Monday, 17 November 2014

(222) środa w sobotę

Podobno dla czytelnika najważniejszy jest początek, a na początku stoi zazwyczaj jak byk czy inny wół  - tytuł. To żem wam dała do myślenia, co? O środzie w sobotę prawie w niedzielę. Myślimy myślimy...Trudne, co? Podpowiem: to człowiek. Ciekawy. Bardzo.
Aaa, już wiem, olśniewa Romana: spotkanie z ciekawym człowiekiem się odbyło wczoraj! Ano tak. Brawo. Co tu ukrywać, jak mężczyzna pomyśli, to jednak insza jakość. Przypomnijcie mi, kto to był? Ciekawy człowiek o nazwie dodatkowej, a może głównej nawet: kobieta. I miała oprócz tego na nazwisko tak, jak jeden z dni tygodnia. Który? To już wyższa szkoła jazdy. Inna zagadka. Insza inszość jednym słowem.
O tej inszości wczoraj było właśnie. Ciekawie bardzo, no ale czego się spodziewać, gdy przyjeżdża ciekawy człowiek, do tego kobieta? Ana Martin mnie zaciągnęła na to spotkanie, a jechać trzeba było przez tyle dzielnic, że sama już nie wiem. Wysiadałyśmy gdzieś koło Montogomerów, znaczy się: daleko. Potem hajda do centrum sztuki, co jest  chyba zarazem świątynią książki, a może i dumania, daszek od altanki w końcu stoi jak byk czy wół, gdzie już zebrane różne panie młodsze i starsze. W sensie: niektóre młodsze od Any, o co niełatwo, ale wszystkie hurtem starsze ode mnie. Mądre pewnie. Niejedna, że przypomnę, zgodnie z tym, co u fryzjera zasłyszałam, pewnie i z samego Szumana, przez który też zresztą przemknęłyśmy wozem. I tunelem, ku radości Iwonka. 
Tak właśnie i owszem, takie to wysokie towarzystwo się zebrało! W tej altance. Na przedzie, pośrodku, ciekawa kobieta. Chwilami z mikrofonem, chwilami bez, w zależności od tego, czy się psuło, czy nie. Ale słychać i tak było dobrze, bo cisza jak makiem zasiał, przynajmniej w naszym stronnictwie po boku. A to dlatego, że ciekawa kobieta mówiła w tę pamiętną sobotę o rzeczach najważniejszych, jak szeptem mi podpowiedziała Ana: wolności, równości, sprawiedliwości i wszystkim, co się z tym łączy. W tym także o dżender. Olala!
Wszystko pod kryptonimem feminizmu, przecież to spotkanie Any, przypominam. Ale nie szkodzi mi to ostatnio wcale coś. Chyba ten Sanżil tak na mnie wpłynął, ani chybi będzie? Jedyna szkoda z płci i krzywda ludzka wręcz wynikała tu dla naszych domowych mężczyzn i mężczyźniątek, bo co oni winni, że feministki zorganizowały spotkanie dla kobiet, mniej lub bardziej ciekawych, mniej lub bardziej feministycznych, ale na pewno rodzaju damskiego, a dżenderu kulturowego kobiecego. I tak Roman przykładowo nie mógł przyjść, choćby dlatego, że dżenderowo poprawnie zajmował się Iwonkiem. Co z kolei było niezgodne z uświęconą polską tradycją. Mówił o tym ostatnio taki jeden profesor, co u Any wywołało grymas wstrętu i prawie palpitacje, jak tylko pomyślała, że taki słynny, a tak plecie.
Trochę się uświadomiłam na tej środzie w sobotę, nie ma dwóch zdań. Teraz sobie myślę, że warto chyba, by taka środa w sobotę albo nawet niedzielę miała miejsce częściej. Dla wszystkich razem, miedzynarodówki międzypłciowo-feministycznej. Ana twierdzi, że droga długa i to nie za naszego życia.
Roma dżenderysta widzi u mnie natomiast inną zmianę: że przez przypadek wyszedł mi tytuł prawie jak słynny reportaż jakiegoś tam wróbla. Pisarza podobno. Prawdziwego. Męskiego rodzaju, ale o dżender już chyba innym, a przynajmnie tym inszym, o czym głośno w Polsce mówić nie wypada. Takie to insze inszości dziś.

