Thursday, 22 January 2015

(237) kałasznikow

Szłam dzisiaj z rana koło szkoły rodem z tego tam Izraela, choć to blisko Sanżila, i owszem, zieloni nadal stoją. Karabiny a jakże wycelowane w niebo, dziś bezchmurne. A ja się pochwalę: przeprowadziłam małe śledztwo i wiem już, że to nie takie zwykłe strzelby myśliwskie, lecz kalachnikovy. Od karolo.
Co to za bzdury Ksenia? wzdryga się brr Ana Martin. Jakie słowo? Kałasznikow? Tak się pisze po polsku, nawet jeśli mądre głowy z prasy i marketingu wymyśliły, by rosyjskie nazwiska pisać z angielska. Na szczęście te znane od dawna mają jeszcze swojską pisownię. A kałasznikow szeroko znany od lat. Niestety. Więc, moja droga, ł, sz i wu. Co najwyżej możesz sobie ł wymawiać jak l, tak tylnojęzykowo wytwornie, co u was w regionie łapskim zresztą się chyba zdarza, co? uśmiecha się jak łagodne oko błękitu Ana. Ale o co ci chodzi z kałasznikowem?
No bo podejrzałam ja wczoraj, że karabiny, co to wyjechały do Francji do złych ludzi, narobiły niezłego zamieszania i w Belgii. W mediach głównie, choć to nie sezon ogórkowy. I były to właśnie te kałasznikowy. Nasze. Belgijskie, nie żadne rusko-radzieckie. Nie, nie u nas na Sanżilu namieszały bepośrednio, ale pod forestową szkołą izraelicką już może, kto wie. Bo one są karolo. I tylko nie wiem, co to znaczy. Taki szczegół niby, a zastanawia.
Karolo w znaczeniu belgijskim to niby z Szarlerła. Charleroi w pisowni, przypomina mi Roman. Charleroi, charleroi, coś mi świta...a mam! To jak ten czarli z Paryża, którego należy wymawiać z francuska jednak, szarli czyli, co to ostatnio zdobył taką popularność? Tak, w niedobrych okolicznościach, ale marketingowo źle na tym nie wyjdą, to pewne. Takie czasy, że zło się sprzedaje najlepiej. Westchnąć można po polsku, że kiedyś to inni byli ludzie, bo inne czasy, lepsze...twierdzą najstarsi górale. Choć nie byli, tylko internetu nie mieli. Ludzie ci, znaczy się.
Po polsku szarli to karolek. Prawie karolo czyli. Koniec wykładu.
Ale co Karolek  ma wspólnego z kałasznikowem? Ksenia, dawaj. Plosze, jak mawia Iwonek.
