźniejszości, to tyle pytań i decyzji czeka na razie Aleksa. I tyle od niego zależy. Od tych 3 minut, które w radiowym formacie zajmuje mu mother. Czyli matka. Matka jest tylko jedna, chciał byc miły, a teraz - klopsik narodowy. Żal mi go. Sława jednak nie służy zdrowiu psychicznemu. 
Jednego tylko nie rozumiem, ale dopytam Any. Jak to się opłaca i komu, że wojsofpolant rozgrywa się teraz nie u nas w Polsce, lecz w Belgii i nawet we Flandrii? Czy naprawdę macki tiwi sięgają już wszędzie?

Tuesday, 18 March 2014

(148) wojs

Wiosną nadlatują nie tylko jaskółki, o czym pisałam ostatnio do znudzenia, zresztą nie tylko ja, bo cała prasa polska i światowa za mną, ale także euro. Eurowizja i euroliga, co kto lubi. Ja tam lubię i wolę całą sobą eurowizję, bo do euroligi to mi daleko jako Polce i kibicce. Jako Sanżilce może i bliżej, ale póki co zostanę przy muzyce. Mast bi de lub ze mjuzik!
Zwłaszcza, że jest co świętować! Bo właśnie mamy świeżutki sukces. Nie tyle na Sanżilu, co w Belgii, a właściwie - Anwersie i Flandrii. Mianowicie udało się dojść do narodowego porozumienia w kwestii kandydatury do głównej eurowizji. Zadziwiające naprawdę, jak na tak mały kraj: już w jeden niedzielny wieczór udało się wyłonić właściwego śpiewaka.
Od razu wiecie kto to, dżender go zdradził o świcie: oto mężczyzna. Ale nie byle jaki. Zwłaszcza w Anwersie, gdzie byle jaki - to byłby swój. Flamand. A tak od razu wiecie kto, niedżender tym razem, lecz naród go zdradził - to Walonek!
Walończyk, Ksenia, ale jezusmaria, faktycznie sodomiaigomoria w jednym leje się z nieba w Antwerpii pewnikiem, jak po nocy trochę ochłonęli, a właściwie z ekranu. Skąd o tym wiesz w ogóle, pyta Ana? Z tiwi. Podejrzałam se wczoraj konkurs u Stefana, a co, wolno mi przy święcie. U Stefana programów jak grzybów po deszczu, to i włączyłam na jedynkę. Jedynka międzynarodowa cyfrowo była w rogu, to i nie wiedziałam, że oglądam jakieś inne programy, gdzie jedynka nie nazywa się jedynka, tylko ejn. W pisaninie - een. Z akcentem oczywiście i oczywiście go nie wstawiam, bo jak? Zresztą muzyka nie zna granic, a jak śpiewają, to i tak nigdy nie wiadomo, o czym, bo zazwyczaj po angielsku.
Masz rację cha cha, śmieje się Ana, pamiętasz Roman, byl taki zespół koktotłins jeszcze w komunie, co to w ogóle śpiewali po swojemu, a ja i tak myślałam, że to po amerykańsku, tak tajemniczo brzmiało. I pewnie nie była jedyna, zwija się z radości Ana i nuci to koko.
Ale mów nam Ksenia, co to się wczoraj działo w Antwerpii, z Romana też czasami wychodzi ciekawskość, że ho ho. Ano byl szoł. Szoł i szok. W tym szoł produkowali się wszyscy najbardziej znani i nieznani artyści z obu krajów, Walonii i Flandrii. Może nie tyle artyści, co kandydaci na artystów, uściśla Ana, która co prawda ani kawałka wczoraj nie widziała, za to wie najlepiej i tak. Zgodzę się, bo to głównie uczestniczy wojsofpolant byli, ale w końcu każdemu i każdej coż tam ma prawo w duszy grać, nie tylko Kordianowi z literatury, prawda? Równość nie tylko dżender jest.
Tak więc artystów bylo wielu, publiczności też, a tych przed tiwi to nawet się nie da zliczyć. Każdy z pilotem i z komórką w ręku albo ręce, by głosować, słać esy i esemesy i wygrywać. I zagłosowali! Na potęgę. Głównie na potęgę tego Walonka. Aleks ma na imię i Hirsoux na nazwisko, a tu jeszcze dopisali, że to Hennuyer. Jakiś tytuł chyba, bo przed Aleksem. Przepisuję, bez prób wymowy, bo i po co, nic nikomu to nie powie, na razie nieznany, mimo że brał udział w bitwie na głosy i wojsie właśnie. Czyli sława jakaś tam na poziomie tygodnika tiwi powinna być, a jak nie ma - widać menażer nie ma embiejea. Wymienić!
Hennuyer, to nie tytuł, tylko ktoś, kto mieszka w Hainaut. Faktycznie dziwnie i nie wygląda na to samo miejsce, a jest, przyznaje Ana. To trochę tak, jak Włoch z Italii, też naprawdę jak piernik do wiatraka pasuje, dopowiadam. Ale dobrze. Małe ojczyzny są w cenie. Patrzcie: taki Aleks Hennuyer jest tak dobry, że mimo że mógł liczyć tylko na trzy głosy na krzyż ze swojej nieznanej miejscowości plus te od rodziny rozsianej po Sanżilu i oklicznościach, jest tak dobry, że poradził sobie bez wsparcia mediów, menażera i embieja, i wykosił konkurencję. Z zagranicy! Czuję, że będzie z tego większa awantura. Obym się nie myliła i nie była złym prorokiem w tym kraju.

