Wednesday, 8 October 2014

(211) karol ostrożny

Wstaję dziś rano, czyli głęboką brukselską nocą. Siódma była, bośmy przysnęli przy tej pełni księżyca, w tym dwuletni budzik. Rozglądam się, patrzę: ciemno, wietrznie, deszczowo. Nic nowego. Schodzę na dół. Spoglądam na wycieraczkę, tam gazeta. I szok! Na gazecie napis: historyczny dzień!
Spanikowałam, żem znów jak to dziecko we mgle, mimo że dzieckiem we mgle to u nas kto inny ewentualnie mógłby być, a mgła też nie występuje, bo tonie w deszczu. Ale głupio jakoś, bo niby taka sobie październikowa środa, a tu święto. Historyczne do tego. W Polsce byłby z tego patriotyczny iwent, może nawet jakiś biskup lub arcy by się wypowiedział, a tu tę rolę przejął le soir. To i czytam.
Czytam, sylabizuję, na głos, w duchu i nijak nie widzę, o co chodzi z tą całą historią. Na okładce jakiś łysawy w okularach. Obcięty podobnie jak Roman. Podobny natomiast do tego, co kiedyś zasiadał na szczytach na komisji, tej samej, co tam Roman robi, widocznie taki fryz tam obowiązuje, ale jakiś młodszy i chyba jednak tutejszy. Oglądam go sobie z prawa i lewa i jednak nie znam, więc na pewno nie z Sanżila. Pogubić się można zupełnie w tych dzielnicach brukselskich, skaranie boskie.
To nasz nowy premier Ksenia, obwieszcza Ana Martin. Nasz? Nie, nie nasz polski, nasz belgijski. I waloński, i flamandzki, i jeszcze mniejszości niemieckiej. Już po pół roku udało im się dogadać w tzw. szwedzkiej koalicji, nazwanej tak też nie wiadomo dlaczego, moim skromnym niepolitycznym okiem, kątempluje złośliwie i znika.
Pokażcie mi go, w świetle lampy Roman nawet podobny do tego na zdjęciu, ho ho, daleko zajdzie, kiedyś się będę jeszcze chwialiła takimi znajomościami. Szarl MArtin, mówi Roman. Jak nasza Ana MArtin. Ano. Ale nie Ana, tylko Karol. Charles w pisowni miejscowej; niezależnie od języka nawet, bo to z chrztu przecież, ze zrozumieniem kiwam głową. No ale że ma 38 lat, to nie wiedziałem. Brawo! idzie nowe.
No fakt, ze zdjęcia na 38 lat to on nie wygląda, ale cóż. Albo masz w głowie, albo w twarzy. Albo nigdzie, dodaje Ana. A ten w głowie ma, dopytuję? podobno ma, wynika z tego entuzjastycznego opisu. Że młody i ambitny, ale miły. Najmłodszy premier od 1841 roku! No tak, z tym że wtedy to był w wieku starca, a teraz jest młodziakiem, śmiejemy się. Optymista. Ale nie za bardzo jednak, wtrąca Ana, bo tu ktoś komentuje, że to zimnokrwiste zwierzę. Pewnie ktoś nieżyczliwy, z zawiści, że mu lub jej się nie udało wskoczyć na świecznik. A jakiś inny ktoś chce wiedzieć, kim on jest jako człowiek. Sur le plan humain, tak to ładnie ujęli po belgijsku,  a ja przepisałam.
To już wyjdzie pewnie w praniu, prognozuje Roman. Ma przydomek ostrożny, to na pewno szybko się nie sparzy. Poza tym nie może sobie na to pozwolić, i kraj też nie, bo przecież tu przez wiecej czasu ogólnie premiera nie ma, niż jest, to i będą naciski, by się jednak aż tak nie wyróżniać na tzw. arenie międzynarodowej,a raczej stapiać w szarości. Garniturów i premierów. Choć na zdjęciu w ładnym, granatowym pozytywnym, jak na optymistę przystało.
Na razie mówią, że Karol nie za dobrze wypada w mediach, ale i tak ma przewagę nad poprzednim Eliem, bo Elio przypominał wielu osobom stewardessę: cały czas mówił to samo, dostrzega na kolejnej stronie taką ciekawostkę Ana. I do tego w jednym języku gadał, co tu się mało komu podoba, bo w cenie jest jednak znajomość trzech dialektów, nie tylko belgijskiego. W samolocie też zawsze mówią w kilku, wiem, bo leciałam. Ale nie sądzę, by temu Eliemu groziła praca w rajanie, co?
Pewnie nie, potwierdza Roman. A i z Karolem źle nam nie będzie. Już nigdy nie spadnie, co, mówię, bo wiem, co w Polsce A i B się dzieje, więc i na Sanżilu pewnie podobnie. Zobaczymy. La fonction fait l'homme, że przepiszę jeszcze jeden cytat. Funkcja czyni człowieka. No proszę, a ja myślałam, że ubranie?
Szata, jeśli już, protestuje Ana.
Tylko jedno mnie nieco niepokoi, ale to w kątekście abewu i cebeeś. Mówią, piszą, że 27 czerwca Karol został informatorem. I że to dzięki temu jest dziś, gdzie jest. 
Czyim? Kogo? Sąsiada wielkiego, nie Belgii, lecz Polski? Jak to się może skończyć?