Zaraz zaraz, niech no sobie to w głowie poustawiam. A więc na mój rozum, skoro karolo to miasto, chodzi o to, że złoczyńcy z Paryża byli zakupili coś u nas za rogiem. W tym Charleroi znaczy się. I nie były to bynajmniej słynne gofry, tym bardziej, że one z Lież. Lieżła w wymowie. 
Były to natomiast karabiny. Kałasznikowy po polsku. Sprzedawał niejaki Neetin. Nie pytajcie mnie, co to znaczy i w jakim kraju świata, bo nic nie przypomina. Kupował Amedy z akcentem. A najdziwniejsze, i to właśnie wzbudziło moje podejrzenia, była waluta. Bo kałasznikowy poszły za jakiś kuper. Mini do tego. Jak to się mogło opłacić? Minikuper za wielki kałasznikow?
Za mini coopera Ksenia. To takie auto, całkiem drogie, więc nie wiadomo, kto na tej transakcji lepiej wyszedł. No, jak to kto? jasne przecież, wystarczy wejść na statystyki gugla. Bardziej sławny jest teraz Amedy, ale podobno i Neetin od dawna znany jako złoczyńca, przynajmniej na terenie karolo. Nie za dużo tego obszarowo może, bo i Sanżil mały, i Belgia, ale na lokalną edycję wystarczy. W końcu nie od razu trzeba wygrywać w polskim tańcu na lodzie, marsz do gwiazd można zacząć od karolo.
Tym bardziej, jeśli ma się takie argumenty jak Neetin. Nie do zbicia. Czego on to nie miał w kantorku. A co miał? interesuje Anę. Proszę: 10 kałasznikowów, z 10 pomniejszych rewolwerków, a wszystko podsypane solidna dawką jakiegoś C4. Co wybucha. Tu - w ilości 30 kg. Olala, by znów się posłużyć Iwonkiem. 
Ale nawet taki twardziel oblał się zimnym potem, jak się dowiedział, co się stało z tym wszystkim w Paryżu. I zgłosił się sam z siebie na policję. A od policji dowiedziały się media. Z mediów ja. I tak njus obiegł świat, a już na pewno Sanżil.
Teraz wypada tylko dowiedzieć się, czy Neetin działa tylko za kupry, czy też to on sprzedaje broń tym zielonym, co przed szkołą. W końcu wygląda na to, że ma interesujące stawki. A co się liczy bardziej niż stawka większa niż życie, w dzisiejszych czasach, gdy ludzie już nie ci, co dawniej?