Monday, 17 March 2014

(147) loveattitude

Zapowiada się, że już wkrótce nastąpi całkiem nowa rewolucja. Całkiem niewinnie. Dotycząca niewiniątek albo byłych niewiniątek. Takich tam uczniaków, co sama jedną z nich byłam całkiem niedawno, a wręcz uczennicą. Gdzie te czasy.
Ja jednak nauki pobierałam w innym kraju, naszym swojskim, a tu rewolucja dotyczyć będzie młodzieży lokalnej, czyli sanżilowskiej i takiej tam obok. Codziennie ich widuję. Maszerują głównie grupami, a czasami pomniejszymi hordami. Jak chłopaki, to strój zależy od przynależności do raperów, Afryki białej i czarnej, Portugalii, Polaków czy innych Belgów lebelż. Spodnie albo opadają, albo nie. Łańcuch majta się na szyi albo nie. Włos kręcony albo nie. Nażelowany albo nie. Papieros - najczęściej tak. O tak, papierosom mówimy zdecydowane tak.
Jak dziewczyny - strój nie zależy od niczego, co opisałam wyżej. Nawet od wagi nie. Wszystkie w obisłych spodniach, tenisówkach. Włos zazwyczaj długi. Makijaż zawsze. Plecak prawie nigdy, za to sfałszowana wielka torba a la elegancka - bardzo pożądana. Zgodnie z wpływami hipsterskimi - na nogach już nie obcasy, lecz tenisówki. Barwy powyżej tenisówek - czarne z dodatkiem innych kolorów beznadziejnych,w rodzaju beż i szary. Taki nurt paryski, jak go zwie Ana. Szyk olala. Czasami gdzieniegdzie róż, zostaje im z dzieciństwa, jak Anie zupełnie, z tym że za czasów jej dzieciństwa ciężko było o róż, co mi z kolei ciężko sobie wyobrazić, ale jestem z innej epoki. Do tego ajfon będący najczęściej samsungiem. Młodzież oczywiście, nie Ana. Jak Roman zupełnie.
I to na tę naszą młodzież spada rewolucja. Nie wiedzą jeszcze o tym, choć co sprytniejsi mogli się wywiedzieć chyłkiem, gdyż pierwsze jaskółki zaczęły latać w tym temacie już w 2010 r. Zajęło to jednak tyle czasu, że niektórzy przestali już nawet być młodzieżą, jak szybko można se obliczyć na boczku. W każdym razie chodzi o ściskanie się w szkołach. Nie, nie o upychanie większej ilości uczniów w dzienniku i klasie, jak za młodości Romana, zgodnie z jego wspomnieniami bynajmniej. Nie, ściskanie się. Bliźniego lub bliźniej. Młodocianych.
Będzie trudniej, gdyż zostanie ono sformalizowane. Skąd te zmiany, można by się zaciekawić. Otóż stąd, że Bruksela i Sanżil są zdecydowanie w tyle za Flandrią. Nie wiem, co na to nasza złota młodzież sanżilowska, zresztą już nie sanżilowska, skoro flamandzka, ale jedno pewne: postanowiono ich wsadzić w dekret. Jak kiedyś w ryzy. Raz raz raz. By się tak bezwstydnie do siebie nie dobierali. Zaczęto od ustalenia miejsc, gdzie się to dobieranie odbywa najczęściej, i wyszło, że są to: ubikacje, szatnie, prysznice po włefie, a nawet boisko. I tu masz babo placek.