Monday, 6 October 2014

(210) lotto

Październik miesiącem oszczędzania, przypomniała ostatnio hasło ze swojej podstawówkowej młodości Ana Martin, gdy okazało się, że oto mija 10 lat, jak każdy z Belgów, oraz nie-Belgów, za to miejscowych, w tym ja, bardzo łatwo może zostać milionerem. I to bez teleturnieju.
Nawet nie wiedziałam, że lotto oferuje takie same możliwości jak telewizja. Co ty Ksenia, jak to takie same, o wiele większe! protestuje Ana. Wiesz, ile wyniosła najwyższa wygrana w ciągu tych 10 lat? 190 milionów. Złotych? Naprawdę? Jakich złotych, jak. Złote to były w totolotku w 20. wieku. Euro! Wszystko przez tę zagranicę, no tak. Zapomniałam, gdzie ja żyję. Czyli na Sanżilu.
Olala, jakby powiedział Iwonek. Faktycznie, nie będę się upierać, że w telewizji to dopiero można się obłowić. 190 całych milionów ojro, toż to nie zmieści się na jednym koncie chyba, bo o portfelu, nawet takim z akcjami, bo takie pojęcie ze świata finansów ostatnio obiło mi się o uszy, to nawet nie ma co marzyć, by tam taką forsę upchnąć. Trochę mniej tego wyszło po podatkach Ksenia, mówi Roman, pewnie ze 100 milionów, bo to w Anglii, ale i tak ciężko byłoby gdziekolwiek pomieścić, fakt, zgadzam się. No ale przede wszystkim: co z tym zrobić?
Już ze 100 milionami naszych złotych, w nowszych czasach peelen, byłoby ciężko, moim zdaniem, a jeszcze wieźć te ojro do kantorka, wyjmować z jednej walizki, wsadzać do drugiej, pewnie większej, bo kurs za Ewy pewnie jak za Donalda, czyli około czwórki, jeśli się nie mylę? Tak stało na cepeenie w Białymstoku, jak żeśmy się zatrzymali na tankowanie. Co daje 4 walizki na 100 milionów ojro. Komu by się to chciało nosić, tym bardziej, że wygląda to podejrzanie i źle można skończyć przy okazji.
No ale przecież ktoś gra i wygrywa, Ksenia, mówi Ana. Żeby to ktoś, Ana! Miliony ktosiów. Proszę, oto statystyki z okazji dziesięciolecia: najwięcej uczestników obstawia co tydzień w Wielkiej Brytanii: 25%. Potem Francja: 22. Hiszpania z 19 na 3. miejscu, Belgia gdzieś w tyle, ale i tak 7%. Tak się to rozkłada. Pieniądze pochodzą z 9 krajów. Zaraz zaraz, pytam, ale skoro 7% z Belgii, czy to znaczy, że mieszkając na Sanżilu automatycznie mogę mniej i rzadziej wygrać? 
