Monday, 12 May 2014

(181) opera

Siedzę ci ja sobie normalnie w tramwaju, jak jakaś pasażerka normalnie, aż tu nagle - jak nie podskoczę! jak się nie wystraszę! jak nie wrzasnę! po polsku oczywiście, bo czytałam kiedyś, że pierwsze reakcje są zawsze w języku matki. To i krzyknęłam na cale gardło, no ale co pozostaje innego, jak nagle nad twoją i moją głową rozlegnie się śpiew? I to nie byle jaki: operowy. Na moje ucho i znajomość tematu oczywiście.
Do tego miało to miejsce w sobotę, czyli w dzień już z samej nazwy spokojny, niewadzący nikomu, kiedy wreszcie można się rozkoszować ciszą i brakiem muzyki dobiegającej z miliona telefonów młodzieży pchającej się na siedzenia akurat obok mnie. Albo ciebie. Lub niej, niego lub was. Sami wiecie, nie da się uchronić od tego łup łup, rytmicznego ruszania głowami i wymieniania plikami przez całą długość tramwaju. A że nasze trójki i czwórki są długie jak jakieś metro normalnie, to trwa to i trwa. Zajmuje całą podróż, czytaj: denerwuje wszystkich pasażerów całą podróż. Pociecha, że przynajmniej trójki i czwórki mkną pod ziemią, to i szybko kończy się męka.
Ale w sobotę, jak wspomniałam, zazwyczaj jest spokój. Tylko turyści z Flandrii rozmawiają w tym drugim języku, co kupią w mieście, gdzie, jak mi objaśniła Ana Martin, lubią podjechać na sobotnie zakupy. To miasto to Bruksela centrum, a czasem nawet Sanżil, gdzie też są małe sklepy. Głównie arabskie, ale nie bądźmy tacy. Tak więc ci turyści zakupowi to jedyny element przeszkadzający w rozkoszowaniu się ciszą, ale da się to znieść, szczególnie, jak się nic nie rozumie. 
W tę sobotę było jednak inaczej. Muzyka atakowała w trójce i czwórce zewsząd. Wiem, że w obu numerach, bo wysiadłam z trójki, by się przesiąść na czwórkę, licząc na nieco ciszy, ale mądra po szkodzie doprawdy, bo nic to nie zmieniło, oprócz tego, że straciłam miejsce siedzące i zyskałam z pewnością nieco żylaków. Muzyka lała się z głośników, jak w trójce, z tym że już nie podskakiwałam ze strachu, bo wiedziałam, co mnie czeka, no i się trochę osłuchałam.
Ucywilizowałaś się, skomentowała to Ana, jak jej opowiedziałam o swoich przygodach. Ksenia, to największe nazwiska opery. Tuziny kultury. Nie, nie tuziny, zaprotestowałam, cały czas ci sami, pięć czy sześć kawałków, a tuzin to 12, tak? Tuzy, moja droga, tuzy. I wymienia: werdi mocart puczini rosini. Zapisuję ze słuchu, poprawię potem, jak sprawdzę. Ana, ale po co oni się tak reklamują w tramwajach akurat jak ja udaję się na sobotnią relaksującą przejażdżkę? Bo to dzień opery dziś. I stib postanowił to uczcić w ten sposób, że umilał pasażerom podróż, puszczając arie. Mnie się tam ten pomysł podoba, trochę nauki nie zaszkodzi, nawet mi, dodaje skromnie.
Ja tam bym wolał, by puszczali metalikę, wtrąca się Roman. No, ten to potrafi się wygłupić, naprawdę. Nawet ja wiem więcej o wysokiej kulturze, niż on! Wstyd Romanie, powiem tylko tyle. Niby komisarz, a patrzcie, co z niego wychodzi. Polska B albo C nawet.
A długo potrwa ta operowa akcja, pytam? Na wszelki wypadek, jakbym się miała jeszcze raz przestraszyć. Spokojnie, już po wszystkim. Już i po dniu opery, i wygasły prawa autorskie. To ci wszyscy werdi jeszcze żyją, dziwię się? Myślałam, że to jakieś starocie były, a tu proszę, kaska leci na nowe porsze. Nie żyją już dawno, ale żyją potomkowie, śmieje się Roman, który robi w prawie i zna się na tym, ile komu za co. Według prawa, a nie na zdrowy rozum oczywiście. Nic nie jest za darmo Ksenia. Kapitalizm! 
Teraz mi nieco głupio, że taka okazja była, by za darmo, całkowicie niekapitalistycznie poobcować z wielką sztuką, a ja tak zlekceważyłam sprawę. Ale nic, za rok się poprawię. Nawet wezmę ajfona i po kryjomu nagram te kawałki z tramwaju.