Tuesday, 20 January 2015

(236) dżejms bont

Przychodzi wczoraj Roman z pracy - stary z roboty przylazł, jak mawiała matuś - i pyta, czy żeśmy widziały żołnierzy. Wojskowych, oryginalnych przez y. Gdzie? pyta Ana. Na ulicy. Przed żłobkiem. W tramwaju. My, że nie. A stary - że Belgia 150 takich wystawiła. Trawiastozielonych.
My oczy wybałuszone w słup soli i pytamy, z jakiej okazji. Niby pokój mamy. Całemu światu i każdemu z osobna. Urbanorbi, czy jak to tam głoszą z Włoch. A tu taki zaszczyt, myślę ja sobie już w cichości ducha, za darmo nas chronią, i to jeszcze nas, emigrantów zagranicznych na Sanżilu. Za darmo to nic dziś chyba już nie ma. Ale Ana chyba nie jest zachwycona i mówi, że jeszcze za to zapłacimy. 
Zamachy, tłumaczy Roman. No ale nie tu, protestuje Ana. Państwo policyjne normalnie. Jak stan wojenny u mnie na osiedlu niegdyś i ongiś, z tym że to była wojna prawie, a tu nonstop gadanie o dobrych intencjach tej czy innej religii. O rany, wybywać przyjdzie z Sanżila. Tylko gdzie uciec?
Na razie na Sanżilu nie widziałem zielonych, uspokaja nastroje Roman. Za to na Foreście, gdzie żydowska szkoła, owszem, dwóch dostrzegłem. I jak wyglądali? Groźnie. Cali w kolorze brudnych liści, w kominiarkach, z karabinami. Serio? Wycelowanymi w kogo? W nikogo na szczęście, póki co. W niebo. Ale mogą strzelać w każdej chwili.
To w tej szkole chyba więcej ochrony, niż uczniów, prycha Ana. Dwóch wojaków, co najmniej jedno auto policyjne, w środku albo na zewnątrz dwóch policjantów no i z 5 tajniaków w czarnych uniformach na każdym rogu ulicy. Zmosadu, potwierdza Roman. Podłączeni satelitą do centrali. Która w Jerozolimie. Co to znaczy zmosadu, pytam? Z Mossadu, pisz tak, jak dyktuje, rozkazuje jak w wojsku Roman, wczuł się normalnie. To izraelskie służby wywiadowcze, Ksenia, taki dżejms bont. Podobno najlepsi na świecie. Nie ma na nich mocnych.
Pamiętam Ana, szłyśmy tam nie raz, i nie dwa, w drodze od Pawła ze świeżą jarzynką, i stali tam tacy. Czarni i ponurzy, krótko ostrzyżeni jednak i bez bród, choć wiadomo skąd oni. Z Jerozolimy, pisałam. To oni? Ci najlepsi?
Tak. Z kabelkiem w uchu i rękami złożonymi na brzuchu. A ręce mają jak łopaty. Załatwiają nimi raz dwa, i to na dobre. Na zawsze, znaczy się. Nie wszystkich oczywiście, tylko jakby co. 
No ale co to za tajniacy, dziwię się na pełen głos, których widać gołym okiem? I jak mogą być najlepsi, skoro nawet ja, Ksenia, nieświadoma zagrożeń, a tylko wyczuwająca pismo nosem i ósmym zmysłem, doszłam do wniosku że ci panowie to tu nie bez powodu, pod tą szkołą, znaczy się? Bo oni nie muszą być ukryci, by być skuteczni. Tak samo ci wojacy na wejściu. Już sama ich obecność ma zniechęcać. Do czego? Do zamachu. Chyba. Nie wiem zresztą, przyznaje się do klęski na polu walki Roman.
Wojsko w każdym razie jest, podsumowuje Ana, i nie jest to dobry znak. Jeśli mówią, że stoi 150, to pewnie ze sto tysięcy zmobilizowano. Jak na osiedlu przyjaźni normalnie, gdzie kiedyś się mieszkało, w Polsce A,
Nie przesadzaj, nie przesadzaj, gasi wspomnienia Roman. Póki co, u nas na Sanżilu stoją pewnie tylko przy porcie dezal, tam gdzie też żłobek z Izraela. Skończy się pewnie za kilka dni, jak na tapetę wejdzie inny temat. Póki co, straszą, by utrzymać społeczeństwa w ryzach. W mojej robocie też tu zamknięte, tu objazd, tu kontrolują dokumenty. I co, podoba ci się to, pyta Ana. Inwigilacja, jak bumcykcyk. Nie, ale co mogę zrobić? Ministrów podobno chronią, co tu zjechali radzić na radzie, no a jak już ministrów, to i lud. Demokracja, nie? Minie i to. Nikt nie ma przecież budżetu, by za to płacić. Postraszą i przeminie z wiatrem. Bez jednego szczału.