Nie, to chyba nie tak, próbuje prostować Ana; nie znam się za dobrze na rachunku prawdopodobieństwa, ale to nie ma chyba nic do rzeczy, mówi niepewnym głosem. Pewnie, że nie, tłumaczy Roman. Patrz, oto największe wygrane Belgów, nie to, że u nas za rogiem, ale blisko, nie dalej niż 100 kilometrów autostradą. Po kolei: 100 milionów - 93,68 - 79. Przed podatkiem oczywiście, czyli podzielmy przed 2.  Ja bym się tam nie pogniewał, jakbym nagle się dowiedział, że dobrze zakreśliłem i tyle się należy.
Przede wszystkim musiałbyś kupić kupon i faktycznie zakreślić, to na dobry początek, uściślijmy, uściśla właśnie Ana. Jakoś brak u nas na Sanżilu żyłki do hazardu, a szkoda, jak widać. Może nowe pokolenie da się namówić, zastanawiam się na głos? E tam, po co, krzywi się Ana. Ludzie dostają małpiego rozumu i szaleją. Skąd inaczej uzbieraliby te gwarantowane 15 milionów, co to co tydzień przeznaczają na nagrody? Tylko z wpłat częściowo oszalałych, co to myślą, że w tym tygodniu to już na pewno zgarną...a potem znów nie.
I tak się to gromadzi, mówi dalej. Podobno, jak przez kilka tygodni nie padnie wygrana i ogłaszają, że do wzięcia jest 70 milionów, zaczynają grać ci, co na co dzień nie chcą. Czyli ja, uśmiecha się Roman.
Bo ktoś je zgarnia czasami jednak, przyznajmy. Sama widzę, że w ciągu 10 lat - 344 osoby wzbogaciły się łącznie o 26... miliardów? Dobrze widzę? Dobrze Ksenia. To więcej, niż 100 milionów, upewniam się? Znacznie więcej. Niewyobrażalnie więcej, wydyma wargi Ana, mająca widać w pogardzie takie ojro wielkie, choć ja ją znam i pewnie by nie pogardziła jakimś ułamkiem dziesiętnym lub tysięcznym z tej sumy. 
Kto by się zresztą oparł? Choć szansa faktycznie niewielka. Ktoś wyliczył, nie wiem, jakim cudem, że to, uwaga: 1 do 116 531 800. Jak to przeczytać  - nie moja w tym głowa. Gorzej, że nie wiem też, jak wygrać, choć w październiku, miesiącu oszczędzania w SKO, powinno być łatwiej. A Roman tylko przypomina, że100 mln włożone na 2% daje 166 tysięcy odsetków na miesiąc. Można żyć. 

