Moja funkcja publiczna sprawowana w imieniu Martinów i własnym, Kseni z Brukseli, Brukseni w skrócie i dlaczego by nie, do czegoś zobowiązuje. Do dbania o Brukselczyków mianowicie, a do czego by innego?
To i zadbam. W sumie dziwię się, że miasto musi się uciekać aż do takich środków, jak moja pisanina, by ściągnąć na scenę potencjalne gwiazdy, ale skoro nie można inaczej...to niech już będzie. Poświęcę te strony, które zresztą wcale nie są stronami, tylko kawałkiem ekranu, z którego prędko coś znika nie wiadomo gdzie, i zamienię się w przysłowiowy słup ogłoszeniowy, który wcale nie jest słupem, lecz nadal ekranem, z którego coś znika, i tak bez końca.
Potrzeba bowiem kogoś do sztuki. Artu normalnego, codziennego zajęcia i chleba tysięcy, a pewnie powoli i milionów Sanżilowców. Tym razem jednak nie na Sanżilu, co dziwi, gdyż sztuka naturalnym biegiem rzeczy rozgrywa się tu, gdzie żyją nią, chlebem i wodą komunalni obywatele, lecz w Brukseli. Ale sprawa jest bardziej skomplikowana, gdyż poszukuje się nie sztukmistrza z Brukseli, lecz z Anderlechtu. Nie pytajcie mnie dlaczego.
Zamieniam się więc w biblijny słup ogłoszeniowy i ogłaszam niniejszym: niech zgłosi się do mnie mieszkaniec Anderlechtu. Ten ktoś musi chcieć pokazać się na scenie. Męski mieszkaniec, tym razem nie muszę dbać o poprawność. Musi mieć między 50-59 lat, więc być trochę posunięty w wieku, ale nie przesadzajmy też, w tym wieku ludzie nie umierają jeszcze! Ana na przykład nie jest tak znów daleko od 50., a Roman to już w ogóle, i całkiem całkiem. To papierosy tak nie pomagają im, a raczej ich niepalenie. Tu też od razu zaznaczę, że nasz mieszkaniec nie musi wcale palić, ani pić! Nawet na scenie nie musi się znać. Podobno im mniej ma doświadczenia, tym lepiej. Nie życiowego, artystycznego bynajmniej.
No, z tym ostatnim to niekoniecznie się zgodzę. Lepiej może dla sztuki i zamysłu reżysera, ale czy lepiej dla widza? Ksenia, ludzie skrywają w sobie niesamowite talenty. I talenta. Przypomnij sobie, nawet nasza Ana grała ostatnio, a raczej biegała. Ale jak jej wyszło! Pięknie po prostu biegła, chwali po małżeńsku swoją ślubną, jak to się życzliwie mawia, Roman. A jaka to sztuka, wiesz coś więcej?
Wiem, bo przecież ogłaszam. Jestem ostatnią deską ratunku dla organizatorów, choć nie z drewna. To coś będzie się nazywało 100% Bruxelles. Brukseli 1000. To powinno być 1000% Bruksela? Lub ewentualnie evtl. 100% Anderlechtu, skoro chcą kogoś z Anderlechtu. Wystawią to w maju. W Brukseli 1000.
Ach, już wiem! To pewnie Riminiprotokol. Co? Rimini Protokoll, taka grupa artystyczna, wyjaśnia Ana. Robią przedstawienia z mieszkańcami danych miast. Był już Berlin, Wiedeń, Londyn itp. Zawsze biorą 100 osób z tzw. przekroju społecznego. By była średnia. I każda ze 100 osób reprezentuje sobą ileś tam osób - tyle, by w mnożeniu wyszła liczba mieszkańców.
To u nas ile będzie? pytam. Znaczy się nie u nas na Sanżilu, tylko w Brukseli, nie 1000%, tylko rozumianej jako całość miasta? Oczywiście pod warunkiem, że zgłosi się ten jeden sztukmistrz z Anderlechtu. Zaraz zaraz, liczy Ana. Mnoży i dzieli, głowiąc się, bo głowa nie ta, co przed 37 laty, pisałam, 50. już blisko. 11470 osób, pomaga litościwie ślubnej Roman. Jeden za 11470, 11470 za jednego lub jedną. Pod warunkiem, że się da namówić kogoś z Anderlechtu.
Aha, to ile osób ogółem nas jest? Co ogółem? 100 na ilu i ile? Dodaj dwa zera. Wychodzi, że 1147000, z małymi odchyleniami, bo ktoś jeszcze po drodze umrze, ktoś się urodzi. Ktosik nawet, malutki taki. Ale liczyć trzeba jak za dużych. No i pamiętać, że wszystko może ulec zmianie, jeśli sztukmsitrz się nie zgłosi. Całe liczenie runie w nicość. Dlatego namawiam serdecznie: zgłaszajcie się!
Mam tylko jeden problem natury poznawczej. Chciałabym mianowicie, by ktoś mi wytłumaczył, w jaki sposób 57-letni facet z Anderlechtu bez doświadczenia teatralnego może mnie reprezentować. Nawet statystycznie. Ani nie jestem facetem. Ani nie mam 50, 51, 52, 53, 54, 55, 56, 57, 58 ani 59 lat. No i mam doświadczenie teatralne!
Wednesday, 9 April 2014
Tuesday, 8 April 2014
(163) pijar
Ja nie mogę! Co za tydzień. Płasą ryba w kwietniowe primaaprilis. Potem kwietniowe lato. Potem królowa koninhin wkroczyła do gry i wzięła się za pisanie. A teraz skandal. Koroną zwieńczył to całe kwietniowe zamieszanie. Oj, czapka komuś z głowy spadnie.
Skandal dworski. Prywatno-publiczny. Na tyle poważny, że nikt nie wie, co o tym sądzić. To znaczy prasa medialna nie wie, bo ja wiem doskonale. A może wie, tylko nie chce się opowiedzieć, czekając, aż inni wyskoczą przed szereg. Ana Martin tłumaczy mi, tłukąc do głowy, że to pijar. Pi-ar. Pablik rilejszyn w Polsce, a tu - relasją publik z u w dzióbku. Usta w dzióbku oczywiście. Zachwytu nad samą sobą.
Pijar, erpe - to samo kręcenie lodów, podsumowuje Roman już na początku odcinka. Czyli wielkie nie wiadomo, o co tyle hałasu. Jak to o co, Ana na to? O darmową reklamę chodzi. Im więcej gadania, tym większy sukces. Więcej odsłon, wejść na stronę, sprzedanych egzemplarzy. Roman, w jakim świecie ty żyjesz? Na pewno nie celebryckim, tylko na Sanżilu, wtrącam. Ale to nic nie zmienia przecież tak naprawdę! twierdzi Ana. Skandal jest wszędzie. A wraz z nim: pieniądze. Popularność. Kontrakty, umowy o reklamowanie tego i owego. Zegarków, jachtów, rezydencji. Ach.
Myślałam, że to tylko celebrytom na tym zależy, wtrącam. e tam, królowej koninhin też. przeraziła się widać, że ją wyeliminowali zręcznym ruchem na szachownicy. Jakąś wieżę przed oczyma postawili. To i wzięła do pomocy króla, zasiadła i napisała.
Po tym wszystkim nikt jej nawet nie zbeształ za ten wybryk. Bo w świecie wielkich tego świata, mówiąc po pudelkowemu, to jest wybryk, taka niesubordynacja. Co Ana? Hmm. Z jednej strony tak, i momentami wierzę w szczere uczucia Paoli. Jest mamą. Z drugiej strony - to jest jednak bardzo dobre piarowo. Pijarowo i erpeowo. Nie sądzę, by to była kalkulacja, ale na pewno agencje zacierają ręcę, że w tak naturalny, tani sposób udało się ocieplić wizerunke rodziny królewskiej. I to niespodzianie! W czasach kryzysu to wyczyn nie lada.