Wednesday, 12 November 2014

(221) offon.be

Jesień, listopad, zadyma na 11 lub śnieżna - wiadomo, tematów pogodowo-patriotycznych nie zabraknie w lekturach szkolnych i gazetach chyba nigdy. W Polsce przynajmniej. Tak twierdzi Roman, który już zaciera ręce na amatorów białego szaleństwa i zaskoczonych drogowców oraz inną tematykę ważną w okresie przedświątecznym z punktu widzenia zapełnienia sieczką mózgów czytelników. 
Tyle przynajmniej będę miała z tej szarugi, że będzie można skupić się na czym innym, bo w prasie - to co zwykle. Nie trzeba będzie ślipieć. A masz rację Ksenia akurat, kątempluje Ana Martin moje wpisy. Niedługo może się okazać, że zostaną nam właśnie świeczki. I ślipienie. 
Nie tu chyba, na bogatym zachodzie, lecz jednak w Polsce B; to wersja dla tych oczywiście, co tam trafią na święta, dopytuję z niedowierzaniem? Jak ja. A nie, w Belgii, u nas za rogiem, a nawet w centrum Sanżila i Szumana też. Co, stolica Europy pogrąży się w ciemnościach? Tak bez wojny czy innego powodu? No nie, toż to gorsze niż listopad i zadyma na 11 razem wzięte. 
Tak, serio. Belgii grozi blekałt, obwieszcza Ana. Blek jaki? Nie znam tego pana. Blejk był, ale już umarł w dynastii swojej za murem. A może to pani? Też nie znam. Blek ałt, sylabizuje Ana. Pisz: blackout. Czyli, powiedzmy, nagła ciemność wskutek przeładowania sieci energetycznej. Pstryk i nie ma światła. Wszędzie naraz.
Czyli niczego w sumie! Pralki, zmywarki, tiwi, gdzie pora na białe szaleństwo, radia, gdzie audycja wyborcza i wizje polityków, ajpada, ajfona, internetu, fejsa, a nawet - komputera w całości! Szczególnie takiego, co to starawy, jak mój, i co rusz trzeba go ładować, by dla was i do was napisać o tym, jak nie można nic napisać, bo ciemność. Nie za darmo matuś wieścili, że na tym zachodzie to ja jeszcze będę miała za swoje i wracać co tchu do ojczyzny!
Jak będzie blekałt, to nikt nigdzie nie wróci, bo pociągi staną i lotniska, stwierdza Roman. No proszę, coraz lepiej! 
Dlatego tak ważne jest, by wyłączać światło, patrzy wymownie na Romana Ana. Tak, moi drodzy, w Belgii trwa kampania off-on. I on-off, bo to działa  w dwie strony. Czyli włącz i wyłącz, jak nie potrzebujesz. Nie zostawiaj zapalonego światła, jak cię nie ma w pokoju, nie mówiąc o tym, jak cię nie ma w domu. Nie ładuj sprzętów dłużej, niż potrzeba. Wyciągaj niepodłączone ładowarki z kontaktów. Pierz nocą, zmywaj nocą. Susz pranie na dworze, szczególnie jak wiatr i słońce. Nawet jak wspólnota mieszkaniowa zabrania. Olewaj wspólnotę i głupie pomysły. Bo suszarka do prania najgorsza energetycznie ze wszystkiego w ogóle. 3 kawuha co najmniej. Ka-wu-co? Ha. Z greki. Kilowatogodziny, że dodam dla ciebie Ksenia, gdybyś nie miała gdzie doczytać, i jak, z powodu blekałtu przykładowo.
Sodomiaigomoria, śmieje się Roman; nie to, by akurat on suszył i prał bez wytchnienia, ale za to lubi już oświetlenie. Na ostro i pod nieobecność swoją i innych też.  Już on wie, że do niego ta śpiewka. On-off, może Anę da się wyłączyć? Myślę, że tego by chciał czasami.
Ale Ana drąży. To co możemy zrobić, mówię wstrząśnięta. Hmm. Niezłe są już listwy z wyłącznikami; te, które tak lubi wyłączać i włączać on-off Iwonek, dopytuję? tak, te. Pod warunkiem, że się je wyłącza, a nie czeka na zabawę dziecka, surowo grozi palcem. Ana groźna jak blekałt co najmniej, dodaje Roman, tylko bardziej konkretna. Bo blekałt w planie, a Ana w realu.
Ale chyba ma rację, mówię w geście kobiecej solidarności. Jak tu żyć bez prądu? Skąd wziąć świece? I ile? Na osobę, na dzień? Jak to przeliczyć? Tylko nowe kłopoty.
Nie mówiąc o skali globalnej, o której tyle w tiwi, też podłączonej do prądu, o ile się nie mylę. Jak komisja ma rządzić światem z Brukseli i coś narzucać Polsce w takich warunkach? Jak ma zagrażać konwencją i konwenansem polskiej tradycji, za którą ujął się ostatnio ktoś tam, nie dosłyszałam, bo Iwonek ściszył przy okazji wyłączania on-off listwy -  taki jeden w każdym razie, co kiedyś był uznanym prawnikiem i rzecznikiem nawet? Przecież nawet nie będziemy o tym wiedzieli i nie przygotujemy się na czas! To ja już poproszę o on-off listwę. 
A ja, jak mam słuchać tego pana i mu podobnych, to o blekałt. To Ana.
Cała ona. Pełna przeciwieństw, jak ten 11 listopada. To nie miesiąc dla Polaków. Dobrze, że nie pada i świeci słońce, to naładuję se z balkonu, co się da. I pranie wysuszę.