Thursday, 15 January 2015

(235) gajowy

Wyjechało się z kraju, wyjechało pędem, chyba w najgorszym momencie. Bo nawet jeśli Ana Martin narzeka na brak równouprawnienia w Polsce i na darmo namawia koleżanki do lubienia stron feministycznych,  bo one ponadto, to przecież coś się ruszyło. Jest posłanka, że drugiej takiej w całym świecie ze świecą szukać. Jest pigułka za darmo. Jest prezydent z drugiej strony, no wiecie sami, tego owego. I ten ojczysty wiatr odnowy wieje teraz na Sanżilu. Wichura nawet.
No nie, tak dobrze, to jeszcze nie jest, przyznaję bez bicia, zareklamowałam gratisowo swoją komunę, a tak naprawdę to Ikel - w tym drugim narzeczu, a Ukle - w tym bardziej znanym. To tam dotarli Polacy z programem odnowy moralnej i duchowej. Polska nie papugą narodów, lecz pawiem, z fantastycznie błyszczącym ogonem! 
Tak, takie wzniosłe hasła cisnęły mi się na usta, a w sensie pisarskim pod pióro, gdy z rana sięgnęłam po numer gazetki komunalno-gminnej, która choć z Ikla - to regularnie pląta się pod naszą skrzynką. Widać dzielnica ma dobrą promocję, śmieje się Ana. A jaką dystrybucję! To się nazywa marketing! Embiej normalnie jak żyw.
I przeglądam sobie przy przysłowiowym krłasancie z wczoraj, po Iwonku, co go se schował na później i zapomniał, tę prasę komunalną, dochodzę do ogłoszeń gminnych, i mało mi okruch w gardle nie stanie. Dobrze, że miętki, bo bym chyba jechała na Kawela. Bo oto w serii zdjęć ślubnych, co to chyba w celach reklamowych gmina publikuje co numer w kolorze, patrzę sobie na numer 11, bo jakoś tak przyjemnie wygląda. Patrzę z prawa, z lewa, i coś mi się nie zgadza. Sięgam więc po okulary - babcine, ale nie szkodzi, nie mam własnych, to z braku laku, przyglądam się znów, ogniskuję, odsuwam dalej-bliżej, i nijak się nie zmienia: stoi jak wół dwóch takich. I uśmiecha się.
Już to powinno was naprowadzić swoim rodzajem dżender na właściwy trop, ale jeśli niejasne, opis: z tych dwóch żaden nie ma na sobie sukienki. Nie tylko niewinnie białej, ale nawet czerwonej lub ekri, co to teraz w modzie. Są za to dwa garnitury. Modele nowoczesne, nie takie przeciętniaki, jak z polskiej tiwi. Jeden szary, drugi ze stójką, na mój gust - bardziej na jakieś polowanie.
Nie na polowanie, tylko model z gór, ocenia Ana. Albo bawarski na oktoberfest. Nie rozumiem, więc nie protestuję. Pewne, że stójka pod szyją jest. Taka jak u myśliwego lub ewentualnie jakiegoś gajowego. Maruchy, przykładowo, dodaje z tajemniczą miną Roman.
Wiecie? Rozumiecie? Widzicie oczyma duszy to, co ja oglądam okularami babci? Tak, to ślub dwóch panów. Ale to jeszcze nic. Bywa, zdarza się, przyzwyczaiłam się, że świat gna do przodu, a w naszym domu na Sanżilu to już w ogóle jest nowocześnie. Ale że na 20 zdjęć z uklowskich mieszczańskich ślubów Polak jakiś będzie akurat na tym gejowym - to już by mi się nawet nie śniło. Taki postęp! I do tego pod własnym nazwiskiem! Odważny!
Prawie pod własnym, prostuje akuratna Ana. Kreski nad n mu nie wydrukowali, no chyba że sam nie chciał ń i po zachodniemu przerobił na n. A ten drugi, mąż albo żona czyli, ewentualnie żonkoś - zagraniczny jeszcze bardziej. Ana ocenia, że z Włoch albo takiego kraju, co był na mapie za jej młodości, a jak się rodziłam - to zniknął, rozmieniając się na drobne. Krainki. W tym Krajinę, każe napisać Ana, co to niewiele ma wspólnego z Ukrainą, poza wojną niestety, którą to refleksję ma Roman z kolei
Co ci Martinowie, skupia się na małym geograficznym piwie, a ja tu o sprawach całego kosmosu. Bo zdjęcie w gazetce to przecież poważny znak. Dla przyszłości. Bo najpierw Sejm. Potem Słupsk. Potem pigułka za darmo. Coś się zmienia. Oby, Ana trochę powątpiewa w ojczyznę. Ech ta Ana.
Nie powiem, choć ja prawdziwa Polka w sumie i matula z ojcami i sąsiadami by się wstydzili może, że ja taka postępowa, ale: podoba mi się. Także ten garnitur gajowego niech będzie. Lajkuję i lubię to także. Nawet mi się nie śniło, że dożyję takich czasów, że Sanżil i Ikel będzie brał przykład z Polski. A za nimi - cały świat. I już, jak mawia Iwonek.

