Monday, 31 March 2014

(157) alhambra

Sanżil nie przestaje mnie zadziwiać, a jeszcze częściej to, czego to ja się tu dowiaduję o świecie. Wszystko, o czym uczyłam się wcześniej, albo raczej - powinnam się była uczyć, jakbym się przykładała - była była - zostaje poddane w wątpliwość. Przez Anę, Romana, nawet Iwonka. Ech. Geografia, biologia, historia, język polski i wszystkie języki, których nie znam - już nieważne. Jedyne, co dobre, to że zaoszczędziłam na energii. Mózgowej. Miałam przez to na tyle rozumu, by tu przyjechać i się kształcić dalej. 
I dobrze, że najpierw wylądowałam tu, nie za daleko i z łatwym dojazdem busikowym z kraju, na wszelki wypadek, jakby się okazało, że Sanżil jednak nie leży tam, gdzie miał, czyli blisko Belgii, że wszystko jest inaczej i gdzie indziej. Z Sanżila zawsze można uciec. I wiadomo w międzyczasie, gdzie on leży. Znaczy się, tam gdzie miał zgodnie z opowieściami z Łap. Bo to wcale nie jest pewne! Gdyż dziś znów okazało się, że życie jest gdzie indziej.
Przykładowo, taki pałac o nazwie Alhambra. Była pewna pewna pewna, że to gdzieś w Afryce, a co najmniej w Arabii, a to...u nas! Blisko Sanżila znaczy się, nie całkiem tu, dlatego go do tej pory przeoczyłam. Dziwne w sumie, bo miejsce jest sławne i leży w samym centrum. Za fryturą przy bulwarze Anwersy, wynika z mapy. Turyści, co chcą je odwiedzić, mogą zamieszkać w hotelu - studiu europy lub w 2000. Wszystko pod ręką, gotowe do zwiedzania. A ja nic!
Bo to nie pałac i zwiedzać nie ma czego, niestety, gani mnie wzrokiem Ana. Alhambra tak naprawdę leży w Hiszpanii, o czym powinnaś wiedzieć. Natomiast Bruksela ma swoją własną Alhambrę. Niestety. To strefa prostytucji. Stara. Nikt jej już tam nie chce, więc miasto wyznaczyło właśnie nowy obszar. Ale to nic nie zmieni. To tylko kosmetyka, wzdycha Ana. I panie, które tam rezydują, uciekać też nie mają gdzie. 
No tak, dopowiada Roman - problem polega na tym, że przenoszą tylko prostytutki, ale nie starają się znaleźć rozwiązań dla problemów, z którymi się łączy Alhambra. Handel ludźmi. Bójki. Pobicia. Wymuszenia. Narkotyki. Przemyt. Itepeitede bez końca. Przenosiny nic nie dadzą, oprócz tego, że teraz prostytutki będą przeszkadzać mieszkańcom innych miejsc.
Gdzie dokładnie, pytam? Na kawałku należącym do miasta i dzielnicy Bruksela, mniej więcej w okolicach bulwaru Anwersy, jak to zwiesz, Badouina i Alberta II. Dziewczyny zostaną tam przeniesione siłą. Bez wymówek. By się nie wymawiały brakiem zrozumienia dla decyzji, dostaną ulotkę w siedmiu językach. Coś mi się wydaje, że polski będzie jednym z nich. Podobnie jak rosyjski, rumuński i bułgarski. Nie sądzę, by tym razem ktoś dbał o tekst po niemiecku...smutne to! 
A najsmutniejsze, że plan burmistrza Brukseli, nie naszego, bo to on wymyślił, nie zmienia nic dla prostytutek. Po prostu się je usuwa, bo kolą w oko porządnych obywateli i zaniżają ceny nieruchomości, pod którymi stoją, złości się Ana. Nikt nie dba o nie, dlaczego tam w ogóle stoją. Czysta i prosta logika represji, jak tu czytam, a co brzmi straszliwie - znów dotyczy tylko ostatnich i najsłabszych w łańcuchu wyzysku. Ach. Alch. Alhambra. 
Nazwa zagraniczna, a poblemy widzę całkiem, jak w Polsce. Nie tylko w Polsce, Ksenia. W świecie całym. Od wieków. Najstarszy zawód świata w końcu, to i najstarsze problemy. Widzisz Ksenia, jednak nie wszystko się zmienia - historia kołem się toczy i miele w swych młynach te same historie, mówiąc twoim obrazowym językiem. Na zmiany przyjdzie poczekać, może za życia Iwonka, zastanawia się Ana? 