Thursday, 2 October 2014

(209) ciąża

Już dawno temu przyjęłam to na klatę i dla świętego spokoju godzę się, że na Sanżilu wiele rzeczy po prostu wygląda inaczej niż w Polsce A lub B, i próżny trud, walczyć z tym nie będę, ale trzymajcie mnie: mężczyźni w ciąży? 
To przynajmniej wynika ze słów Romana, wypowiedzianych znad porannej gazety. No zaszedł w ciążę taki jeden, tak powiedział se na luzie, pijąc kawę zresztą. Cionży, podchwycił radośnie Iwonek. O o, zainteresowała się Ana. Boże mój, co za rodzina. I ja w środku na dokładkę jako ta niby rozumiejąca wszystko, co inne multikulti.
Nie, na szczęście nie u nas ten dżender się rozlał bezpośrednio, znaczy się nie na naszej dzielnicy, ani nawet w całej Brukseli i stolicy Belgii nie, tylko trochę dalej, u tych co tym drugim akcentem mówią, ale sprawa nie jest przez to o wiele prostsza, może tylko odległa geologicznie: u jednego 23-latka wykryto właśnie to coś, co ma w sobie właśnie Ana Martin i jej podobne z brzuchem. Hacegie. Brzmi okropnie, co?
Nie ma wyjścia, już do końca dnia muszę dziś lecieć dżenderem: hacegie, a nawet krócej, hcg, to hormon. Ana mnie uspokoiła, że to nie sztuczne, nie mrożone i nie przeciwko inwitro, jak się w Łapach naczytałam w wakacje, tylko całkowicie naturalne, a mianowicie produkowane przez płód. Hormon hcg pojawia się w organizmie w czasie ciąży. U kobiet. Tylko.
Albo tylko się mi wydawało, że tylko u kobiet, bo właśnie okazało się, że ten 23-latek też go w sobie ma. Chłopak młody w sumie, na dzieci za wcześnie, nie mówiąc o porodach. W czasie kontroli to wyszło, prostuje Roman, on tam wcale się do tego nie przyznawał. No, tego by jeszcze brakowało, by latał na ploty po sąsiedztwie i językiem mielił! Zwariował ten Roman chyba nieco, na podobieństwo Any, co za rodzina i ja w środku, o rany doprawdy, myślę sobie w cichości ducha. 
Ale co mi tam, będę tolerancyjna i nic mi niestraszne, słucham dalej: ten ktoś jest sportowcem. W całkiem trudnej dyscyplinie, mianowicie 10 sportach naraz. Dziesięcioboju. Sukcesy odnosi, wygrywa najprzeróżniejsze tytuły w rodzaju nadzieja roku, młody sportowiec roku itp. Jeździ i jeździ po tych zawodach, to i go kontrolują. I w czasie takiej kontroli właśnie wyszło, że niby jest w ciąży.
Oj, to na żarty powiedziane, wyszła nie ciąża, lecz obecność hormonu hcg, wyjaśnia Ana. Nielegalna i zabroniona. Dlaczego? Bo ten hormon podnosi wydolność organizmu, tłumaczy Ana, choć niektórzy, jak ja, odczuwają wręcz przeciwne skutki, śmieje się. No ale teoretycznie ciało staje się silniejsze. Dlatego na wyścigi biorą go kulturyści, może nie bezpośrednio, ale w sterydach. Inni sportowcy też próbują, ale namnożyło się kontroli antydopingowych, to im trudniej ostatnio. 
A ten młody to co? Nic, mówi, że błąd, że to na pewno nie on, a poza tym nic nie brał, dozwolonego czy nie. Jak to zawsze w takich przypadkach, wzrusza ramionami Roman. Ale jest w tej ciąży, czy nie, dopytuję. Chyba raczej nie Ksenia, bo jak? Gdzie by mu się to dziecko zmieściło? - czuję, że Ana mnie podpuszcza. Dodam, ciągnie, że jego trenerzy itepe starają się go ratować, opowiadając o chorobie. Bo hacegie pojawia się też przy raku. Ojej, biedak.
Nie ma co go żałować na razie, Ksenia, to pewnie jednak nielegalne zastrzyki i zostanie zawieszony. Na szczęście bez raka. Odczeka swoje, potrenuje w cichości, może nabierze rozumu i wróci. Nie on pierwszy. A jak nie, to ciekawym, jak z tego wybrnie, zastanawia się Roman. 
Hmm. Ja osobiście na dzień dzisiejszy wiem już, że zajmę się bliżej tym tematem. Choćby dlatego, by uchronić ojczyznę. Bo w marcu ten 23-latek przemknął przez Sopot. Ana potwierdza, że to w Polsce. Medal nawet mu dali, brązowy co prawda, ale zawsze! Wstyd taki, że naprawdę, ale w Polsce faktycznie gazet stąd nie ma, to i jak mogli wiedzieć, kogo wpuszczają? Moja w tym głowa jednak, by ostrzec kogo trzeba. Dobrze, że na walkę z dżenderem czy to w Polsce A, czy B, zawsze znajdą się chętni.