Wednesday, 14 January 2015

(234) szampion

Szampon dawno wypity, nawet się zdążyłam nauczyć, że to nie szampon czy inny szampan się tak naprawdę nazywa, lecz champagne. Wymawiane jednakże po polsku przez sz. Podobnie jak inne słowo, które przy okazji mi wpadło w ucho, a mianowicie: szampion. Jedno małe i dodane, a cieszy, choć oczywiście nie tak, jak bąbelki i bombelki z champagna.
O szampionach powiedział mi Roman, który na sporty czasu nie ma, a teraz to nawet jeszcze mniej niż przysłowiowe zero, za to dużo entuzjazmu do lektury linków, które mu podsyłają koledzy, co to bez smyrania palcem po ajfonie żyć nie mogą. I wypatrzyli oto, że w nowym roku, który już od dawna za progiem, będzie można uczestniczyć w wirtualnym belgijskim klubie. Tenisistów. Byłych. Szampionów właśnie.
Przyznam, że nie wiedziałam początkowo zupełnie, z czym i kim to powiązać, ale Ana Martin się miłosiernie i z wrodzoną łaskawością nade mną zlitowała, i wyjaśniła, o co chodzi. Że szampioni to miszczowie. Że po polsku słowo to zwane jest bardziej pod angielską aligancką nazwą czempion. Oraz pod postacią jabłka, którymi przecież polski przemysł stoi, a jednym z jego miszczowskich pociągnięć jest właśnie produkcja czempionów.
Spodobał mi się ten patryjotyczny wątek, nawet jeśli od razu musiałam go poprawić na patriotyczny. Można go przenieść na poziom lokalny, sanżilowski, i wspomóc lokalnych czempionów, ukradkiem zmieniając litery i wymowę na szampinowską. Bo okazuje się, że nasi szampioni, zgromadzeni we wspomnianym wirtualnym klubie, potrzebują wsparcia. I to nie byle jakiego - co najmniej 425 ojro za dwie godziny obecności...na urodzinach.
Co to za jakaś wyjątkowa bzdura, denerwuje się znad groszkowej głowy Ana. Ana, pozwól ludziom robić, co chcą, ośmiela się zaprotestować Roman. Jak ktoś chce, niech sobie zaprasza do domu szampiona, co w tym złego? Nie złego, dziwnego, że komuś się chce wydawać takie sumy na starych, zapomnianych graczy, którzy nie wiedzą już, skąd brać na życie, zamiast się wziąć do sensownej roboty. Poczekaj, sprawdźmy, uspokaja Roman.
Po pierwsze, by obcować z gwiazdami (upadłymi - wtrąca Ana), trzeba wyciągnąć z kieszeni 50 ojro. Rocznie. Potem można serfować po stronie i wybierać z jednej strony między różnymi formami zabawy, a z drugiej - gwiazdami. A co to za gwiazdy, kpi Ana. No patrzcie sama, Ksenia, spisuj: S. Darcis; O. Rochus, S. Appelmans, D. Norman, A. Devries. Aha, spoglądamy po sobie. A kto to? Nie wiem, wzrusza ramionami Roman, podobno byli dobrzy i znani. I bogaci, dodaje Ana, a teraz znów chcą tacy być, tylko mniejszym wysiłkiem. 
No bez przesady, staje w obronie uciśnionych Roman: może nie nabiegają się tak, jak na łimbledonie, o ile tam kiedykolwiek trafili, ale też muszą coś z siebie dać. No, dawaj tę ofertę: urodzinowa godzina na korcie z dzieckiem (tort gratis, doczytuje przez ramię Ana); trening, także przez komputer (o, to dopiero męczarnia! - Ana) ; porady psychologa sportowego (pranie mózgu, no na to są zawsze chętni - Ana, a kto); pobyty w Belgii lub Hiszpanii (o, szczególnie to, cierpienie nieskończone - Ana zaraz pęknie ze śmiechu;  Roman, skończ już, bo zwątpić można!).
W sumie nie rozumiem do końca, co Ana ma przeciwko, ale siedzę cicho, na wszelki wypadek. Osobiście, jakbym miała do wydania 75 ojro, by ktoś mi 25 minut przez komputer obiecywał, że się nauczę grać i wygrywać, to może bym i wydała. Jakbym miała więcej - 1500 - to dlaczego nie, mogę się wybrać do Hiszpanii i tyle właśnie przelać szampionowi. Albo no dobra, 950 za trening w Belgii. Całkiem tanio.
W sumie pomysł genialny w swojej prostocie, zastanawia się Ana. Mogłabym założyć podobny klub, nawet w realu, a nie tylko wirtualu, i oferować wieczory z książką. Mogłabym uczyć czytać na nowo na papierze, a nie tylko palcem po ekranie. I pisać długopisem albo nawet prastarym piórem. Ceny konkurencyjne. Adres: www.e-ana.sg, tak Ksenia, nie sż bynajmniej. I biznes gotowy. 