Nieco sprawiedliwości oddajmy. Rozumiem, że po wizycie w szpitalu rodzicom może być żal syna, ale przecież prasa sanżilowska i nie tylko starsznie ich krytykowała, koninha i koninhin, że jak Wawka zachorował, to oni se balowali we Włoszech. To znaczy jedni tak napisali, bo inni - że mieli obowiązek we Francji. Raptem dwutygodniowy. Tak Ana przetłumaczyła ze śmiechem, ona lubi taką nowomowę trawę. I nie zjechali od razu na Sanluka, obojętnie czy z Włoch, czy z Francji. Twardy fakt. Owszem, mogli nie wiedzieć, że stan taki ostry, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że teraz mają się z czego tłumaczyć.Równie daleko, na południu, ale chyba mają samolot lub helikopter przynajmniej, co? Za nasze pieniądze, to znaczy moje nie, ale będę solidarna z ludem.
Ana twierdzi, że nie latali, lecz żeglowali jachtem króla, za który nie chcą zapłacić niedobrzy poddani. Takie rozrywki mają na stare lata. I stąd te tytuły w prasie, by zatrzeć złe wrażenie: krzyk serca! Matka i syn. Ach ach ach. Ale tylko w prawicowej. Bo lewa żadnych achów nie przyjmuje. I wali w nich prawdą: że ich nie było. Po prostu. Rodziców zabrakło. Że inni czas znaleźli na pójście do szpitala, i to poza godzinami przyjęć, a oni żeglowali i zajadali się ohydnymi zresztą owocami morza. A rodzeństwo trwało przy bracie i szwagrze, w tym polska królewna. Od razu widać dobre korzenie.
Tak więc nie było innego wyjścia, jak napisać ten list. Rzadko się zdarza, żeby królowa robiła to sama, tu jej przyznam, że pracowita chwilami, zazwyczaj pisze wszak ktoś z orszaku lub służby. Dobrze jej wyszło. Przekonująco i przekonywująco, nie wiem już, co prawda, a co fałsz, to daję dwie wersje.
Wzruszająco. Matka jest tylko jedna w końcu. Uszłoby w tłumie i do historii przeszło, gdyby nie ten pijar. Konieczność zaistnienia. Gdyby ktoś rąk po tym nie zacierał zbyt widocznie. Moim zdaniem pora ku temu najwyższa, analizuje Ana. Ktoś z agencji pijar i peer maczał w tym palce i interes. Prezydent by pewnie o to wnosił, jakby był, i premier, i liderzy partii. Bo w Belgii idą wybory i ciężko będzie. A tak to się odwrócił uwagę opinii publicznej z prawdziwych problemów na sprawy królewskie. I zdrowotne osobowe, a nie zdrowotne jako narodu. I jakoś dotrwamy do maja.
Skandal dworski. Prywatno-publiczny. Na tyle poważny, że nikt nie wie, co o tym sądzić. To znaczy prasa medialna nie wie, bo ja wiem doskonale. A może wie, tylko nie chce się opowiedzieć, czekając, aż inni wyskoczą przed szereg. Ana Martin tłumaczy mi, tłukąc do głowy, że to pijar. Pi-ar. Pablik rilejszyn w Polsce, a tu - relasją publik z u w dzióbku. Usta w dzióbku oczywiście. Zachwytu nad samą sobą.
Pijar, erpe - to samo kręcenie lodów, podsumowuje Roman już na początku odcinka. Czyli wielkie nie wiadomo, o co tyle hałasu. Jak to o co, Ana na to? O darmową reklamę chodzi. Im więcej gadania, tym większy sukces. Więcej odsłon, wejść na stronę, sprzedanych egzemplarzy. Roman, w jakim świecie ty żyjesz? Na pewno nie celebryckim, tylko na Sanżilu, wtrącam. Ale to nic nie zmienia przecież tak naprawdę! twierdzi Ana. Skandal jest wszędzie. A wraz z nim: pieniądze. Popularność. Kontrakty, umowy o reklamowanie tego i owego. Zegarków, jachtów, rezydencji. Ach.
Myślałam, że to tylko celebrytom na tym zależy, wtrącam. e tam, królowej koninhin też. przeraziła się widać, że ją wyeliminowali zręcznym ruchem na szachownicy. Jakąś wieżę przed oczyma postawili. To i wzięła do pomocy króla, zasiadła i napisała.
Po tym wszystkim nikt jej nawet nie zbeształ za ten wybryk. Bo w świecie wielkich tego świata, mówiąc po pudelkowemu, to jest wybryk, taka niesubordynacja. Co Ana? Hmm. Z jednej strony tak, i momentami wierzę w szczere uczucia Paoli. Jest mamą. Z drugiej strony - to jest jednak bardzo dobre piarowo. Pijarowo i erpeowo. Nie sądzę, by to była kalkulacja, ale na pewno agencje zacierają ręcę, że w tak naturalny, tani sposób udało się ocieplić wizerunke rodziny królewskiej. I to niespodzianie! W czasach kryzysu to wyczyn nie lada.
Nieco sprawiedliwości oddajmy. Rozumiem, że po wizycie w szpitalu rodzicom może być żal syna, ale przecież prasa sanżilowska i nie tylko starsznie ich krytykowała, koninha i koninhin, że jak Wawka zachorował, to oni se balowali we Włoszech. To znaczy jedni tak napisali, bo inni - że mieli obowiązek we Francji. Raptem dwutygodniowy. Tak Ana przetłumaczyła ze śmiechem, ona lubi taką nowomowę trawę. I nie zjechali od razu na Sanluka, obojętnie czy z Włoch, czy z Francji. Twardy fakt. Owszem, mogli nie wiedzieć, że stan taki ostry, ale nie zmienia to postaci rzeczy, że teraz mają się z czego tłumaczyć.Równie daleko, na południu, ale chyba mają samolot lub helikopter przynajmniej, co? Za nasze pieniądze, to znaczy moje nie, ale będę solidarna z ludem.
Ana twierdzi, że nie latali, lecz żeglowali jachtem króla, za który nie chcą zapłacić niedobrzy poddani. Takie rozrywki mają na stare lata. I stąd te tytuły w prasie, by zatrzeć złe wrażenie: krzyk serca! Matka i syn. Ach ach ach. Ale tylko w prawicowej. Bo lewa żadnych achów nie przyjmuje. I wali w nich prawdą: że ich nie było. Po prostu. Rodziców zabrakło. Że inni czas znaleźli na pójście do szpitala, i to poza godzinami przyjęć, a oni żeglowali i zajadali się ohydnymi zresztą owocami morza. A rodzeństwo trwało przy bracie i szwagrze, w tym polska królewna. Od razu widać dobre korzenie.
Tak więc nie było innego wyjścia, jak napisać ten list. Rzadko się zdarza, żeby królowa robiła to sama, tu jej przyznam, że pracowita chwilami, zazwyczaj pisze wszak ktoś z orszaku lub służby. Dobrze jej wyszło. Przekonująco i przekonywująco, nie wiem już, co prawda, a co fałsz, to daję dwie wersje.
Wzruszająco. Matka jest tylko jedna w końcu. Uszłoby w tłumie i do historii przeszło, gdyby nie ten pijar. Konieczność zaistnienia. Gdyby ktoś rąk po tym nie zacierał zbyt widocznie. Moim zdaniem pora ku temu najwyższa, analizuje Ana. Ktoś z agencji pijar i peer maczał w tym palce i interes. Prezydent by pewnie o to wnosił, jakby był, i premier, i liderzy partii. Bo w Belgii idą wybory i ciężko będzie. A tak to się odwrócił uwagę opinii publicznej z prawdziwych problemów na sprawy królewskie. I zdrowotne osobowe, a nie zdrowotne jako narodu. I jakoś dotrwamy do maja.
Monday, 7 April 2014
(162) czarna owca
W kraju, gdzie rządzi królewie, nigdy nie wiadomo, co kogo zaskoczy z rana. Jaka nowina spadnie z nieba. Albo wypadnie ze skrzynki. W formie listu. Komputerowego lub tradycyjnego. Albo publicznego. Zupełnie jak w tych dniach.