Monday, 29 September 2014

(208) gruszki

Na wierzbie te gruszki tytułowe mogłyby być, czemu nie, przysłowia mądrością narodu, w tym polskiego, gdyby nie szczegół: ich ilość. 120 tysięcy, i to nie kilo, tylko ten tam, no, ton. To dużo więcej, jak twierdzi Ana. I spadły one nam na głowę.
Niedosłownie oczywiście spadły, to czysta przenośnia, tak jak w tym przysłowiu zacytowanym powyżej. I nie spadły, tylko są spadem pozostawionym na Sanżilu przez wielką politykę. Taką, co się rozgrywa na światowych salonach w mocarstwach, czyli prawie u nas, w Brukseli tysiąc, gdzie już polska królewna, a niedługo także polska funkcja prawie króla. Ale o tym w swoim czasie. Na razie te gruszki, bo sprawa jest paląca. Dojrzały w końcu już dobre kilka tygodni temu, już dawno miały być z tym mocarstwie, co to na wschód nawet od Łap, tymczasem klops! Mocarstwo zamknęło swój rynek. Podwoje bym kiedyś napisała, mając na myśli drzwi, ale to chyba za mało, jak na tyle ton. Tylko rynek to udźwignie, a tak w ogóle to jego niewidzialna ręka. Lub choćby przyszło tysiąc atletów ewentualnie.
Klops z klapsami, uśmiecha się Ana. Faktycznie, Belgia ma problem, Polska ma problem, a największy gruszki, bo leżakują i się marnują. Nie marynują, tylko gniją, no chyba że w chłodniach. Nie tylko klapsy, ale i williamsy, paryżanki, mimo że z Sanżila lub spod, triumfy jakiegoś tam packhama, bez błędów - klnę się - zapisałam, komisówki i konferencje. Z wielkiej miało być, ale opuszczam, bom pod wrażeniem tego, co właśnie wyczytałam: te wszystkie grusze i gruszki zapylają siebie nawzajem. To znaczy niektóre lepiej się krzyżują, niektóre gorzej, ale ogólnie sodomiaigomoria i wcale się nie dziwię, że mocarstwo na wschodzie zamknęło swoje podwójne drzwi przed taką zarazą. Sama sprawdzę, czy u nas w ogrodzie się coś nie zalęgło!
Nie ma się czego bać, Ksenia, ale wymyślasz. Pomyśl, jakby to było nieco odstające od normy, gruszek w Polsce nikt by nie uświadczył, tylko spalił w ogniu piekielnym razem z inwitro i tym drugim na a. In vitro się pisze. A tak, to natura, samo życie. W Polsce to dopiero tych niewykorzystanych, niezjedzonych gruszek zostanie zresztą. Klęska narodowa, można powiedzieć. Urodzaju też zarazem, dodam od siebie.
Bo też ile tych ciast o nazwie latart można robić i ile gruszek mogą przerobić żłobkowicze? Z tonę może, ale 120 tysięcy? Nawet jeśli w tym roku, z powodu zamknięcia drzwi, dostają je prawie za darmo, to i zdrowie skorzysta. Pod warunkiem oczywiście, że je zjedzą, ale podobno jedzą, bo od siebie odgapiają, co tylko cieszy tych i te, którym dotąd nie udało się wepchnąć w żłobkowicza żadnego owocu, nawet ukrytego pod nazwą " inny makaron". Są plusy, narysowane chyba niewidzialną ręką rynku zresztą. 
A tak w ogóle, to nic się pewnie nie zmarnuje, mówi Roman, bo te ponad 119 tys. ton, co nie zjedzą ich na wschodzie, zjedzą na wschodzie dalszym, czyli w Chinach. Już sobie ostrzą zęby na nie, i na nasze polskie jabłka zresztą też. Nic w przyrodzie nie ginie, wzrusza ramionami Ana. Gazety miały o czym pisać, a komisja u Romana debatować, ciągnie. W tej całej aferze jedno mi się podoba: belgijskie hasło akcji jedzenia owoców. Uwaga, Ksenia, tu masz i spisuj: ne laissez pas tomber les fruits belges. Fajna gra słów. Nie dajcie zginąć belgijskim owocom. Nie opuszczajcie ich i nie pozwólcie im spaść zarazem.
Co za intelektualna inteligencja, prawda święta. kręcę głową z podziwem. Niektórzy to potrafią! Chyba od tych witamin tacy mądrzy, co się tam w tych gruszkach dawno pokrzyżowały. Aż strach się bać, co wyrośnie z naszych nagruszkowanych na całego żłobkowiczów. Toż to będzie pokolenie nie do ogarnięcia. 

