To był dopiero weekend. Już sama nie wiem, gdzie byłam, albo mnie nie było. Urna za urną, komisja za komisją, kraj za krajem, zamach za zamachem. A mówią, że to listopad niebezpieczny dla Polaków. Gdzie tam.
W tym roku zdecydowanie najwięcej dzieje się w maju. Oddechu złapać nie mogę od tych podróży. Przykładowo wczoraj. Luksemburg jeden i drugi. Kraj przemierzony na nogach wzdłuż i wszerz, a ten nasz belgijski, mniejszy, choć to niepotwierdzone - w samochodzie. Komisja wyborcza w ambasadzie polskiej w Luksemburgu też na nogach. Słyszał kto o czymś takim? Już o Luksemburgu niewiele wiadomo, a o tym, że jest polska ambasada...no no. Ale głosowanie było. Iwonek pisał. Trzy iksy postawił. To chyba nielegalnie, co? Ale nasza zielona kandydatka, co do której Roman twierdzi, że sama kiedyś zasiadała na stołku w tej ambasadzie - niestety przepadła. Co kraj, to obyczaj. Jedno pewne - Polska znów pięknie cała po prawej. Ana już nie komentuje nawet, tylko ręką macha.
Jak to mówi Roman: znam, to głosuję, bo wiadomo, co i kto zacz. Niestety, na wiele się to nie przydało...ale cóż, życie polityczne toczy się dalej, że się podzielę taką refleksją.
Polskie zmiany to i tak zresztą nic w porównaniu do tego, co się wydarzyło na Sanżilu i w okolicy. Szeroko pojętej, bo od morza do Luksemburga. Absolutna zmiana kolorów. Podobno politycznych, twierdzi Ana, ale jaka na razie zmiany tylko takie rysunkowe, inną farbą rzucili w drukarni. Górę kraju zarzucili żółcią. Ładny odcień, taki radosny i słoneczny. Na moje oko - dobrzy ludzie jacyś, tacy pozytywni. Pewnie coś dobrego z tego wyniknie dla mieszkańców Sanżila, w tym Polaków A i B! Nawet, jeśli to miałoby być po prostu słońce, to i tak już nieźle. Czego więcej chcieć nad morzem? Bo tam jest północ kraju, przypominam.
Na wschodzie - też ładnie, choć odcień czerwieni, jaka tam przeważa, jakoś tak idący malarsko w smutną stronę. Może skręcający w stronę Francji? Skoro czerwień, to rewolucja, czyli Francja? W zjednoczonej Europie bez granic wszystko możliwe.
A zachód i południe Belgii jakieś takie w ciapki. Owszem, trochę więcej granato-błękitu, ale ogólnie nic się z tego nie da wyczytać, choćby przyszło tysiąc atletów i wróżbitów. Co komuna, to zmiana normalnie. Jak tu rządzić w takie plamki? I jeszcze te nibysłowa, nie wiem, czy oznaczają coś więcej, niż litery, z jakich się składają, ale nie dziwię się, że z tak nieatrakcyjnymi nazwami to daleko nie zajechali na tych wyborcach. Ani jednego pełnego słowa! Za to: mr, ps, cdh, uf, n-va, open vld sp., cd&v. Zwracam uwagę na dodatkową trudność w postaci zagranicznych znaków przystankowych, kto to spamięta? A można przecież się łatwo i pięknie nazywać, co potem się przekuwa na sukces wyborczy: unia; platforma; prawo. Przecież to są słowa międzynarodowe, więc do dzieła!
Ksenia, źle patrzysz. To, co na górze na żółto, a na reszcie kraju w ciapki, nie ma aż tak wielkiego wpływu na Sanżil. Który zresztą jest niebieski. Bo zapominasz, że w Belgii lebelż mają 3 parlamenty, więc nas interesuje politycznie to, co w mieście. A Bruksela prawie że po równo na dwa kolory: czerwień na górze, niebieski na dole. Co z tego wyniknie - i tak nie wiadomo. Na razie pertrkatacje i brak rządu. Kości zostały rzucone, a karty nawet wrzucone, do urny, kończę mocnym akcentem politycznym, jak na świadomą Europejkę unijną przystało.
Tuesday, 27 May 2014
Monday, 26 May 2014
(187) królewskie głosy
Niełatwo być królem lub królową - a już byłym królem lub królową, to już w ogóle. Kociokwiku można dostać od tego, co teraz już wolno, a czego nie, co należy do przeszłości, a co do niekrólewskiej teraźniejszości. Jak te wybory.
Nie to, by mi chodziło bynajmniej o wybór nowej sukni, samochodu, jachtu czy firan. W wydawaniu pieniędzy z renty czy emerytury lekką ręką Albert z Paolą, bo tak ładnie po książęcemu nazywają się starzy, są dobrzy, jak pisałam, aż się rząd burzy. Nie, chodzi o te wybory, co u nas w niedzielę. Na Sanżilu, w Brukseli i jednej i drugiej i trzeciej części Belgii, oraz w całym świecie też, z tym że u nas jeszcze lokalne, a tam tylko globalno-europejskie. I w tych swoich wyborach w Belgii każdy musi głosować, nie to, co w Polsce A i B, gdzie każdy się tylko miga od głosowania, za to pierwszy do skarżenia się. Tu inaczej - też się skarżą, ale przynajmniej - pod przymusem czy nie - idą grzecznym wężykiem do urn, bo tu też to się tak pogrzebowo nazywa.
Chyba że się jest królem albo królową. Wtedy się nie głosuje. A dlaczego, to nietrudno zgadnąć, jak twierdzi Ana Martin, lub trudno - jak twierdzę ja. Mianowicie w konstytucji Belgii jest napisane, że król musi być neutralny. No ale przecież w Belgii król nie jest królem Belgii, tylko lebelż, dziwi się prawniczo Roman. Hmm, widać niewiele to zmienia. Nie może głosować i już.
Podobnie jak królowa. A dlaczego ona, zastanawia się Roman. Aaaa, widzisz, widzę że coś na feministyczny młyn Any. Ona nie może głosować, bo podobno w małżeństwie wszystko się omawia, a tych spraw nie należy, bo nie są neutralne. No i pewnie zdaniem niektórych maczo, jeszcze taka królowa mogłaby nakłaniać króla do zmiany partii albo zlajkowania kogoś, mimo że on nie może. Wiadomo, kobieta kręci głową, którą jest mąż, a ona szyją więc. Nawet wśród króli jest tak samo.
I stąd w Belgii mała rewolucja. Mianowicie wymiana pokoleń wyborczych. Nowy król z polską królewną głosować nie mogą. Po raz pierwszy, gdyż dopiero rok nam miłościwie panują, chyba że się mylę. Kto za to głosować musi, to byli królowie. Już dostali odpowiednie wezwania do swoich urn. I tak jedni zagłosują w Laken, inni na Terwurach. Karnie gęsiego pójdą i swoje odstoją. Z ludem.
I tu jednak widzę różnicę. Mianowicie w wydziwianiu. Bo ponieważ w Belgii głosują wszyscy, to wszyscy muszą poczekać. I trwa to długoooo. A byłej królowej się nie chce. Tak więc, mimo że ma okazję przypomnieć sobie, jak to jest być jedną z ludu, głosować osobiście nie będzie. Czasu nie ma.
Zapomniała tylko, że to nie ona króluje i żadnych obowiązków w niedzielę nie ma...no tak, msza, ale przecież głosowanie warte mszy?