Friday, 28 March 2014

(156) pedał

Wiedziałam, po prostu zawsze wiedziałam, że to kiedyś komuś musi się opłacić. I nie mówię tu o zaszczytnych z nazwy i w teorii korzyściach dla zdrowia, o których wiadomo, że są, lecz niewiele się z tego ma,  lecz o wymiernych zdobyczach finansowych. Do kieszeni. Własnej.  Z której częściej coś znika, niż przybywa, za sprawą fikusa i nie tylko.
Fiskusa, poprawia Roman, naturalnie, z racji płci dżender, zainteresowany rowerami. 
Nic nie ma za darmo i na darmo też nie, nie w naszej cywilizacji, to widać gołym okiem. Tak więc kiedy patrzyłam na te setki wypedałowywanych w pustkę kilometrów, to po prostu serce się krajało, że tyle energii ucieka gdzieś w przestrzeń i nikt niczego z tego nie ma. Ale już już już za chwilkę będzie lepiej, bo nie tylko ja na to wpadłam, że pora ją jakoś zużytkować, ten kapitał społeczny, inaczej tylko pedały się wyrabiają, opony ścierają, koszty powstają czyli znaczne, a ślad żaden sensowny po tym nie zostaje. 
Dwuślad lub choćby nawet jednoślad podatkowy. Jeszcze do niedawna można o nim było tylko pomarzyć, ale oto jest. Bo w roku wyborów wszystko jest możliwe, dlatego kto żyw, piecze swoją pieczeń na gorąco. Lobi się to nazywa, o co chodzi - Ana Martin lub Roman wytłumaczą w razie potrzeby. 
Tak samo pedałujący. Też mają swoje ugrupowanie lobi, do którego czasami należę, jak dobra pogoda. A co to, my, oni i one gorsi? Gorszą może? To nie Polska B czy A, by się bać ujmować o swoje prawa. Tym bardziej, że jest o co. Nie każdy i nie każda da radę wypedałować dziennie cokolwiek w deszczu, wichurze, słocie i słońcu. A tak trzeba, by się opłacało. 
Oto plan: ten, kto pedałuje, mniej podatkuje. Taki rym sobie wymyślili aktywiści pedałowi, ale chyba nie na Sanżilu, tylko gdzieś obok. Gdzie to już jako tako działa i gdzie jako tako pedały doprowadziły, a nawet wypada napisać: dowiozły, do takiej decyzji, że kto jedzie do pracy i do domu, o ile sił starczy jeszcze - może sobie coś tam odpisać od podatku. I działa! Już są pierwsze zdobycze w kieszeni w postaci zaoszczędzonych groszy lub centów, jak Ana zwie małe ojro.
Na Sanżilu i w tym prowansjach, w których mówi się po belgijsku francusku, sprawa jest w powijakach, wiadomo, Francuz lubi wygodę, zupełnie jak Polak, poniżej beemki wstyd zejść. Ale sprawa jest rozwojowa, bo gdzie w grę wchodzą małe ojro, dużo można zdziałać wspólnymi siłami. Gdyż miarka do ziarnka aż zbierze się miarka. U nas na dzielnicy brak więc na razie porządnych lobistów politycznych, ale jestem o to spokojna, gdyż w roku wyborów cuda są możliwe i bez lobi. Na poparcie mojej tezy przedstawię garść dowodów w postaci wyliczeń.
Wychodzi mianowicie, że ci, co pedałują 3 kilometry na rowerze dziennie przez 3 dni w tygodniu przez rok nazbierają w płucach tyle zdrowia, że w rezultacie przychodzą do pracy jeden dzień więcej niż ci, co suną beemką albo inną marką. Moim rozumem nie oznacza to, że wykraczają poza rok kalendarzowy, albo tydzień pracy, tylko że biorą mniej zwolnień. Wygrana w każdym razie jest, nawet jeli trzeba sobie płuca wypluć, by ten jeden dzień osiągnąć, a korzysta głównie pracodawca. A pracujący - dalej pedałuje resztką sił, która jednak po czasie przeradza się w krzepę. Obliczono bowiem, że kto pedałuje 4 km rano i wieczorem, ten ma lepszy  humor i życie dłuższe niby o 2,5 roku. Niby, bo przecież wcale nie wiadomo, co i ile komu pisane, ale milknę i chylę głowę przed takim wyliczeniem, w końcu pewnie mądrzejsi się nad nim głowili. 
A wszystko po to, by dojść do sedna, czyli pieniędzy. Oto jest nacisk lobi i polityczny, by pracodawcy zwracali za przejazdy do pracy rowerem, tak samo jak za stib, nawet jeśli w innych miastach tramwaj nie nazywa się stib, tylko empeka, jak u Any, albo emzetka, jak u Romana. Problem jest tylko taki, że bilet kosztuje konkretnie, to i konkretnie można oddać. 2-5 ojro. A pedałowanie to niby czysta szlachetność, poryw duszy taki i chęć zrobienia czegoś dla środowiska - jednym słowem: niewymierne i niewypłacalne bleble. To znaczy, tak mówi fikus, by żelazną ręką zazdrośnie strzec swoich zasobów. Pedałujący myślą za to inaczej.
Czyli jak, pyta Ana? Niełatwe zadanie i problem w roku wyborów, bo jak tu ująć pedały w liczby? Bardzo łatwo, odpowiadam, i już usłużnie służę wyliczeniem. Nie swoim, ale dobrym. Za pedałowanie po Sanżilu i okolicy, docelowo do miejsca pracy, rozumiem, że w granicach Belgii, należałoby więc zapłacić 220 euro podatku mniej. Co daje 18 euro na miesiąc. Co niestety według wyliczającego opłaca się tylko dużym firmom. 
A małe co, pytam. Obawiam się Ksenia, że ich pracownicy nadal będą pedałować na darmo, niestety. Jak Roman. Któremu Komisja też nic nie zwraca, ale za to wymaga. Coś za coś albo za nic, nawet w roku wyborów. Ale czuje coś, że z taką ideologią to ten rower długo dalej nie pojedzie.