Friday, 9 May 2014

(180) wersal

Tak, wiem, że dziś dla Romana i jemu podobnych komisarzy dzień wolny. Dzień ku chwale szamana, ale nie ukrywajmy prawdy: głównie chodzi o to wolne. To zawsze jest święto, czy szaman, czy nie.
A że wypada akurat wspaniale w piątek, to gratisowy długi weekend. Nawet mostu nie trzeba robić, czy to na legalu - urlopie zawczasu wziętym przed kolegami gapami, czy na nielegalu - na nibyboleści i nagłe gorączki. Co by wypadły 10 maja dziwnym trafem, ale cóż, choroba nie wybiera i wódko pozwól żyć. A tak wszyscy mają czyste konto. Czyste sumienie. Z uśmiechem na ustach już wczoraj wieczorem mogli się ustawić w korku na autobanę. Stać tam nawet do dzisiaj, jeśli ktoś nieprzezorny i na legalu wyszedł z pracy o 18. Trzeba było na nielegalu się wymknąć, jak co wyżsi komisarze, którzy z pewnością mieli wiele niecierpiących zwłoki prac w stronę autobany właśnie. Pewnie większość ruszyła w stronę Francji. Swego zamku w wersalu.
Francja. Niedaleko, choć brzmi na tyle bajkowo, że wersal mógłby leżeć bardziej niezwykle dalej. Ale nie będę kręcić nosem. Czasami góra do mahometa nie może, to wtedy mahomet do góry rusza. Tak mawia Ana, widać zasłyszała na Anderlechcie. Kiedyś trzeba przesiąknąć lokalną kulturą, nie ma wyjścia, wzdycham. Ciekawe, co matuś na to powiedzą, jak takie przysłowia do Łap przywiozę.
I oto widzę, że moje modły, nie w języku mahometa, tylko tym drugim, belgijskim, zostały wysłuchane, i nie musiałam ustawiać się na legalu lub nielegalu w żadnym korku, by zobaczyć wersal. Sam do mnie przybył. Nie w formie zamku co prawda, lecz grupy przestępczej, ale lepszy taki wersal niż żaden, co? W tiwi przybył.
Naczytałam się ostatnio sporo o złodziejach i innych zbirach, a to dlatego, że są wśród znajomych Martinów tacy, co to cały czas straszą, jak to w Brukseli niebezpiecznie, a już na Sanżilu to w ogóle. Zupełnie jakby się w zamku w Wersalu wychowali bynajmniej, gdzie by ich chroniła armia służby. Na stałce. A wiem, że nie. Ale postraszyć lubią. To i na mnie padło jakieś zwątpienie i postanowiłam się dokształcić lekturą, bo najważniejsze, to poznać wroga. 
Wiem już całkiem niemało, a mianowicie przykładowo, że grup przestępczych naliczono w kraju 253. Nie w wersalu, w Belgii. Są one całkiem ładnie kolorowo zbudowane i na pewno nie można im zarzucić rasizmu. Tylko w 40% uczestników składają się z Belgów. Nie bądźmy jednak niemili, Belgowie są tu w końcu u siebie, komszesła, kom sze sła, to i muszą mieć jakąś większość, nawet zaledwie taką tycią. Jest to jednak całkiem dużo w porównaniu z następnymi w kolejce, mianowicie obywatelami Holandii, którzy stanowią 8% z 2627 członków grup. Zaznaczam, że liczby spisuję sumiennie ze statystyk, nie posądzajcie mnie o to, że na co dzień pamiętam, ilu zbirów chadza po ulicach. Spisałam zawczasu bo liczby te nieokrągłe, a przecież wiele znaczące. Głównie, że można się bać.
Holendrom po piętach depczą Rumuni. Założyli sobie 6% grup. Marokańcy, Marokanie i Marokańczycy, nie pamiętam, którą formę odmiany zalecała Ana, jest 3,9 %. Prawie 4. Gdyby nie rasizm w gazetach i tiwi, napisaliby 4, założę się. A tak Maro...coś tam będą sami musieli ściągnąć kogoś do grupy, by była pełna 4. Pewnie szybko się uwiną, bo mahomet do góry albo ona do niego. Blisko Maro...Włosi. Wreszcie jest. Mafia czy coś. 3,7% ma. Sprawdzam na mapie: naprawdę są blisko Maroka! Dwa bratanki, i do grupy, i do szklanki.
Ksenia, Marokańczycy akurat specjalnie nie piją. Poczytaj, co na ten temat ma do powiedzenia Mahomet. A masz coś o naszych? Polska bez reprezentacji narodowej? pyta Ana.
Też mnie to właśnie zmartwiło, potakuję. Gdzie są nasi? Znów dali się zepchnąć z podium Maro. Słabo. Jedyna pociecha - że w klasyfikacji nie ma też Portugali. Uff.
Portugalczyków, poprawia Ana. A gdzie ten twój wersal, co tak o nim trąbisz? Zaraz zaraz. Krok po kroku do sedna sprawy. Otóż jest. Sala sądowa go gości.
Co, sąd w Wersalu? Coś ci się pomyliło, powątpiewa Ana. A nie, triumfuję! Patrz, stoi jak byk. Co to Ana, już po francusku nie umie nagle? A że rację mam, to już wiem, wyguglałam sobie Versaille to. Że to wersal. Tak pięknie nazwała się jedna z grup. Na lokalnym rynku przestępczym, nie francuskim. Sądzą ich tu, za miedzą. Nie trzeba stać w korku na autobanie, by ich pooglądać. Wystarczy cyknąć wiadomości w tiwi i gotowe. Jedna morda wersalska za drugą. Spokojnie, bezpiecznie i zagranicznie. Luksus. Jak to w tiwi.