Tuesday, 13 January 2015

(233) wieje

Wieje, że głowę może urwać. Wiatr historyczny lub histerii chyba. Taki wniosek nasuwa się po każdej bezsennej nocy, odprowadzeniu Iwonka do kreszu - oczywiście z zerwanym z głowy kapturem, bo nie z wiatrem, po powrocie do domu - znów pod wiatr, bo akurat zmienił kierunek. I to się nazywa styczeń. January, spisuję z kalendarza. Żąwje w wymowie. 
Jaki kraj, taki styczeń, można by powiedzieć. No bo kto by pomyślał, że styczeń kojarzy się z bum bum dochodzącym zza ściany, gdzie sąsiad lebelż jeszcze mniej przygotowany na zawieruchę, niż my, a jego taras - to już w ogóle katastrofa na całej linii. Na tarasie - meble ogrodowe, zostawiane tutejszym zwyczajem na cały rok, bo jeszcze się nie przyzwyczaili do myśli, że jednak doszło do zmiany klimakterium i że na Sanżilu też bywają zimy. A jak nie zimy - to przynajmniej wiatry zapowiadające większe kłopoty. Klap klap bez przerwy.
Sąsiad na pewno nie sądził, że u nas na dzielnicy przyjdzie mu walczyć z niepogodą, usprawiedliwiają go Martinowie. W sensie - wiatrem. Znaczy się - przygotował się na pewno na ulewę, kupując specjalne antypoślizgowe deski, by pupy nie zjeżdżały na mokrym, no ale to lebelż mają akurat we krwi, rodzą się i umierają w deszczu, jak śmieje się Roman. Nie wszyscy, prostuje Ana, taki Iwonek narodził się nam w upale iście włoskim lub innym hiszpańskim; wypadek przy pracy, wzrusza ramionami Roman. Przy Groszku wszystko za to wróciło do normy, święta Elżbieta nie ma widać takich chodów w niebie, jak święty Iksel, skoro było i lodowato, i wietrznie, i mokro. No ale przynajmniej chłopak od małego wie, gdzie żyje. Od małego zaimprezowany, potwierdza Roman.
Zaimpregnowany, nieprzemakalny czyli jakby, poprawia Ana. Będzie jak miejscowi harcerze, w krótkich spodenkach nawet w środku lutego, bez parasola albo nawet czapki. Odporny na Belgię, nie to co ja, śmieje się Ana, w kurtce przeciwdeszczowej, kaloszach i jeszcze pod największym parasolem. Chyba że wiatr właśnie, wtedy bez, to już przyjęłam do wiadomości, że jednak zmiana klimatu jest i że wiatr dziś to już nie wietrzyk sprzed lat, tylko od razu huragan, kończy. 
Fakt, że dziwnie jakoś ten rok się zaczął, od stycznia niby, ale na oko - od marca jak w garncu, zastanawia się Roman, na co dzień unikający kwestii pogodowych, bo choć jest amatorem białego szaleństwa i nie lubi, jak zima zaskakuje drogowców i kierowców, to unika ogólnonarodowego biadolenia nad pogodą. Podobnie jak Ana, bo to temat zastępczy, twierdzi, by nie mówić o prawdziwych problemach. Dramatach rodzinnych itede czyli, bardziej lub mniej ukrytych pod kożuszkiem śniegu, którego brak.
Ale prawdą pozostaje, że śnieg Iwonek raz dotąd widział. Leżały sobie jakieś resztki pod sanżilowską gminną choiną, to go to białe zainteresowało. Nawet nie wiedział, co z nim zrobić, taki rarytas. Z wiatrem sobie za to świetnie radzi, od razu chce pod plastikową pokrywkę. Byle do wiosny.
Od małego wie, zdolniacha, co robić. Nie to co sąsiad, o którym już na górze pisałam. Obiecał wnieść meble do środka, by nie waliło mi pod nosem, ale klapanie i kłapanie nie ustaje. Chyba nadal liczy, że już za tydzień, za dwa zaprosi la famij na grila w słońcu. Tymczasem bum bum. Co zawieje mocniej - to ja podskakuję. A z rana znów do kreszu pod wiatr. Boże. Jak to ma być zachód, to ja dziękuję.

