Tuesday, 10 February 2015

(249) w literatce

Kosmos normalnie, mówi Ana Martin; nie no, słuchajcie, nigdy bym nie pomyślała, że dożyję czasów, gdy za granicą wręcz nie będzie się można odpędzić od przedstawicieli polskiej sztuki. Przez s różnej wielkości co prawda, ale zawsze co es, to es. Albo co ESZ, to ESZ. Jak sztuka właśnie, dodaję od siebie, też sroce pod ogon nie wpadłam.
Fakt, że od początku roku u nas na Sanżilu i na sąsiednim Foreście, zwanym lasem, jak i niezbyt sąsiednim Eterbeku co rusz tylko ląduje jakaś polska gwiazda. Gwiazda oczywiście w mniemaniu Any, która ma swoje artystyczne wymogi, i to przez duże oraz wielkie A, że pozwolę sobie to trzykrotnie podkreślić dla większej jasności treści dla tych, co to gwiazd upatrują w kim innym, a nie w jakichś literackich zjawiskach, jak to pisano w podręcznikach za moich czasów, całkowicie niedarmowych, za to całkowicie zajechanych przez poprzednie pokolenia, w tym pokolenie Any i Romana. Ale nie wykluczam, że jakieś celebrytki to sumasumarumem są, sądząc po liczbie zajętych krzeseł na wieczorkach w ambasadzie. Ani jedno się puste nie ostało. Dobrze, że ustało pod naporem emocji, co je tam pani gość w literatce wywołała.
A mało co, a byśmy żeśmy nie dojechały, nie wiem, jak w lepszy sposób można kilkoma trybami zaledwie dostępnymi w mowie ojców oddać towarzyszącego nam w piątek ducha zwątpienia w moce stibu. 
Niezłomnego ducha i żelazną wolę, podpowiada Ana, może tak. Bo jazda z Sanżila na Odergem no raczej, czy też na sam Tysiąc może, tam koło Montgomerów docelowo w każdym razie, z Groszkiem na brzuchu, wózkiem w zanadrzu, strachem w dołku, wizją nieprzekraczalnych dla wózkowych kół krawężników w głowie nie należy do najprzyjemniejszych. Dobrze, że towarzyszyły nam obyte w nosidłach Rita z Hilcią, bo inaczej to nie wiem, jakbyśmy dały radę. Ana fizycznie, a ja - psychicznie, duszą. Na ramieniu zasiadła. Bo toż to nerwuska z Any chwilami wychodzi, choć się stara, a Roman uspokaja jak może, no ale widać każdy może, jak orze. Lub orzeł, nie pamiętam, jak było w tych zajechanych przez Martinów podręcznikach, sami sobie winni, jak źle cytuję, bo druk wyblakł jakoś. Komunistyczna jakość, choć to za postkomuny chyba już poszło na drukarnię, bo ja wiem.
W każdym razie dojechałyśmy, Ana i Rita świadomie, w co się pakują, a reszta, znaczy się ja - Ksenia, Groszek i Hilcia chyba niezbyt, ale efekt sumasumarumem ten sam. A nawet lepszy. Włazimy bowiem se na pięterko, bogato opasane nosidłami i wózkami, a tu - niespodzianka! Stoi sobie oto ot tak pani od książek literackich, włos kolorowy, spódnica rozłożysto - falbaniasta, but na obcasiku gustownym, nie powiem, torebunia, jak się patrzy, nie to co Ana, zawsze to samo i nie po damsku dobrane - a ta stoi oto ot tak i się uśmiecha, i to do nas. Grupowo. Znaczy się - my grupowo, ona sama jedna. I jak nam nie zacznie dziękować, a właściwie: Groszkowi i Hilci. Że ona jest dumna z faktu, że na spotkaniach z nią zawsze są jakieś dzieci. Że to znaczy, że atmosfera podpasowała jak najbardziej. Że dziękuje nam, żeśmy to pieluchowe bractwo i siostrzeństwo przytachały.