Friday, 7 November 2014

(220) kołtun

Siedzę ja sobie w wczoraj u fryzjerki u nas lokalnie na dzielnicy i nagle spada na mnie olśnienie: ja już stąd! Swojska. No bo sami poczytajcie, czego to ja się wczoraj nasłuchałam w ciągu 20 minut postrzyżyn. Żen pe-el nie wchodził w rachubę, wszystko szło pełnym głosem. Ana twierdzi, że to wygląda jak strumień świadomości albo pod nawet.
-----------
Zaczyna przybyła (P): Komers na 3 okna widziałam, a ta wariatka, co my teraz u niej płacimy, co my z nią mamy mówię ci. Do wróżki chodzi! Ja tam w to nie wierzę w to za bardzo.
Obecna (O): nie wchodź w to! artystka znajdzie artystkę. Ale ten komers, to cie będzie kosztować z 200 euro. 
P: to już obojętne.
O: jest taka wróżka, Izabelka do niej chodziła  Ja nie, nie wierzę za bardzo w te rzeczy.
P:  A te wszystkie kremy cudowne, to też wierzą. A teraz widzę, jak przychodzą jedna po drugiej na bruzdę. Bruzda mnie wkurza. Schudłam już 7 kilo, jakby nie ta bruzda, to bym wyglądała jak nastolatka.
O: ta mała ugotuje się w  tej kurtce, a pies zaraz ją capnie. Sio na fotel!
P: widziałam twojego męża w kościele, ale podobny do teściowej!
O: mojego męża?
P: w poniedziałek.
O: no tak, z teściową. No tak była msza hmm. A w sobotę poszliśmy na ikel na cmentarz. (Ksenia (K) myśli: Ikel chyba z wielkiej, ani chybi Ukle).
P: moja córka nic mi nie chce robić,  chodzę z odrostami, a jak trzeba było robić próby,  jaka miła była! Byłam na Merlin, wszystko miałam na głowie. 
O: moja też nawet przytulić się nie chce, córcia, mówię, a ona nic.
P (do Kseni): a pani na te zabiegi, czyli zastrzyki chce, czy do kosmetyczki?
K:. nie no, ewentualnie do kosmetyczki.
P:  a bo widzę te klientki po mikrodermoabrazji, jak biedne napuchnięte chodzą, ja to się tak igły boję, że nie wiem co, ale potem jaka piękna cera! nie ma się co oszukiwać, że skóra jeszcze taka sama. 
K:Ma pani wizytówkę?
P: nie, w gazetce jest. 
I dalej P do O: Wczoraj jaka u mnie była, a jaki kołtun miała na głowie. Ładna pani, elegancka, z tego co słyszałam z Szumana. Obcas taki, a na głowie jaki kołtun! z tych ekstonsion. Nie mogłam rozczesać, siedziała od 6 do 23. 
O: tez to kiedys miałam, z basenu taka ukrainka jedna, myślałam, że trzeba będzie ciąć.
P: a ta taki kok miała z tego wszystkiego, nie mogłam uwierzyc, ze tak chodzi normalnie.
I z innej beczki, rozglądając się: a ja do tej tu merci mówię po naszemu. 
O: ona trochę rozumie. Ale to dziecko ugotuje się w tej kurtce.
P: dom znalazłam, a jaki ładny. Dzwonię, ledwo co zaprowadziłam syna do szkoły,  a on mówi, że tyle osób się zgłosiło od razu, że nowych nie bierze. 
O: bo oprocentowanie niskie, to ludzie biorą kredyty.  Ale trzeba mieć 25% własnego wkładu. 
P: no to sprzedam męża i będę miała na wkład, a może i cały kredyt. (Ksenia siedzi i myśli - jakim cudem? ale może są tacy faceci, rozejrzę się).
P: masz ładną dekorację. 
O: no to jak my trzy na tym zdjęciu, czarownice. Dopiero dziś zdjęłam te dekoracje, nie wiedziałam, co dać.
P (patrząc na mnie krytycznie) : chyba też muszę sobie ściąć włosy na krótko. Miałaś kiedyś takie krótkie? 
O: raz w życiu i nigdy więcej. Odrosty mi rosną - o tak -  nad uszami. I z tyłu strasznie. Maszynką muszę. Ale ty po co będziesz ścinać, ampułki sobie daj. Ja daję raz na tydzień, a jak zapomnę,  to one mi przypominają. To normalne, że włosy lecą na jesień. 
No to pani już gotowa.
_____
A Roman nie wierzy, że to z pamięci, nienagrane wcale a wcale! No tak, ale on do fryzjera nie chodzi.