Królowa napisała do narodu. Jużem rano usłyszała o tym, wieszając pranie, ale nie zrozumiałam, że chodzi o list, bo Iwonek przestawił wszystkie sprzęty na ten drugi dialekt i odtąd nie wiemy, jak wrócić do dialektu podstawowego. Ale że w radiu cały czas nadawali w rytmie koninhin koninh paola albert, to się zorientowałam, że to ci z odświętnego serwisu w laken. Zasłuchałam się nawet, bo to niełatwo, tak charczeć przez samo h, tym koninhem na prawo i lewo, toż to chyba się człowiek przy tym popluje, chciałabym ja naprawdę zobaczyć, jak wygląda mikrofon w tym radiu w drugim dialekcie. U nas, dawnych u nas, byłoby to niemożliwe.
Poprosiłam więc Anę, by mi uświadomiła, o co chodzi. Ana też się musiała bardziej skupić niż zazwyczaj, bo mimo że wie wszystko i najlepiej, to jednak w tym drugim dialekcie jest wolniejsza, niż w pierwszym. Pojętna jednak z niej pani ani, to i wywiedziała się słuchem, że chodzi o list. Jaki koninhin Paulina skierowała do narodu. Podobno to niespotykane wydarzenie. Na skalę Sanżila, Brukseli i świata.
Dlaczego to takie dziwne, pytam. Bo co? Tego to już nawet Ana nie wie, więc pomaga sobie tekstem w podstawowym dialekcie. A, już jasne. Nie skonsultowała tego z pałacem. Przez duże P. Pac w pałacu, a pałac w pacu, przypomina mi się z zamierzchłej historii literatury, ale do czego to przypiąć? Nie tu na pewno, mówi Ana. Wiesz, to na oko nawet godne pochwały, co ona zrobiła. Ale na oko. Bądźmy czujni! Już w naszym zwykłym świecie nic się nie dzieje bez powodu, a co dopiero w wysokich strefach.
Koninhin ujęła się mianowicie za swoim synem. Pięknie. Ale na oko, powtarzam, a właściwie jego pierwszy rzut. Którym, królewiczem nowym? Nie, nie królem Filipem, lecz jego bratem Wawrzyńcem. A tego to nie wiedziałem i ja, że jest taki, dziwi się Roman. Ja wiedziałam! że jest Laurent w pisowni, lorą w wymowie, zgłaszam się. 1:0 dla mnie!
To on przecież, godzi nas Ana. Wawrzyniec to po polsku Laurent. No nie, serjo? Serio przez i. Daleko, ale to nie jedyny taki przypadek, np. Wojciech to Adalbert, serjo i serio! Choć wierzyć trzeba na słowo, bo chyba nikt na Sanżilu żadnego Adalberta nigdy nie wiedział. Nigdy żadnego, że podkreślę. Wawrzyńca też zresztą nie, tylko lorą rozmaici się kręcą.
No, ten akurat się nie kręci, biedak, tylko leży w śpiączce, czyta na głos Ana. Najpierw depresja, potem zapalenie płuc, teraz śpiączka. Oj, zdarza się nawet najlepszym synom narodu, co tu innego powiedzieć? Nie wiem Ksenia, czy on był najlepszy, raczej zapisał się w zbiorowej pamięci jako hulaka i utracjusz; kochanki, samochody, zabawa. Taka czarna owca. Królewska, wtrącam, przynajmniej tyle.
Na biednego nie trafiło na pewno. Miał za co szaleć. Ale i tak go żal. Wszystkim. Nawet rodzinie! Na pierwszy rzut. Widzę tu bowiem, że rodzina to jednak zawsze to samo, i matuś i tatuś nie wszystkich kochają tak samo. Norma, choć skrywana. Tu też tak chyba było. I stąd ten list, co Ana? Chyba tak. Jeden rzut oka i śmierdzi wyrzutem sumienia, że nie dopilnowali, jak mogli. I że rozchorował się. Może ze zgryzoty nawet, że taki wyrzutek z niego. Czarny.
Skoro Paola tak wyszła przed szereg pałacu przez wielkie P, jak mówicie, znaczy, że sytuacja niewesoła, rozumuje Roman. No tak, potwierdzam, przecież w świecie celebrytów i króli wszystko muszą skonsultować z agencją piar, a tu obyło się bez!
Zaraz zaraz, ten list wygląda na pisany od serca, to jeszcze nie znaczy, że sprawa nie ma drugiego dna. Coś mi to podejrzanie za grzeczne. A co pisze, dopytuję. Że żal bardzo dziecka. Że jego stan i przyszłość bardzo ją niepokoją. Paolę jako matkę, nie jako koninhin. Byłą, ale zawsze. To dopiero rewolucja, widzę! Dobrowolnie rezygnować ze swojego statusu, jak to się mówi w gospodarce, w pismach kolorowych! Ho ho, to chyba stan królewicza faktycznie jest poważny.
Poważny nie poważny, prawdy się nie dowiesz. W świecie króli i celebrytów, nic nie jest jednoznaczne ani biało-czarne. Poczekajmy na rozwój sytuacji. Coś mi się wydaje, że właśnie do gry wkroczyła królowa i ta partia szachów dopiero się zaczyna, wieszczy jak czarna owca Ana.
Królowa napisała do narodu. Jużem rano usłyszała o tym, wieszając pranie, ale nie zrozumiałam, że chodzi o list, bo Iwonek przestawił wszystkie sprzęty na ten drugi dialekt i odtąd nie wiemy, jak wrócić do dialektu podstawowego. Ale że w radiu cały czas nadawali w rytmie koninhin koninh paola albert, to się zorientowałam, że to ci z odświętnego serwisu w laken. Zasłuchałam się nawet, bo to niełatwo, tak charczeć przez samo h, tym koninhem na prawo i lewo, toż to chyba się człowiek przy tym popluje, chciałabym ja naprawdę zobaczyć, jak wygląda mikrofon w tym radiu w drugim dialekcie. U nas, dawnych u nas, byłoby to niemożliwe.
Poprosiłam więc Anę, by mi uświadomiła, o co chodzi. Ana też się musiała bardziej skupić niż zazwyczaj, bo mimo że wie wszystko i najlepiej, to jednak w tym drugim dialekcie jest wolniejsza, niż w pierwszym. Pojętna jednak z niej pani ani, to i wywiedziała się słuchem, że chodzi o list. Jaki koninhin Paulina skierowała do narodu. Podobno to niespotykane wydarzenie. Na skalę Sanżila, Brukseli i świata.
Dlaczego to takie dziwne, pytam. Bo co? Tego to już nawet Ana nie wie, więc pomaga sobie tekstem w podstawowym dialekcie. A, już jasne. Nie skonsultowała tego z pałacem. Przez duże P. Pac w pałacu, a pałac w pacu, przypomina mi się z zamierzchłej historii literatury, ale do czego to przypiąć? Nie tu na pewno, mówi Ana. Wiesz, to na oko nawet godne pochwały, co ona zrobiła. Ale na oko. Bądźmy czujni! Już w naszym zwykłym świecie nic się nie dzieje bez powodu, a co dopiero w wysokich strefach.
Koninhin ujęła się mianowicie za swoim synem. Pięknie. Ale na oko, powtarzam, a właściwie jego pierwszy rzut. Którym, królewiczem nowym? Nie, nie królem Filipem, lecz jego bratem Wawrzyńcem. A tego to nie wiedziałem i ja, że jest taki, dziwi się Roman. Ja wiedziałam! że jest Laurent w pisowni, lorą w wymowie, zgłaszam się. 1:0 dla mnie!
To on przecież, godzi nas Ana. Wawrzyniec to po polsku Laurent. No nie, serjo? Serio przez i. Daleko, ale to nie jedyny taki przypadek, np. Wojciech to Adalbert, serjo i serio! Choć wierzyć trzeba na słowo, bo chyba nikt na Sanżilu żadnego Adalberta nigdy nie wiedział. Nigdy żadnego, że podkreślę. Wawrzyńca też zresztą nie, tylko lorą rozmaici się kręcą.
No, ten akurat się nie kręci, biedak, tylko leży w śpiączce, czyta na głos Ana. Najpierw depresja, potem zapalenie płuc, teraz śpiączka. Oj, zdarza się nawet najlepszym synom narodu, co tu innego powiedzieć? Nie wiem Ksenia, czy on był najlepszy, raczej zapisał się w zbiorowej pamięci jako hulaka i utracjusz; kochanki, samochody, zabawa. Taka czarna owca. Królewska, wtrącam, przynajmniej tyle.