Nie to, by mi chodziło bynajmniej o wybór nowej sukni, samochodu, jachtu czy firan. W wydawaniu pieniędzy z renty czy emerytury lekką ręką Albert z Paolą, bo tak ładnie po książęcemu nazywają się starzy, są dobrzy, jak pisałam, aż się rząd burzy. Nie, chodzi o te wybory, co u nas w niedzielę. Na Sanżilu, w Brukseli i jednej i drugiej i trzeciej części Belgii, oraz w całym świecie też, z tym że u nas jeszcze lokalne, a tam tylko globalno-europejskie. I w tych swoich wyborach w Belgii każdy musi głosować, nie to, co w Polsce A i B, gdzie każdy się tylko miga od głosowania, za to pierwszy do skarżenia się. Tu inaczej - też się skarżą, ale przynajmniej - pod przymusem czy nie - idą grzecznym wężykiem do urn, bo tu też to się tak pogrzebowo nazywa.
Chyba że się jest królem albo królową. Wtedy się nie głosuje. A dlaczego, to nietrudno zgadnąć, jak twierdzi Ana Martin, lub trudno - jak twierdzę ja. Mianowicie w konstytucji Belgii jest napisane, że król musi być neutralny. No ale przecież w Belgii król nie jest królem Belgii, tylko lebelż, dziwi się prawniczo Roman. Hmm, widać niewiele to zmienia. Nie może głosować i już.
Podobnie jak królowa. A dlaczego ona, zastanawia się Roman. Aaaa, widzisz, widzę że coś na feministyczny młyn Any. Ona nie może głosować, bo podobno w małżeństwie wszystko się omawia, a tych spraw nie należy, bo nie są neutralne. No i pewnie zdaniem niektórych maczo, jeszcze taka królowa mogłaby nakłaniać króla do zmiany partii albo zlajkowania kogoś, mimo że on nie może. Wiadomo, kobieta kręci głową, którą jest mąż, a ona szyją więc. Nawet wśród króli jest tak samo.
I stąd w Belgii mała rewolucja. Mianowicie wymiana pokoleń wyborczych. Nowy król z polską królewną głosować nie mogą. Po raz pierwszy, gdyż dopiero rok nam miłościwie panują, chyba że się mylę. Kto za to głosować musi, to byli królowie. Już dostali odpowiednie wezwania do swoich urn. I tak jedni zagłosują w Laken, inni na Terwurach. Karnie gęsiego pójdą i swoje odstoją. Z ludem.
I tu jednak widzę różnicę. Mianowicie w wydziwianiu. Bo ponieważ w Belgii głosują wszyscy, to wszyscy muszą poczekać. I trwa to długoooo. A byłej królowej się nie chce. Tak więc, mimo że ma okazję przypomnieć sobie, jak to jest być jedną z ludu, głosować osobiście nie będzie. Czasu nie ma.
Zapomniała tylko, że to nie ona króluje i żadnych obowiązków w niedzielę nie ma...no tak, msza, ale przecież głosowanie warte mszy?
Friday, 23 May 2014
(186) rozmiary
Szoping. Lubię, a co. Nie wolno? Nie uwierzę, że nie chodzicie. W Belgii, a na Sanżilu to już stuprocentowo, nie ma co prawda fajnych galerii, ale człowiek orze, czym może, więc kupuję pod gołym niebem. Tylko co pójdę, to rozmiary nie te.
Teoretycznie i praktycznie powinnam wchodzić w 38, które w sensie rozmiarowym nie leży pomiędzy 37 a 39, lecz 36 i 40, i - jak mi ktoś kiedyś wyliczył, tabela w twoimstylupani chyba - mam wręcz idealne warunki, by nawet bez przymierzania od razu w nie? je wskakiwać. 38. Na ślepo i bez patrzenia, pierwsza w kolejce do kasy, co się liczy szczególnie w czasie wyprzedaży. Tak było jeszcze całkiem do niedawna, czyli do wyjazdu na stałkę do Brukseli. A odtąd gorzej.
Co coś wypatrzę, to tu ciśnie, tu odstaje, tu wystaje, a tu nie dosięga. Nie dostaje po krakowsku. Normalnie jakbym nie była sobą. Na wieszaku to jeszcze jako tako wygląda, ale na mnie - już zupełnie nie. Tymczasem się nie zmieniłam bynajmniej, owszem, najpierw przytyłam na tych fryturach, ale potem przyszło bieganie za Iwonkiem i już wróciłam do normy. Która jednakże okazuje się nie być normą w Belgii, a przynajmniej w Brukseli tysiąc, gdzie na lub przy Nowej chadzam po szopingu.
Patrz Ksenia, może to jest odpowiedź na twoje problemy, woła Ana Martin znad gazety. Zobacz sama, donoszą, że w Belgii zmieniły się sylwetki. W 25 lat. Czyli co, lebelż wypięknieli nagle? Jak najpiękniejsze róże w gali edycja polska? Nie, tylko się tu uwypuklili, tu spłaszczyli, no i w rezultacie stare rozmiary nie przystają do nowych wymiarów.
Ciekawe obserwacje, faktycznie. Jak oni to policzyli? No, grant dostali, to policzyli. W Gencie o nazwie Gandawa na uniwerku. Do tego policzyli w tym drugim języku, ale do francuskich też się odnosi. Zmiany między 1990 a 2014. Nie wiem, jak to liczyli, czy co roku opasywali jakąś grupę centymetrem krawieckim, po przymierzalniach ich gonili, ale wynik jest.
Jeszcze bardziej ciekawe, że lebelż żeńskie zmieniły się bardziej, niż męskie. Właściwie wszędzie, co wiele tłumaczy zakupowo, ale nie wszystko. Po kolei: w 2014 r. labelż kobieca, taka zwykła, pierwsza z ulicy dorosła babka, ma w płatrinie, czyli piersiach, albo pod, tu Ana nie jest pewna, 2 cm więcej niż ta zwykła z 1990 r. W talii, co do której położenia nie mamy wątpliwości, 5 do 6 cm więcej. W biodrach też na plusie, o 2. Udo szersze też o 2, za to dobra wiadomość w aspekcie długości nóg, bo te dłuższe o 2,8 cm. Albo inna metoda mierzenia, ale niech im będzie. Średnio analiza mówi tak: wypuklejsza góra, bardziej płaska pupa, bardziej wypięty brzuch. Jakby głodowały normalnie, chyba że to ciężarne były oczywiście.
Za to średni, zwykły belż męski nie zmienił się tak bardzo. Piersi te same, płaskie. To by dopiero było niespotykane! Talia o 2, biodra też zgrabna dwójeczka. Nogi ani krótsze, ani dłuższe, króluje bylejakość. Tak samo w 1990 r., jak i w 2014.
Ana mówi, że teraz mają zmienić to moje 38 na nowe. W 2015 r. Wtedy pojawią się podobno nowe ubrania, tabele, a nawet piktogramy, czyli nie wiem co. Ale przecież ja sama widzę po tych rozmiarach jakichś takich niehalo, że już je zmienili! Chyba na Nowej wykradli dane z grantu? Bo 38 już nie moje. Nie na darmo w niedzielę mówią, że na tym zachodzie, to nic nie można dostać i że jak na prawdziwe zakupy, to tylko do mokotowa lub tarasów w Polsce.