Thursday, 27 March 2014

(155) oboma

Oboma rękami nie chcę tu żadnych rezydentów! I przyznaję bez bicia, że myślałam, że sądny dzień nastał już wcześniej, ale myliłam się. Gdyż to wcale nie było wtedy, kiedy przepowiedział nostracośtamdamus, ani majowi. To dopiero teraz. Z obamą nadszedł. Obamą ups, bo to prezydent przecież, przypomniałam sobie.
Znienacka nam on spadł, nie z zapiecka, gdzie mógłby się przyczaić i dawać jakieś znaki, że się zbliża armagedonem. Nie, to nie w jego stylu - Obama spadł jak grom z jasnego nieba. Na Europę, Sanżil i o Polskę pewnie zahaczył. Jak ptaszysko wielkie jakieś, samolotem nadleciało to nieszczęście komunikacyjne i finansowe.
Bo to fakt, że ja się tak tu troszkę skarżę i popłakuję w sprawie prywatnej, ale przecież powinnam się wyzbyć tego egoizmu i napisać, kto tu naprawdę cierpi. A jest to ogół publiczny. Bo przecież nawet ci, którzy nigdy nie jeżdżą stibem, bo to nie na ich poziomie, łączą się w bólu z tymi, co to chcieli rankiem wsiąść do takiej przypadkowej celem przykładu 60, co to z Ukli na Ambrożego leci, i nie mogli. Zamknęli. Nie ma. Ma, jak mówi Iwonek. 
Ma za to kłopot każdy z pasażerów, to znaczy niepasażerów właściwie, bo ten tramwaj dalej nie pojedzie. Ani autobus, jeśli by rozciągnąć znaczenie semiotyczne na inne pojazdy. Skończyło się. Rządzi żelazne ptaszysko, co to nam nadleciało z Obamą w środku. I drogi śmiertelny pasażerze, drogi nie uświadczysz, szczególnie, jeśli ta droga mieści się między Luizą a tunelami w kierunku Meroda, lub ewentualnie w stronę Midów, gdyż do końca nie było wiadomo, w którą stronę ruszy orszak. Tak Ana nazywa to, co za królem i po królu się rusza. Nie ruszak, nie. Orszak. Z hotelu, co naprzeciwko kina stoi, na prawo lub lewo, bo wprost nie wolno, choć dla Obamy nic nie powinno być niemożliwe.
Jedno łączy Obamę i króla - on jedzie, reszta stoi. I tak mamy dobrze, bo kiedyś to byśmy na kolanach czekali. A tak to tylko w niekończącym się korku, albo w tramwaju, który nie nadjechał i nie nadjedzie jeszcze całą dobę. Do odwołania trzeciego perymetru, co do którego w ogóle nie wiem, czym i kim jest. 
Trzeci perymetr bezpieczeństwa. Stopień trzeci z czterech, tłumaczy Roman. Tym usprawiedliwiają ten cały chaos. Czyli co, Obama nie jest aż tak ważny, by dać mu czwórkę? Nie - myślę, że czwórki nikomu nie dają, bo to byłby nie tylko sądny dzień, ale i koniec świata, śmieje się Ana. Jeśli sobie wyobrazić, że dla jednego faceta na ulice wypuścili 1500 policjantów, 200 dodatkowych zleciało z Ameryki, nad tym wszystkim krąży kilka helikopterów - to co by było, jakby była czwórka? Chyba by czołgi wyjechały i oszczał normalnie jakiś puścili, wyobrażam to sobie. Z dział i działek. 