Nie wiem bowiem zupełnie, jak do tego podejść, a przecież jakieś doświadczenie i wspomnienia mam w tym temacie. I wynika z nich, że w szkole całowano się tylko w ubikacjach. Co funkcjonowało pod nazwą lizać się w kiblu. Przepraszam za cytat z dawnych czasów, ale nie ma litości; co wam będę mówić, szkoła to nie walentynki i różami tam nie usłane wcale a wcale, by ten lokal zaraz ubikacją nazywać. Kibel i już, albo klop czasami z cudzoziemska. 
Co do innych miejsc, to tak: na boisko nie wolo było wychodzić, bo się nanosi błota. Szatni nie było - kurtki na kupie. Prysznice? Cha, dobre. Gdzie? W domu ewentualnie. Szatnia przed włefem była, ale bez drzwi i kilka klas na raz, bo więcej włefu zadekretowali akurat, że ścisk taki ćwiczących i niećwiczących z powodu enki, że żaden chłopak by się już nie wcisnął, a to były inne czasy, wypraszam sobie, i dziewczyny się ze sobą nie całowały, czy to zadekretowano dekretem, czy nie. Łatwiej było. Przejrzyste reguły. Nie trzeba było nic narzucać, wszyscy wiedzieli, jak się zachować. 
Ale tu jest zachód w końcu, jak widzę. Flandria jeszcze bardziej na zachodzie, to i pierwi mieli ten dekret. Szkoły mają się zmierzyć z zachowaniami uczuciowymi w szatani, pod prysznicem, na włefie albo na boisku. Wymyśliła im to niejaka ensoła - jeśli dobrze słyszę Anę: flamandzkie centrum ekspertyz w zakresie zdrowia seksualnego. Boże. Sodomia i gomoria z nazwy się leje, że brr.
Może by i to przeszło niezauważone, jakby nie chodziło o seks. A tak to Walonki znalazły się pod zimnym prysznicem opinii publicznej. Powstała panika, bo ministerstwo nie chce nic narzucać, tak to się boją młodzieży w roku wyborów. Postanowili ograniczyć się do stwierdzenia, że seks to też część misji, ale że nie będą narzucać rozwiązań globalnych, gdyż każda szkoła ma swoją własną problematykę i tematykę w tym zakresie i dziedzinie.
No niby ładne, bo nic nie mówi, ale teraz to już naprawdę nie wiadomo, co zrobić z uczniami całującymi się w toalecie, jakkolwiek by jej nie zwać? Pani odpowiedzialna rozkłada ręce, co ona może w roku wyborów, biedaczka,  i mówi, cytuję za Aną: młody musi być traktowany w swojej globalności. Słowo w słowo, choć niegramatycznie na moje oko.
Specjalnie niegramatycznie! Ha, Ksenia, to ci piękne stwierdzenie dopiero, co? Młody. Le jeune. Nie la jeune, czyli młoda. Znów faceci, takie faceciki małe. I ta globalność. Całość. Co za paskudna nowomowa. Ale najlepsze zostawiam na koniec: wiecie, czego tu chcą? By dyrektor, znów męski, zajął się przypadkami całujących się jako ojciec rodziny. 
Skandal, zgadzam się. W końcu nawet chyba na Sanżilu normą jest, że w szkole rządzą kobiety. Od woźnej do dyrektorki, więc o czym my tu mówimy? Że mają nagle łapać tych całuśnych jako ojcowie? Czyli jak, w przebraniu? Nie wiem. Rady każą szukać na stronie loveattitude. I znów placek dla baby, bejbi nawet, bo co komu z Anglii na Sanżilu?