Thursday, 8 May 2014

(179) spajdermen

Nadal nie dowiedziałam się do końca, czy pod koniec miesiąca wypada mi udać się do komunogminy i złożyć swój podpis, czyli krzyżyk lub kółko, na karcie do głosowania, ale jedno wiem - kandydata już mam! 
A raczej ulubiony plakat, bo na czerwonych nikt w Polsce B ani A nie głosuje. Nawet jeśli to zagranica, nie szkodzi, matuś by nie przeżyli. Nie po to z komuną walczyli całą młodość sielską podobno, by im teraz na starość w umysłach burzyć. Nie dam się nagiąć do żadnych czerwonych haseł. Ale plakat opiszę.
Już mówię: jest na Sanżilu miejsce dla matek i niematek, ojców i nieojców, którego zaleta polega na tym, że niematki wchodzą tam jak wszędzie, nie bojąc się ewentualnie krzywych spojrzeń, za to matki wchodzą z uśmiechem, bo wiedzą, że weszły tam już na luzie inne matki, i wózki. Ojcowie także, choć mniej. I wszyscy czują się przez to dobrze, mali i duzi, wózki i niewózki. Fajna pani za ladą, o murzyńskich włosach i niebieskich oczach, fajny synek o niebieskich oczach i lokach już nieco łagodniejszych, z naszego kontynentu, i fajny tatuś, o ile się pojawia. 
Bez loków, za to z mandatem polityka w kieszeni. Ana Martin mi o tym powiedziała, która nawet już z nim nie raz rozmawiała. I całowała się nawet o zgrozo! Ale nie wielka zgrozo, to po belgijsku było, takie nędzne bizu-bizu, ale zawsze, nie wiem, co na to Roman na to? Roman też się całował, jak to na Sanżilu i okolicach; nie ma zmiłuj się, śmieje się Ana. A ten pan to zasiada w polityce nie od dziś i nie od wczoraj. Ale ma tatę odważnego ten mały o dziwnym letnim imieniu! Po namyśle stwierdzam, że fajnego. przynajmniej ma przez to plakaty do rysowania i upiększania.
I to jakiego! Komiksowego, podpowiada Roman.
Bo na oknach tego lokalu, o nazwie tłumaczonej przez Anę na okropnych rodziców, co sensu nie ma, ale czy to pierwszy raz w końcu, gdy Ana pozbawia swoich słów znaczenia, no więc na tych oknach zawisły dwa plakaty pana tatusia polityka. Jeden - z oczami dorobionymi chyba z piłek pingpongowych, co siłą rzeczy nadaje im kosmicznie wyłupiasty wygląd. Drugi - na którym oczy widać co prawda w wersji normalnej, za to reszty nie, bo skrywa się za maską. Czerwoną na czerwonym tle.
Nijak mi się z niczym ta maska nie kojarzyła, nawet wyraziłam wątpliwość estetyczną, czy to ma sens,  domalowywać czerwoną maskę na czerwonym plakacie, ale na to Roman, co to za komuny miał rodzinę w Ameryce, zwanej wtedy Hameryką, że to tak musi być. Że to spajdermen. Bohater zza oceanu.
Roman, spajdermen a nie supermen? powątpiewa Ana. Jaki supermen Ana, nic nie rozumiesz. Supermen ma pelerynkę, a spajdermen jest pająkiem, ma więc pajęczynę. Na tzw. buzi. I pan tatuś jest zdecydowanie spajdermenem. Widzi pajęczynę, no widzi? Chyba synek mu tak wybrał.
Widzi, śmieje się Ana. A ja bym jedno zmieniła, krzywię się z kolei. Mianowicie kolory. Czerwony na czerwonym? Słabo. Bez kontrastu. I niebieskiej koszuli kwacha. Politykawprost tomasza lisa chyba by nie była zadowolona marketingowo. Ale akurat tego zmienić nie można, tłumaczy Roman. Pan tatuś jest socjalistą. A spajdermen musi być czerwony. Bez wyjścia.
Czyli spajdermen też jest socjalistą, tak? Komuna rządzi na Sanżilu u nas? Wolne żarty...To może ten drugi, supercoś tam, nieczerwony? I jeszcze by można uratować kampanię? Przecież na czerwonych nikt o zdrowych zmysłach nie będzie głosował. Gdzie tu myślenie przyszłościowo-marketingowe. Toż to się nie sprzeda. Nie w pokoleniu Iwonka, co od dziecka wie wszystko o kolorach w reklamie. Różowe kiti dla dziewczynek, błękitne koszule dla tatusiów. Brak miejsca na czerwień.
Niestety, Roman twierdzi, że supermen też jest czerwony. Wszyscy czerwoni na tym Zachodzie, o co im chodzi? Jeszcze w gazetach piszą teraz, w lesłarze podobno, jak to się im udało z tą czerwienią na plakacie. Że ładnie, oryginalnie i w ogóle. Warto głosować podobno. Jakby nie widzieli, po co z Łap aż na Sanżil uciekaliśmy. By nas czerwone nie zjadło, ot co!