A tak to tylko swoją działkę zapłacą niewinni rowerzyści, co to chcieli Luizą pomknąć - pomknąć pomkną, ale już nie zaparkują, bo jakby bombę przewozili na bagażniku, to co? Widać, że Amerykańcy to wymyślili, przecież wiadomo, że na tych brukach, to by chyba do siebie musieli bombę przywiązać, by nie spadła; co akurat tu nie jest wykluczone po analizie siajej pewnie, w końcu udział Arabów w socjologii Sanżila kształtuje się na rosnącym i niepokojącym  poziomie, dodaje Ana. Ale po co rowery w to mieszać, zachodzę w głowę: z roweru bombę by od razu wytrzęsło i od razu bum bam bam. To i męczyć się nie ma co, wie o tym każdy terrorysta.
Albo takie kosze na śmieci. Zaplombowane tu i ówdzie na amen. I nawet ci, którzy by wyjątkowo chcieli nie śmiecić, to po prostu nie mogą. Akurat tego jednego dnia by śmietek wyrzucili na takiej stacji park, a nie ma jak, bo i stacja zamknięta, i kosz na amen zatkany. Plombą z ołowiu, a nie brudem. Teraz założę się, że tej plomby nie będzie jak wyjąć. I zostaną tak na zawsze, do następnego perymetru. Oby metro dali radę otworzyć!
A ile śmieci się nagromadzi. Dobrze, że to bliżej środka miasta, a nie naszych granic, bo w tym słońcu to może nieźle śmierdzieć, jak w greckim neopolis normalnie. Tam też tak często mafia zarządza, by śmieci nie ruszać, a u nas nawet nie mafia, tylko zarząd miasta. Wszystko oficjalnie zgodnie z prawem. Nie wyrzucać i już. Do odwołania. Niech śmierdzi. Ciekawe, czy do białego worka wolno wrzucić?
Cieszę się, że to pierwszy raz takie porządki. Nieporządki właściwie. I mam nadzieję, że nigdy więcej. Bo akurat tym razem nie chciałam się meldować w hotelu hilton o nazwie hotel, ale Ana mówi, że i tak bym nie mogła, bo cały wykupiony. Zaplombowany ołowiem od stóp do głów. I znów nie mogę korzystać z tych możliwości, co to mi daje zachód i neoliberalizm. I po co było wyjeżdżać z Polski, jak nic nie można?
Obiema rękami i oboma podpiszę się pod żądaniem, by Obama nigdy nie wracał do nas na Sanżil ani w okolice. Niech sobie będzie prezydentem i rezydentem tam daleko, u siebie. Każdemu wolno się pomylić co do sądnego dnia i nie tylko. I każdej. Nie tylko mi, ale nawet Anie Martin, jeśli by się to zdarzyło. Wiem, że to praktycznie nieprawdopodobne, ale nawet jej bym wybaczyła, jakby nie przewidziala wszystkiego, co się łączy z Obamą. Bo to przechodzi rozum ludzki. Any też.