Patrzę se zdumiona, co ona tak przemawia, i czy to do mnie, zwykłej Kseni, aby na pewno skierowane, ale widzę, że tylko ja się dziwię, a Ana i Rita w swym żywiole, już rozbierają dzieciarnię, komentują i sadowią się w pierwszych rzędach. Koło kumpelek Any, widzę, że wszystkie z tego grona na ef. I triumfalnie wiodą wokół wzrokiem, mówiąc: ten teren należy do matek i kobiet na EF właśnie.
Niektórym nie na EF opadła chyba tak zwana szczena, ale co było robić, nawet najbardziej oporni dzieciom przyjęli ze spokojem fakt, że w ambasadzie rządzi Groszek. Tym bardziej, że na cześć gościni, jak mnie pouczyła Ana, oddał sześć salw. Pupą. W ciszy. I nikt nie protestował, jak zawartość salw usunięto na marmurowym stole. I to na kawałku Polski się działo, pod flagą albo godłem kto ty jesteś Polaku mały, przypominam.
Bowiem okazało się, że ta pani w spódnicy od książek literackich to nie tylko pisze, ale także działa. Głównie może nawet. Na rzecz matek, mam, kobiet, feministek i Warszawy, która w końcu też jest rodzaju żeńskiego, czyli kobietą. I z tego słynie, że woli, gdy są dzieci, że się ich nie boi i głosi, że bać nie należy. Znaczy się nie Warszawa, tylko pani w literatce. Tak samo jak feministek, które mi nawet w międzyczasie niestraszne. I stąd jej sława, taka, że wszystkie krzesła z tego zajęte. Głównie przez damskie pupy jednakże, mężczyzn jakby wymiotło. A może to po prostu, bo piątek był, i mecz pewnikiem niejeden dawali, jak to przy sobocie, to gdzie będą się z babami bratać. Lub zasiostrzać, zaryzykuję, by podlizać się Anie oraz ewentualnie pani w literatce, o ile to czyta.
Najfajniejsze było to, że wieczór zamknął się w klamrę, jak to ujęła w nawias Ana. Bo zaczęłyśmy od obliczania z Ritą ilości krawężników, wind, schodów ruchomych oraz braku wymienionych, i skończyłyśmy tak samo. Tyle że na poziomie światowym, i sztuki przez duże ESZ, bo w ambasadzie, pod godłem i orłem. Bo pani w literatce walczy właśnie o brak krawężników oraz nadmiar wind i schodów. W Warszawie, a my - u nas. I pytała, jak to u nas, na naszym nowym u nas, na Sanżilu. Wyrwało mi się nawet, że na Sanżilu to całkiem źle, wiem z autobiografii, za to na Iklach lepiej, poobniżali w roku wyborów to widać było. To może i w Warszawie jakiś poseł pójdzie po rozum do głowy, zadumałyśmy się. Warto, w końcu Polska A to A. Nie obroni się sama, jak ta sztuka przez duże ESZ.