Wednesday, 5 November 2014

(219) dżordż

Ach ten Dżordż...wzdycha każda z nas na Sanżilu. I każda z nas do innego Dżordża, choć Ana Martin zaklina się, że ona wcale już nie wzdycha od lat, przeszło jej, bo w jej Dżordżu zaszły wielkie zmiany i dla Any już nie było miejsca. Ani dla żadnej innej Any. Ani Any.
Mój Dżordż - to ten Klunej - jest przystojniejszy od Dżordża Any, szczególnie na starość, i nawet lepiej sie od niego nazywa, bo ten Any tak trochę z prostacka, mówiąc między nami, a mianowicie Majkel. Co znaczy Michał. A że Dżordż to podobny swojski Jurek, to razem w ogóle to się już kupy nie trzyma, bo Jerzym Michałem to co najwyżej jakiś anioł może się wołać, albo arch. Arcy czyli. Jerzy Michal to nie arcy, za to ancymonkiem się okazał niezłym, twierdzi Ana. Trudno, naturalnym biegiem rzeczy zrobił miejsce dla Romana przynajmniej, widzi jednak jakieś dobre strony urodzona optymistka Ana.
A Klunejem każdy mógłby być, bo to normalne nazwisko. Widać porządna rodzina. Co prawda nie w pisowni oryginalnej, bo ona angielska, ale w wymowie już tak. Niestety Klunejem nie jest każdy, biorąc pod uwagę przystojność. Mało kto nawet. A ten tu mężem podobno został. Podobno też na pokaz, bo on z klasy Jerzego Michała, ale co mi tam. Wystarczy, że czasami na jutjubie sobie puszczę, jak Dżordż oko puszcza reklamowe, i już lepiej.
Teraz okazało się nawet, że Dżordż przysługuje się w ten prosty sposób nie tylko mnie, ale biznesowi, na dodatek chyba ekobjo. Oto panowie, co parzą kawę w centrum tutejszej stolicy, czyli nie u nas na dzielnicy, ale całkiem niedaleko i tak, powiedzieli, że od czasów oczka Dżordża mają znacznie więcej klientów.
A co to za bzdura znowu, oburza się Roman w geście męskiej solidarności z tymi, co nie z grupy Aninego Dżordża. W czym on pomógł im niby? Plakat sobie pewnie powiesili z kolesiem z uwodzicielskim uśmieszkiem i kleintki lecą na skinienie paluszka po kawę, tak? kpi sobie bezecnie. Czy bezcennie? Bo Dżordż jest tego wart.
Roman, Ksenia ma rację, dobrze zrozumiała, włącza się Ana w geście kobiecej solidarności. Co ona winna, że świat kocha przystojnych facetów. Zaraz wytłumaczę. Chodzi o to, że Dżordż reklamuje kawę. W kapsułkach, taką, co jej nie pijemy, ale która i tak jest o niebo lepsza od belgijsko-francusko-niderlandzkiego produktu. Lury czyli. I od kiedy ludzie nakupowali od wpływem Dżordża tych specjalnych maszyn do kapsułek, z czasem zrozumieli, że nie wszystko, co brązowe, to kawa. Czasami to tylko pokolorowana woda. I zaczęli żądać. I szukać lepszego produktu. I tak to ci od nas trafili na korikę, w pisowni Ksenia - corica.
Ta palarnia kawy naprzeciwko kasyna? Tak. Pan zwany z lokalnego dialektu torrefaktorem mówi, że od kiedy Dżordż pręży i szczerzy się w reklamie, znacznie wzrosły im obroty. Tym bardziej, że są tańsi od dżordżowego produktu, czy to w konsumpcji przy tak zwanej ladzie, czy to w worku, wyniesieni do domu i wsypani do własnego ekspresu. Epjesu u nas w domu. 
Oszczędności na Dżordżu są całkiem pokaźne, bo w korice porcja kawy na ekspreso, jak mówisz Ksenia, wychodzi po 20 centymów, a jak chcesz sięgnąć po Dżordża - 33. Czydzieści czy, Roman.
Te czynaście 13 - czy inne naście? nie, dobrze - to chyba na gażę aktorską dla Dżordża, wtrącam. Nie zapominajmy, że oprócz życia w reklamie i czasopismach ma on także normalne życie na ekranie i musi jakoś zarabiać na żonę, skoro już ją ma, choć na co? Nas nie oszuka, nie po Jerzym Michale, raduje się Ana.
Czyli co, Dżordż dźwignią handlu? pokpiwa sobie nadal Roman. Widać tak. No to przydał się na coś, przynajmniej palarnie kawy nie padną i nie wszędzie będzie latowo - starbukowo. Nigdy nie sądziłem, że będę za Dżordżem, podsumowuje Roman.
Widzisz, jeszcze podziękujesz mu za dobrą kawę. Jak z mlekiem, to zwaną tu ruską. Dziwnie. Połapać się trudno, wiadomo tylko, że jak po prawdziwą kawę, w tym tę wydalaną przez małpy na jakiejś wyspie na i, Indiach chyba - to do koriki. I taniej, i przyjemniej, i na Dżordża można pozezwoać. Ach, te jurki. Jurne i inne.