Teoretycznie i praktycznie powinnam wchodzić w 38, które w sensie rozmiarowym nie leży pomiędzy 37 a 39, lecz 36 i 40, i - jak mi ktoś kiedyś wyliczył, tabela w twoimstylupani chyba - mam wręcz idealne warunki, by nawet bez przymierzania od razu w nie? je wskakiwać. 38. Na ślepo i bez patrzenia, pierwsza w kolejce do kasy, co się liczy szczególnie w czasie wyprzedaży. Tak było jeszcze całkiem do niedawna, czyli do wyjazdu na stałkę do Brukseli. A odtąd gorzej.
Co coś wypatrzę, to tu ciśnie, tu odstaje, tu wystaje, a tu nie dosięga. Nie dostaje po krakowsku. Normalnie jakbym nie była sobą. Na wieszaku to jeszcze jako tako wygląda, ale na mnie - już zupełnie nie. Tymczasem się nie zmieniłam bynajmniej, owszem, najpierw przytyłam na tych fryturach, ale potem przyszło bieganie za Iwonkiem i już wróciłam do normy. Która jednakże okazuje się nie być normą w Belgii, a przynajmniej w Brukseli tysiąc, gdzie na lub przy Nowej chadzam po szopingu.
Patrz Ksenia, może to jest odpowiedź na twoje problemy, woła Ana Martin znad gazety. Zobacz sama, donoszą, że w Belgii zmieniły się sylwetki. W 25 lat. Czyli co, lebelż wypięknieli nagle? Jak najpiękniejsze róże w gali edycja polska? Nie, tylko się tu uwypuklili, tu spłaszczyli, no i w rezultacie stare rozmiary nie przystają do nowych wymiarów.
Ciekawe obserwacje, faktycznie. Jak oni to policzyli? No, grant dostali, to policzyli. W Gencie o nazwie Gandawa na uniwerku. Do tego policzyli w tym drugim języku, ale do francuskich też się odnosi. Zmiany między 1990 a 2014. Nie wiem, jak to liczyli, czy co roku opasywali jakąś grupę centymetrem krawieckim, po przymierzalniach ich gonili, ale wynik jest.
Jeszcze bardziej ciekawe, że lebelż żeńskie zmieniły się bardziej, niż męskie. Właściwie wszędzie, co wiele tłumaczy zakupowo, ale nie wszystko. Po kolei: w 2014 r. labelż kobieca, taka zwykła, pierwsza z ulicy dorosła babka, ma w płatrinie, czyli piersiach, albo pod, tu Ana nie jest pewna, 2 cm więcej niż ta zwykła z 1990 r. W talii, co do której położenia nie mamy wątpliwości, 5 do 6 cm więcej. W biodrach też na plusie, o 2. Udo szersze też o 2, za to dobra wiadomość w aspekcie długości nóg, bo te dłuższe o 2,8 cm. Albo inna metoda mierzenia, ale niech im będzie. Średnio analiza mówi tak: wypuklejsza góra, bardziej płaska pupa, bardziej wypięty brzuch. Jakby głodowały normalnie, chyba że to ciężarne były oczywiście.
Za to średni, zwykły belż męski nie zmienił się tak bardzo. Piersi te same, płaskie. To by dopiero było niespotykane! Talia o 2, biodra też zgrabna dwójeczka. Nogi ani krótsze, ani dłuższe, króluje bylejakość. Tak samo w 1990 r., jak i w 2014.
Ana mówi, że teraz mają zmienić to moje 38 na nowe. W 2015 r. Wtedy pojawią się podobno nowe ubrania, tabele, a nawet piktogramy, czyli nie wiem co. Ale przecież ja sama widzę po tych rozmiarach jakichś takich niehalo, że już je zmienili! Chyba na Nowej wykradli dane z grantu? Bo 38 już nie moje. Nie na darmo w niedzielę mówią, że na tym zachodzie, to nic nie można dostać i że jak na prawdziwe zakupy, to tylko do mokotowa lub tarasów w Polsce.
Monday, 19 May 2014
(185) wsi spokojna, wsi wesoła
Dobre wiadomości, to też wiadomości, co? Szczególnie jeśli dotyczą potencjalnie złego. Przestępców, złodziei i takich tam, co będę wymieniać. Mnóstwo tego wszędzie, tak mówią, a tu okazuje się, że w Belgii, a szczególnie w Brukseli - nagle mniej. Globalnie o 5,5%.
W tygodniu wyborczym dziennikarze rzucają się jak przysłowiowe hieny, które są zwierzętami tak w ogóle, na wszystko, co nie jest reklamą partii, nic więc dziwnego, że jak tylko policja obwieściła, jak to wsi spokojna, wsi wesoła u nas na Sanżilu, nagle wszędzie zrobiła się z tego jedynka. Na pierwszej stronie znaczy się wydrukowali. Ana Martin twierdzi, że to dopiero jest polityczny zabieg, bo dobre statystyki świadczą niby dobrze o tych, co przy władzy, ale ja ustawiam się po drugiej stronie powstańczej barykady i jestem zdania, że to ani chyba cud. I co z tego, że po kwietniowej kanalizacji. Liczy się efekt.
Cud ten ma tym głębsze znaczenie, że tajemniczo łączy się z datą mojego zjazdu na Sanżil, czyli 2011. Wcześniej naprawdę strach było się ruszyć na ulicę, a odtąd wszystko systematycznie i niesymbolicznie bynajmniej spada. Wskaźniki, liczby, cyfry i to we wszystkich kategoriach zbrodni, jakie sobie tylko można wymarzyć. By nie być gołosłowną, już cytuję.
Po kolei: najbardziej zmniejszyła się liczba toreb kradzionych na gorąco z samochodu. 42,3% osób mniej tego doświadczyło, a nazywa się to po lokalnemu: sacjacking. Ana krzywi się na ten twór i twierdzi, że to jakiś francusko-amerykański potwór, ale dzięki wrodzonej inteligencji zdołała mi pomóc, o co chodzi, i wyszło, że na torby, tym bardziej, że właśnie torba była na zdjęciu. Damska. Tak, myślę, że Ana miała prawo tak rozpoznać to słowo. Zidentyfikować, powiedzieliby na policji.
Drugi w kolejności spadków jest złom. I to dopiero zastanawia. Nakradli go mniej o 23,3%, a Polaków przecież na Sanżilu i obok przybyło. Choćby ja. Czyli co, to jednak dyskryminacja na tle narodowościowym, te pomysły, że Polacy A i B kradną studzienki? I druty, i tory, i na słupy elektryczne włażą? Na to wychodzi. Bo nie sądzę naprawdę, by tu na zachodzie zdążyli się zabezpieczyć i wdrożyć przed otwarciem tzw. Unii jakieś specjalne ochrony. Bo komu by na myśl przyszło, że tory można kraść? Chyba że istnieje taka opcja, że tu się studzienek nie da wyjąć, i nie ma tradycji wspinania na słupy? W każdym razie - 21% złomu mniej nakradli. Serce rośnie z dumy.
Zaraz za złomiarzami - informatycy. Mniej nabroili o 21%. Nie wiem, co to oznacza, jak to policzyć, jakie zbrodnie i kary tu wchodzą w grę, ale policja się cieszy, więc ja z nimi - i wszystkimi, co zamiast gadać do siebie, stukają info w ajfonach. Swoich, a nie kradzionych, miejmy nadzieję.