Monday, 9 February 2015

(248) krym i rzym

A gdzie Rzym, tam i Krym, mówili kiedyś matuś i ojce, cytując nie wiadomo kogo z przeszłości. Dziś odpowiem im z podniesioną brwią nad czołem: gdzie Rzym, tam i Bruksela. A Rzym nawet za nią. Z Arabami razem. W takiej jednej międzynarodowej klasyfikacji miast.
Co to za statystyki? zaciekawia się Ana Martin. A tu takie napisali. Rozpisali w tabelach. Znany ekonomista podobno je stworzył, a lesłar odtworzył w lokalnym dialekcie już, to i rozszyfrowałam z rana, jak nas widzą. Bo jak nas widzą, tak nas piszą, brzmi stara prawda, więc lepiej mieć oczy wokół głowy szeroko otwarte. Licho nie śpi, i wróg też nie. 
Nie ekonomista, tylko magazyn o nazwie The Economist, poprawia Roman. Takie pismo po angielsku, czy też hamerykańsku, czyli elitarniejsze w zamyśle, bo dla wtajemniczonych; dla tych, co chcą błysnąć na imprezie mądrym i chodliwym cytatem, niby to mimochodem podając źródło. Albo udawać, że gazeta tylko tak przez przypadek wystaje z torby, oczywiście ze srebrnym makie, ajpodem i ze skóry. Czarnej lub brązowej, wyglansowanej, z dyskretną metką drogiego sklepu, dodaje Ana. Torba ta, znaczy się. Znamy to, co Roman? uśmiecha się złośliwie. Także z obserwacji młodych kandydatów i kandydatek na komisji. Ciekawe, czy rozumu od tej lektury przybywa, czy tylko cytatów.
Och, puchnę więc w dumę i ja, bo będę miała się czym pochwalić jutro na balu! Nic to, że dla dzieci, i będą same lokalne Polki A i B z dzieciarnią, też z komisji niejedna pewnikiem, to doceni moją wiedzę. A przybyło mi jej od tej lektury, że hej!
Na tematy lokalne, sanżilowskie z natury i charakteru, a nie ekonomiczne, ale lepszy rydz niż nic. Nawet jeśli ocena boli, oj boli. Wychłostali trochę nam tę Brukselę panowie ekonomi. Nic nie jest w sumie dobrze oprócz liczby łóżek na pacjenta. Tu stolica świata na podium, na trzecim miejscu, jak jakiś Małysz czy inny Stoch, ale zawsze. A ja zdrowa akurat. Szkoda!
W reszcie konkurencji już tylko gorzej: Bruksela jest 17. pod względem bezpieczeństwa tak zwanej infrastruktury - co mieści w sobie i złe drogi, i katastrofy naturalne, tak jakby tu trzęsienia ziemi były dosłownie; a prawdziwa katastrofa nienaturalna dla mnie to, że aż 42. pod względem bezpieczeństwa dla ludu. Pracującego i turystycznego.
Znam takich, którzy by temu przyklasnęli. Że podobno strasznie tu. A najgorzej - na Sanżilu, Skarbku i Anderlechcie. Czyli tam, gdzie mieszkają Polacy i Arabowie. Oraz my, jako Polacy oczywiście. Nie raz i nie dwa się nam dziwili, że chodzimy bez karabinu, i to wieczorem, fakt, śmieje się Ana.
Poczekajcie, uspokaja Roman: ekonom chłosta więc Sanżil na prawo i lewo, ale daje i pociechę, w myśl: nic tak nie cieszy, jak krzywda bliźniego. W tym przypadku: podobnie złe miejsce Rzymu. Już nie jest, tam gdzie Krym, bo Krym to nawet nie miasto zresztą, mądrzę się, tylko tam, gdzie Bruksela. Czyli w tyle. Juhuu!
Za nami nawet, spogląda mi przez ramię Ana - za to w doborowym towarzystwie: Teheran, Sao Paolo i o dziwo Kuwejt. Czemu o dziwo, krzywię się, tam też przecież Arabowie mieszkają, to każdy Polak przecież w lot pojmuje, że bezpiecznie być nie może. To samo Irak czy Izrael z Teheranem i to miasto inne, coś o Pawle, o ile właściwie rozumuję. Tam z kolei tacy niebiali raczej, no to jak tu mówić o bezpieczeństwie, błagam was?
Moim zdaniem - obwieszcza Roman -  największa bomba to jednak wytłumaczenie hamerykańskiej komórki doradzającej turystom, gdzie to się udać, albo nie udać na urlop: oto przedstawiciele państwa, gdzie każdy może sobie trzymać w szafie arsenał, ostrzega, by w Brukseli zachować ostrożność, bo przestępczość jest chlebem codziennym, w tym strzały na ulicach. Aaaa - krzyczy już Ana, niech żyje hipokryzja! Kocham naszą brudną, niebezpieczną Belgię!
Hipokryzja niech sobie żyje, myślę sobie w cichości ducha, a ja tam cieszę się, tym co mam. Tym nawet, że mam co cytować jutro wśród dziecięcych harców. I to z jakiego źródła! Amerykańskiego bez ha, jak się okazuje! Pańskiego! I w domu w Łapach jest się czym pochwalić, bo nie mówiłam jeszcze, że ekonom po batach na koniec złagodniał i przyznał Brukseli 12. miejsce. Czyli ostatnie, za jakie się należą punkty w pucharze świata, o ile dobrze pamiętam z czasów tiwi. Sanżil górą! 