Monday, 3 November 2014

(218) pan kotek

Pan kotek może i był chory, jak każe hit dla dzieci, niewspominający słowem o pani kotce, co od razu zauważa Ana Martin (komentarz, cytat: norma), ale na pewno by ozdrowiał i pognał przed siebie na złamanie karku kolejne, gdyby się tylko dowiedział, co tu mu wyszykowali na Sanżilu: bar dla kotów.
Co? nie wierzy swoim uszom i moim słowom Roman.
Bar dla kotów. No tak, chyba na tyle znam lokalne dialekty, żeby zrozumieć. Bar - to po polsku. A - nie tłumaczę przymiotników, ale skoro stoi po nim jak wół kot w liczbie mnogiej - chats, czytaj: sza, jak w pojedynczej, mimo że to mnogi zestaw kotów - rozumiem, że to bar dla kotów. Ale co to jest? dopytuje Roman. Boże mój, ci faceci naprawdę. No przecież przykład na neko kafe z akcentem, że pozwolę sobie wypiąć wargi w tzw. kobiecym fochu.
Neko cafe to bar dla kotów po japońsku, włącza się Ana. Serio Roman. I nie myśl, że tam rządzą łiskasy, a przynajmniej nie te, których by się spodziewał kot. Lub sza, jeśli nie rozumie po ludzku. Już słyszałam, że tego rodzaju przybytki istnieją nie tylko w Japonii, gdzie sporo wariactw uchodzi za normę, ale i w Europie. No właśnie, a co, stolica tutejsza sanżilowska gdzie Polacy na szczycie zasiadają w formie królów i prezydentów, gorsza? wtrącam się. No co ty tato, jak mawia Iwonek. Powstanie baru dla kotów było tylko kwestią czasu.
I wreszcie jest. Po sąsiedzku. Na ulicy o śmiesznej nazwie. A żeby było jeszcze śmieszniej - prowadzi go nasza. Nasza z perspektywy kotów? Pani kotka, zapomniana w piosence? Albo kocica, śmieje się Ana? Ojej, co wy. Nasza Polka z krwi i kości. Monika, co się przyda na pewno w wymowie przez obcojęzykowych, czyli lokalsów. Już na wstępie zdobywa punkt, bo pomyślcie, co by było, gdy jednak była Mieczysławą albo jeszcze gorzej, Malgorzatą. Za nazwisko Monika punktu nie zdobywa jednak zdecydowanie, więc nawet nie spisuję. 
W każdym razie, gdy Monika ta już se obmyśliła, że chce mieć bar, gdzie na równi z ludźmi są koty, zaczęła zdobywać potrzebne uprawnienia. Higieniczne i takie tam. I tu ups. Głową o mur. Bo nawet sądząc z reakcji Romana, niełatwo zrozumieć, po co taki przybytek. A jeśli tolerancyjny Roman nie rozumie, to co powiedzieć o zwykłym urzędniku afski, Afsca w dialekcie, który nagle ma rozstrzygać, co dobre dla ludzi, a co dla kotów. Czy mogą razem, czy jednak osobno. Jeść, spać i głaskać się nawzajem. Ha, to ci zagwozdka powstała.