Friday, 14 March 2014

(146) pik

Co tu się dziś dzieje na skrzyżowaniu Alsemberga i Alberta, to przechodzi ludzkie pojęcie. Siedzę ja ci sobie w barze na rozstaju dróg i tylko głową kręcę, by nic nie stracić z tego porannego rozruchu. Kogo tu nie ma! Matki, ojcowie, starcy, psiarze, a dziś na dodatek liczni policjanci. Słońce wali, jakby lato było żywcem, a to zima jeszcze przecie. Chyba kiedyś ten rok będziemy wspominać. O roku ów!
I dzień też! Bo to pik, jak mi oznajmił dziś z rana Roman. Pik pik od razu podłapał Iwonek, rozglądający się z niepokojem, czy czasem nie zaczaił się tu na niego jakiś lekarz. Ale to nie lekraz, tylko zanieczyszczenie. Zaczaiły się normalnie na nas, normalnych użytkowników powietrza, takie drobinki specjalne i chcą nas teraz zaatakować. Doprawdy, trudno o lepszą okazję. Wszyscy łażą otumanieni słońcem, nie reakconują normalnie, to i łatwiej o atak z zaskoczenia. 
Pik de polusjon się to nazywa. Szczyt zanieczyszczeń, a nie coś od policji jakiejś. Albo polucji, co by było możliwe może, jakby takie słowo w ogóle istniało w polszczyźnie albo łacinie, ale skoro nie, to o co sobie łamać głowę. I nad czym? Lepiej zaoszczędzić energię na zastanowienie się, jak się tu ochronić. Podobno najbardziej narażone są grupy klamrowe, czyli starzy i mali. Ze starych mamy w domu Romana i Anę, z małych Iwonka. Hmm. Starzy niech się sami martwią, jakiś tam rozum mają, ale najmniejsi i nafajniejsi? To co, cały dzień mamy w domu w kuchni siedzieć i zawzięcie mieszać w garnkach? Gajne? Przecież oszaleję. Z drugiej strony fakt, że taki Iwonek i kompania mają nosy bliżej ziemi. Tam podobno brudniej. Większe zagęszczenie drobinek pyłu. Więc co wybrać, drobinki czy garnki? Ach!
A może maskę mu przyodziać, pytam Anę. Widziałam na Granplacu, jak turyści mają na buziach. Ze skośnymi oczami, turyści nznaczy się, najczęściej, jużem myślała, że tak każą im przewodnicy się maskować, ale Ana mówi, że to ze strachu przed zarazą i drobinkami właśnie, bo u nich na miejscu na innym kontynencie jest brudniej na co dzień i w ten sposób wydaje im się, że się chronią. Przed połykaniem tej polucji. A to nieprawda. 
Celina mówi, że to nieprawda, i to ona obliczyła też, że akurat dziś i jutro będzie najbrudniej w roku. To nie Celina żadna, tylko Celine, śmieje się Ana: skrót od międzyregionalnej komórki do spraw środowiska. Ładnie wyszło, to prawda.