Thursday, 8 January 2015

(232) okienko

Przybyli ułani pod okienko, śpiewali mi tak za młodu nad kołyską, której nie miałam, ale ładnie brzmi, gdy jeszcze nie tylko nie wiedziałam, co to ułani, która to niewiedza mi została do dzisiaj, ale nawet reszta słów była niezrozumiała. Jednakże cytat zawsze warto mieć na podorędziu, by umaić lekturę. To i umajam opowieść o okienku. W ambasadzie.
Nie w ambasadzie Ksenia, tylko w konsulacie, zgłasza poprawkę domowy prawnik. I nie jest to przynajmniej Ana. Bynajmniej nie tym razem. A co za różnica, wykłócam się. Taka, że sprawy prawne załatwia się w konsulacie, i tamże żeśmy dziś przybyli. Do drzwi. A po przejściu przez bramkę - i do okienka. Ułani czterej.
I zresztą nie tylko dziś, lecz także i jak ci trzej królowie przybyli w deszczu, a nie w śniegu wcale a wcale, we wtorek, i tym razem to pod drzwi żeśmy przybyli, można powiedzieć. Bo zamknięte było, więc się zatrzymaliśmy na progu ojczyzny, bo czyż nie tak? Ale tego zamknięcia wcześniej nie zapowiedzieli żadną kometą betlejemską, tak więc Ana się trochę zdenerwowała, jak to ona, że cała wyprawa z Groszkiem w bagażu na nic. Bo to pod niego było robione, by w Nowym Roku wreszcie zaistniał na poważne w jakichś papierach. Jako obywatel, choć to obywatelek dopiero.
I nie tylko komety nie było, ale konsulat czy też ambasada, bo nie wierzę prawnikom, na słowo, o nie, nie po aferze z podsłuchami, o czym całe Łapy nawet trąbiły, a więc ten urząd - wcale a wcale nie poinformował na stronie internetowej, że 6, szóstego dosłownie, nie pracuje. A my zapomnieli, jak nie omieszkała przypomnieć zgryźliwie Ana, że w Polsce teraz wszystkie święta religijne to świętość nienaruszalna. I że dokumentów wypełniać nie można. Jak w szpagat, skojarzył Roman. 
Szabas dziewczyno, szabas. Nieważne. Niezrozumiałe i tak, czy siak.
Ale nawet, jakbyśmy nie przybyli tylko pod drzwi, ale we drzwi weszli, to i tak by wszystko było na nic. Bo oto jest nowość. Na polskiej stronie państwowej, tak owszem. I nam Polakom, swoim własnym inni Polacy to zafundowali. Może informatycy, może politycy. W postaci e-zapisów. Pod nazwą e-konsulat, więc może jednak domowy prawnik ma rację, albo też na stronie dla zmyłki lub hecy tak dali, bo licho nie śpi. 
W każdym razie wszyscy, którzy chcą coś załatwić w ojczyźnie na odległość, muszą teraz najpierw się zapisać. E-zapisać. papierek wirtualny wziąć. Wtedy dopiero mogą przybywać i załatwiać.
To i my się zapisali i nawet dziś załatwili. Oczywiście e-godzina podana na papierku nie zgadza się w niczym z godziną nie- e, bo zdaje się, że na jedną e-godzinę może się zapisać więcej osób, poza tym jednak wpadają też ci jakimś cudem noworocznym niezapisani. I ustawiają w kolejce przed tymi, co to grzecznie jak ułani przybyli. Nie są -e, za to: beee!
Odstaliśmy więc pod i przed okienkiem także, co nasze. Groszek także, w formie półleżącej odstał. Potem go zapisaliśmy urzędowo, ma się rozumieć, przez komputer ze starym monitorem jeszcze. W Polsce A, a jakże, Ana stamtąd, babcia stamtąd, to i dzieci po niej. Wielkie państwo, ho ho! Jedyne, co demokratyczne, to że zapis czy w Polsce A, czy B, kosztuje tyle samo. Słono czyli. 50 całych ojro jak bumcykcyk. Też nie mogłam uwierzyć.
I jeszcze pan się uśmiechnął. Bo mówi, oczywiście nikogo nie obrażając literami A lub B, nie może, na państwowym ciepłym stołku zasiada w końcu, że z Polski A to oni głównie zapisują maluchy warszawskie. A to miasto Any niemieckie, to wcale się nie pojawia, czemu się nie dziwię, bo kto by tam chciał u Niemca być zapisany, to jak miś w paszporcie prawie w końcu. Na amen. 
Oprócz Warszawy - to tylko Polska B się rejestruje podobno, dzieci walą drzwiami i oknami, jak ci ułani z cytatu. W tym Łapy mocno się trzymają. Pewnie więcej łapowiczów i łapek tu się zapisuje, niż na ojcowiźnie. A co mi tam, ja już stąd, z Sanżila. Ale mały sukces zawsze cieszy. Przynajmniej raz przed Aną. Pod okienkiem.To dobrze rokuje na Nowy Rok w kolorze groszka.