Wednesday, 7 May 2014

(178) szuman na szampanie

Rok temu pikniki ani mi postały w głowie. Iwonek dopiero co coś kojarzył, i jak odkrył piach, to na trawę nie starczyło uwagi, a mi sił, by go to trawą interesować. Siedziało się na skraju piaskownicy i co, źle niby? Przecie nie. Tam też można piknikować. W duchu.
Można też spikować z wysokiego konia, szczególnie jak się dowie, jakie to pikniki się utraciło dzięki, a może właśnie nie dzięki, tej piaskownicy. Mianowicie rok temu pod samą Bursą. Jak bumcykcyk na Anspachu samym, tak owszem, tam gdzie na co dzień auta na górze, a tramwaj na dole. Normalnie ktoś się na Sanżilu ośmielił sprzeciwić na jeden dzień, ale zawsze, lobi kierowców, i można było sobie po pańsku zasiąść z koszem, na koszu albo obok kosza na samiuteńkiej jezdni. Tak mówią ci, co byli, i nic ich nie przejechało, widać prawda.
Burmistrz tak zarządził, na to Roman. A w tym roku - idzie za ciosem. I rozszerza działalność piknikową na - pewnie znów nie zgadniecie - na samego Szumana. Tak tak, to wielkie nie wiadomo co, ni to rondo, ni to pies ni wydra. Wieczną budowę, przebudowę i nadbudowę. Naprawdę? nie dowierzam. Toż to tam strach pójść i bez kosza, tak ciasno na tych niewielu przejściach, gdzie akurat nic nie robią. A co będzie, jak naród nadjedzie z koszami?
Nie nadjedzie, tylko nadejdzie. Zamkną drogi dojazdowe i będzie można tylko przyjść. W ten sposób burmistrz chce pokazać, że tam rzeczywiście można przyjść. Ba! - on chce pokazać, że tam kiedyś będą chętnie spotykać się wszystkie narody tego świata i spoza!
Bo oto Ana wyczytała w tym drugim narzeczu lokalnym, że rondo Szumana to tak w ogóle w zamyśle nie jest żadne rondo, tylko plac. Nawet więcej: piaca. Pica. Nie żadna pica, tylko pizza, a poza tym piazza, już mnie poprawia Ana. Tak sobie wymarzył na początku bieżącego tysiąclecia, co nam już miłościwie biegnie od lat nie wiem sama ilu, jakiś facet z pracy Romana, no, jak jej tam, komisji. Na jej szczycie siedział i miał taką wizję, że ujrzał nagle  - oczyma wyobraźni, wyobrażam sobie - tysiące roześmianych twarzy, jak wiatr rozwiewa ich włosy, nad nimi kolorowe flagi, na niektórych z nim nawet gwiazdy; a prawo moralne we mnie, wchodzi mi w moją wizję ze swoją wizją Ana. 
Wchodzę z cytatem, jeśli już; twoja wizja jest słuszna, jak sądzę, chwali mnie Ana, i myślę, że nawet odpowiada wizji początkowej. Prodi się nazywał ten ktoś, kto wysoko zasiadał; i pewnie z tych wysokości tak sobie dumał, że wypadałoby zaludnić plac przed komisją. Wot plan.
Plan wot, ale jakby won, bo od tego czasu nic się nie ruszyło. Budowa zajmuje sobą kolejne ulice, coraz mniej chodników, coraz więcej aut, a o piazzy spotkań to już w ogóle zapomnij. Widzi to także ten profesor, co to stoi za planem pikniku, ale jakoś słabo to widzę, krzywi się Ana. Ja to bym nie chciała siedzieć wśród dźwigów, betonu, pod komisją do tego. Ani jednego drzewa. Ani grama trawy. Nic ładnego wokół. 
Upić się trzeba, podpowiadam usłużnie rozwiązanie z Polski rodem. A wiesz, może faktycznie. Nie na darmo zachęcają do przyjścia nadzieją na darmową lampkę szampana na szumanie. Od sąsiada piknikowego oczywiście, nie to, że od razu od komisji, gdzie ktoś by mógł notabene pójść po ten sam pomysł do głowy, bo w końcu kto jest naszym unijnym gospodarzem? Hę! Mogłaby się postawić i zastawić i jeszcze by zostało dla swoich.
Szuman na szampanie, po polsku takie hasło im wyszło, dziwię się? Dźwięczne i zgrabne. Cha cha, brzmi jak jakieś ciastko. A wiecie co? Przejdźmy się tam. Mam ochotę sprawdzić, ile to warte i czy są szanse na piazzę na placu. 17 maja, pasuje jak ulał - następnego dnia po resztkach kieliszków przebiegną 20-kilometrowcy.