Friday, 6 February 2015

(247) prawicowo

Po raz kolejny okazało się, że nikomu powyżej 18. roku życia wierzyć nie warto, nawet jeśli najstarsi górale twierdzą inaczej. A facetom to już na pewno nie. Omotają na piękne oczy, zbałamucą i nawet jeśli nie porzucą, to i tak same z tego kłopoty. Na prawo i lewo.
Na prawo i lewo to trzeba się rozglądać, jak się jeździ po Sanżilu autem, a nie poluje na męża, zgryźliwie kątempluje Ana Martin. A o czym ja niby mówię, wydymam wargi? Właśnie o tych stronach świata. Lewicy i prawicy i która ważniejsza. A o tym, że Roman się nie zna na przepisach, tacy to prawnicy nam nastali, że lewacy lepsi. Omotał i zbałamucił - to już tylko tak na marginesie dodaję. Na skraju drogi wręcz.
Ale co ten biedny Roman ma wspólnego z kodeksem drogowym? Ana ujmuje się za ślubnym, choć jak ti ślub bez błogosławieństwa? Każdy sobie rzepkę skrobie, nie moja sprawa. Ale prawa nie odpuszczę. I donoszę, że jak ostatnio ćwiczyliśmy się w jeździe autem onda, jak to mawia Iwonek, co czynię, by śmigać po kreszach, a jakże; a więc jak po Woluwach i innych luksusowych dzielnicach się rozbijaliśmy, gdzie tak spokojnie i wykwintnie, że nawet świateł nie instalują, Roman tłumaczył, że wystarczy spoglądać na znaki. I jechać, bo w Belgii już wszystko oznaczone i nic się nie stanie. Więc prułam przed siebie jak głupia.
A co, zmiany? Nie...też słyszałam, że znieśli już najdziwniejszą regułę świata motoryzacji, a mianowicie, że auto z prawej zawsze mają pierwszeństwo. Doprowadzającą do szału obcokrajowców i innych cudzoziemnców, jakby już nie starczały same jednokierunkowe ulice, auta poparkowane na jezdni, ciasnota i jazda na wariata. Pamiętam, jakżem tu zjechała lata temu, przypominam, z Polski A, to nigdy nie było wiadomo, czy kierować się znakiem, czy brakiem znaku, czy też po prostu jechać na chama. Lub chamkę. Ale ostatnio znaków gęsto nastawiali, więc reguła sama z siebie umarła naturalną śmiercią.
A właśnie że nie, tryumfuję triumfalnie. Nic nie znieśli, to Roman nagadał nam tylko, że to już nie obowiązuje, tak go te inwestycje w znaki zbałamuciły i omotały. Co go jednakże wcale nie tłumaczy, dlaczego mnie źle szkoli. Nowe pokolenie. Dobrze, że mam swoje oczy i rozum, i jeszcze coś tam nieco wyłapię, nawet jeśli część prasy używa drugiego dialektu.
I co wyłapałaś? Że w całości kraju, obojętnie, czy jeden dialekt, drugi, czy nawet ten pruski, nadal obowiązuje zasada pierwszeństwa z prawej. Czy droga główna, czy mniej główna - jeśli nie ma znaku, trzeba ustąpić. Co z tego, że czasami znak o główności był na początku drogi, a szusuje się szosą już przy numerze 1400, jak na łoterlo przykładowo. Nie patrzyłaś - sama sobie jesteś winna. 
Co prowadzi do tego, że nigdy nie wiadomo, czy lepiej pruć do przodu, czy też zatrzymywać się grzecznie i sprawdzać co po prawej. Co prowadzi do tego, że masz ewentualny wybór: albo na ciebie wpadną z boku - zgodnie z prawem, bo z prawej, albo z tyłu - ich zdaniem też zgodnie z prawem, bo pruli główną. I bądź tu mądra, i kalkuluj, gdzie lepiej zostać stuknięta. I zachodź w głowę, czy czegoś nie przeoczyłaś. Co prowadzi do wariactwa.
A teraz dojdzie jeszcze zastanawianie się, czy Roman lub inny specjalista czasami nie zbałamucił znowu i czy zasada zniesiona już czy nie. Bo co to oznacza, że wkrótce mogłaby zostać zniesiona, jak ogłosili na szczytach. Ile to wkrótce ma trwać? No i czy nie przebiją się jednak ci z frakcji starców, jak to się mawia w partiach, którzy uważają, że ta zasada się jednak sprawdza na takich Woluwach przykładowo. Mieszczańskich i bez świateł. Rezidąsjel, jak mawia się. Tylko jak tu czuwać w ondzie czy innym wozie, czy jeszcze się jedzie woluwem, czy już nie? Mam tylko jedną parę oczu, litości!
Chyba lepiej, by znieśli, donosi w ramach pokuty Roman. Obliczyli, że można by uniknąć nawet 10% wypadków, warto! Problem tylko w tym, czy nie będzie innego 10% - ze strony tych, co nie doczytają, że nastąpiła zmiana. Bądź tu mądra.
Przezorna zawsze ubezpieczona - to zawsze działa - w ramach be-ha-pe lepiej przestanę jeździć i poczekam na jasne wytyczne z komisji. I to nie przekazaną ustami Romana, tylko sama muszę ujrzeć. Drektywę jakąś napisaliby, co robić, czym się kierować, kierując. Dobrze, że tam na szczytach władzy zasiadła ostatnio jedna z naszych, w sensie i polskim, i żeńskim. Trochę jasności wniesie, i to nie tylko dzięki farbie na włosach. Moi panowie, koniec motania! 