Roman popsuł mi właśnie entuzjazm, bo pokazał palcem na rubrykę, gdzie jednak coś na Sanżilu wzrosło. Spokojnie, nie złom, to już omówione. Wzrosła produkcja kanabisu - o 2,7%, choć jego konsumpcja zmalała o 11,8%. Tak tłumaczy Roman na gorąco, a ja pytam, o jakie coś tu chodzi? O marihuanę. Maryśkę tzw. Paloną, ale nie jest to kawa. Chyba łapię o co chodzi, ale w Polsce wsadzają podobno za śladowe ilości, więc wolę słowa tego nie pisać, wyrzec się go za to i wypluć. Podobnie jak z kokainą, której zjedzono sobie mniej o 22%. Po minie Any widzę, że coś w to nie wierzy, no ale ta to nigdy nie jest zadowolona naprawdę, nie wierzy coś w dobrą stronę człowieka. I w mądrość konsumenta przede wszystkim.
Ciekawe, co Ana za to na to, bo to dopiero ciekawe. Dwa pokazane paluchem przez Romana wzrosty dotyczą bowiem bardzo ciekawych dziedzin. Nowych, jak dla mnie oczywiście. Pierwsza to: wpisy obcokrajowców. Nie wiem, gdzie jak i kiedy, ale zła pleni się tu więcej o 22,7%. Roman twierdzi, że chodzi o fałszowanie danych przy rejestracji, ale kto ich tam zna? Tych obcokrajowców, znaczy się. Kto np. na policji by mnie zrozumiał, jakbym już tam trafiła? Oby nie, w niemalowane zaraz, ale sami powiedzcie, nic dziwnego, że statystyki rosną, co?
Ale i tak najbardziej zadziwiła mnie ostatnia rubryka, gdzie znalazłam prawdziwy hicior. Mianowicie wszędzie i wszystkim spadło, ale tu wzrosło - w liczbie fałszywych policjantów. O 47% więcej ich chodzi lub jeździ, już sama nie wiem. Kto o zdrowych zmysłach ma ochotę być policjantem? No nie wiem, po co to komu miałoby być doprawdy. Skąd ten mundur wytrzasnąć? Skąd ordery? Skąd auto wreszcie? Chyba z kradzieży? I kółko się zamyka.
Gdy to wszystko zliczyli, wyszło jednak na plus. Nawet z tymi policjantami na opak. Spadek jest o 5,5%, globalny znaczy się. A będzie lepiej, mówią złośliwi, w tym Ana, bo jak w każdej statystyce, ujęto tylko oficjalne dane. A że policjantów prawdziwych mniej, niż fałszywych, danych fałszywych też więcej. W tym sektorze występuje tendencja wzrostowa. No ale komu wierzyć, jak nie policji?
W tygodniu wyborczym dziennikarze rzucają się jak przysłowiowe hieny, które są zwierzętami tak w ogóle, na wszystko, co nie jest reklamą partii, nic więc dziwnego, że jak tylko policja obwieściła, jak to wsi spokojna, wsi wesoła u nas na Sanżilu, nagle wszędzie zrobiła się z tego jedynka. Na pierwszej stronie znaczy się wydrukowali. Ana Martin twierdzi, że to dopiero jest polityczny zabieg, bo dobre statystyki świadczą niby dobrze o tych, co przy władzy, ale ja ustawiam się po drugiej stronie powstańczej barykady i jestem zdania, że to ani chyba cud. I co z tego, że po kwietniowej kanalizacji. Liczy się efekt.
Cud ten ma tym głębsze znaczenie, że tajemniczo łączy się z datą mojego zjazdu na Sanżil, czyli 2011. Wcześniej naprawdę strach było się ruszyć na ulicę, a odtąd wszystko systematycznie i niesymbolicznie bynajmniej spada. Wskaźniki, liczby, cyfry i to we wszystkich kategoriach zbrodni, jakie sobie tylko można wymarzyć. By nie być gołosłowną, już cytuję.
Po kolei: najbardziej zmniejszyła się liczba toreb kradzionych na gorąco z samochodu. 42,3% osób mniej tego doświadczyło, a nazywa się to po lokalnemu: sacjacking. Ana krzywi się na ten twór i twierdzi, że to jakiś francusko-amerykański potwór, ale dzięki wrodzonej inteligencji zdołała mi pomóc, o co chodzi, i wyszło, że na torby, tym bardziej, że właśnie torba była na zdjęciu. Damska. Tak, myślę, że Ana miała prawo tak rozpoznać to słowo. Zidentyfikować, powiedzieliby na policji.
Drugi w kolejności spadków jest złom. I to dopiero zastanawia. Nakradli go mniej o 23,3%, a Polaków przecież na Sanżilu i obok przybyło. Choćby ja. Czyli co, to jednak dyskryminacja na tle narodowościowym, te pomysły, że Polacy A i B kradną studzienki? I druty, i tory, i na słupy elektryczne włażą? Na to wychodzi. Bo nie sądzę naprawdę, by tu na zachodzie zdążyli się zabezpieczyć i wdrożyć przed otwarciem tzw. Unii jakieś specjalne ochrony. Bo komu by na myśl przyszło, że tory można kraść? Chyba że istnieje taka opcja, że tu się studzienek nie da wyjąć, i nie ma tradycji wspinania na słupy? W każdym razie - 21% złomu mniej nakradli. Serce rośnie z dumy.
Zaraz za złomiarzami - informatycy. Mniej nabroili o 21%. Nie wiem, co to oznacza, jak to policzyć, jakie zbrodnie i kary tu wchodzą w grę, ale policja się cieszy, więc ja z nimi - i wszystkimi, co zamiast gadać do siebie, stukają info w ajfonach. Swoich, a nie kradzionych, miejmy nadzieję.
Roman popsuł mi właśnie entuzjazm, bo pokazał palcem na rubrykę, gdzie jednak coś na Sanżilu wzrosło. Spokojnie, nie złom, to już omówione. Wzrosła produkcja kanabisu - o 2,7%, choć jego konsumpcja zmalała o 11,8%. Tak tłumaczy Roman na gorąco, a ja pytam, o jakie coś tu chodzi? O marihuanę. Maryśkę tzw. Paloną, ale nie jest to kawa. Chyba łapię o co chodzi, ale w Polsce wsadzają podobno za śladowe ilości, więc wolę słowa tego nie pisać, wyrzec się go za to i wypluć. Podobnie jak z kokainą, której zjedzono sobie mniej o 22%. Po minie Any widzę, że coś w to nie wierzy, no ale ta to nigdy nie jest zadowolona naprawdę, nie wierzy coś w dobrą stronę człowieka. I w mądrość konsumenta przede wszystkim.
Ciekawe, co Ana za to na to, bo to dopiero ciekawe. Dwa pokazane paluchem przez Romana wzrosty dotyczą bowiem bardzo ciekawych dziedzin. Nowych, jak dla mnie oczywiście. Pierwsza to: wpisy obcokrajowców. Nie wiem, gdzie jak i kiedy, ale zła pleni się tu więcej o 22,7%. Roman twierdzi, że chodzi o fałszowanie danych przy rejestracji, ale kto ich tam zna? Tych obcokrajowców, znaczy się. Kto np. na policji by mnie zrozumiał, jakbym już tam trafiła? Oby nie, w niemalowane zaraz, ale sami powiedzcie, nic dziwnego, że statystyki rosną, co?
Ale i tak najbardziej zadziwiła mnie ostatnia rubryka, gdzie znalazłam prawdziwy hicior. Mianowicie wszędzie i wszystkim spadło, ale tu wzrosło - w liczbie fałszywych policjantów. O 47% więcej ich chodzi lub jeździ, już sama nie wiem. Kto o zdrowych zmysłach ma ochotę być policjantem? No nie wiem, po co to komu miałoby być doprawdy. Skąd ten mundur wytrzasnąć? Skąd ordery? Skąd auto wreszcie? Chyba z kradzieży? I kółko się zamyka.