Friday, 19 September 2014

(207) maratonga

Jeszcze się nawet nie zdążyłam dowiedzieć, czy ułefa nas w sensie Sanżila wybrała, a tu już pędem nadciąga nowy sport. I to jakim! Sprintem maratońskim.
Ana Martin dziwi się nawet, że dotąd jeszcze nic nie napisałam o bieganiu. Przecież wszyscy wokół gnają. No tak, nowoczesne życie tego od nas wymaga, jak piszą kołcze i terapeuci w twoichstylachpanizwierciadle, wzdychając, choć tak naprawdę nie mają co narzekać, bo dzięki temu pędowi oni mają na chleb. I nie tylko, ho ho, te suwy i inne mercole to niby skąd. Na firmę, powiedzą. No tak, doradczą, jak sobie radzić ze stresem powstałym z pędu.
Ale swoją drogą to faktycznie ciekawe, że wielu znajomych Any, a Romana jeszcze bardziej, wiadomo, wysokie progi komisariatu, zamiast zwolnić, przynajmniej w weekend - wtedy gnają jeszcze bardziej. Dosłownie. Biegają na wyścigi, można by powiedzieć, gdyby to faktycznie były wyścigi, a nie takie dreptanie w miejscu. Dla zdrowia. 
No, kołczem nie jestem, ani nawet nie trenerem osobistym, ale według mnie ze zdrowiem to bieganie ma najmniej wspólnego. Tu kolano, tu kostka, tu mięsień, tu łękotka. O ile na tym się kończy. Gorzej na tym wychodzą, niż siedząc w biurze, albo leżąc w łóżku, szczególnie gdy to ten weekend, akurat ten jeden, gdy dzieci śpią. Mówię o innych, bo u nas nie śpią, więc i tak ganiamy, z tym że po pięterkach.
Niektórym nie wystarczają już parki i ulice, za mało, za krótko. Ba - są tacy, co o im za mało triatlonu, co podobno pochodzi od słowa trzy w obcym języku i oznacza trzy sporty na raz: na mokro, na rowerze i w pędzie. Jakieś niesamowite wielokilometrowe dystanse, ale i tak słychać: mało! Za łatwo! cały dzień w sporcie to za mało! chcemy miesiąca! Roman mówił, że modne jest żelastwo, czyli triatlon, sam w sobie potrójny z natury, jeszcze raz przemnożony przez trzy. Czy w Krakowie. Nie moja sprawa, ile to wychodzi i jak to boli, jedno pewne - dużo i bardzo.
Owszem,w  tym zakresie charakteryzuję się skromnością i brakiem wyników, podobnie zresztą jak Ana Martin i nieco mniej, ale też bez wielkich dystansowych sukcesów - Roman. Żyjemy sobie nie to, żeby bez pędu, ale za to nie musimy być pierwsi. Ana jeszcze bardziej niż biegom nie ufa kołczom. Sama siebie trenuje, taka zdolniacha.
Ale temat jest i tak gorący, jak ten wrzesień, czego dowodem ostatnio powstałe zapotrzebowanie na określenie kobiety, która biega maratony. Bo jednak w naszym domu nikomu nie przejdzie przez usta, że jest ona maratończykiem. Padła propozycja - maratonka. Ale taka to sobie wszędzie może mieszkać. I wtedy Anę olśniło - maratonga! Bo z Matongi. Matonge po lokalnemu, tzn. po ikselowemu, bo tam leży, nie na terenie sanżilowskim. Matonge czy Matongę oni u siebie mają, a koloru jest ona tego, co chyba największe gwiazdy maratonu. I maratongu.
Teraz powstała z kolei kwestia, jak to wprowadzić w użycie, by te spośród kobiet, które biegają, by być silniejsze po męsku, zechciały stosować tę nazwę. I nie bać się jej i nie gnać od razu na terapię, tym bardziej, że terminy wykupione na rok do przodu. 
I tu Ana szybko sprintem zaraz wymyśliła. Na szczęście w komisji będzie zasiadać jedna Polka, co lubi straszne słowo na f. Ana podobno idzie na zebranie z nią, na którym mają dyskutować, jakby tu nie bać się tego słowa, no wiecie którego. By biegać sobie, gdzie kto chce, a nie od razu w rytmie na rekord. Aby Polka była feministką. I maratongą.