Thursday, 5 February 2015

(246) jednonogi

Kombinowania ciąg dalszy. Okazuje się, że wczoraj poruszyłam temat rzekę, a wiadomo, kto raz wstąpi do rzeki zapomnienia, to pantareji. Tak Ana Martin mruczy pod nosem czasami, w trudnych momentach. Ciekawe, czy tak samo westchnąłby ten jednonogi, co go zgarnęli pod kinem w Szarlerła, Charleroi dla obcych. Wraz z jego laską.
Panta rei, Ksenia, panta rei. Wszystko płynie, mija. A co ma minąć jednonogiemu? Co nakombinował? 
Tego to na razie nie wiem, ale grozi mu więzienie lub areszt. Nie znam się autografowo czy biograficznie na tutejszych zwyczajach, gdzie to się najpierw trafia z suki mianowicie, ale chyba jakiś porządek musi być, jakaś drektywa u-łe tym rządzi, z y lub bez, więc sądzę, że jednonogi już siedzi. Czyli robi w sumie to samo, z tym, że nie pod kinem, gdzie uwił sobie ciepłe gniazdko na zimę i dilował z laski, lecz na pryczy.
Dilował z laski? Nie panjatna, cytuje obcy język Roman.
Tak tak, w tym tygodniu w prasie pisali nie tylko o rowerach i politykach czy innym inwitro, ale także o mniejszościach w postaci jednonogich. W koncu trzeba dać czytelnikom odetchnąć od zadowolonych z siebie gąb partyjnych, co? Kto liznął trochę marketingu, ten wie. I ta. 
Co do jednonogich - świetnie nadają się na njusa, na pewno nie ma takich wielu, a już na pewno nie takich, którzy idą po rozum do głowy i swoją przypadłość wykorzystują w niecnych celach. Ale ten nasz, lebelż, akurat tak. Główka pracuje, i laska pracowała, że hej!
Ustalmy może, jaka to laska. Laska do chodzenia? No a jaka. Ale laska drewniana, czy też laska, nazwijmy to brzydko - ludzka? Czyli dziewczyna? No co ode mnie chcecie, broni się Ana, sami wiecie, że się tak mawiało, w Polsce A i B, całe lata. O mnie tak nie mówili pewnie, śmieje się, ale swoje wiem. Więc jak on to sprzedawał?
Z laski drewnianej, którą się niby miał podpierać, ale skoro siedział, to przecie nie musiał. Wydrążonej. W środku - koka. I to nie kola, tylko koka w proszku bez koli i wody. Mądrze w sumie, bo w końcu ile litrów by kto dał radę wlać do laski, nawet z wielką dziurą? I na co to by było przelewać? Jak z pustego w próżne doprawdy. I  - przede wszystkim, pytanie podstawowe - czy ktoś by to w ogóle chciał pić? Czyli kupić? Z zapewne wstrętnym posmakiem piwa? Przecież to przeciw wszystkim zasadom marketingu! Doprawdy bardziej opłaca się proszek.
Z tym, że za proszek się siedzi, a za napój nie, póki co. Kto go w ogóle wypatrzył pod tym kinem? Dziennikarze? Mi to wygląda na donos jakiegoś niezadowolonego z zakupów klienta, niucha pismo nosem Ana. Jakby proszek to było normalnie jakiś.
Naszego dilera z laską wypatrzyła dzielna kasjerka. Tacy ludzie zaufania publicznego pracują teraz w kinach! Brawo! Porządna osoba, na pewno wcale nie chciała zwrotu za złą kokę, działała bezinteresownie. 
E tam, ja myślę, że nie chciała raczej oglądać już tego pana pod swoim okienkiem i poprosiła, by polis go przegoniła. I kto wie, może laska była niezatkana i coś tam białego wyfrunęło. To i zdenerwowały się chłopaki, że podzielić się nie chce, a co, i przymknęli jednonogiego. Z laską.
Swoją drogą muszę się z czegoś zwierzyć, nieśmiało kwili Ana Martin. Bo jednonogi - unijambiste - uniżambist - to moje ulubione słowo po francusku, czyli po belgijsku też, Ksenia. Po włosku jeszcze piękniej - unigambista. Ach, poezja dla ucha, zachwyca się.
Jak dla mnie, wiersza w tym niewiele. Słowo trochę jak żaba, a trochę jak jednorożec. Dwa w jednym, ale nie pasuje. Jak ta laska do koli zupełnie.