Gdy to wszystko zliczyli, wyszło jednak na plus. Nawet z tymi policjantami na opak. Spadek jest o 5,5%, globalny znaczy się. A będzie lepiej, mówią złośliwi, w tym Ana, bo jak w każdej statystyce, ujęto tylko oficjalne dane. A że policjantów prawdziwych mniej, niż fałszywych, danych fałszywych też więcej. W tym sektorze występuje tendencja wzrostowa. No ale komu wierzyć, jak nie policji?
Thursday, 15 May 2014
(184) brifing
Ludzie listy piszą. Banał, co? Banałem był, bo już nie piszą, tylko mejle, jeśli już. Mejling szerzy się jak szarańcza, a ja dopiero co dowiedziałam się, że pisanie listów to był brifing. Po niemiecku, ale nie szkodzi, bo i tak brzmi światowo, jak z fabryki tojoty co najmniej.
Na wakacjach się dowiedziałam o tym wszystkim. Przypominam, w Afryce, już potwierdziłam, że to tu, choć sami biali. Zewsząd, z tym od nas, no z Sanżila to może nie, ale już z Belgii tak. Do tego Niemcy! Jak bumcykcyk. Stąd brifing zasłyszany na basenie i od razu skomentowany przez Anę.
Ana twierdzi jednak, że brifing i brifing, o którym cały czas była mowa, to bynajmniej i przynajmniej starożytny mejling, tylko coś nowego. Taka odprawa. Wie, że tak ma być, bo kiedyś się jej to słowo nawet wyśniło. Nic dziwnego, że wspomnień czar sprawił, że nastawiła ucha, jednocześnie brodząc w baseniku o głębokości 35 cm. No ale niektórzy z urlopowiczów mają zaledwie 82 cm, więc 35 to w sam raz.
Ana Martin twierdzi jednak, że listu o tym brifingu nie napisze, za to co, co zasłyszała, w pełni jest warte opisania, nawet tylko mejlem. Bo chodzi o bankiet, jak odbył się tam u nas nie w Afryce, lecz tam, gdzie wy, w pałacu obok Sanżila. Laken. Z tego wnioskuję, że rozmawiali kelnerzy.
Podobno zaczęło się od tego, że król z polską królewną postanowili zrobić imprezę. Nie byle jaką, bo na ponad 100 osób. Jak ślub normalnie. Nic dziwnego, że mając do dyspozycji, a właściwie nie mając, nic swojego, król z królewną nie wiedzieli, w co ręce włożyć. Tym bardziej, że rękoma na co dzień nie pracują, zdaje się. Nie brukają ich. Dobrze, że ktoś pomyślał i wezwał na pomoc ochotników z Namur-namen. Młodych uczniów, a już hotelarzy. Sprytnie. I to właśnie oni odpoczywali u nas na azjatyckim basenie, zdradzając w brifingu sekrety królewskiej kuchni.
Przybyli do Laken i od razu ustawiono ich w pionie. Brifing się to nazywa toto właśnie obecnie, choć listy pisano raczej w poziomie. Po polsku, ale bardziej starodawnie mogłoby więc być także: przemowa. I była na całego. Sztuczna, odświętna i sztywna. Jak ma być. Nie czuję się tu kąmplementarna, więc może skorzystam z tłumaczenia Any.
A więc ci młodzi urlopowicze skarżyli się i naśmiewali na całego, wszystko nad głowami dzieci, nie ukrywajmy tego, że im tłukli do głów, jak to Belgia musi się pokazać z najlepszej strony. Że będzie bankiet i że im się to w karierze opłaci, a może nawet będą pamiątki. Niby nikt nie naciskał, bo nawet ci młodzi są w pełni zawodowcami, profesjonalistami takimi, no ale jednak 170 gości, nie 100 nawet, tylko 70 dodatkowych, to nie byle co. Zanim oni zjechali z namuronamena, przygotowania trwały już 3 miesiące. A wieczora, gdy oni pracowali, nastąpiła - uwaga! - apoteoza. Tak do nich powiedziano i tak powiedziała do mnie Ana. O więcej, w tym o znaczenie, nie pytajcie.
Ana i ja za nią pozostajemy pod wrażeniem, co też tym młodym wolno było, a czego nie. Uff, spamiętać to wszystko! Nic dziwnego, że kelnerzy teraz muszą odpoczywać nad basenem dla niemowlaków. Sami zobaczcie. Po kolei: nie wychodzić poza wyznaczone strefy. Trzymać nerwy na wodzy. Ani gumy, ani makijażu, ani perfum. Wymagane cechy: zawodowcy, dyskretni, kamuflaż, koncentracja, elastyczność. Niektórzy do tego przebrani za pajace z dawnych epok. To znaczy niby nie pajace, ale jak inaczej nazwać kogoś podającego do stołu w naszym roku w spodniach sprzed 200 lat albo starszych? I w peruce, nie daj Boże. I do tego miła mina, ale bez zbędnych uśmiechów. Uff.
Jednak najbardziej wymagający wymóg, i myślę, że to dlatego młodziaki mają teraz tylko siłę na leżenie z niemowlakami, było żądanie, aby nic nie brać sobie na pamiątkę. Jako przykład podano historyczne guziki od tych starych spodni, trzymających się pewnie zresztą na ten jeden guzik. Normlnie czymś takim ręce opadają. Do basenu. Już nie ma się ochoty na nic, nawet na pisanie listów i brifing. Tym bardziej, że te ręce nosiły ciężkie, srebrne wazy z za dużą ilością jedzenia, potem kawę do szklarni, bo taka była fantazja ułańska królewny, by tam ją podać. Z drugiej strony cieszy, że pamięta o korzeniach, w końcu skąd ułani, jak nie spod naszego okienka. Gdzie przybyli w drodze do Belgii, jak wynika.
Leżą więc teraz ci kelnerzy u nas na leżakach dla dzieci i wypoczywają. Wspominając. Koloryzując. Jednego z Aną nie zrozumiałyśmy i musimy dopytać już u siebie na górze mapy, na Sanżilu: co to znaczy, że oni wszyscy byli w tym Laken na swoim 31? Sur son 31, jak podpowiada Ana? W brifingu tego nie wytłumaczyli, ale Ana obiecała, że zrobi mejling do Sanżila i poprosi o odpowiedź na piśmie.
Na wakacjach się dowiedziałam o tym wszystkim. Przypominam, w Afryce, już potwierdziłam, że to tu, choć sami biali. Zewsząd, z tym od nas, no z Sanżila to może nie, ale już z Belgii tak. Do tego Niemcy! Jak bumcykcyk. Stąd brifing zasłyszany na basenie i od razu skomentowany przez Anę.
Ana twierdzi jednak, że brifing i brifing, o którym cały czas była mowa, to bynajmniej i przynajmniej starożytny mejling, tylko coś nowego. Taka odprawa. Wie, że tak ma być, bo kiedyś się jej to słowo nawet wyśniło. Nic dziwnego, że wspomnień czar sprawił, że nastawiła ucha, jednocześnie brodząc w baseniku o głębokości 35 cm. No ale niektórzy z urlopowiczów mają zaledwie 82 cm, więc 35 to w sam raz.
Ana Martin twierdzi jednak, że listu o tym brifingu nie napisze, za to co, co zasłyszała, w pełni jest warte opisania, nawet tylko mejlem. Bo chodzi o bankiet, jak odbył się tam u nas nie w Afryce, lecz tam, gdzie wy, w pałacu obok Sanżila. Laken. Z tego wnioskuję, że rozmawiali kelnerzy.