Według Celiny drogi ucieczki nie ma, i to jest bardzo niehalo, że taki njus na mnie spada, jak sobie słonecznie siedzę w barze tutaj właśnie. Jedyne, co można, to podnieść nogę. Z gazu. Po francusku: stopę. Czyli mniej gnać autem, a najlepiej - w ogóle zrezygnować z samochodu. Co już zrobiłam, jak zresztą każdego dnia od zarania dziejów. Moich własnych, co daje kilka dobrych lat. Ale się sprawdziłam i wpasowałam zawczasu! Zadowolona siedzę więc i patrzę dalej i widzę, jak nie wszyscy się sprawdzają i wpasowują. Ma być maksymalnie 50 km na liczniku, ale widzę chętnych, by stopy nie zdejmować, tylko cisnąć! Dobrze, że roboty i korki, i nie mogą. Wyżej nie podskoczysz, a jakby się chciało - na rogu już policja. Policja dba o polucję, ci to się sprawdzają dziś dopiero.
Cha cha Ksenia, to ci się udaje naprawdę dziś, ten opis polucji. Wiosna zimą, widać! Wiosna zimowym latem nawet. Policjanci będą mieć ręce pełne roboty z okazji tej polucji, jak mówisz, nie ulega wątpliwości. Rok temu, w czasie poprzedniego piku, który jednakże przypadł pełną zimą, bo w styczniu, kiedy Martinowie wywieźli Iwonka z Sanżila, to i nie wiedzą dziś, jak to działa, taki pik - w każdym razie wtedy policjanci wystawili wlasnymi rękami z okazji polucji 9292 mandaty. Liczba zastanawiająco ciekawa i gładka. Wszystkie mandaty z okazji przekroczonej prędkości, bo wiadomość przeszła jasna, jak to się tu mówi, a brzmiała ona: wolniej! O roku ów!
I nie usłuchali. To i zapłacili. Dziś też tak będzie, prognozuje Ana. Policja zakryła 200 znaków, gdzie informują, że można jechać 70 km; płachty narzucili, wiatru nie ma, to i nie zdmuchnie. Za to teraz w ogóle nic nie wiadomo, ale Roman twierdzi, że jak brak znaku, to można 50. Mądry jakiś taki on za bardzo dziś, na moje oko, ale nie protestuję. Będę jechała wolniej, jakby co, choć nie prowadzę przecież. 
Bo nie pasuje mi ten pik wyjątkowo. Akurat dziś, gdy w innym mieście niż nasze, bo Lież, produkuje się teatr. Z Polski. I gnamy na niego. Znaczy się, mieliśmy gnać, bo teraz będzie wleczenie się noga za nogą. Jak każą policja i polucja. Może szybciej by było tekiem, zastanawia się Ana. Za darmo dziś jeżdżą. Najfajniej by było koleją, podróż z przygodami, ale ta jakoś niechętnie współpracuje z polucją i jak zwykle mówi, że będzie obserwować tory w czasie realnym. Jakby w jakimś nierealnym w ogóle się dało. I wtedy ewentualnie zareakcjonują. 
Roman, mający doświadczenie z Polski A z reakcjami kolei, które nigdy nie nastąpiły, odradza to rozwiązanie. A Ana słucha o dziwo. Tak więc szykuje się jazda ze stopem. Stopa za stopą na pedale. Auto za autem. Aż do samego teatru, który podobno nam to wynagrodzi, tę polucję. Ano, zobaczymy.