Wednesday, 26 March 2014

(154) włoszka

Dawno nie zdarzyło mi się prowadzić obserwacji, jak to Ana Martin mawia, socjologicznych. Ja bym je nazwała jednak społecznymi, bo społeczność to podstawowa komórka społeczeństwa, ale kłócić się nie będę, mądrzejsi i światlejsi ode mnie polegli na tym temacie, zwłaszcza w kontekście oświecenia publicznego.
Oświeciło nas mocnym, wiosennym promieniem na Sanżilu i od razu wszystko wyległo na place zabaw. Małe, duże, w wózku, nosidle, rowerku, za rękę dużego, wyrywające się z ręki dużego. A duże jest chyba jeszcze bardziej wielokolorowe, niż rok temu, czyli w pierwszym roku prezydencji Iwonka na piasku. Już naprawdę nie wiem, w którą stronę mam kręcić głową, by wychwycić znajome dialekty, taki gąszcz językowy się nagle narobił. Wszystkie społeczeństwa świata, a zachodu to już na pewno. I to nie tylko zachodu Europy, tego dobrze znanego z marzeń, lecz także Azji, Afryki i być może nawet Ameryki.
Weźmy taką Dafne. Skąd to dziecko może pochodzić? Końcówka jakaś niechrześcijańska i choć wygląda na dziewczynkę, do tego białą, to głowy nie dam. Z Turcji może? Hmmm, po akcencie nie poznasz, tym bardziej, że nie mówi, za to Józio i Iwonek do niej owszem i nie mają problemu z tym, że wcale nie odpowiada. Podobnie zresztą jak Bruna, a nawet dwie Bruny od razu, bo ledwo usłyszałam, że takie imię istnieje, już na dwóch metrach do kwadratu raptem okazało się, że jest ich dwie, i to obie zagraniczne na tyle, że nijak nie idzie się domyślić, skąd pochodzi ich opiekun. Albo opiekunka, też nie dojdziesz. Wcale nie brunatny/a, ani trochę. Nic dziwnego, że prezydencja nie przebiega gładko.
Rezydencja Ksenia, ha ha, jeśli już, cieszy się Ana. Fakt, Iwonek zasiadł jak rezydent na dobre w piasku, a wokół nowe dzieci. Albo wydaje się nam, że nowe, bo dorosły i wyrosły. Te najstarsze już wyemigrowały z piasku, to i trzeba się otworzyć na nowe wyzwania. Podpowiem ci, że Dafne jest pół-Greczynką, pół-Włoszką. Teraz musisz odkryć, która połowa rodziców mówi do niej w którym języku, zadaje zagadkę Ana.
Ha, Włoszki się zachciało! To jedyny komentarz, jaki tu widzę. Zasłyszany całkiem niedawno i całkiem niedaleko, a praktycznie koło horty. To taka stacja tramwaju o wymowie orta, bo po włosku nie ma h, to mi tłumaczył kiedyś Roman, ale nie wytłumaczył, bo skoro jest w abecadle, to dlaczego nie ma w języku? Nikt mnie nie przekona, że taka interpretacja argumentów trzyma się kupy.  Tylko kłopoty z tymi Włochami.
To samo zresztą miała na myśli pani Dziunia, która te słowa wypowiedziała. Do Stefana je była wypowiedziała, stosuję taki tryb specjalny, bo Roman innym razem próbował mi wytłumaczyć na takim oto przykładzie, że po włosku jest tryb taki pradawny. Czas zaprzeszły, podpowiadała Ana, ale do dziś nie wiem, czy aby nie robiła mnie w balona, bo czy przeszłość to nie wszystko jeden zszarzały zeszłoroczny śnieg? Nie rozdrabniajmy się na dobre, naprawdę, czas spojrzeć prawdzie w oczy, że to wszystko jedno, choć forma faktycznie wygląda atrakcyjnie i oryginalnie to i stosuję. 
Skąd się ta Włoszka, co się jej zachciało temu i owemu na orcie, wzięła? Z życia, a skądinąd przecie. Z tego wymieszania społeczeństw na Sanżilu wynikła, gdzie Polakowi już Polka nie wystarcza i wicewersal, tylko od razu musi być zachód pełną gębą. Że to niby już tak można i wypada na luzie się mieszać między socjologiami różnymi, co to ich przedstawiciele codziennie łączą się i mieszają w piaskownicy, mieszając równo piasek w wiaderku. 
Włoszki się zachciało - Dziunia to oznajmiła, a wcześniej była się rozejrzała po stefanowym mieszkaniu, nie była dojrzała bigosu albo innego gara zapasów, co to by Polka pewnie temu i owemu nagotowała jako troskliwa żona, a tu jako że Włoszka na rezydencji - to i nic takiego ani widu ani słychu. Było. Było było zaprzeszłe, a właściwie - nie było. To i była zaczerpnęła Dziunia co nieco ze swojej wiedzy życiowej, poszukawszy jej w głowie w zakładce z wiedzą międzyspołeczną, i wyszło jej, że Polka jednak by tak nie była postąpiła. Nie wypada. A Włoszka - niestety już tak zepsuta i wynarodowiona od tego zachodu, że nawet jej w głowie nie postało nagotować. 
Zgadzam się. Ile w końcu trzeba czasu, by narobić gar makaronu koko? Albo innej pasty, jak to Włosi, a za nimi cały zachód, coraz częściej zwą makaron koko? Jakby to w ogóle jakiś sens głębszy teraźniejszy i zaprzeszły sobą prezentowało? Czy rezentowało? Ach, nic nie wiadomo w tym słonecznym oświeceniu. Bałagan kultur i socjologii tylko powstaje w tym piaskowym grajdole. Biedna mała Dafne i Bruny dwie, że Włoszki się zachciało. A przecież na Sanżilu Polki porządne zawsze są w ofercie. Oraz były. I były były oraz będą będą.