Tuesday, 6 May 2014

(177) ukle przodem

Po tym wszystkim, co nam Sanżil, Bruksela, Belgia, kraje za granicą i reszta świata zaserwowały w tym roku w ramach globalnych zmian, myślałam, że to już koniec. Że już nic nowego nie da się wymyślić pod żadnym kątem i aspektem. A jednak. W Uklach naprawdę się postarali. I jest!
Nowe nie dotyczy oczywiście wszystkich. Tak dobrze, żeby za jednym ruchem, choćby był nawet najbardziej zdecydowany, dogodzić wszystkim, rzadko się udaje, sami o tym wiecie z doświadczenia, zwanego tu na zachodzie ekspresją. Eksperiencją, poprawia Ana. Nieważne. Greka i tak. Ale jeśli akurat macie jakąś wolną niedzielę, a do tego nie macie pod ręką żony albo męża - ten odcinek jest dla was. I o was. Oczywiście nie chodzi mi o chwilowe wychodne na piwo albo na plotki, zależnie od płci dżender, lecz o brak umowy na stałkę. Czyli brak ślubnej lub ślubnego.
Bo dotąd w Belgii, na Sanżilu i na Uklach też śluby można było brać tylko w tygodniu. I naprawdę żadnej roli nie odgrywało, czy to ślub prawdziwy, czy taki inny, gejowo-lesbijski albo nawet tylko taki na niby, co go to Polska nie uznaje, a tu owszem. Wiem, że coś takiego istnieje, umowa taka, Stefan o tym opowiadał, ale tyle było w tym nowości, że tylko głową kręciłam no i nie zapamiętałam, by w razie czego skorzystać z jego doświadczenia i ekspresji. W każdym razie Stefan taką umowę zawarł właśnie w środę rano chyba, o 8, ósmej, owszem, dobrze czytacie. O ósmej wieczorem nie mógłby nawet, bo komuno-gmina zamknięta. A w Uklach by mógł. O ile byłby to piątek, a on nie miał oczywiście tej nibyślubnej. Trzeba było myśleć, jak się meldowało!
Dla Stefana za późno, dla Any Martin za późno, tym samym rzutem na taśmę dla Romana też za późno. Wszyscy już zawczasu wzięli się i pobrali w ciągu tygodnia. Jakby do pracy normalnie szli. Taki brak szacunku dla tradycji! Że był brak kościoła - to już nawet nie wspomnę. Zdaje się jednak, że tu na zachodzie nie można tak po prostu u księdza. Trzeba do urzędu. Gmino-komuny. Dotąd wszędzie było właśnie tylko w godzinach pracy. Poniedziałek - piątek 7.30 - 15 z przerwą na obiad, czyli kanapkę. Czego nigdy nie zrozumiem.