Na biednego nie trafiło na pewno. Miał za co szaleć. Ale i tak go żal. Wszystkim. Nawet rodzinie! Na pierwszy rzut. Widzę tu bowiem, że rodzina to jednak zawsze to samo, i matuś i tatuś nie wszystkich kochają tak samo. Norma, choć skrywana. Tu też tak chyba było. I stąd ten list, co Ana? Chyba tak. Jeden rzut oka i śmierdzi wyrzutem sumienia, że nie dopilnowali, jak mogli. I że rozchorował się. Może ze zgryzoty nawet, że taki wyrzutek z niego. Czarny.
Skoro Paola tak wyszła przed szereg pałacu przez wielkie P, jak mówicie, znaczy, że sytuacja niewesoła, rozumuje Roman. No tak, potwierdzam, przecież w świecie celebrytów i króli wszystko muszą skonsultować z agencją piar, a tu obyło się bez!
Zaraz zaraz, ten list wygląda na pisany od serca, to jeszcze nie znaczy, że sprawa nie ma drugiego dna. Coś mi to podejrzanie za grzeczne. A co pisze, dopytuję. Że żal bardzo dziecka. Że jego stan i przyszłość bardzo ją niepokoją. Paolę jako matkę, nie jako koninhin. Byłą, ale zawsze. To dopiero rewolucja, widzę! Dobrowolnie rezygnować ze swojego statusu, jak to się mówi w gospodarce, w pismach kolorowych! Ho ho, to chyba stan królewicza faktycznie jest poważny.
Poważny nie poważny, prawdy się nie dowiesz. W świecie króli i celebrytów, nic nie jest jednoznaczne ani biało-czarne. Poczekajmy na rozwój sytuacji. Coś mi się wydaje, że właśnie do gry wkroczyła królowa i ta partia szachów dopiero się zaczyna, wieszczy jak czarna owca Ana.
Friday, 4 April 2014
(161) demobil
Świat celebrytów, choćby to nawet nie był świat prawdziwy, nasz polski, gdzie edytaagnieszkaczarekboryszosia i tym podobni, spokoju mi nie daje. Wiem, że na razie trzeba się poduczyć języka i dopiero starać się ruszyć na łowy, więc póki co czekam w ukryciu i delektuję się, czy mogę. Okruchami z królewskiego stołu.
A wpadają one wprost w usta maluczkich prostopadle z serwisu, który nazywa się całkowicie niecodziennie, bo les marechaux. Lemareszo lub marszo, sama Ana nie może się zdecydować. Zapewne gdyż na oko nie ma takiego słowa. I prawie że masz rację, śmieje się Ana, bo to oznacza marszałkowie, a przecież zazwyczaj jest tylko jeden marszałek. Prawda to Roman? Ana się zna na wszystkim, ale w wojsku, woju w antologii, przecież nie była, co? Ale serwisy rządzą się, zupełnie jak marszałkowie, swoimi prawami, i ten się zwie właśnie tak. Nie od dziś się tak zwie, bo od czasów króla z poprzedniej epoki, czyli Leopolda. Pierwszego nawet, co daje nam już co najmniej dwa wieki wstecz, albo i dwie ery. Od dziś. Dla serwisu to niemało, sądzę, ale wiem już od Martinów, że wojny tu nie było prawdziwej, jak u nas w okolicach Łap, to i bomby nie spadały i nie biły skorup na mniejsze skorupki. To i stoją te serwisy i tylko kurz się zbiera. Na marszałkach.
Ale marszałki zostały niedawno odkurzone, albo zostali odkurzeni, bo się zjawili Chińczycy. Owszem, żadna nowina, nie od dziś tu są i wszędzie indziej zresztą też, ale tym razem przyjechali tylko na krótko, a nie z inwazją. Ważniejsi tacy. To nasi król i królewna polska się postawili, gość w dom bóg w dom, wiadomo, i zaprosili ich na kolację. I powstał problem, szkopuł taki, bo okazało się, że Filip i nasza Matylda nie dorobili się jeszcze własnego serwisu, co dziwi niezmiernie, bo w końcu ślub brali, to chyba goście nie przyszli z pustymi rękami. Nie wiem do końca, jakie tu są zwyczaje, czy Sanżil, czy Laken, zdaje się jedno bagno, ale na darmochę nie wypada wpaść, co by to się tylko najeść, tak tylko mówię. A jak wiadomo, w Laken dobrze karmią. Nie wiadomo czym, to tajemnica państwowa, jak pisałam, ale dobrze. Z tych serwisów niedzisiejszych. Skąd one? Pewnikiem z demobilu. Tak się nazywa stare odkurzone dobra, w tym dziadka z wermachtu, o ikle ktoś ma, pamiętam z prasy.
Ksenia, ale bredzisz. Strumień świadomości. Doucz się historii dziewczyno, kręci głową Ana. Z zazdrości, nic o celebrytach nie wie, odkąd postanowiła nie pudelkować. Bo żeby to tylko z Leopolda pierwszego, po rzymsku I, karmili, to jeszcze. Ale tu i Leopold drugi jest w użyciu. Już nie na talerzach, lecz na solniczkach, pieprzniczkach, talerzach do owoców i cukierków. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, znaczy się nie Leopold jeden czy drugi, bo oni już nie istnieją, o czym też zresztą nie wiedziałam, tylko takie zastawy specjalne pod inne rzeczy niż mięso czy zupa.
Do cukrów i fruktów, przypomina sobie Ana. tak pisano kiedyś o słodyczach, w kuchni prawdziwie staropolskiej. Weź kopę jaj i te sprawy. No weź, a najpierw je znajdź, przydźwigaj i nie stłucz! Choć dziś wszystko autem. Goście na ślub królewny też pewnie autem jechali, to i serwis by dali radę wwieźć. Ale poskąpili, i teraz Filip z Matyldą mają szkopuł, problem taki, bo muszą jeść na talerzach z literami A i P. Co podobno oznacza Alberta i Paolę. Nie Paulinę, tylko Paolę. Włoszkę, jak niesie wieść gminna. Co ona tu robi, nie tylko na talerzu, ale i na Sanżilu oraz Laken, to nie wiem. Podobnie jak Albert.
Myślę, że Matylda i Filip nie mogą się doczekać zmian. W postaci nowych liter na swoich talerzach. By u siebie się poczuć trochę. Po pańsku rozlokować. na moje oko to jest nawet większe niebezpieczeństwo dla państwa niż zdradzenie jadłospisu kolacji. Bo król, a nie daj Boże królewna, może się z tej sromoty rozchorować. Albo jedzenie może im w gardle stanąć. Albo apopleksji dostać, albo innej królewskiej choroby, jak to spod ziemniaka, pardą, kartofla albo jabłka ziemnego lub ziemistego, nagle wychynie LI. LII. AP. PA. Smacznego.
A wpadają one wprost w usta maluczkich prostopadle z serwisu, który nazywa się całkowicie niecodziennie, bo les marechaux. Lemareszo lub marszo, sama Ana nie może się zdecydować. Zapewne gdyż na oko nie ma takiego słowa. I prawie że masz rację, śmieje się Ana, bo to oznacza marszałkowie, a przecież zazwyczaj jest tylko jeden marszałek. Prawda to Roman? Ana się zna na wszystkim, ale w wojsku, woju w antologii, przecież nie była, co? Ale serwisy rządzą się, zupełnie jak marszałkowie, swoimi prawami, i ten się zwie właśnie tak. Nie od dziś się tak zwie, bo od czasów króla z poprzedniej epoki, czyli Leopolda. Pierwszego nawet, co daje nam już co najmniej dwa wieki wstecz, albo i dwie ery. Od dziś. Dla serwisu to niemało, sądzę, ale wiem już od Martinów, że wojny tu nie było prawdziwej, jak u nas w okolicach Łap, to i bomby nie spadały i nie biły skorup na mniejsze skorupki. To i stoją te serwisy i tylko kurz się zbiera. Na marszałkach.