Tuesday, 25 March 2014

(153) manneken

Jedzie pociąg z daleka, na nikogo nie czeka. Tylko gdzie i kiedy dojedzie? Już nie mówię nawet, że ta piosenka tak naprawdę nie ma końca i ci, co liczyli na szczęśliwy finał, będą musieli się obejść smakiem. Nie, ten pociąg nie wszystkich zabierze. Za to ubierze. I to ho ho. Wysokie progi.
Może nie progi wysokie, za to pomnik. Stoi wysoko, a mały jest. Dowód, że to nie wzrost świadczy o wielkości, lecz miejsce położenia, a w tym konteksto-aspekcie: stania. Wręcz siusiania. Stoi sobie więc ten malec na cokole, co kole w oczy niejednego turystę, bo turysta chciałby dotknąć, macnąć, być bliżej historii. A tak nie może, bo cokół broni dostępu, a jakby cokół nie starczył - jest jeszcze woda. Sikająca nie powiem skąd, nie dookoła cokołu na pewno, ale gdzieś z dalszego okoła.  Nie sikami bynajmniej, ale o tym wie niewielu oblanych szczęśliwców. Za to każdy może sobie pooglądać i popodglądać golasa.
Małe to to. Człowieczek taki. No właśnie, to oznacza nazwa manneken. Człowieczka. Pis to od tego drugiego. Co robi, nie cokołu przecież. Człowieczek sika, co ty Ksenia jakaś dzika, słów się boisz? Nie wstydź się, od dziś manneken znów jest ubrany. Nie musisz gorszyć się golizną, śmieje się Ana. A jaki piękny garnitur mu się trafił! Ho ho. Zaraz zaraz, czy to nie strój konduktora?
A o czym to ja niby trąbię od rana, obruszam się? Ano właśnie, że Sanżil, a za nim inne okoliczności brukselskie, podłączył się pod stiba i świętuje wraz z motorniczymi 60-lecie tramwajów. Wymyślili sobie, że najlepiej wyrażą swoje wsparcie przyodzianiem golasa. I oto mamy nowego konduktorka. W szaro-czerwono-białym stroiku. Malutkim, jak to on. Jedna rączka podparta, druga trzyma mannekena. Krawacik aligancko zawiązany. To ci dopiero panopek, jak si patrzy!
W sam raz na powrót krup i zimy się mu trafiło, biedakowi. Bo na co dzień aż żala na chłopinę patrzeć. Głównie patrzą na niego sztuczne oczy aparatów i kamer, ale nieubrany jest tak samo, czy to gołym okiem spoglądać, czy nie. Mimo że ma swoją krawcową. I to dorosłą. Normalnych, ludzkich rozmiarów. Pani, do czego to doszło, można by zapytać, jakby się w Polsce mieszkało. Z odpowiednio wstrząśniętym wyrazem twarzy. Bo kto to widział, by pomniki się u krawców stołowały. A jednak.
I to od 918 ubranek. Tyle razy nasz człowieczek przybierał różne barwy polityczne w zależności od różnie wiejących wiatrów. Oraz słońca, śniegu, deszczu, słoty i tym podobnych zjawisk przyrody. Był królem, księciem, kosmonautą, marynarzem itepeitede, zdaje się jednak, że najbardziej lubi bywać konduktorem. Bo w swojej kolekcji ubranek ma już trzy garniturki uprawniające do kierowania autobusem i tramwajem. Jeden nowiutki, już pisałam. Drugi z 1985 r., który przyodział z okazji 150. rocznicy transportu publicznego, pewnie tu na miejscu, tak zakładam.
W 1993 r. człowieczkowi kazano za to być kontrolerem, co się pewnie nie za dobrze dla niego skończyło, bo nigdzie w świecie nie lubią kanarów. Tak twierdzi Roman; wiec coś o tym, bo jak wyjechał już na dobre do Polski A, to przesiadł się z wozu na tramwaje i obserwował co nieco. Ana zaobserwować nie miała czego, bo u niej w Polsce tramwaje były od małej, więc taki kanar był codziennością, co tu lubić albo nie miała niby. Nie docenia więc. Roman za to tak i dlatego wątpi, czy manneken czuł się dobrze w stroju kontrolera. Nikt o zdrowych zmysłach tej roboty by nie przyjął.
Manneken nie ma jednak wyboru. Ubiera, co mu każą i co mu uszyje pani Marta, co to robi ciach ciach na oryginalnych przez y strojach w skali makro, używając języka gospodarki, i skraja je zgrabnie na miarę człowieka mikro, by znów zabłysnąć znawstwem przedmiotu. Fajny zawód.
To by się dopiero spodobało Iwonkowi. Nie dość, że ciach ciach, to jeszcze tramwaje. Lalaje. Idealne połączenie hobby małego człowieczka. Nie tak małego co prawda, jak manneken, i nie sikającego jeszcze na stojąco, ale równie często obfotografowywanego. Może by się udało nawiązać współpracę. Krawiec kraje, póki mu sił staje, a po 918 strojach pora na zmianę. Pokoleniową. To się nazywa oddać do cechu. Pasuje jak ulał. Cech ciech ciach!