A teraz na Uklach wyczyli nowe tendencje w sukniach ślubnych i ogólnie, no i że ludzie chcą jednak trochę święta. To i zarządzili odpowiednio. Po pierwsze, że śluby można zawierać właśnie w piątki. Po pracy, elegancko, wszyscy goście zdążą dojechać w korku ślubnymi wozami ze wstążkami. Mają czas nawet do 20. Jakby jednak ślubny lub ślubna nadal kręcili nosem, że taki piątek nie świątek, Ukle oferują w pakiecie ślubnym niedzielę. Nie każdą oczywiście; pierwszą i trzecią. Ciężko wymyślić, dlaczego akurat te, ale może muszą sobie zostawić jakieś luki prawne i czasowe na rozwody? Kto ich tam wie, na tym zachodzie czasami naprawdę nic nie wiadomo.
Żeby jeszcze trochę skomplikować sprawę, bo jak się śmieją niektórzy znajomi  Martinów, w Belgii łatwo być nie może, ślub w pierwszą niedzielę jest tani, w trzecią - nie. Czyli pierwszy jest demokratyczny, a trzeci - nie. I ja się pytam w tym miejscu: czy Ukle, Sanżil i Belgia naprawdę nie są czasami sto lat do tyłu za Polakami?
Bo jeśli na tych Uklach myślą, że w to jedno tanie niedzielne popołudnie zdążą pożenić wszystkich chętnych, to się naprawdę mylą. Siłą rzeczy część ugnie się, zrobi zrzutkę po rodzinie i ustąpi Uklom, i zapisze się na trzecią, drogą niedzielę. 250 ojro chyba, albo i więcej ma kosztować to przyjemność.
Albo nieprzyjemność, wtrąca Ana. Ale to faktycznie zawsze dziwi Polaków, nawet tych nowoczesnych, jak nie chwaląc się my, chwali się, nie chwaląc Ana, że w Belgii czy obok nie można iść do urzędu w niedzielę, by dzień odświętny święcić. Jest to oczywiście zrozumiałe, że urzędnik ślubny też człowiek, ale może mogliby to po prostu zamieniać na inne dni? Nachylić się w stronę nowożeńców, którzy przecież w dniu ślubu myślą, że zawsze będzie wspaniale? I chcą się żenić w spokoju, a nie w drodze do pracy właśnie?
Burmistrz Uklów, Bruno taki jeden ładne imię, twierdzi, że ta pierwsza darmowa prawie że niedziela to przejaw demokracji. Twarzą do klienta staje i bierze na pierś te tłumy nowożeńców, choćby miał paść i zrezygnować z tradycyjnej pizzy na rogu ulicy. Dobrze o nim świadczy, co?
Na szczęście, w przeciwieństwie do tylu innych, co już nieopatrznie zaplątali się w jakieś związki wcześniej, jestem jeszcze wolna. Niedziela może być moja nawet ta pierwsza, darmowa, demokratyczna. Problem tylko z gmino-komuną. Na ile wcześniej muszę się przenieść na Ukle, by mnie objęła ta ustawa? No i czy Iwonek mnie zwolni ze stałki na czas, by nabyć obywatelstwo i przede wszystkim nabyć odpowiedniego uklowskiego szyku niezbędnego do uroczystego orszaku ślubnego?