Thursday, 18 September 2014

(206) ułefa

Okazuje się, że ja sobie tak tu żyję na tym naszym Sanżilu, jak gdyby nic się wokół nie działo, nosa nie wyściubiam, tylko żłobek - dom, dom - żłobek, a tu już jutro zapadną decyzje mające zmienić Brukselę na dobre! 
Ana Martin twierdzi co prawda, że nadal nic ważnego się nie dzieje i nie ma się co tak podniecać, jak to się mówiło w podstawówce, a chwilami nawet w gimnazjum, ale ja już swoje wiem. Skoro wziął się za nas świat piłki nożnej, na pewno oznacza to zmianę. Na gorsze, jeśli już, mruczy Ana, ale ja sądzę, że nie ma co dzielić skóry na stadionie, skoro go jeszcze nie wybudowali, a międzynarodowym zainteresowaniem można się cieszyć już dziś. Nie na co dzień zdarza się, by w Genowie przez fał, co to leży chyba nad morzem na dole mapy, rozpatrywali sprawy naszej Brukseli. Nawet jeśli to stolica Europy i niedługo będzie nią zarządzał jeden z nas. Umówmy się - nie dla każdego Sanżil jest domem, a Ana Martin zna nawet takie, co się tu z Iksela lub Woluła boją zapuszczać, w obawie o własne buciczki chyba.
Ksenia, nie Genova, czyli Genua po polsku, która faktycznie leży nad morze, lecz Genewa. Po polsku przez wu. Nad jeziorem leży. W Szwajcarii. Niby snobistycznie i luksusowo, jak ten Wolułe nie przymierzając. Siedziba wielu organizacji mniej lub bardziej uczciwych. Tak naprawdę - moim zdaniem, Any zdaniem czyli, głównie dla podatków. W tym ułefy zwanej też fifą, ale nie wiem gdzie dokładnie. Nic dobrego nigdy z tej ułefy nikomu nie przyszło, i tym razem będzie to samo, ponuro wieszczy Ana. Korupcja co najwyżej.
Zaraz zaraz, uporządkuję trochę myśli, bo z tego podniecenia to już zupełnie nie wiem, jaki wątek ciągnąć. Ja ci powiem, zgłasza się Roman na ochotnika, zupełnie jak w tej wspomnianej podstawówce, bo do gimnazjum nie chodził, za stary, ale kujon mimo to. Między nami. 
No więc chodzi o to, że jutro w Genewie ułefa, bez ł, podejmie decyzję, gdzie będą kopać piłkę w ramach tak zwanego euro w 2020 r. Nawet nie wiem zresztą, czy ostateczną, trochę zawirowań politycznych w końcu jest ostatnio i nie wiadomo, czy piłkarze dociągną do mistrzostw gdzie indziej, Rosji i Katarze - Ksenia, jest takie państwo, jest, pisz, jak dyktuję - a więc czy i ten 2020 rok u nas za miedzą w ogóle aktualny. Ale załóżmy, że tak. I stąd powstał kolejny problem belgijsko-belgijski, a mianowicie: stadion.
Ale jest stadion chyba, sama byłam? Koło tych kul z atomów? No jest, ale niby przestarzały. Trzeba by nowy postawić. Też na Heysel. Takie wymogi bezpieczeństwa. I tu ups. Bo po pierwsze, ten stadion to symbol tragedii, do której doszło właśnie z braku wymogów bezpieczeństwa. Ksenia, na świecie cię nie było, ale my z Aną owszem. Cały świat wie i pamięta, ale o tym innym razem. Po drugie - w narodzie, mimo że niby podzielony językowo,  jest wielkie pragnienie belgijskiego zwycięstwa, no ale jak to? Teren pod stadion znajduje się w części flamandzkiej, należy jednak do miasta Brukseli. Do tego, jeśli dobrze rozumiem, gospodarzem stadionu miałby być Sporting Anderlecht. Na koniec - politycy, chcący oczywiście uszczknąć kawałek tortu dla siebie. Jak lud wiwatuje, polityk zyskuje, wiadomo. Zagmatwane to wszystko i nie wiadomo, z której strony ugryźć. No, ciekawym wniku tego losowania jutro, nie powiem.
Ja nie, komentuje Ana. Mam tylko nadzieje, że nie będziemy mieć tu pod oknem hord kibiców. Oby nie wygrali, mówi niepatriotycznie zupełnie.
Jak dla mnie, mówię, wisienką na torcie jest ten cały Anderlecht! O rany, to co, dzielnicę nam spod nosa przeniosą na drugi koniec miasta, pod atomy? I kafe pierogi może też? Jakoś tak nieswojsko by było, jeszcze do tego z tą zagraniczną nazwą, jak z jakiejś Grecji doprawdy. E, to już lepiej bez ułefy i ojro, Ana ma rację. Spokojnie. Po staremu. Żłobek - dom, dom - żłobek i tak w kółko, bez weekendów.