Monday, 24 March 2014

(152) szczęście

Sztjastje ty maje! Usłyszałam ostatnio na Alsembergu koło ukraińskiego sklepu. A może zresztą on już nie ukraiński, tylko krymski. Licho nie śpi. Historia też nie. Jak tak dalej pójdzie, to sklep się w ogóle wyniesie z Europy i przyłączy do Rosji. Szczęście czy nieszczęście?
Tego to akurat nigdy nie wiadomo. Jak w życiu: raz nad wzoem, raz pod wozem. Lub na wozie, przewóz. No i jak to traktować? Badacze głowią się, dwoją i troją, by to jakoś zmierzyć, ale się coś nie udaje. Bo jak ująć szczęście w statystyki? Moje i twoje? To moje, mówi Iwonek. Maje. 
Tymczasem międzynarodowy dzień szczęścia przypada na marzec. Dokładniej: 20. Najdokładniej, ale to tylko w tym roku tak się wszystko dopasowało: na pierwszy dzień wiosny. Oj, działo się tego dnia w pogodzie i nie tylko. 20 stopni na 20. Co najmniej. Coś da się zmierzyć z tego szczęścia czasami, bynajmniej termometrem. To ci szczęście! 
Zerknęłam w stronę mądrzejszych i widzę, że da się wyliczyć i co innego. Całe mnóstwo wskaźników. Lokalnych, polskich, dzielnicowych, sanżilowskich, belgijskich i ogólnoświatowych. Głowa pęka, tym bardziej, że z 20 stopni 20 zjechaliśmy do 10 22. Nijak nie widać żadnej reguły na horyzoncie. A jak spojrzeć w statystyki szczęść i nieszczęść, to już zadyma na całego.
Żadne 22, tylko 7,4. Na 10. 7,4 punkta na 10 - na tyle wyliczono szczęście lebelż. Mimo że lebelż, daję przecinek po polsku, a nie kropkę, jakoś mnie to mniej myli, a przecież w szczęściu liczy się każdy łut. I łucik. Widzę, że lebelż mają tych łucików po przecinku więcej, niż średnia europejska, bo tam 7,1 wychodzi. To chyba dzięki temu, że mają łatwo usłane różami, a my nie, to i w dół ciągniemy. Na pewno lepiej na Sanżilu, a nawet Midach, niż w Polsce B. I cieplej. 20 na 20 mieliśmy, przypominam. To zostanie w pamięci, nawet jeśli 22 to już zeszłoroczny śnieg.
Proszę, tłumaczą tu, że lebelż chwali sobie dobrostan, długie życie, a gani - złe powietrze i poziom bezpieczeństwa, wtrąca swoje Ana. Hmm, dobrostan kojarzy mi się raczej ze zwierzętami, ale niech będzie. Długie życie - nie na darmo apteka na każdym rogu. W najbliższej okolicy, czyli w kwartale ulic - 6. Zawsze pełne, naśmiewa się Ana. Nieładnie to o niej świadczy, tak sobie kpić z cudzego nieszczęścia. 
Jakiego nieszczęścia? Szczęścia właśnie. Stanie w aptece prowadzi do długiego życia, broni się niezdarnie Ana. Lebelż też tak myślą, w końcu nie podoba im się głownie, czyli jest powodem braku 2,6 łutów szczęścia do 10, powietrze nasze codzienne i złodzieje oraz mordercy. Potencjalni oczywiście, bo jeśli porównać Belgię z Litwą, to można zaryzykować stwierdzenie, że nikt tu nigdy nie ginie. Bo tu 1,7, a tam - 6,7. Ciężko powiedzieć, ile to taku, a naprawdę oznacza - 2 osoby tam? Czy prędzej 1 na Sanżilu, a 6 na Ukrainie? Ups, Litwie? W Łapach prawie, o ile dobrze kojarzę? Czy to szczęście dla Łap, że leżą po naszej stronie granicy? 
Szkoda, że nie na Sanżilu, no ale wtedy nie miałabym po co wyjeżdżać. A tak to mieszkam sobie elegancko i proszę, jakie szczęście mnie spotkało: mam małe szanse, że nie skończę szkoły: tylko 12%  szans. Jakbym była średnią w Unii, to bym takich szans miała więcej: o łucik, bo 12,7, a jakby się trafiło mieszkanie w Hiszpanii - to 25 pełnych szans. Żyć tu będę średnio 80,5 lat czy roku, a wcześniej będę krótko na bezrobociu - 3,4 lat lub roku. W takiej Grecji to by się pobyło - 14,5 roku! Gimnazjum można by skończyć, a kiedyś nawet podstawówkę. Potem można by iść do pracy jako kobieta - i tu nieco szczęścia dla Any, bo na Sanżilu ma szansę zarobić tylko 10% mniej niż Roman, podczas gdy w Estonii, blisko Ukrainy też, mogłaby liczyć na aż 30% mniej. To by było o czym gadać w naszym domu! Ale by szczęście zapanowało!
A tak to tylko szczęście ty moje, że na Sanżilu się wylądowało. Nie najgorzej, przyznaję. Jestem skłonna dać nawet 20 na 20, mimo że skala tego nie obejmuje. Widać szczęścia nie da się objąć rozumem.