Ale marszałki zostały niedawno odkurzone, albo zostali odkurzeni, bo się zjawili Chińczycy. Owszem, żadna nowina, nie od dziś tu są i wszędzie indziej zresztą też, ale tym razem przyjechali tylko na krótko, a nie z inwazją. Ważniejsi tacy. To nasi król i królewna polska się postawili, gość w dom bóg w dom, wiadomo, i zaprosili ich na kolację. I powstał problem, szkopuł taki, bo okazało się, że Filip i nasza Matylda nie dorobili się jeszcze własnego serwisu, co dziwi niezmiernie, bo w końcu ślub brali, to chyba goście nie przyszli z pustymi rękami. Nie wiem do końca, jakie tu są zwyczaje, czy Sanżil, czy Laken, zdaje się jedno bagno, ale na darmochę nie wypada wpaść, co by to się tylko najeść, tak tylko mówię. A jak wiadomo, w Laken dobrze karmią. Nie wiadomo czym, to tajemnica państwowa, jak pisałam, ale dobrze. Z tych serwisów niedzisiejszych. Skąd one? Pewnikiem z demobilu. Tak się nazywa stare odkurzone dobra, w tym dziadka z wermachtu, o ikle ktoś ma, pamiętam z prasy.
Ksenia, ale bredzisz. Strumień świadomości. Doucz się historii dziewczyno, kręci głową Ana. Z zazdrości, nic o celebrytach nie wie, odkąd postanowiła nie pudelkować. Bo żeby to tylko z Leopolda pierwszego, po rzymsku I, karmili, to jeszcze. Ale tu i Leopold drugi jest w użyciu. Już nie na talerzach, lecz na solniczkach, pieprzniczkach, talerzach do owoców i cukierków. Nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje, znaczy się nie Leopold jeden czy drugi, bo oni już nie istnieją, o czym też zresztą nie wiedziałam, tylko takie zastawy specjalne pod inne rzeczy niż mięso czy zupa.
Do cukrów i fruktów, przypomina sobie Ana. tak pisano kiedyś o słodyczach, w kuchni prawdziwie staropolskiej. Weź kopę jaj i te sprawy. No weź, a najpierw je znajdź, przydźwigaj i nie stłucz! Choć dziś wszystko autem. Goście na ślub królewny też pewnie autem jechali, to i serwis by dali radę wwieźć. Ale poskąpili, i teraz Filip z Matyldą mają szkopuł, problem taki, bo muszą jeść na talerzach z literami A i P. Co podobno oznacza Alberta i Paolę. Nie Paulinę, tylko Paolę. Włoszkę, jak niesie wieść gminna. Co ona tu robi, nie tylko na talerzu, ale i na Sanżilu oraz Laken, to nie wiem. Podobnie jak Albert.
Myślę, że Matylda i Filip nie mogą się doczekać zmian. W postaci nowych liter na swoich talerzach. By u siebie się poczuć trochę. Po pańsku rozlokować. na moje oko to jest nawet większe niebezpieczeństwo dla państwa niż zdradzenie jadłospisu kolacji. Bo król, a nie daj Boże królewna, może się z tej sromoty rozchorować. Albo jedzenie może im w gardle stanąć. Albo apopleksji dostać, albo innej królewskiej choroby, jak to spod ziemniaka, pardą, kartofla albo jabłka ziemnego lub ziemistego, nagle wychynie LI. LII. AP. PA. Smacznego.
Thursday, 3 April 2014
(160) grzebień na świeczniku
No to bym się wybrała faktycznie! Jak pszczółka za morze, nie przymierzając. Już już wyszłam z domu, jeż był w ogródku i witał się z gąską, a tu spada na mnie wiadomość, że znów nie zwiedzę laken. Bo kolacja się zapowiedziała. I o nie byle jaka. Międzypaństwowa, a wręcz międzykontynentalna.
Ana Martin radzi, by jednak napisać, że nie zwiedzę pałacu w Laeken, czyli krolewskiego, czyli pieknego, czyli starego. Ana mówi, że laken samo niewiele ludziom mówi. A powinno! Bo jeśli jest miejsce na Sanżilu, gdzie warto zjeść, to właśnie tam.
Pałac laken nie jest na Sanżilu? Pierwsze słyszę. To gdzie jest? W Laeken? Czyli co to?Dzielnica? No wiecie co, żeby król nie mieszkał w centrum, to już naprawdę przechodzi ludzkie podejście. nawet jeśli historia uczy, że króle kiedyś nie byli takimi zwykłymi śmiertelnikami, tylko bogami, to boskie pojęcie to też przechodzi. Zresztą on i tak mieszka na bazarze, sama widziałam, a do laken tylko jeździ jeść. Źść, to słyszy obcokrajowiec w jeździ zjeść, założę się o kolację.
Kolacje jedzą sobie w laken niczego sobie, faktycznie na ludzkie jadło to nie wygląda. Co do potrwa, to zresztą nie jestem pewna, podobno jadłospis o zagranicznej nazwie meni jest tajemnicą państwową. Za to zastawa i stoły nie. Tak więc na ten wieczór, kiedym to się prawie wybrała na zwiedzanie, zamiast mnie przy stole zameldowali się Chińczycy. Prawdziwi i oryginalni, przybyli z innego kraju oraz kontynentu, znaczy się w skrócie z Chin. Wiadomo, że tam mieszka bardzo dużo ludzi, więc co się dziwić, że przygotowano dla nich grzebień. Bo jak inaczej zmieścić te miliardy? Tylko grzebień nas uratuje.
A właściwie stół w kształcie grzebienia. Ha, widzę go oczami duszy. Czy oczyma? Ma część honorową - to to, za co trzymamy grzebień. Do niego dostawiamy 10 małych stołów. To są zęby grzebienia. Trochę ich mało, fakt, ale są też takie grzebienie do czesania włosów po basenie, Ana miała w czasach, gdy używała grzebienia, czyli dawno. Ale on u nas jest nadal, tylko tym razem jako zabawka służąca do czesani wszystkiego. Przynajmniej wiem, o co chodzi z tymi stołami.
Spokojnie, wiem, że to niełatwe do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika, więc dla ułatwienia donoszę, co w laken dostawiono w charakterze ułatwiaczy. Na tym grzebieniu. Mianowicie - świeczniki. Łatwe zadanie to to nie było, co do tego mam pełną jasność umysłu.
Kto to zresztą widziała, świeczniki na grzebieniu. Owszem, zdarza się, że ktoś lub coś jest na świeczniku, ale żeby to świecznik na czymś? I to od razu na grzebieniu. A i to nie jest wcale największą niespodzianką. Bo do tego wszystkiego te świeczniki nie są zwykłe, tylko ze srebra. Masywnego. To ja już se wyobrażam, ile to wszystko waży, skoro jest ich raptem 6. Słownie sześć. Znów szść.
I tylko podziwiam, że się nie zawali! A ważyć musi pewnie z tonę, albo i dwie. Czy dwa? Bo nie sześć jednak. Tony czy tomy? Skąd oni na to wszystko mają? Przecież to się chyba czyści latami, skoro na jedną jedyną łyżeczkę Any zszedł czy zeszedł mi kiedyś cały dzień. Na to czyszczenie. Znów czszcz lub czść, jak kto woli lub umie. Umi.
Zaraz zaraz, podpowiada Ana, nie sześć świeczników, co daje szśćś, lecz siedem, co daje szśćśś w wymowie, bo w pisowni zdecydowanie nie. A gdzie ten siódmy? Tu, pokazuje palcem. Na jednym z zębów grzebienia. Co to może oznaczać, zastanawiamy się. Mam! znajduje Ana. Bystrzacha z niej. Stoi na zębie, przy którym zasiądą wysocy dygnitarze dworu belgijskiego. Hmm, czyli kto? chcę wiedzieć. A licho wie, macha Ana ręką. Pewnie jakieś barony, hrabiątka i tym podobne tytuły. Nic nieznaczące i niewiele warte. Też mi coś, obraża się Ana obrazowo na wyższe sfery.