Sunday, 4 May 2014

(176) gines

Jak ostatnio byłam u starej siebie, znaczy się Polsce B, która coraz bardziej staje się jak A, albo to  staje się B - w każdym razie tam, za granicą, zauważyłam, że Ana Martin ma jednak rację, jak twierdzi, że Polacy uwielbiają bić rekordy. Ginesa.
Ana wie o tym z pradawnych czasów, teleranek wtedy królował co niedzielę przed kościołem. W tym to teleranku, co to pokazywał się na ekranie, regularnie występował młody piłkarz. Ze Śląska, który wtedy był jak najbardziej Polską AA, a dziś to nie wiadomo czym jest. I nazwisko miał takie dziwne, jak nie nasze. Chomątek, przypomina Anie Roman, bo ona, mimo że się zna na futbolu, zresztą jak na wszystkim, to na futbolu jednak mniej.
Tymczasem Chomątek pojawiał się w teleranku regularnie, bo regularnie bil rekordy. Swoje własne. Polegające na podobijaniu piłki głową. Główką, w której kurzy móżdżek, śmieje się Ana. kurzy nie kurzy, ale nieźle to wymyślił! podziwia Roman. Wyprzedził swoją epokę, można powiedzieć. Kilka godzin czy dni nawet poodobijał ją bez przerwy, a tantiemy sypią się całe życie. I to w kapitalizmie, podczas gdy piłkę podbijał za komuny przecież. Tak to bezboleśnie przeszedł z jednej epoki w drugą i dziś się śmieje z tych, co nie byli na tyle zapobiegliwi i nie zapisali się na czas do księgi ginesa, i by być sławni, muszą teraz tańczyć na lodzie lub śpiewać. Nie wiadomo, co trudniejsze?
Hmm, ale mi się wydaje, że nowe czasy potrzebują jednak nowych bohaterów, wtrącam nieśmiało, i śmiem wątpić, że Chomątek chyba by się dziś nie sprawdził. Fakt, kult nowości rządzi, śmieje się Ana. A kto jest nowy, no kto? Noworodki. Mam tu njusa. Nowego. Noworodkowego.
Okazuje się, że Iwonka ominęła właśnie okazja do stania się niebywale sławnym. Dobra, nie jest ci on już noworodkiem od 19 miesięcy, ale podobno niemowlaki też dopuszczono do konkurencji. Były kwalifikowalne, cytuje swój dokument z przeszłości Ana. Kiedyś podobno takich słów używała na co dzień, kto by to pomyślał. Patrząc na nią.
Kwalifikowalny do czego, nie rozumie naszej noworodkowej nowomowy Roman. Do bicia rekordu ginesa. Spóźnił się na swoje pięć minut do sławy przez zaniedbanie własnej matki, składa samokrytykę Ana, stosując słownictwo z epoki teleranka. Jak to? Bo małym kosztem można go było wpisać na listę do wspólnej zmiany pieluchy. Zwanej pieluchą już chyba tylko u nas w domu, tak poza tym i poza nim, w całym świecie, już głównie pampersem. Wygląd i zawartość ta sama, niezależnie od nazwy jednak, a w końcu najważniejsze jest niewidoczne dla oczu. Jedynka lub dwójka w tym przypadku.
I właśnie jedynka i dwójka były bohaterami bicia rekordu. W całym świecie, w tym u nas na Sanżilu. Na belgijskich placach boju stawiło się, a raczej położyło, 285 noworodków i niemowlaków, oczywiście w towarzystwie spragnionych sławy rodziców. Przejętych tym, że jeśli zdołają wpisać się w jednoczesną zmianę pieluchy, ich nazwiska być może trafią do księgi. I pieniądze i kontrakty reklamowe popłyną szerokim strumieniem.
I co, udało się? Niestety nie wszystkim, zaśmiewa się Ana. Uwiecznią tylko 257. Pieluch, dzieci czy rodziców? No właśnie, dobre pytanie. Jak to policzyć? I jak wybrali tych 257 szczęśliwców? Bo jak wiadomo, w czasie jednej zmiany czasami zużywa się dwie pieluchy? I co wtedy? I jak liczyli czas? Czy to czas uwolnionej pupy, namawiania dziecka do spokojnego leżenia, odklejania czy zapinania rzepów, ubrania śpioszków czy pajacyka o zagranicznej nazwie bodi?
Boże, Ana, ile pytań! Oszaleć można od tej ponoworodkowej ponowoczesności! Może i dobrze, że Iwonka tam zabrakło, tak by jeszcze miał traumę, że był tak blisko, a jednak nie udało się? I potem całe życie poniemowlakowe by chodził na psychoanalizę? Nie wiem, co gorsze, ten powstały brak możliwości czy wizja kozetki?
A tak na serio, głupie to równie, jak podobijanie piłki przez Chomątka, co? krytykuje Ana. Po co to komu? Chyba nawet organizatorzy nie wiedzą. Doliczyć się tych pieluch nie mogą. Trzeba czekać aż dwa tygodnie na ogłoszenie wyników teraz. Wyobrażacie sobie, co przeżywają biedni rodzice! Czy dziecko dostanie się na listę sław, czy nie. Zupełnie jak z zapisami do szkoły, z tym że tam nazwiskami nie zarządza gines. Gites mi ten gines doprawdy się nie wydaje. I Iwonkowi też. Podobnie jak Chomątkowi zapewne.