Podobno zaczęło się od tego, że król z polską królewną postanowili zrobić imprezę. Nie byle jaką, bo na ponad 100 osób. Jak ślub normalnie. Nic dziwnego, że mając do dyspozycji, a właściwie nie mając, nic swojego, król z królewną nie wiedzieli, w co ręce włożyć. Tym bardziej, że rękoma na co dzień nie pracują, zdaje się. Nie brukają ich. Dobrze, że ktoś pomyślał i wezwał na pomoc ochotników z Namur-namen. Młodych uczniów, a już hotelarzy. Sprytnie. I to właśnie oni odpoczywali u nas na azjatyckim basenie, zdradzając w brifingu sekrety królewskiej kuchni.
Przybyli do Laken i od razu ustawiono ich w pionie. Brifing się to nazywa toto właśnie obecnie, choć listy pisano raczej w poziomie. Po polsku, ale bardziej starodawnie mogłoby więc być także: przemowa. I była na całego. Sztuczna, odświętna i sztywna. Jak ma być. Nie czuję się tu kąmplementarna, więc może skorzystam z tłumaczenia Any.
A więc ci młodzi urlopowicze skarżyli się i naśmiewali na całego, wszystko nad głowami dzieci, nie ukrywajmy tego, że im tłukli do głów, jak to Belgia musi się pokazać z najlepszej strony. Że będzie bankiet i że im się to w karierze opłaci, a może nawet będą pamiątki. Niby nikt nie naciskał, bo nawet ci młodzi są w pełni zawodowcami, profesjonalistami takimi, no ale jednak 170 gości, nie 100 nawet, tylko 70 dodatkowych, to nie byle co. Zanim oni zjechali z namuronamena, przygotowania trwały już 3 miesiące. A wieczora, gdy oni pracowali, nastąpiła - uwaga! - apoteoza. Tak do nich powiedziano i tak powiedziała do mnie Ana. O więcej, w tym o znaczenie, nie pytajcie.
Ana i ja za nią pozostajemy pod wrażeniem, co też tym młodym wolno było, a czego nie. Uff, spamiętać to wszystko! Nic dziwnego, że kelnerzy teraz muszą odpoczywać nad basenem dla niemowlaków. Sami zobaczcie. Po kolei: nie wychodzić poza wyznaczone strefy. Trzymać nerwy na wodzy. Ani gumy, ani makijażu, ani perfum. Wymagane cechy: zawodowcy, dyskretni, kamuflaż, koncentracja, elastyczność. Niektórzy do tego przebrani za pajace z dawnych epok. To znaczy niby nie pajace, ale jak inaczej nazwać kogoś podającego do stołu w naszym roku w spodniach sprzed 200 lat albo starszych? I w peruce, nie daj Boże. I do tego miła mina, ale bez zbędnych uśmiechów. Uff.
Jednak najbardziej wymagający wymóg, i myślę, że to dlatego młodziaki mają teraz tylko siłę na leżenie z niemowlakami, było żądanie, aby nic nie brać sobie na pamiątkę. Jako przykład podano historyczne guziki od tych starych spodni, trzymających się pewnie zresztą na ten jeden guzik. Normlnie czymś takim ręce opadają. Do basenu. Już nie ma się ochoty na nic, nawet na pisanie listów i brifing. Tym bardziej, że te ręce nosiły ciężkie, srebrne wazy z za dużą ilością jedzenia, potem kawę do szklarni, bo taka była fantazja ułańska królewny, by tam ją podać. Z drugiej strony cieszy, że pamięta o korzeniach, w końcu skąd ułani, jak nie spod naszego okienka. Gdzie przybyli w drodze do Belgii, jak wynika.
Leżą więc teraz ci kelnerzy u nas na leżakach dla dzieci i wypoczywają. Wspominając. Koloryzując. Jednego z Aną nie zrozumiałyśmy i musimy dopytać już u siebie na górze mapy, na Sanżilu: co to znaczy, że oni wszyscy byli w tym Laken na swoim 31? Sur son 31, jak podpowiada Ana? W brifingu tego nie wytłumaczyli, ale Ana obiecała, że zrobi mejling do Sanżila i poprosi o odpowiedź na piśmie.
Wednesday, 14 May 2014
(183) miłosierdzie
Świta mi, że na jednej jedynej lekcji staropolskiego w gimnazjum, a może już liceum, mówili o miłosierdziu. Że sierdzie to jak serce, a miłe - wiadomo, jak dzisiaj. Razem: dobre serce. Dla innych. W swoim własnym mniemaniu.
Nie przypuszczałam nawet, że po belgijsku to się będzie nazywać całkowicie podobnie, ale okazało się, że większość liter wzięli sobie zapożyczyli z naszego alfabetu, coś tam usunęli, jak ł całkowicie tu nieznane w pisowni, bo w wymowie już jednakże atakujące, począwszy od łi, a kończąc na purkła i pa, ale ogólnie oceńcie sami: mizerykordia. No jak po polsku właściwie.
Chyba po łacinie prędzej, śmieje się Roman. Gdzieżeś to zasłyszała, pyta. Wyczytałam i na głos odczytałam. W pełnym oburzeniu. Miłosierdzie się we mnie bowiem zagotowało na takie bezeceństwa, co tam po tym artykule hulały. I to wszystko w miesiącu maju, gdy słowik śpiewa i serca się wznoszą ku górze. Też na staropolskim było. A u jednej koleżanki Any to wzniósł się nawet słownik. Oraz zrelaksował na balkonie. Mimo że zimno.
Ja jednak chciałam o miłosierdziu, a głównie jego braku. Bo włosy dęba stanęły, jak to przeczytałam ze zrozumieniem, nawet u Romana, który ich przecież za dużo nie ma. A nawet w ogóle. Może i dobrze, szok mniejszy. A jest się czego bać! Otóż przepytano losowo wybranych Belgów w liczbie 2200, co też oni sądzą na okoliczność leczenia swoich własnych staruszków. Starych według nowych norm, gdy starość zaczyna się nie po 40., jak kiedyś, co by już powoli groziło Romanowi, lecz według nowej normy UE około 80. Tu nawet normę zawyżyli, bo pytanie brzmiało: czy dasz kaskę na sztuczne serce dla kogoś powyżej 85. roku życia. Drugie pytanie: czy dasz 50 tys. ojro, by wydłużyć życie staruszka o 2 miesiąca. Ile serce kosztuje, nie wiem, ale takie sierdzie na pewno ne jest tanie. A miłosierdzie mogłoby.
No i nadeszła odpowiedź: 30% kaski nie da. Na sierdzie. A 50%- na te dwa miesiące. I to nie, że z własnej kieszeni, ale z kieszeni państwa, co rozdaje pieniądze szpitalom w akcji zwanej mutualite. Niewielu chce też sfinansować utrzymywanie staruszków w śpiączce, nie mówiąc o ochotnikach na płacenie za raki skóry, jelit itp. Trudno : było się opalać? palić? jeść golonki i bigosy? to macie! Za swoje. Za nasze y wasze.
Nie to, bym ja uważała, że moja mutualita, co mi to ją Martinowie opłacają za mój niedarmowy kołczerfing, miała być od razu przeznaczona na tych, co to się nie pilnują zupełnie. Ale jakoś mi się tak strasznie zrobiło, jak przeczytałam o tych staruszkach. Toż to u Martinów już zaraz! I co, Iwonek będzie miał 40 lat i nie będzie mógł zadbać w imię miłego sierdzia, bo mutualita uzna, że za starzy i nieprzydatni? Bo mnie to już tu pewnie wtedy nie będzie...