Może i niewiele warte, ale jakie musi być piękne! Wyobrażam sobie jeszcze raz oczyma i oczami duszy, rozmarzając się zarazem. Ach. 65 metrów stołu honorowego - rączki grzebienia, gdyby miał rączkę. Na 50 gości. Ponad metr na osobę. Dużo! 10 zębisk po nie wiem ilu gości, ale łącznie 170 osób. Na stole sześć świeczników. I jeden gdzieniegdzie zapodziany. Siedem więc. Pomiędzy nimi kwiaty. Góry kwiatów. Ach. Róże, gerbery, anemony i do tego viburnum. wszystkie na miejscu wyrosły, w laken, a gdzieżby.
Ana też nie wie od razu, co to viburnum, choć niby wie, jak to ona; zapyta znajomej pani od biologii. Kaliny. Ale póki nie ma odpowiedzi, coś mi to lub ta lub ten wiburnum spokoju nie daje. Obawiam się jakichś wibracji, kręcących się stolików i obrotów latających talerzy, a zawirowania historii nigdy nie są pożądane, szczególnie w czasie jedzenia. Mogą się odbić. To nie mogli dać na stół swojskiej kaliny?
Ana Martin radzi, by jednak napisać, że nie zwiedzę pałacu w Laeken, czyli krolewskiego, czyli pieknego, czyli starego. Ana mówi, że laken samo niewiele ludziom mówi. A powinno! Bo jeśli jest miejsce na Sanżilu, gdzie warto zjeść, to właśnie tam.
Pałac laken nie jest na Sanżilu? Pierwsze słyszę. To gdzie jest? W Laeken? Czyli co to?Dzielnica? No wiecie co, żeby król nie mieszkał w centrum, to już naprawdę przechodzi ludzkie podejście. nawet jeśli historia uczy, że króle kiedyś nie byli takimi zwykłymi śmiertelnikami, tylko bogami, to boskie pojęcie to też przechodzi. Zresztą on i tak mieszka na bazarze, sama widziałam, a do laken tylko jeździ jeść. Źść, to słyszy obcokrajowiec w jeździ zjeść, założę się o kolację.
Kolacje jedzą sobie w laken niczego sobie, faktycznie na ludzkie jadło to nie wygląda. Co do potrwa, to zresztą nie jestem pewna, podobno jadłospis o zagranicznej nazwie meni jest tajemnicą państwową. Za to zastawa i stoły nie. Tak więc na ten wieczór, kiedym to się prawie wybrała na zwiedzanie, zamiast mnie przy stole zameldowali się Chińczycy. Prawdziwi i oryginalni, przybyli z innego kraju oraz kontynentu, znaczy się w skrócie z Chin. Wiadomo, że tam mieszka bardzo dużo ludzi, więc co się dziwić, że przygotowano dla nich grzebień. Bo jak inaczej zmieścić te miliardy? Tylko grzebień nas uratuje.
A właściwie stół w kształcie grzebienia. Ha, widzę go oczami duszy. Czy oczyma? Ma część honorową - to to, za co trzymamy grzebień. Do niego dostawiamy 10 małych stołów. To są zęby grzebienia. Trochę ich mało, fakt, ale są też takie grzebienie do czesania włosów po basenie, Ana miała w czasach, gdy używała grzebienia, czyli dawno. Ale on u nas jest nadal, tylko tym razem jako zabawka służąca do czesani wszystkiego. Przynajmniej wiem, o co chodzi z tymi stołami.
Spokojnie, wiem, że to niełatwe do zrozumienia dla zwykłego śmiertelnika, więc dla ułatwienia donoszę, co w laken dostawiono w charakterze ułatwiaczy. Na tym grzebieniu. Mianowicie - świeczniki. Łatwe zadanie to to nie było, co do tego mam pełną jasność umysłu.
Kto to zresztą widziała, świeczniki na grzebieniu. Owszem, zdarza się, że ktoś lub coś jest na świeczniku, ale żeby to świecznik na czymś? I to od razu na grzebieniu. A i to nie jest wcale największą niespodzianką. Bo do tego wszystkiego te świeczniki nie są zwykłe, tylko ze srebra. Masywnego. To ja już se wyobrażam, ile to wszystko waży, skoro jest ich raptem 6. Słownie sześć. Znów szść.
I tylko podziwiam, że się nie zawali! A ważyć musi pewnie z tonę, albo i dwie. Czy dwa? Bo nie sześć jednak. Tony czy tomy? Skąd oni na to wszystko mają? Przecież to się chyba czyści latami, skoro na jedną jedyną łyżeczkę Any zszedł czy zeszedł mi kiedyś cały dzień. Na to czyszczenie. Znów czszcz lub czść, jak kto woli lub umie. Umi.
Zaraz zaraz, podpowiada Ana, nie sześć świeczników, co daje szśćś, lecz siedem, co daje szśćśś w wymowie, bo w pisowni zdecydowanie nie. A gdzie ten siódmy? Tu, pokazuje palcem. Na jednym z zębów grzebienia. Co to może oznaczać, zastanawiamy się. Mam! znajduje Ana. Bystrzacha z niej. Stoi na zębie, przy którym zasiądą wysocy dygnitarze dworu belgijskiego. Hmm, czyli kto? chcę wiedzieć. A licho wie, macha Ana ręką. Pewnie jakieś barony, hrabiątka i tym podobne tytuły. Nic nieznaczące i niewiele warte. Też mi coś, obraża się Ana obrazowo na wyższe sfery.
Może i niewiele warte, ale jakie musi być piękne! Wyobrażam sobie jeszcze raz oczyma i oczami duszy, rozmarzając się zarazem. Ach. 65 metrów stołu honorowego - rączki grzebienia, gdyby miał rączkę. Na 50 gości. Ponad metr na osobę. Dużo! 10 zębisk po nie wiem ilu gości, ale łącznie 170 osób. Na stole sześć świeczników. I jeden gdzieniegdzie zapodziany. Siedem więc. Pomiędzy nimi kwiaty. Góry kwiatów. Ach. Róże, gerbery, anemony i do tego viburnum. wszystkie na miejscu wyrosły, w laken, a gdzieżby.
Ana też nie wie od razu, co to viburnum, choć niby wie, jak to ona; zapyta znajomej pani od biologii. Kaliny. Ale póki nie ma odpowiedzi, coś mi to lub ta lub ten wiburnum spokoju nie daje. Obawiam się jakichś wibracji, kręcących się stolików i obrotów latających talerzy, a zawirowania historii nigdy nie są pożądane, szczególnie w czasie jedzenia. Mogą się odbić. To nie mogli dać na stół swojskiej kaliny?
Wednesday, 2 April 2014
(159) pe-el 37,4
Nie znałam Romana z tej strony. Że motory, to owszem. Że rowery, także. A nawet że małe dzieci w postaci Iwonka. Ale że na poważnie zainteresuje go demografia? I to od razu zagraniczna?
Chodzi o tych Polaków, co jest ich mniej niż Rumunów, nie mówiąc o Bułgarach, ale tych wiadomo, łanmiljon. Rumunów mniej, pisałam, nie dociągają do setki. Dokładnie brakuje im 73 tysiące. Ale Polakom na Sanżilu, jak wynikło z badań, jeszcze więcej. I tego Roman nie może pojąć.
Jako to, Polaków jest mniej niż 27 tysięcy, chodzi i powtarza? Co oni plotą w tym instytucie, oburza się patriotycznie. To absolutnie niemożliwe. Przecież już lata temu mówiono, że znad Wisły i okolic najechało na Sanżil blisko 100 tysięcy osób. Że to jak małe miasto w mieście, a nawet niemałe. Ksenia, chyba coś źle wyczytałaś. Albo oni źle liczą, albo Polacy się chowają. Choć nie muszą już wcale. Nie rozumiem, co to za fałszywe liczby? Czyżby celowe fałszowanie historii? Kwiecień się zbliża w końcu, nieładnie to pachnie, czy on tak serio czy serjożnie?
A bo to pierwszy raz w historii Polacy maja pod górkę? kątempluję filozoficznie, by go jakoś wesprzec w patriotycznym zrywie. Nie na co dzień go mamy. Często ojczyzna jest u nas krytykowana na nie, oj często. Trochę jestem za, a trochę nie. Choćby demograficznie.