Thursday, 13 March 2014

(145) trójniak

Tradycja piękna rzecz, szczególnie, jak nie ginie. Już na pewno to podkreślałam niejednokrotnie, ale o dobrych nawykach zawsze warto przypomnieć, by nie zginęły właśnie w narodzie i poza nim. Taki trójniak na przykład. Jak ulał pasuje na tytuł. 
Ulałby się pewnie bardziej dosłownie, jakbym zechciała pisać o kolejnej pięknej tradycji miodobrania, a tu niespodzianka, będzie o nogach. Trzech. Stąd trójniak, jak naprawdę nieciężko było się już domyśleć. Bez udawania. O trzech nogach przypadających na dwie osoby. Zdarza się w najlepszych rodzinach. I niektórzy coś z tym robią na tyle sensacyjnego, że tym, co na dwie osoby, czyli parę, mają cztery nogi, zapiera dech, albo zostają zupełnie bez dechu. Oddechu. Tchu. Huchu. Uff.
Wszystko ze sztuki. Tradycyjnie już. Ana Martin mnie zabrała ze sobą. Miałyśmy ze sobą 4 nogi damskie na 2 osoby. W domu też zostały 4 nogi męskie, w tym 2 nóżki, nie wiadomo, jak to policzyć w sumie. Nogi damskie wdrapały się na sam wierzchołek balkonu i zasiadły. Zrobiło się ciemno. Wyłączyłyśmy komórki, jak kazali w obcym narzeczu. I nagle te nogi. Trzy.
Zaczęły tańczyć. Chyba trójniaka, bo kozak to nie był na pewno, mimo że muzyka też ze wschodu. Z kraju o nazwie Tunezja, ale przeplatana podobno elementami z gorącego południa Grecji. Tak napisali w programie, ale Ana czytała w egipskich ciemnościach, więc mogła Egipt pomylić z Grecją właśnie np., kulturowo i goegraficznie to przecież blisko. Stroje muzyków oryginalne z epoki, czapki płaskawe z kutasikami, jak to fachowo nazwała Ana. Ona się zna nieco, przyznaję, na teatrze co prawda bardziej, niż na modzie, co widać zresztą po niej; kutasiki mogły się więc jej pomylić z innym słowem ze świata blogerek szafowych, nie gwarantuję autentyczności, ale piszę wiernie póki co, robiąc dobrą minę. 
Jaką minę miałabym zresztą robić, jak sobie przypomnę, co się tam działo. Dwóch tancerzy na trzech nogach, bo jeden biedny stracił jedną. Rak. Nie wybiera, wiadomo nie od dziś. Ale na szczęście po wyborze ci wybrani odrzucają wybór raka. I powstają wspaniałe rzeczy. 
Jak ten cyrkowo-muzyczny-taneczny spektakl. Z ropuchami w nazwie. To chyba taka anafora raka, też na r, a jeszcze brydsze w kategorii zwierząt, i chyba niżej sklasyfikowane. A przynajmniej tak powinno być. Do dziś głowię się, jak ci tancerze, bracia do tego, dali radę tak wibrować, podnosić się, stroić żarciki całą godzinę, i to na trzech nogach właśnie. Ani razu sobie nie odpuszczając ani nie odpoczywając. Siłą woli i fizyczną. Ja to bym padła po 2 minutach, a Ana nawet by nie zaczęła, przyznała bez bicia, no ale w końcu jest starsza, to i słabsza. Na ciele, bo na umyśle póki co nie, przyznaję.
Ja zachwycona, Ana zachwycona. Roman mniej, bo w domu siedział na podnóżku przy właścicielu dwóch nóżek. Ale sobie nadrobi może w ten weekend, bo bracia znów szaleją. I to jeszcze bardziej dosłownie, niż trójniak w tytule, bo na towarzysza wybrali sobie Sinobrodego. Trochę mi się wierzyć nie chce, ale nie mam wyboru, muszę się zdać na tłumaczenie z tunezyjskiego Any, a ona twierdzi, że blubert to właśnie to, i nawet e wstawić nie można, by był beret. Blubert i koniec.
A i to nie koniec. Energii im nie brakuje, co? Thebat się zwą, dojrzałam, jak zniknęły tunezyjskie ciemności. Tebatowie. Po Sanżilu Tebatowie biorą 3 nogi w pas i ruszają na południe. Jeszcze dalej niż Grecja czy Włochy na przykład, bo na Lampeduzę. Tam nie ma wiele miejsca, mówi Roman, więc nawet te 3 nogi pasują. Tym bardziej, że Tebatowie mają zamiar stamtąd od razu imigrować dalej. Nie wiem co prawda, jaki to ma związek, ale jak Ana mnie znów mnie wyimigruje do teatru na Lamepduzę, to może się domyślę siłą woli. 