Udało się ją jednak rozwiązać, skoro wkrótce debiut na mapie barowej? Udało. Widziałam nawet zdjęcia. Wszystko na zielono. Ciekawe, czy kot doradzał w wystroju? A nawet pięć, bo tyle na razie zamieszka w barze. Ściągnięte na Sanżil ze Skarbka. Wysterylizowane, odpchlone, lubiące pieszczoty. Nowe sztuki na dzielnicy. Emigranci czyli. W futrach. Co nie dziwi, zima za pasem, choć za oknem plus dwadzieścia. 
A co tam można będzie robić w tym barze, serio pytam dziewczyny, Roman się nie poddaje. Pogłaskać kota? Dać się pogłaskać? Normalnie. Zjeść, wypić, rzecz jasna bjo, jak to na Sanżilu. A koty? Też pewnie zjedzą i wypiją, choć co do bjo, to nie wiem, same koty są bjo już z natury. Hmm. Z drugiej strony ciekawy temat albo pomysł na biznes, pokarm i woda bjo dla kotów, bo wiadomo, mleko to piją tylko w ostateczności.
Aha, i możn adaptować jednego z 5. Pięciu? Pięciorga? Pięciu, Ksenia, i nie adaptować, lecz ado. co ado? Adoptować, dziewczyno. To mi się akurat podoba. Ale trochę niemarketingowo, co, zastanawia się Ana. Bo jak już ktoś wyniesie z baru tego swojego ulubieńca, to już nie będzie miał po co ruszać na Sanżil...chyba że zostanie kociarą. Lub kociarzem, choć to podobno rzadsze.
Jeszcze jedna kwestia: co z ludźmi i kotami, co sobie pragną odpocząć w barze razem. W duecie przybywają. Czy 5 emigrantów ze Skarbka się na to zgodzi i przyjmie na swoje łono? A afska? Bo przecież taki przybysz może być zagrożeniem, pchłą lub zębem? Masz ci los, jak mawia Iwonek, to chyba na razie nierozwiązana kwestia. A może wejść nie mogą? W końcu afska czuwa nad behape. Prawda, zasępia się Ana. Też nieźle, otwiera się okienko na kolejny biznes! Tylko kiedy czas na to znaleźć, jak już na ludzi nie starcza? 
Kotom czy ludziom? Koty i tak chadzają własnymi ścieżkami. Nawet po barze dla kotów. Mają swoje przejścia i legowiska. Żaden fan  się tam nie dostanie, bo są poza zasięgiem ludzkim. Zresztą kot tam wie, co taki kot se myśli o tym wszystkim.