Wednesday, 4 February 2015

(245) bi-si mer-si

Technika idzie nonstop do przodu, w tym na Sanżilu i w okolicach. Kombinują ludziska, ile wlezie. Ta ponadczasowa prawda co chwilę znajduje swoje potwierdzenie w prasie i mediach, nawet zagranicznej, czyli tu. Belgijskie nowinki w tym zakresie i dziedzinie są naprawdę zadziwiającej jakości. Belgia na czele świata,wreszcie!
No nie, może przesadziłam, w kombinowaniu to Polacy są lepsi, jak słusznie poprawia mnie Roman. I załatwianiu. Ana tłumaczka przypomina, że w czasach jej młodości, gdy pobierała nauki, były problemy z oddaniem w dialekcie, który w międzyczasie stał się naszym chlebem codziennym, słowa "załatwić" właśnie. Jedyne, co przychodziło na myśl, to właśnie kombinowanie, wspomina. I patrzcie moi państwo, ile to Sanżil zawdzięcza naszym! Nie tylko budowlańców i netłajaże oraz makijaże u Marioli, ale także nowe słowa. Piękny przykład międzynarodowej współpracy na poziomie europejskim.
Bardzo udany przykład wdrożenia kombinacji w życie lebelż: rowery. Bisi. W kraju tur de france, choć tu Belgia, a nie żadna franca, to akurat nie dziwota, że trafiły do prasy, ale tym razem nie chodzi wcale o kolaże, kolaży, ups, błąd w odmianie męskoosobowej, lecz o technikę podrasowywania. Za pośrednictwem użytkowników głównie męskoosobowych, a jakże, bo rowery same w sobie niewinne.
Okazało się bowiem, że w dzisiejszych czasach, gdzie nic już nie jest jak dawniej, bo dawniej to byli jednak inni ludzie zupełnie i inne wartości, jak mawiają starzy - i zesklerociali, komentuje zawsze Ana , bo nic się nie zmieniło w charakterach, tylko mniej pamięci się ostało - w każdym razie dziś rowery to prawdziwa formuła jeden. W cyfrze też. 1. I pamiętajmy, że nazwa przynajmniej nie pochodzi od 1 km, lecz od tych odciętych zer raczej, bo w formule 1 to wozy z tysiaka wyciągają, twierdziły chłopaki pod sklepem bynajmniej w Łapach. Rowery co prawda wolniej gnają, ale niewiele, skoro nawet policja belż, nienależąca przecież żadną miarą do najszybszych w służbie króla i ludu, nawet na kolarzówce, zauważyła problem. 
I oto będą kontrole. Rowerem, w tym bisi, nie będzie można jeździć szybciej niż 25 kilosów na godzinę. 
Ale ja znam takich, co jeżdżą szybciej, i to własnymi nogami protestuje Roman. Sori men! Podziękuj technice ty i ten LaPaż cały, co to się ćwiczy w jeździe na krakowskim bruku ostatnio. Miał nosa swoją drogą, że nawiał na wschód akurat, jak mają kontrolować.
On akurat 25 to nie wyciągnie, powątpiewa Ana. 
Jak to nie, oburza się za kumpla Roman. Nawet ja dałbym może radę. Ale skoro nie można...
Nie można, bo na ścieżkach rowerowych pojawiło się za dużo tych, co korzystając niby z rowerowego statusu pojazdu jeździli nim jak autem. Wymijali, potrącali, niszczyli i straszyli. A nie ma na nich paragrafu, bo rower to rower niby, bisi to bisi, sori men, nawet jeśli z motorkiem czy silniczkiem, jak chcecie. Na szczęście powstała społeczna inicjatywa i teraz będą ograniczenia.
Ale chyba tylko dla elektrycznych, i to podrasowanych właśnie, co? niepokoi się Roman. Może, choć belż jak Polak, potrafi, i moim zdaniem silniczek łatwo ukrzyje nawet w takim zwykłym, holenderka zwie się to chyba. Tak więc nie zdziw się Roman, i LaPaża uprzedź, jakby tu jednak chciał dojechać, że będą jednak wszystkich równo łupić. Mandatami oczywiście, bo tu policja jednak mniej kombinuje, niż w tzw. kraju, i łapówek nie bierze. Albo słowa nie znam, albo Ana nie wie, jak przetłumaczyć. Bo ja wiem w sumie, ludzie to ludzie w końcu.
Moim zdaniem od policji to w ogóle najlepiej jak najdalej, wtrącam jeszcze, więc cieszę się z góry, że z rowerem się nigdy nie zaznajomiłam. A teraz to jeszcze większy strach wsiadać, jakby już nie wystarczały tory tramwajowe do przejechania, samochody na ogonie i kierowcy debile, co już na Sanżilu były od zawsze. A teraz jeszcze mandat. No nie, rowerom już dziękujemy. Bi-si mer-si.