Thursday, 1 May 2014

(175) dżogin

Kto żyw, ten biegnie. Od dawna zauważyłam tę nową modę o nazwie dżogin, zaczęła się chyba jeszcze przed moim urodzeniem, ale ostatnio to już naprawdę epidemia. 1 metr. 2 metry. 10 metrów. 100. 200. 1000. No a potem to idzie w kilometry już.
Kto nieżyw, też biegnie, zauważa złośliwie Ana Martin, pewnie dlatego, że jej daleko do wszelkich dystansów olimpijskich, maratonów oraz pół. Nie chce się jej, a zazdrości. My z Romanem siedzimy więc cicho, by się nie wygłupić i jedno drugiego nie wydać z naszym pomysłem na bieg. Nie to, żeby od razu w grube metry. Nieee. To nie nasza liga. Każde z nas wymyśliło sobie z osobna - ja, oficjalnie myśląc o niebieskich migdałach, a Roman - oficjalnie myśląc o motorze - że najwłaściwsza na nasze skromne progi będzie okrągła 10. Kilometrów. I dalej, nadal z osobna, każde z nas się zapisało onlajn, niby to blogując - jedno, oraz czytając o spalinach - drugie. Co kto lubi. I nawet by się nam udało pewnie nie spotkać, bo liczba uczestników idzie w tysiące, gdyby nie technologia i głupia drukarka, co to jedna się kurzy w rogu, i pech chciał, że jak już ktoś jej użył, to drukowaliśmy razem, każde z innego źródła onlajn oraz komputerowego. 
Odtąd mamy wspólny cel i sekret, bo onlajn oczywiście nie: nie wydać wspólnika przed Aną, że przebiegniemy całe Ukle. Calusieńkie od stóp do głów. Na 10 km to wyliczono.
Roman ma to już raz za sobą, nawet medal dostał za swoje miejsce nr 456798000. Wisi i straszy. Ja mam trochę większe ambicje, w końcu młodam, to i więcej mogę. Marzyć przynajmniej. I marzę właśnie o jakimś miejscu w pierwszym dziesięciotysiącu. To by dobrze wyglądało w siwi w rubryce hobi, żem taka ambitna i wszechstronna; jak już Iwonek dorośnie oczywiście, a być może i rodzeństwo, co do którego nic nie wiadomo, bo Ana nie ma wcale a wcale tak młodego wieku, jak ja. No ale może. Cuda się zdarzają, w Rzymie co prawda, ale skąd wieją wiatry przemiany, jak nie z zachodu? Byle na Uklach nie wiało.
Stąpamy więc na paluszkach, ja osobno i Roman osobno. Niby nic o 10 kilometrach nie wiemy, a co do tego, że nie trenujemy - to akurat prawda. Ana pilnuje, by nikt nie znikał i dostał swoją codzienną porcję opieki nad Iwonkiem. Każdemu po równo oraz ząb za ząb. Ani chybi feminizm.
Kilka razy zagailiśmy za to zajawkę o 20 kilometrach. Roman to przyniósł z centrum, taki temat rozmów, no bo na komisji, kto żyw, ten biegnie, a zdaniem Any nawet ten, kto nieżyw. Wszyscy już zapisani, albo żałują, że niezapisami, bo za późno zeszli z fejsa i nie dali rady w korku onlajn ubiec kolegi z biura. Roman nawet nie próbował, podobno, bo w tym samym czasie kupował motor onlajn, to mu się strony myliły, no i poza tym jak by się wytłumaczył przed Aną, jakby nie daj Boże coś się stało i nie dobiegł, lata nie te w końcu, po facecie tak nie widać, piszą w magazynach, bo rodzić nie musi, ale rycząca 40. i tak za rogiem. Albo - o zgrozo w ogóle już - po biegu był tak skonany, że nie starczyłoby mu sił na niedzielną porcję Iwonka? Oj, miałby za swoje i już na pewno nie wystartował by nigdy w żadnym triatlonie, jak to się wielu marzy na 60. Póki żywi. 
Ta 20. kusi mnie oczywiście, ale to przyszłość. Moja przyszłość świetlana. To podobno wspaniałe biec w takim tłumie, gdzie jeden się o drugiego potyka, a do tego przez tunel, gdzie na okrągło jeżdżą auta poza tym jednym dniem. Tak donoszą ci, co dobiegli, albo tak twierdzą. Chyba! Nie sprawdziłam zresztą tych tuneli. Mówiła jedna znajoma biegaczka, że w czasie maratonu są puste i po prostu ciemne, auta nie jeżdżą, ale na 20 kilometrów to nie wiem, czy się opłaca zamykać dla ruchu? Co na to gospodarka rynkowa i rekiny finansjery trzęsące transportem? W samym sercu Unii na Szumanie do tego? A raczej pod.
Wiem za to, że na Uklach nie ma tunelu. To już sprawdziłam dokładnie w czasie treningów wózkowych. Trzeba lecieć najpierw z góry, a potem pod górę, szkoda że nie na odwrót, no ale nie każdemu dali rozum. Po 5 km wyjdzie wte i wewte. Wiem, bo Roman podrzucił mi w sekrecie mapę. Odtąd ją tak sobie studiujemy z osobna, każde we własnym kątku. Wszystko po staremu. Ja bloguję. Roman w motorach. A Ana zrzędzi i wie lepiej. Tylko co my wymyślimy na tego 4 maja, by się pozbyć swojej porcji Iwonka? I to obydwoje naraz? Co daje 20 km razem i w sumie. A co, jeśli i Ana się zapisała w sekrecie, byśmy jej nie wyśmiali?