Friday, 21 March 2014

(151) powtórka z rozrywki

Powtórka z rozrywki, z rozrywki powtórka, podśpiewuje sobie czasami Ana Martin, i nawet Iwonek już to nuci. Szybko pojął, że w kółko to samo. Wiosna-lato-jesień-zima. A jak się zacznie szkoła - to aby dotrwać od września do września. I tak w kółko Iwonku.
W Belgii jeszcze bardziej w kółko. Nie tyle w Belgii, co w jej francuskiej części, w tym na Sanżilu. Powtórka z rozrywki nonstop dla niektórych, szczególnie w szkołach. Chodzi o to, że powtarzanie klas stało się tu czymś w rodzaju sportu narodowego, w międzyczasie uprawianym przez połowę uczniów. Czy chcą, czy nie chcą. Taki dziwny bieg do końca, co się robi coraz bardziej długodystansowy.
Już jeden uczeń na dwóch biegnie na dystansie dłuższym, niż początkowo wyznaczony. Przypominam, że wybierać można między primer i sekonder. Co roku obie w ofercie szkół od 1 września, kiedy to na starcie stają wszyscy w jednym szeregu, natomiast potem - dla niektórych to tylko primer bez końca, albo sekonder i sekonder w kółko Iwonku.
Dowiedziałam się o tym od wzburzonej Any Martin, która dzień zaczęła od obwieszczenia nam, że francuska część Sanżila i koliczności mają najwyższy w Europie procent powtarzających klasy. 47%. Na 100. Nawet przedszkolaki powtarzają! Tak, to nie żarty, Ana zna francuski i czyta ze zrozumieniem. Wyliczono, że 4% uczniów z 1 .klasy nadal jest w przedszkolu. To znaczy maluchów, 6-latków. I tak mało ich do pieczenia chleba, bo potem to już pochyła droga prostym zjazdem w dół. 10% powtarza 1 klasę. 20% uczniów w 6 klasie ma już za sobą co najmniej jedną powtórkę. Z tych, co jakoś przejdą do sekondera, 40% ma na koncie siedzenie drugi rok, no a na koniec sekondera, w 6 - zresztą nie wiem, czy to na koniec, może sie bali napisać co dalej - bo to i tu już jest alertujące na całego - 60% coś kiedyś gdzieś powtarzało! Myślę, że to więcej niż połowa.
Na początku nie chciałam Anie wierzyć, bo co jak co, ale jest tu zachód pełną gębą. Czyli dobrobyt i inteligencja. Czyli bogato i do przodu. Nie pasuje mi to do tego powtarzania. Za moich czasów w Łapach każdy się wstydził! Nawet z religii robiło się wszystko, żeby zdać. Nauczyciele też przeciągali, za uszy, ale tak obrazowo tylko, nie naprawdę, byle by tylko statystyk sobie nie popsuć. A tu wręcz w drugą stronę - wygląda na to, że chcą, by jak najwięcej uczniów biegło na długim dystansie.
Zgadza się Ksenia, potwierdza Roman. To głównie problem kulturowy. W Belgii panuje przekonanie, że nauczyciel, zwany pieszczotliwie profem z rodzajnikiem, co daje leprofa albo laprof, zależy od dżenderu, jest zły lub zła, jeśli wszyscy u nich zdadzą. Podejrzani o świcie. Dlatego takich za dobrych się wymienia danej klasie, co sprawia, że za rok klasa jest mnie zgrana i jeszcze mniej dzieci zdaje. I tak w kółko Iwonku.
Serio? Ten, kto każe siedzieć, jest poważany? Tak, bo surowość jest w cenie, tłumaczy Ana nieprzetłumaczalne kulturowo. Ja myślę, że to jest częściowo związane ze starymi przekonaniami relgijnymi, gdzie dobry ojciec każe dziatki rózeczką. Aż dziw, że w Polsce pedagogika poszła do przodu i starają się chyba, by odesetek niezdających był niski. Tu tez się przebudzili i widzą, że w tym niezdawaniu jest coś dziwnego. Bo to nie jest normalne, gdy szkoła nie służy do uczenia i uczenia się, tylko do zdawania lub niezdawania. 
Jeszcze powiem wam, ile to kosztuje. Redublemą się na to mówi, albo eszek skoler. Echec z akcentem? Znajomo wygląda, często to słowo widzę. Widzisz, bo i lebelż zobaczyli, że coś nie gra. Sami są pierwsi w Europie, jak mówiłam: 47% powtarzających. Beneluks trzyma się mocno, bo Luksemburg drugi - 34%. Francja nie wiem która, ale 27%. Koszty w Belgii to 11% budżetu szkół: 51,3 milionów w podstawówce, a uwaga uwaga! 365 w sekonderze.
Czyli milion dziennie, obliczam szybko i porównuję zarazem, w roku przestępnym nie wiem. Z niedzielami i świętami!
Ale ja się tu dowiaduję rzeczy, że aż włosy dęba stają! Tzn. Romanowi nie, a Iwonkowi stoją i tak. Dobrze może, w końcu to jego przyszłość, szkoła na Sanżilu, to będzie przygotowany kulturowo, jakby co. Zresztą nie myślę, że sprawy zajdą tak daleko, a jakby co - mamy przecież Anę Martin. I ja pomogę. Nie po to z Polski A i B wyjeżdżaliśmy, by tu utknąć w szkolnej ławie!