Thursday, 1 January 2015

(231) groszek

Na odświętny groch z kapustą to już chyba za późno, jak na moje wyczucie wigilijne, ale na przyjemny, zielony groszek - to co innego. Sama rozkosz i czysta przyjemność. Tym bardziej, gdy groszek przychodzi całkiem niezapowiedzianie. I nie jest zielony.
Sam przychodzi, wychodzi nawet, bez pytania, stuku puku i już. Zastukał to już nawet w połowie grudnia, tak powiedział przynajmniej pan kotkoj tofik, żeby zacytować Iwonka. Co oznacza doktora o tajemniczym imieniu Tufik, którego się chyba wstydzi, jak się śmieje Roman, bo zawsze je dokładnie wykreśla z recept i wpsuje inne, bardziej swojskie dla ucha lebelża. Ciekawe, czemu nie wydrukuje po prostu innych recept, swoją drogą? Ana twierdzi, że to z oszczędności i nie na darmo, bo to Wenecjanie jacyś wymyślili pieniądze, a on właśnie z wyglądu z tamtych okolic, na oko - Iran lub Palestra.
I odtąd czekaliśmy więc na Sanżilu, jak na tego, co to w grudniu w kolędzie, w żłobku, w radiu - słowem wszędobylsko wszędzie króluje tej nocy, choć ostatnimi laty musi ustępować pola temu, co to zstąpił z kokakoli. Albo raczej z kokakolą w dłoni. W czerwonym płaszczu, w przeciwieństwie do tamtego, co to z pustymi rękami, za to darami dla ludzkości; w pieluszce, choć skąd ta pielucha, pyta zawsze Ana? Płótno zgrzebne, o ile, a najpewniej - siano. To już z innej kolędy. Może i prawdziwszej.
U nas ktoś kolejny, mały, choć całe 3600, nie  nie kilo, gramów, ludzie, to by było dopiero cha cha! - przybył nago, co nie powinno dziwić nikogo, kto chodził na lekcje biologii albo przynajmniej przysposabiał się do życia w rodzinie, coś mi świta, że katechetka wspominała o porodach i poczęciu. 
Co więc było robić, gdy nadszedł czas? Gnać co tchu na Ukle, zwane także Iklem. Prosto w ramiona świętej Elżbiety, która zarządza szpitalem. Znaczy się jest jego patronką, jak tłumaczyła Ana, ale nie zorientowałam się jakoś do dziś, mimo że to wszystko w starym roku się zdarzyło, a obecnie i dzisiaj mamy nowy, kto u niej robi na stałce? I dlaczego Ana do jakiejś patronki nagle uderza, skoro w naszym domu na Sanżilu panuje raczej brak wiary, zdaniem matuś, a zdaniem chóru Martinów - próby zachowania zdrowego rozsądku? 
Jezusie, jaki piękny ten szpital. Jak ze snu doprawdy, choć nocy groszkowej nikt akurat oka nie zmrużył. Hotel co najmniej normalnie, albo jakiś inny spa. Groszek nowy i noworoczny prawie że ułożył się przykładnie najpierw na mamusi, bo tu tak jest, że dziecku, w tym noworodkowi, wolno być z matką, a matce z nim, i to nie na macie składanej karnie, gdy wchodzi położna. W głowie się to nie mieści, mojej matuś to już w ogóle, jak jej przez telefon mówiłam. Ale prawda to, Ana wytłumaczyła mi zachodnie zwyczaje. 
Potem Groszek ułożył się w kulkę w plastikowym pudełku, co to miał za łóżeczko, i tak przespał się. Pierwszy raz po tej stronie Any. A jak się obudził - to już były święta, groch z kapustą, pierogi, grzyby, susze, kutie, cuda niewidy. U nas co prawda nie, ale na polonii pokazywali w tiwi, że w Polsce owszem nadal, wódka na stół pod rybkę, a że w święta serce bije bardziej polskością i ojczyzną - to tak powiem. 
Ale w sumie nie szkodzi, że te święta były inne. Bez jedzenia niedobrego, co to trzeba udawać, że się lubi, bo matka całą noc dla ciebie, a ty nic, za to z prawdziwym prezentem. Od losu i Any. Dla całego Sanżila i tych, co trzymali kciuki w Polsce i innych krajach. A najbardziej trzymali je chyba Roman i Iwonek. Nie razem, bo jeden ze mną i babcią - ten mniejszy, a drugi - w szpitalu. Na moje oko, to czysta glorjainekselis. Prawdziwe groszkowe narodzenie.