Tuesday, 28 October 2014

(217) lalaje

Jeździ sobie człowiek rasy żeńskiej lub męskiej takim lalajem i nie wie nawet, że w czasie jazdy nie jest objęta lub -y kodeksem drogowym! Roman mi to dziś uświadomił.
Ksenia, widzę, że zdziecinniałaś pod wpływem mowy Iwonka i już lalajem suniesz po mieście, a nie tramwajem, jak Polacy z Polski A i B, lub tramem, jak Polacy z Sanżila, raduje się Ana Martin. Owszem, bo tak ładniej i milej, odpowiadam z dumą. I po naszemu, a co tam od razu ogólnoświatową gwarą będę zasuwać, skoro można po swojemu? Iwonek się nie przejmuje, to i ja nie. Mamy sekret przynajmniej; o proszę, jak nie tylko na Belgów, lecz i Francuzów przystało, gdzie bycie diskret to główna cnota. Żywa hipokryzja tak na marginesie, krzywi się Ana.
Wracając do lalajów, to Roman mi dał do myślenia. Czyli co, jadąc, jestem bezbronna w świetle i obliczu prawa? Nie, nie o to chodzi, prostuje Roman. Chodzi o to, że w Brukseli, i świecie ogółem, radni starają się wprowadzać nowe linie tramwajowe. Bo to transport eko, cichy, wieloosobowy, no a przede wszystkim nie smrodzi i nie jeździ po ulicy. A wiem, przypominam sobie: po sąsiedzku, na Ikselu, będzie za kilka lat nr 71, zamiast autobusu, co to jazda nim tylko psuje nerwy i nogi w przypadku tych, co stoją, a takich większość, w tym ja zazwyczaj. No widzisz, przytakuje Roman. 
Poczekajcie, nie tak różowo, włącza się Ana: przecież u nas na Sanżilu z kolei protesty, bo chcą wprowadzić nowe tramwaje na trasie 81 i 97, a mieszkańcy nie chcą, bo komitet się zawiązał i twierdzi, że są za długie i za ciężkie. Te fajowe, jak gąsienice, co to suną w ramach 3,4 czy 7? Tak te. No, to w tym komitecie brak chyba wózkowych, podnoszę głos, bo jakby byli, to na pewno nikt by nie przegłosował protestu: spróbuj dostać się do starego lalaju z wózkiem, szczególnie głębokim, po trzech wąskich schodkach, no spróbuj, tak bym i powiedziała. A potem protestuj! dodaję buntowniczo od siebie, pamiętając o styczniowej perspektywie rozszerzenia, i to nie Unii. 
No tak, fajniejsze to są te nowe, za to cięższe. 25 ton. I o tę wagę chodzi też w kwestii kodeksu. Bo rocznie w Brukseli dochodzi do 1500 wypadków z udziałem lalajów. W zeszłym roku - z 1500  43 to z udziałem pieszych. Którzy nie zawsze, a już na pewno nie w tych 43 przypadkach, wiedzą, że tramwaj ma absolutne pierwszeństwo. 
To potrzebne, by móc wprowadzić ideały eko bjo transportu, tłumaczy Roman. Ale ludzie o tym nie wiedzą i wchodzą sobie na tory. Auta sobie stają na przejściach i to ktoś wysiada. Często. Za często, martwią się kontrolerzy ruchu, ale nie wiedzą jak uświadomić naród belż. No i tych wszystkich, co w obcej gwarze lecą, albo swojej, jak Iwonek, wtrącam.
A tramwajowi też mają swoje za uszami, ciągnę dalej. Gnają czasami tunelami na gwałtu rety, potem przyhamują elegancko, aż ludzie upadają. I nie przeproszą za nic. Tak, też mi się zdarzyło trafić na takich domorosłych szumaherów, zgadza się Roman, cytując jakiegoś szu. Ale ogólnie fajnie się jeździ, co? Szybko, co większość cieszy. I ludzie powinni zdawać sobie sprawę, że lalaj waży swoje, te 25 ton właśnie, a jak jedzie tak, by się dusza radowała, czyli jakieś 40 km na godzinę, to potrzebuje 40 metrów, by wyhamować. I głupio, gdy tych 40 m zabraknie do przechodnia. 
Brr, wzdrygam się. 
Wyjścia nie ma, piesi muszą się przyzwyczaić. Już dziś lalaje wyjeżdżają po brukselskich komunach 11,5 miliona kilometra rocznie, a będzie więcej. Lepiej o tym pamiętać, zbliżając się do przejścia. I rozejrzeć się. Bo wattman, jak fantastycznie nazywa się tu konduktor, może być akurat na pierwszym metrze z 40. I będzie jednego za mało. A po co, sami powiedzcie.