Wednesday, 12 March 2014

(144) sakado

Sakado. Jak po chińsku żywcem, a oznacza zwykły plecak. Kojarzy się z wycieczką, ale nie do Chin. Szkolną, bo na inne nie jeździłam. Ostatnio jednak znany z tego, że nie obciach z nim biegać, odkąd okazało się, że nie wszyscy hipsterzy na Sanżilu się zwiedzieli, że inni hipsterzy go już mają, no i wypada się wręcz tak nim fiszować publicznie w sklepie. Bo na razie plecak o miejscowej nazwie sakado wyróżnia.
Afiszować, Ksenia. Od afiszu, że coś na pokaz. Miałam lekarza afesza, nawiasem mówiąc, też u niego wszystko było na pokaz, bogato zdobione złotem, ale cóż robić, bogactwo kultur. Ale dał radę z Iwonkiem, w tym złoto akurat nie przeszkadza. Ale właśnie on był z tych, co to z plecakiem nigdy w życiu. Niehipster, znaczy się, wtrącam. Wyjątkowo bardzo niehipster, potwierdza Ana. Ale to nie było na Sanżilu, lecz na Ikselu, może dlatego? Co dzielnica, to zwyczaj. 
Bo u nas w okolicznościach przyrody plecaki wracają na całego. Ale nie nowe, brońboże, broni się Ana. Wiekowe. Brzydkie. Znoszone. Podarte albo naddarte, tak by widać było, że stare. Niekomercyjne. Dawno zakupione, a najlepiej - własnoręcznie uszyte, tak by nikt nie powiedział brońboże, że hipsterstwo dba o normę, podczas gdy ono dba właśnie o formę polegającą na braku formy. Głupie to, ocenia Ana, przecież wszyscy wiedzą, ile się w dzisiejszych czasach trzeba namęczyć, by mieć coś starego. Tropić to trzeba po całym mieście, a potem wydawać niebotyczne kwoty. Czyli jakie? Niebotyczne, powtarzam. Hmm? Nie wiadomo jakie, moja droga. Droga jak hipsterki strój co najmniej.
Ale że hipsterzy są najbardziej obecni na Sanżilu, oraz że jeżdżą rowerami, a wiadomo, po brukselskich górach nie tak łatwo pedałować, to plecaki nie są aż tak obecne w innych dzielnicach. Tam bardziej włiton i takie tam, szczególnie w regionie pracy Romana, sektorze europejskim, jak słyszałam. No tak, wzdycha Ana, jedni zabijają się o stary plecak, inni o kawałek skóry z elfał. El i fał. Co dzielnica, to zwyczaj. Czasem wyróżnia plecak, czasem jego brak. Ale chyba wolę już te plecaki. Jakieś takie bardziej sympatyczne.
Lepsze i wygodniejsze, nawet jeśli naderwane. To i chodzimy z nimi. Ana nawet z takim kolorowym, jak dziecko jakieś. Bo szyku zadaję, śmieje się Ana, wszyscy Włosi mają takie kolorowe. Te brzydkie z napisem inwikta, coś mi świta? Tak. A ten tu zawdzięczamy Romanowi. Duży jest, to i noszę, bo mam stary komputer, a nie ajfona. Jeszcze nie apgrejdowałam. Stąd zresztą moja przygoda z plecakiem. Z innej dzielnicy, jak najbardziej europejskiej i światowej. Gdzie się wyróżniłąm kolorem i formą, a raczej jej brakiem.
Idę ja sobie bowiem dziarksim krokiem z moim plecakiem, nijak nie pasującym do moich nawet ładnawych porządnych europejskich butów, opowiada Ana. Innych butów nie było pod ręką albo nogą akurat, no ale nie będę hispterstwem za wszelką cenę. Butem wpasowałam się więc w ulicę, ale plecakiem - już nie. Podejrzana byłam, o czym nie wiedziałam, bo normalnie Sanżil i Sanżil tylko. A tu jakby zagranica. 
Do tego w ręce żonkile i plastikowa reklamówka. Wyjątkowo nie ąę, bo we włitonie się by to nie zmieściło, takie rzeczy to służba donosi Europejczykom. A tu ja sama to niosę jak na raty, ciągnie Ana. I jeszcze sobie pozwoliłam wejść w tym stroju i przybarniu do filigranów. To taka księgarnia Ksenia, tłumaczy Roman. Empik bardziej, na to Ana, w księgarni byliby normalniejsi, kto wie, a w empiku jest wynik komercyjny, embiej, nowoczesność i kul. Nie jak hipster, tylko tak światowo, europejsko. Do przodu, bogaciej. Ale ma to taką dobrą stronę, że są stoliki. I tam postanowiłam przycupnąć z moim wielkim plecakiem, komputerem, żonkilami i reklamówką.
Kroczę więc dziarsko w stronę okna, a tu nagle jak mnie ktoś nie zgarnie! Prawie żem się przewróciła, bo europejskie buty mają malutki obcasik i śliską podeszwę, a ja nie zwyczajna. I ten zgarniający z ponurą miną anonsuje: madam, ale plecak to zabroniony. Ja na to: mesje, ale co mam zrobić z tym wszystkim? On - do skrytki. Ja - ale jak ja przeniosę mój wielki, stary komputer? A on - w rękach. A ja - a figę z makiem przeniosę. Poza tym skrytka za mała, bo dopasowana na włitona. 
Wyszłam i już nie wrócę. 
Plecak równa się więc nie tylko hipster, ale i złodziej, podsumowuję! To nieludzkie, faktycznie. Dobrze, że nie u nas na dzielni. Jest jednak mała szansa, że włiton zrobi jakieś sakado i wszyscy w sektorze europejskim przerzucą się z nudnych, zeszłorocznych toreb na nie właśnie? Wielka rewolucja sakado. Figa z makiem się zmieści i nie tylko.
Na razie sakado przedostały się z Sanżila w rejony Forestu i Szatana. A Szatan to już gdzie diabeł mówi dobranoc. Iksel właśnie. Z Iksela już krok do filigranów i Europy. Idzie nowe, choć o tym nie wiedzą. Iście szatański plan.