Trudno, rozkładają ręce specjaliści od racjonalizacji. Trudno. Szpitale to też biznes. Ana Martin wyczytała w tych swoich książkach, że w Szwecji już dawno wszystko wycenili na opłacalne i nieopłacalne. W Polsce też, przecież tiwi oglądam, to wiem, że zaćma słabo wyceniana, a opercja serca już lepiej. Sama nie wiem, co gorsze, wiedzieć, na co zachorować, czy nie? Bo jak zachoruję na coś nieopłacalnego zupełnie?
Ana pociesza mnie, że jak zostanę w Belgii, może nie będzie tak źle. Tu szwedzko-amerykańskie wzory na razie się słabo przyjmują. Jest jakaś solidarność, w szczątkach podobno, ale na mizerykordię dla nas, młodych, jeszcze wystarczy. Drżę za to o Iwonka, bo na jego pokolenie, to już pewnie tych dobrych uniesień serc nie starczy. A mówili, że nia wolności bez solidarności.
Nie przypuszczałam nawet, że po belgijsku to się będzie nazywać całkowicie podobnie, ale okazało się, że większość liter wzięli sobie zapożyczyli z naszego alfabetu, coś tam usunęli, jak ł całkowicie tu nieznane w pisowni, bo w wymowie już jednakże atakujące, począwszy od łi, a kończąc na purkła i pa, ale ogólnie oceńcie sami: mizerykordia. No jak po polsku właściwie.
Chyba po łacinie prędzej, śmieje się Roman. Gdzieżeś to zasłyszała, pyta. Wyczytałam i na głos odczytałam. W pełnym oburzeniu. Miłosierdzie się we mnie bowiem zagotowało na takie bezeceństwa, co tam po tym artykule hulały. I to wszystko w miesiącu maju, gdy słowik śpiewa i serca się wznoszą ku górze. Też na staropolskim było. A u jednej koleżanki Any to wzniósł się nawet słownik. Oraz zrelaksował na balkonie. Mimo że zimno.
Ja jednak chciałam o miłosierdziu, a głównie jego braku. Bo włosy dęba stanęły, jak to przeczytałam ze zrozumieniem, nawet u Romana, który ich przecież za dużo nie ma. A nawet w ogóle. Może i dobrze, szok mniejszy. A jest się czego bać! Otóż przepytano losowo wybranych Belgów w liczbie 2200, co też oni sądzą na okoliczność leczenia swoich własnych staruszków. Starych według nowych norm, gdy starość zaczyna się nie po 40., jak kiedyś, co by już powoli groziło Romanowi, lecz według nowej normy UE około 80. Tu nawet normę zawyżyli, bo pytanie brzmiało: czy dasz kaskę na sztuczne serce dla kogoś powyżej 85. roku życia. Drugie pytanie: czy dasz 50 tys. ojro, by wydłużyć życie staruszka o 2 miesiąca. Ile serce kosztuje, nie wiem, ale takie sierdzie na pewno ne jest tanie. A miłosierdzie mogłoby.
No i nadeszła odpowiedź: 30% kaski nie da. Na sierdzie. A 50%- na te dwa miesiące. I to nie, że z własnej kieszeni, ale z kieszeni państwa, co rozdaje pieniądze szpitalom w akcji zwanej mutualite. Niewielu chce też sfinansować utrzymywanie staruszków w śpiączce, nie mówiąc o ochotnikach na płacenie za raki skóry, jelit itp. Trudno : było się opalać? palić? jeść golonki i bigosy? to macie! Za swoje. Za nasze y wasze.
Nie to, bym ja uważała, że moja mutualita, co mi to ją Martinowie opłacają za mój niedarmowy kołczerfing, miała być od razu przeznaczona na tych, co to się nie pilnują zupełnie. Ale jakoś mi się tak strasznie zrobiło, jak przeczytałam o tych staruszkach. Toż to u Martinów już zaraz! I co, Iwonek będzie miał 40 lat i nie będzie mógł zadbać w imię miłego sierdzia, bo mutualita uzna, że za starzy i nieprzydatni? Bo mnie to już tu pewnie wtedy nie będzie...
Trudno, rozkładają ręce specjaliści od racjonalizacji. Trudno. Szpitale to też biznes. Ana Martin wyczytała w tych swoich książkach, że w Szwecji już dawno wszystko wycenili na opłacalne i nieopłacalne. W Polsce też, przecież tiwi oglądam, to wiem, że zaćma słabo wyceniana, a opercja serca już lepiej. Sama nie wiem, co gorsze, wiedzieć, na co zachorować, czy nie? Bo jak zachoruję na coś nieopłacalnego zupełnie?
Ana pociesza mnie, że jak zostanę w Belgii, może nie będzie tak źle. Tu szwedzko-amerykańskie wzory na razie się słabo przyjmują. Jest jakaś solidarność, w szczątkach podobno, ale na mizerykordię dla nas, młodych, jeszcze wystarczy. Drżę za to o Iwonka, bo na jego pokolenie, to już pewnie tych dobrych uniesień serc nie starczy. A mówili, że nia wolności bez solidarności.
Tuesday, 13 May 2014
(182) ksenia gapa, czyli JP 2 po latach
Biję się w piersi, na kolanach idę, bo się całkiem zagapiłam. Słońce mnie oślepiło normalnie i to, co żem już sobie z dawien dawna przygotowała, poprawiła, sprawdziła, itepe, dopiero tu, na wywczasie z Martinami, co go koło Afryki odbywamy, choć ja mam swoje podejrzenia, że to Europa chyba albo Azja, bo wszyscy biali na leżakach, żem właśnie odnalazła w brudnopisie. Wstyd! Wina nie piję, spać chodzę wcześniej, bo różnica czasowa, nawet kalendarzowa: weekend niby majowy długi, a z polskim nijak się nie pokrywa. Więc ani chyba to znak jednak z góry gdzieś, że właśnie trafiłam na swoje przemyślenia sprzed 27. Jakiego 27? No przecież kwietnia. Już wiecie, co? Ci z jotpedwa na pewno.
Wklejam w czasie zwanym przyszłością, bo słońce mi przygrzało, obojętne jakie, fakt, że myśleć ciężko, a jeszcze moja wina moja wina mi ciąży. O-o. Miało być tak:
-------------------------------
Każdy ma szansę na poprawę i dlatego nikogo nie będę tu skreślać z góry jednym ruchem pióra. Nawet tych największych grzeszników i największe rekiny biznesu. Czy rekinów? To się nazywa rehabilitacja, dopytałam Any.
W marcu informowałam, że w kinepolis takim jednym naszym brukselskim, bo to poza Sanżilem leży, przynajmniej według mapy, zrobili sobie kogoś w balona, to znaczy zasadzili się na naiwnych, którzy chcieliby sobie, jak głosi reklama, pooglądać filmy bez chrup chrup kukurydzy. Można, ale to kosztuje. O czym piszą już małym drukiem, licząc, że jak już kiedyś dojedzie na to pustkowie pozasanżilowskie, kierowany marzeniem o niechrupaniu w czasie seansu, to już nie będzie mu się opłacało wracać, to i zapłaci.
Chyba całkiem się udaje ta taktyka. Jakiś grosz musiał się w międzyczasie zebrać, skoro kinepolis właśnie ogłosiło, że oto zaprasza za całkowite zero ojro, darmochę serio, 400 osób. Nie do Brukseli co prawda, ale na wycieczkę do Anwersy, Antwerpii po polsku podobno. I to z jakiej okazji!