Tuesday, 3 February 2015

(244) salon z czekolady

Wiele cudów już tu widziałam i pewnie niejedno jeszcze zobaczę. Zimna krew jest czasami potrzebna, by ot tak zaakceptować wszystko, co normalne na Sanżilu. Ale że budują salony z czekolady, to już się w głowie nie mieści. I po co to?
Salon z czekolady? A gdzie to powstało, Roman też nic nie wie na ten temat. Dobrze, że już nie ma włosów na głowie, to i nie będzie stratny, jakby co. A ja tak, ale co tam, Mariola w salonie naprawi fryzurę. Tak jak ostatnio na moich oczach wycinała włosy wokół wlepionej we włosy gumę. Gustownie wyszło, a la kleryk, jak podsumowała Ana Martin. To co, z czekoladą sobie nie poradzi? Polce to naprawdę niestraszne, phi, też mi coś.
Nie salon z czekolady, tylko salon czekolady. Takie czekoladowe święto, gdzie producenci czekoladek wystawiają swoje wyroby. To w ten weekend na ekspo koło hejzel. Nie na Sanżilu, a szkoda.
Gdzie gdzie, dopytuję ciekawie? Na terenie wystawienniczym czy wystawowym, czyli expo przez x koło stadionu Heysel pisane nieco inaczej, niż wymawiane. Po raz drugi się toto odbywa. Pamiętam, że rok temu było wielkie halo, a potem wielki zawód. Dlaczego? 
No bo po pierwsze bilety. Ludzie pognali za darmo, w koncy lebelż czekoladą stoi, myśleli, że kraj się chwali przed ludem za darmo, a tu niespodzianka. Kasa! Całkiem drogi wstęp, w tym roku już podskoczył na 8 i pół ojro w tygodniu, co oznacza tylko i wyłącznie piątek, czyli z lokalnych mało kto przyjdzie, bo wszyscy w pracy, turyści może dotrą, jak znajdą na mapie, gdzie impreza; a na 10 w weekend. Za darmo mogą wejść, a raczej wjechać, tylko dzieci do lat 3. Ciekawe, czy sprawdzają dokumenta, swoją drogą.
No tak, trochę panie tam tego drogo, zgadzam się, a to, że nasze chłopaki mogą wjechać za darmo, to i tak tylko w połowie ma jakieś znaczenie, bo ewentualnie tylko jeden urządzi jakąś kąsampcję, gdyż ten drugi nie ma ani zębów, ani możliwości strawienia kawałka salonu, podkreślam. Więc to żadne oszczędności, ani zachęta dla rodziców. 
Owszem, żadna, tym bardziej, że w moim przypadku największy zawód polegał na tym, że konsumpcji njet. Ani kąsania kąsampcji, jak to fajnie nazwałaś Ksenia.
Jak to, to salonu nie można spróbować? Nie tylko salonu, bo tego chyba nikt nie wystawia, choć pomysł sam w sobie dobry, ale i w czasie salonu się nie je. Przynajmniej czekolady, choć jak znam lebelż, to i innego jedzenia i picia wnosić nie wolno, tylko trzeba kupować na miejscu, o ile i bynajmniej. 
To co się robi na tym ekspo? Ogląda. Spaceruje i podziwia produkty cukiernicze. Podobno jest co, bo rzemieślnicy od czekolady to prawdziwi artyści, sztukmistrze wręcz i niejedno potrafią. Formy małe i duże. Mleczne, gorzkie i deserowe, jak to się w Polsce A i B nie wiadomo dlaczego zwykło mówić. Czyli inaczej: jasnobrązowe, brązowe i ciemnobrązowe, tak? No co ty Ksenia, czekolada występuje teraz we wszystkich kolorach, jakich chcesz. Za sprawą E? Nie, nie tylko, podobno to naturalne farby, bóg i Bóg jeden wie z czego. Rzeźby, figurki i małe pralinki o innej nazwie pomadki lub po prostu czekoladki. Fontanny i proszki. Ach, czego tam nie ma. Podobno. Ja nie sprawdzam, bo szkoda tłuc się 51 z dwoma wózkami przez całe miasto po to tylko, by się oblizać smakiem. I jeszcze Iwonka odganiać od tych frykasów, jakby jednak zechciał spróbować lub wsadzić w coś palec. Dobrze, że Romana przynajmniej pilnować nie trzeba, bo on nie przepada za czołowym belgijskim wyrobem, no a Groszkowi wszystko jedno, bo śpi. O ile mu się nie zmieni oczywiście.
I bulić trzeba. Tego to Ana nie lubi, jak uzna, że nie ma za co, a jeszcze bardziej - za to, że inni się reklamują. Nawet się z nią zgadzam. Osobiście już wolę się przejść po Sablonie, z mszą w polskim kościele połączyć można, praktyczne z fajnym, i zajść do tego salonu, co tam zamontowali ostatnio pod sufitem lampy, które nie są lampami, tylko zieloną fantazją z czekolady. 
Co zamontowali? No fantazję. Tak sobie przetłumaczyłam francuski oryginał przez y. Nie Ksenia, nie całkiem, zerka Ana na stronę, rzeźba nie jest z czekolady, bo jakby świeciła? Pani inżynier, inżynierka, ups, się znalazła... Za to pięknie, czyli fantazyjnie w języku poezji tę czekoladę oświetla, fakt. Roman, w weekend się przejdźmy wózkowo.
I poetycko się nazywa to coś wiszące, czy szkło, czy czekolada, licho wie. Forest. Zupełnie jak ta dzielnica koło nas. I za darmo, jak spacer po Foreście. Może to nie salony, całkiem biedna ta komuna, twierdzi Roman, za to swojsko i przyjemnie, nie boi się człowiek nic dotknąć, w przeciwieństwie do salonu z czekolady gdzie niejedno można niechcący nadpsuć, nadtopić, nadgryźć i w rezultacie popłynąć na ojro.