Friday, 24 October 2014

(216) basen

Wydawałoby się na oko i na mokry dotyk, że czego jak czego, ale wody to na Sanżilu nie brakuje. No raczej. Szczególnie tej lejącej się z nieba. W różnym tempie, nie to, że zawsze jednostajnie. A tu niespodzianka. Bo jednak jej brakuje. W basenach.
A tak naprawdę brakuje basenów. Nie tylko na Sanżilu, ale i w całej Brukseli. Że w Belgii - Ana Martin przestrzega, by tego jednak nie pisać, bo w Belgii mamy przecież całą wielką część kraju, gdzie mówią tym drugim dialektem i gdzie podobno bardziej inwestują w sporty, tym pływanie, choć to może tylko legenda miejska, bo kto widział, by lebelż lub labelż ewentualnie zdobywali medal na olimpiadzie w żabce żabką lub innym stylem? Ale ponieważ lokalność, małe społeczności i ojczyzny są w modzie, jak podsłuchałam wczoraj w tiwi, to skupię się na Brukseli i okolicy.
Faktycznie, minionego lata może i nikogo akurat nie bolało, że nie było się gdzie skąpać, bo wystarczyło wyjść na balkon, a już kapało tu i ówdzie z człowieka, ale temat i tak się pojawił w prasie, bo o czym w końcu pisać, gdy nie można pisać o zimie, co zaskoczyła drogowców, a pogoda inspiruje tylko i wyłącznie do opisywania wody? O basenach właśnie było więc. Że w mieście, ba! - stolicy świata - nie ma właściwie żadnych otwartych basenów. Pozamykane. Stuk puk zamknięto, cytując Iwonka, który z kolei cytuje Pawła lub Gawła, którzy z kolei przemawiają głosem Słowackiego bodajże. Nie opłaca się.
Jakiego Słowackiego Ksenia, toż to Fredro. Co nie zmienia nic w stosunku do kwestii basenów, odparowuję. Akurat racja. Podobno z tych otwartych był raptem jeden  - przedwojenny jeszcze. Od 1934 do 1978 r. w Evere, bardzo ładny architektonicznie. Całe miasto tam ciągnęło, oczywiście gdy już przygrzało na tyle, że można było pomyśleć o skoku na główkę w nieznane i lodach lodach dla ochłody, choć w tym przypadku, dopełniaczu na oko, akurat się nie rymuje. Zresztą i tak nie ma co deklamować wierszem, bo basen zamknęli na sześć spustów, licho wie, co to ten spust. Pewnie od spuszczonej wody, to i pusty basen stoi.
Na cztery spusty się mówi, obojętnie, czy coś puste, czy pełne. Zamknięte na fest. Tu akurat pusty basen stoi, fakt. Podobno powodem zamknięcia była skarga, że otwarty basen w Brukseli to ekstrawagancja, śmieje się Roman.
No tak, skoro takie argumenty padają, nic dziwnego, że nie tylko otwartych, ale i zamkniętych dachem basenów w mieście ze świecą szukać. Stosunkowo blisko jest malutki w kamienicy na Darwinie. Ładny i niewygodny. W Watermalu za to podobno całkiem niezły i nawet czysty. Na Eterbeku inny. Kolejny - Posejdon niejaki. Gdzieś koło ulicy Wysokiej. Więcej nie znam.
To fakt, w pływalnie coś tu nie opływamy. Ani na nich nie pływamy. Cieszę się nawet, że mam wodowstręt, cieszy się egoistycznie Ana. Ale szkoda, że nikt nie pomyśli o jakimś fajnym kompleksie, gdzie zabawić mógłby się przykładowy Iwonek. Pozjeżdżać ze słonia lub popodlewać tatusia konewką. Do Polski A i B, gdzie na każdym rogu akwapark, pod tym względem Belgii, a szczególnie Brukseli, akurat daleko. Oby do wakacji, wzdycha matczyno Ana.
A wiecie, co radni wymyślili z tego wszystkiego? Którzy ślepi nie są i choć siedzą głównie w suchych salach obradowych, czasami muszą jednak wyjść frontem do ludu i wysłuchać skarg na niedobory? Że póki co miasto wybuduje dwa baseny przenośne. Czyli jakie, nie rozumiem? Nie wiadomo dokładnie, bo to jak zwykle na razie plan, ale myślę, że chyba pompowane? Mają być na bardzo niskim poziomie luksusu. Taki bejzik, kiwam głową. Tylko miejsce na wodę, a wokół...co?
Mam nadzieję, że w tej gumie zrobią jednak otwory na okna, bo tak w ciemnościach to jednak niewygodnie. Tym bardziej, że skoro basenów brak, to i do tych gumiaków będą walić tłumy. Jak ta masa runie do wody, to bez światła ani rusz. Ciekawe, czy szatnie się zmieszczą, czy trzeba będzie przebierać się na dworze lub polu, jak kto woli, a potem szczękać zębami w kolejce po bilet. I pływać z reklamówką na głowie, wodoszczelną najlepiej, a tego nigdy nie wiesz, póki się nie naleje. Z pełnego nie przelejesz. 
Nie wiem, jak to wszystko obejmą rozumem pływacy, i tak już oszołomieni dobrocią radnych, co to dwa baniaki z wodą postawią w szczerym polu. Oby tylko podgrzewaną. Bo zimna to z nieba, i tak do marca co najmniej teraz, prognozuję.