Naszej, polskiej, podpowiem. Lokalnej, choć jednak i o wymiarze europejsko-światowym. No wiem, nie tak łatwo zgadnąć, nie co dzień tu w końcu Polaków na Sanżilu fetują, a i my sami dla siebie jacyś tacy wilk wilkiem, więc może podpowiem raz jeszcze. Chodzi o przeżycie pokoleniowe. Moje niby, choć Ana wykłóca się, że po pierwsze czegoś takiego nie było, a po drugie to odnosi się do starszych. Jak ona? No jasne, jotpedwa. No jasne, święci się coś. No tak. Kanonizacja za pasem. I dlatego dojdzie do rehabilitacji wskutek kanonizacji. Dwa mądre słowa w jednym dniu. Zrządzeniem losu albo boskim prawem.
Na ekranie się to odbędzie. Tu u nas. Nie wiem, dlaczego akurat w Belgii, czy w tym Rzymie to już naprawdę nikt nie zostaje na weekendy, że potrzebują jeszcze gapiów za granicą, ale co ja się tam znam na kanonizacjach w końcu.
Watykan, nie Rzym, Ksenia. Watykan nakazał, to biskup lokalny usłuchał. I tu do akcji wkracza właśnie kinepolis. Chyba nieźle nagrzeszyli, skoro od razu podchwycili na ten pomysł. Którym grzechem? Chyba chciwością, a kukurydza tu nie bez winy. Ale dla nas to dobrze. Nas, Polaków. Czeka na nas 400 darmowych miejsc w kinie, i to bez popkornu! Bo doprawdy byłoby dziwne oglądanie tego, znaczy się niby nie tylko dla nas, ale skoro jotpedwa to sprawa polska, to i zdziwiłoby mnie, gdybyśmy nie mogli wejść większą grupą.
Trzeba się będzie zorganizować, by szybko zajmować miejsca. Proponuję coś na kształt wycieczki szkolnej, z kierownikiem koniecznie, bo na miejscu trzeba być już o 10, znaczy zbiórka bladym świtem. Potem sprawdzenie, czy wszyscy mają okulary. Po co? Mam niespodziankę, to dopiero hit! Najlepsze zostawiłam na koniec! Jotpedwa będzie można oglądać w trzyde!
Ana mądrzy się, że to trzeba mieć specjalne okulary jednak, i tu chyba kinepolis liczy jednak na jakiś zarobek z polskiej kieszeni, bo założę się, że wśród 400 osób znajdzie się ktoś, kto jednak spróbuje oglądać jotpedwa i to, co się będzie działo na ekranie, przez normalne szkło. Nie zdziwiłoby mnie nawet, jakbym to była ja. Na przekór losowi i boskim prawom. Najwyżej będę liczyła na cud. Podobna okazja długo się nie powtórzy.
-----
I wszystko stracone przez zwykłe gapiostwo. Zamiast do Anwersy - siedzę w Afryce. O ile to Afryka oczywiście. Wstyd wina i jotpenic.
Wklejam w czasie zwanym przyszłością, bo słońce mi przygrzało, obojętne jakie, fakt, że myśleć ciężko, a jeszcze moja wina moja wina mi ciąży. O-o. Miało być tak:
-------------------------------
Każdy ma szansę na poprawę i dlatego nikogo nie będę tu skreślać z góry jednym ruchem pióra. Nawet tych największych grzeszników i największe rekiny biznesu. Czy rekinów? To się nazywa rehabilitacja, dopytałam Any.
W marcu informowałam, że w kinepolis takim jednym naszym brukselskim, bo to poza Sanżilem leży, przynajmniej według mapy, zrobili sobie kogoś w balona, to znaczy zasadzili się na naiwnych, którzy chcieliby sobie, jak głosi reklama, pooglądać filmy bez chrup chrup kukurydzy. Można, ale to kosztuje. O czym piszą już małym drukiem, licząc, że jak już kiedyś dojedzie na to pustkowie pozasanżilowskie, kierowany marzeniem o niechrupaniu w czasie seansu, to już nie będzie mu się opłacało wracać, to i zapłaci.
Chyba całkiem się udaje ta taktyka. Jakiś grosz musiał się w międzyczasie zebrać, skoro kinepolis właśnie ogłosiło, że oto zaprasza za całkowite zero ojro, darmochę serio, 400 osób. Nie do Brukseli co prawda, ale na wycieczkę do Anwersy, Antwerpii po polsku podobno. I to z jakiej okazji!
Naszej, polskiej, podpowiem. Lokalnej, choć jednak i o wymiarze europejsko-światowym. No wiem, nie tak łatwo zgadnąć, nie co dzień tu w końcu Polaków na Sanżilu fetują, a i my sami dla siebie jacyś tacy wilk wilkiem, więc może podpowiem raz jeszcze. Chodzi o przeżycie pokoleniowe. Moje niby, choć Ana wykłóca się, że po pierwsze czegoś takiego nie było, a po drugie to odnosi się do starszych. Jak ona? No jasne, jotpedwa. No jasne, święci się coś. No tak. Kanonizacja za pasem. I dlatego dojdzie do rehabilitacji wskutek kanonizacji. Dwa mądre słowa w jednym dniu. Zrządzeniem losu albo boskim prawem.
Na ekranie się to odbędzie. Tu u nas. Nie wiem, dlaczego akurat w Belgii, czy w tym Rzymie to już naprawdę nikt nie zostaje na weekendy, że potrzebują jeszcze gapiów za granicą, ale co ja się tam znam na kanonizacjach w końcu.
Watykan, nie Rzym, Ksenia. Watykan nakazał, to biskup lokalny usłuchał. I tu do akcji wkracza właśnie kinepolis. Chyba nieźle nagrzeszyli, skoro od razu podchwycili na ten pomysł. Którym grzechem? Chyba chciwością, a kukurydza tu nie bez winy. Ale dla nas to dobrze. Nas, Polaków. Czeka na nas 400 darmowych miejsc w kinie, i to bez popkornu! Bo doprawdy byłoby dziwne oglądanie tego, znaczy się niby nie tylko dla nas, ale skoro jotpedwa to sprawa polska, to i zdziwiłoby mnie, gdybyśmy nie mogli wejść większą grupą.
Trzeba się będzie zorganizować, by szybko zajmować miejsca. Proponuję coś na kształt wycieczki szkolnej, z kierownikiem koniecznie, bo na miejscu trzeba być już o 10, znaczy zbiórka bladym świtem. Potem sprawdzenie, czy wszyscy mają okulary. Po co? Mam niespodziankę, to dopiero hit! Najlepsze zostawiłam na koniec! Jotpedwa będzie można oglądać w trzyde!
Ana mądrzy się, że to trzeba mieć specjalne okulary jednak, i tu chyba kinepolis liczy jednak na jakiś zarobek z polskiej kieszeni, bo założę się, że wśród 400 osób znajdzie się ktoś, kto jednak spróbuje oglądać jotpedwa i to, co się będzie działo na ekranie, przez normalne szkło. Nie zdziwiłoby mnie nawet, jakbym to była ja. Na przekór losowi i boskim prawom. Najwyżej będę liczyła na cud. Podobna okazja długo się nie powtórzy.
-----
I wszystko stracone przez zwykłe gapiostwo. Zamiast do Anwersy - siedzę w Afryce. O ile to Afryka oczywiście. Wstyd wina i jotpenic.
Subscribe to:
Posts (Atom)