Polacy na pewno u nas są. Widoczni mniej lub bardziej. Bardziej to pod sklepe. Czasami ich widoczność wręcz przeszkadza. Nawet jednego znajomego ostatnio pobili w ramach międzynarodowych wojen o kontrakty w budownictwie. Na noże. Aż wyjechać musiał! Do siebie. Takie czasy i takie wojny. Nie jedni Polacy cierpią demograficznie.
Za to w ogóle i całości Brukseli dobrze się dzieje. Rozwój na całego. Przybyło 1,2% społeczeństwa na plus znaczy. Bruksela wygrywa z resztą Belgii, i to trzy razy do przodu. O głowę bije ich, a nawet o 3 głowy. Cudzoziemskie zapewne, ale cóż, takie czasy, nie tak się dla ojczyzny poświęcano. Najwięcej nowego zauważono w komunach na zachodzie i północy. Fakt: co wyjdę na ulicę, to coś nowego widzę u siebie. Lub kogoś. U nas pod domem nawet. To nowe jest polskie, marokańskie, włoskie i nie wiadomo jakie. Małe nowe się rodzi, stare dojeżdża i zostaje. Jak ja np. Na przykład w rozpisce, bo przecież nie enpe. Ani pe-el. Już nie. Teraz be-e.
Wyjeżdża za to stare miejscowe. Belgijsko-brukselskie. Be-e-bru. Na peryferie, jak tu pięknie napisali. Młodzi dorośli z dziećmi, tak się to nazywa fachowo w psychiatrii. Ale mimo że młodych ubywa, Bruksela nadal najmłodsza w okolicy! Beneluksowej. Średnio ma się tu 37,4 lat. Starsza jest Walonia. Niby niewiele, ale w wyścigu do młodości liczy się każdy miesiąc. Tam mają średnio 40 lat i 6. Miesięcy oczywiście, a czego. Za to we Flandrii, najstarszej, piękna okrągła cyfra 42. Też młodzi, choć w porównaniu do mnie i tak starzy. Wszystko jest względne.
A w Brukseli mają łanmiljon. Ponad. Dokładnie łanmiljon i sto. I co trzeci z nas i od nas nie pochodzi stąd, tylko z zagranicy. Najwięcej z Francji. Potem mieliśmy być my, najprzeróżniejsi nasi z pe-el i gdyby nie ci Rumuni, to by wyszło na Any, bo by było tyle lat i pochodzenia, co ma ona. Peel 37,4. Równo. A tak jest nie do końca.. Znak? Czasu na pewno.
Chodzi o tych Polaków, co jest ich mniej niż Rumunów, nie mówiąc o Bułgarach, ale tych wiadomo, łanmiljon. Rumunów mniej, pisałam, nie dociągają do setki. Dokładnie brakuje im 73 tysiące. Ale Polakom na Sanżilu, jak wynikło z badań, jeszcze więcej. I tego Roman nie może pojąć.
Jako to, Polaków jest mniej niż 27 tysięcy, chodzi i powtarza? Co oni plotą w tym instytucie, oburza się patriotycznie. To absolutnie niemożliwe. Przecież już lata temu mówiono, że znad Wisły i okolic najechało na Sanżil blisko 100 tysięcy osób. Że to jak małe miasto w mieście, a nawet niemałe. Ksenia, chyba coś źle wyczytałaś. Albo oni źle liczą, albo Polacy się chowają. Choć nie muszą już wcale. Nie rozumiem, co to za fałszywe liczby? Czyżby celowe fałszowanie historii? Kwiecień się zbliża w końcu, nieładnie to pachnie, czy on tak serio czy serjożnie?
A bo to pierwszy raz w historii Polacy maja pod górkę? kątempluję filozoficznie, by go jakoś wesprzec w patriotycznym zrywie. Nie na co dzień go mamy. Często ojczyzna jest u nas krytykowana na nie, oj często. Trochę jestem za, a trochę nie. Choćby demograficznie.
Polacy na pewno u nas są. Widoczni mniej lub bardziej. Bardziej to pod sklepe. Czasami ich widoczność wręcz przeszkadza. Nawet jednego znajomego ostatnio pobili w ramach międzynarodowych wojen o kontrakty w budownictwie. Na noże. Aż wyjechać musiał! Do siebie. Takie czasy i takie wojny. Nie jedni Polacy cierpią demograficznie.
Za to w ogóle i całości Brukseli dobrze się dzieje. Rozwój na całego. Przybyło 1,2% społeczeństwa na plus znaczy. Bruksela wygrywa z resztą Belgii, i to trzy razy do przodu. O głowę bije ich, a nawet o 3 głowy. Cudzoziemskie zapewne, ale cóż, takie czasy, nie tak się dla ojczyzny poświęcano. Najwięcej nowego zauważono w komunach na zachodzie i północy. Fakt: co wyjdę na ulicę, to coś nowego widzę u siebie. Lub kogoś. U nas pod domem nawet. To nowe jest polskie, marokańskie, włoskie i nie wiadomo jakie. Małe nowe się rodzi, stare dojeżdża i zostaje. Jak ja np. Na przykład w rozpisce, bo przecież nie enpe. Ani pe-el. Już nie. Teraz be-e.
Wyjeżdża za to stare miejscowe. Belgijsko-brukselskie. Be-e-bru. Na peryferie, jak tu pięknie napisali. Młodzi dorośli z dziećmi, tak się to nazywa fachowo w psychiatrii. Ale mimo że młodych ubywa, Bruksela nadal najmłodsza w okolicy! Beneluksowej. Średnio ma się tu 37,4 lat. Starsza jest Walonia. Niby niewiele, ale w wyścigu do młodości liczy się każdy miesiąc. Tam mają średnio 40 lat i 6. Miesięcy oczywiście, a czego. Za to we Flandrii, najstarszej, piękna okrągła cyfra 42. Też młodzi, choć w porównaniu do mnie i tak starzy. Wszystko jest względne.
A w Brukseli mają łanmiljon. Ponad. Dokładnie łanmiljon i sto. I co trzeci z nas i od nas nie pochodzi stąd, tylko z zagranicy. Najwięcej z Francji. Potem mieliśmy być my, najprzeróżniejsi nasi z pe-el i gdyby nie ci Rumuni, to by wyszło na Any, bo by było tyle lat i pochodzenia, co ma ona. Peel 37,4. Równo. A tak jest nie do końca.. Znak? Czasu na pewno.
Tuesday, 1 April 2014
(158) łanmiljon
Są piosenki, które nie wychodzą z głowy nawet po latach. I rymy. W moim przypadku te z cyframi. I choćby przyszło tysiąc atletów, przykładowo. Nie wiem, gdzie to słyszałam, ale chodzi i chodzi mi po mózgu. Chyba z radia.
A mi z kolei nie może wyjść z głowy: 101 Bułgarów, śmieje się Ana. Ale to akurat nie piosenka, tylko nazwa zespołu. Nigdy nie słyszałam, przyznaję. Bo to nie z Twojego pokolenia, tłumaczy Ana. Skończyli działalność, zanim ty się pojawiłaś, chyba jeszcze za komuny, co Roman? Może. Z tym że Bułgarów było milion Ana. Łanmiljon, tak to czytali w trójce. I to nie była empetrójka, Ksenia. Nie wiem, nie liczyłam, wiem tylko, że pamiętam nazwę, i to źle, a nie znam ich żadnej piosenki, wspomina Ana. Ale nazwa fajowa. I na pewno nie pochodzi od miliona Bułgarów męskich, bo była tam chyba tylko jedna Bułgarka. Fiołka się zwała chyba.
Bułgarska fiolka, też mi coś. Ale co do liczb, to fakt, że łatwo je zapamiętać, potakuje po polsku Ana, nie po bułgarsku, gdzie wiadomo, wszystko na odwrót, nawet potakiwanie jest przeczeniem i wicewersa, przeczenie potakiwaniem. Chyba?