Wednesday, 10 September 2014

(205) galerianki

Odkąd Iwonek oddany w dobre szpony systemu, by zręcznie połączyć w jedno dwa popularne przysłowia, jest czas, by uchylić drzwi i wyjść poza dobrze znany Sanżil. Na przykład udając się w stronę galerii.
Na początku nie było łatwo z tym wychodzeniem i poznawaniem obcych dzielnic, choć one niby tylko półobce, bo za rogiem w Brukseli, no ale już sama decyzja o jeździe tramwajem, od kiedy nie trzeba krążyć wózkiem, wymaga odwagi. Przynajmniej ode mnie, a i u Any Martin mina coś wcale nietęga. Ale przemogłyśmy strach przed nieznanym, w końcu skoro Iwonek daje radę w żłobku, to my się mamy dać jakiemuś stibowi? Niedoczekanie. I tak to oto dojechałyśmy do galerii. 
A w galeriach - niespodzianka. Nie żadne tam schody ruchome czy sztuczne kwiaty, albo wręcz akwarium z rekinem, jak to ma miejsce w Polsce A Any. Naprawdę jak bumcykcyk! Akwarium na pewno, rekina Ana nie jest pewna, może zdechł, zanim dojechała. Ale to daleko. Tu natomiast, w samym centrum Europy, gdzie już niedługo nastanie sam Polak jeden taki znany z tiwi - galerie biedne, że aż strach! Tylko trochę złoceń, owszem, ładne, ale poza tym - kupa żelastwa i starego szkła. Za szkłem, jak to tu, nie rekin, lecz stare koronki albo czekoladki, te podobno świeże dla odmiany, bo nawet trzymane w lodówkach. Wśród tego wszystkiego - tłumy ludzi. Aha, kino jeszcze jest, o nazwie, a jakże - galerie. Bo dwie są. 
Kupa ludzi na kupie żelastwa, śmieje się Roman. To ci reklama. No, ludzi niezła ilość, bo rocznie przez galerie króla i królowej, bo tak się zwą, przechodzi około 6 milionów osób, z tego z piątaka trzeba by pewnie policzyć za turystów. Jest się czym chwalić i o kogo walczyć, więc nie myśl sobie, że te sklepiki to byle co, wręcz przeciwnie - czynsze osiągają niebotyczne ceny. A teraz jest jeszcze hotel.
Gdzie tam się hotel zmieścił, zastanawia się Ana. Jakoś upchnęli, 20 pokoi i 3 suity. Czyli co, pytam. Takie eleganckie wielkie pokoje dla tych, co nie lubią tłoczyć się jak ciżba na zwykłym metrażu. Do tego slogan reklamowy mówiący, że to historyczne miejsce przerobione na oczyszczony kokon. Naprawdę tak napisali, zaklina się Ana. Jak bumcykcyk. Jak ten rekin w akwarium.
Dobra, oddajmy królowi, co królewskie, upomina się Ana jednak, no bo galerie to nie byle co. Może nie dziesięć pięter i sztuczne marmury, ale zawsze to 213 metrów. Mierzył je sam Baudelaire, który właśni przypadkowo przebywał w mieście. Promocja na otwarcie się to nazywa, wtrącam swoje. Niech ci będzie, przytakuje Roman. A chadzali po nich sami wielcy świata literatury, ciągnie Ana. Masz tu Ksenia ściągawkę, spisz: Hugo, Verlaine, Apollinaire. Nic dziwnego w sumie, że turyści ciągną hordami, by zażyć spaceru na światowym poziomie, podsumowuje Ana.
Osobiście, jako Ksenia, wolałabym jednak co innego. Galerię normalną mianowicie. Z palmami. Fontannami. Rekinem, jak się da, za szybą oczywiście. Ach, poczuć się jeszcze raz prawdziwą galerianką, to by było coś.