Na przykład tu widzę ładny numer 27 tysięcy. Zapamiętałam ostatnio. Duuuuzio, jak mawia Iwonek, choć nie tyle, co łanmiljon. Ale nie każdy naród poszedł w miliony. 27 tysięcy - tylu mamy Rumunów w Brukseli. To o ponad 930 tysięcy mniej, niż łanmiljon. Ale i tak sporo. Do tego pierwszego kwietnia. Ale łan! Ohoho!
Rumuni sklep krajowy ogólnospożywczy mają jednak tylko jeden, dziwię się. Na Waterlo, niedaleko diwidi i letycji. Zresztą diwidi też w nim mają. Letycja jakaś miejscowa sprzedaje. Miejscowa rumuńska. Swoje własne wyroby i diwidi też. Do tego ciasta i galaretki w kolorach tęczy, które kiedyś skusiły Stefana. Zjadł całe pudło, a my wraz z nim, wspomina Ana. Ale dziś nas wzięło na przeszłość, chyba przygrzało. Takie galaretki były w Polsce za czasów łanmiljona Bułgarów, ale wtedy ich nie jadłam, Ana odpada w marzenia; dopiero na rumuńskie padło, i to na Sanżilu, by było ciekawiej. Ale i bardziej światowo, myślę sobie w cichości ducha.
Ale jak ci wszyscy Rumuni radzą sobie z jednym sklepem, to dopiero pytanie? Przecież w naszych własnych jest zawsze tłum, czy to Adrian, czy Paweł, a nawet supermarket w byłym sitroenie, który właśnie był odkrył Roman. O nazwie koksinel w wymowie, choć rysunek przedstawia biedronkę. A Rumuni nic tylko ciasta i ciasta, zagryzane galaretką. Przecież na takiej diecie długo się nie pociągnie.
Widać im służy jednak, na to Roman. Bo te 27 tysięcy oznacza, że wskoczyli na 4. miejsce w Brukseli. Oficjalnie. W spisie. Ale to nie njus żaden jak dla mnie. Bo njusem jest to, że Polaków przeskoczyli! Skandal się zrobił, a i tak jest mały, bo Rumuni i Polacy w drogę sobie na wszelki wypadek nie wchodzą i na wszelki wypadek zamieszkali w innych dzielnicach. Nasi wiadomo gdzie, a Rumuni w liczbie 27 tysięcy - na Sanżosie. Co nie oznacza Sanżila o innej nazwie, tylko inne miejsce gdzie indziej, mimo podobnej nazwy, tu się zgodzę. Daleko dość i dobrze! Niech tam zostaną.
Da się zauważyć tych Rumunów, mimo że tylko jeden sklep. Bo ze słuchaniem gorzej, język mają jakiś takie nieswój, ni to zając, ni wydra, ni włoski, ni polski. I nie z ziemi włoskiej, choć Ana twierdzi, że tam ich powoli więcej, niż u siebie na Podkarpaciu. Teraz panoszą się jak paniska normalnie na Sanżosie. I nie tylko! Bo rozpychają się w kulturze! Światowej! To ci dopiero. Niesłychane. Ledwo się dowiedziałam, że tu ich tylu, już zdobyli główne nagrody na festiwalach. I tyle tych nagród, że aż musieli blisko Sanżila zorganizować im festiwal. Od razu na bazarze, w centrum, tam gdzie przemawiał Obama. Jest tam też takie muzeum. To raczej coś znaczy o ich poziomie, myślę sobie, no raczej. Tylko gdzie oni na straganie ekran ustawią dla tych 27 tysięcy, co chce być łanmilonem?
A mi z kolei nie może wyjść z głowy: 101 Bułgarów, śmieje się Ana. Ale to akurat nie piosenka, tylko nazwa zespołu. Nigdy nie słyszałam, przyznaję. Bo to nie z Twojego pokolenia, tłumaczy Ana. Skończyli działalność, zanim ty się pojawiłaś, chyba jeszcze za komuny, co Roman? Może. Z tym że Bułgarów było milion Ana. Łanmiljon, tak to czytali w trójce. I to nie była empetrójka, Ksenia. Nie wiem, nie liczyłam, wiem tylko, że pamiętam nazwę, i to źle, a nie znam ich żadnej piosenki, wspomina Ana. Ale nazwa fajowa. I na pewno nie pochodzi od miliona Bułgarów męskich, bo była tam chyba tylko jedna Bułgarka. Fiołka się zwała chyba.
Bułgarska fiolka, też mi coś. Ale co do liczb, to fakt, że łatwo je zapamiętać, potakuje po polsku Ana, nie po bułgarsku, gdzie wiadomo, wszystko na odwrót, nawet potakiwanie jest przeczeniem i wicewersa, przeczenie potakiwaniem. Chyba?
Na przykład tu widzę ładny numer 27 tysięcy. Zapamiętałam ostatnio. Duuuuzio, jak mawia Iwonek, choć nie tyle, co łanmiljon. Ale nie każdy naród poszedł w miliony. 27 tysięcy - tylu mamy Rumunów w Brukseli. To o ponad 930 tysięcy mniej, niż łanmiljon. Ale i tak sporo. Do tego pierwszego kwietnia. Ale łan! Ohoho!
Rumuni sklep krajowy ogólnospożywczy mają jednak tylko jeden, dziwię się. Na Waterlo, niedaleko diwidi i letycji. Zresztą diwidi też w nim mają. Letycja jakaś miejscowa sprzedaje. Miejscowa rumuńska. Swoje własne wyroby i diwidi też. Do tego ciasta i galaretki w kolorach tęczy, które kiedyś skusiły Stefana. Zjadł całe pudło, a my wraz z nim, wspomina Ana. Ale dziś nas wzięło na przeszłość, chyba przygrzało. Takie galaretki były w Polsce za czasów łanmiljona Bułgarów, ale wtedy ich nie jadłam, Ana odpada w marzenia; dopiero na rumuńskie padło, i to na Sanżilu, by było ciekawiej. Ale i bardziej światowo, myślę sobie w cichości ducha.
Ale jak ci wszyscy Rumuni radzą sobie z jednym sklepem, to dopiero pytanie? Przecież w naszych własnych jest zawsze tłum, czy to Adrian, czy Paweł, a nawet supermarket w byłym sitroenie, który właśnie był odkrył Roman. O nazwie koksinel w wymowie, choć rysunek przedstawia biedronkę. A Rumuni nic tylko ciasta i ciasta, zagryzane galaretką. Przecież na takiej diecie długo się nie pociągnie.
Widać im służy jednak, na to Roman. Bo te 27 tysięcy oznacza, że wskoczyli na 4. miejsce w Brukseli. Oficjalnie. W spisie. Ale to nie njus żaden jak dla mnie. Bo njusem jest to, że Polaków przeskoczyli! Skandal się zrobił, a i tak jest mały, bo Rumuni i Polacy w drogę sobie na wszelki wypadek nie wchodzą i na wszelki wypadek zamieszkali w innych dzielnicach. Nasi wiadomo gdzie, a Rumuni w liczbie 27 tysięcy - na Sanżosie. Co nie oznacza Sanżila o innej nazwie, tylko inne miejsce gdzie indziej, mimo podobnej nazwy, tu się zgodzę. Daleko dość i dobrze! Niech tam zostaną.
Da się zauważyć tych Rumunów, mimo że tylko jeden sklep. Bo ze słuchaniem gorzej, język mają jakiś takie nieswój, ni to zając, ni wydra, ni włoski, ni polski. I nie z ziemi włoskiej, choć Ana twierdzi, że tam ich powoli więcej, niż u siebie na Podkarpaciu. Teraz panoszą się jak paniska normalnie na Sanżosie. I nie tylko! Bo rozpychają się w kulturze! Światowej! To ci dopiero. Niesłychane. Ledwo się dowiedziałam, że tu ich tylu, już zdobyli główne nagrody na festiwalach. I tyle tych nagród, że aż musieli blisko Sanżila zorganizować im festiwal. Od razu na bazarze, w centrum, tam gdzie przemawiał Obama. Jest tam też takie muzeum. To raczej coś znaczy o ich poziomie, myślę sobie, no raczej. Tylko gdzie oni na straganie ekran ustawią dla tych 27 tysięcy, co chce być łanmilonem?
Subscribe to:
Posts (Atom)