Monday, 2 February 2015

(243) rolnik sam

W dolinie, rolnik sam w dolinie, rolnik saaaam w dolinieee - krzyczy ostatnio po Sanżilu na cały głos Iwonek, co bardzo wzrusza Anę Martin, bo podobno tańcowała do tego kawałka w 1984 roku, czyli w zamierzchłej przeszłości za komuny jeszcze pewnie. W pierwszej parze z Tomkiem, z powodu niskości wzrostu - lecz wielkości ducha, uzupełniam sama z siebie. No i ten rolnik ją dorwał w Brukseli tysiąc. A mnie wraz z nią. I to nie byle gdzie, bo w teatrze.
Nasjonal, bo tam żeśmy poszły. Nie wiem, dlaczego Anę ciągnie w nacjonalizmy, widać takie wieją polityczne wiatry na komisji, to i rodzinnie przeszło na nią z Romana. Jaki mąż, taka żona, i tak być powinno jak najbardziej, od najmłodszych lat mnie tego uczono, i wydaje mi się, że to brzmi wręcz jak najbardziej w stylu programu partii i nacjonalizmu nasjonal. Podobnie jak sztuki o ziemi. Nie planecie, tylko glebie. Własnej, skąd nasz ród.
Nie tylko ciebie, wszystkim nam to próbowano wpoić, na szczęście niektórzy okazali się niezłomni jak skała, komentuje Ana. W tym ja. I ja, wtrąca szybko Roman. O te zależności rodzinne im chodzi, o których rozśpiewuje się Iwonek. O tego rolnika, co bierze żonę, ona bierze dziecko, a potem już zwierzęta lecą i płody rolne. W piosence - jak w życiu. Jak w Łapach niegdyś, oraz w Polsce A też, w 1984 na przykład. Oraz - jak właśnie wyszło jaw - i na Sanżilu, i w  Tysiącu, i jeszcze w wielu wsiach i wioskach w Belgii samej, co to dzisiaj w pełni nam wybrzmiało głosami aktorskimi. Na własne oczy słyszałam, przecież nie zmyślam.
Chodzi o to, że sztuka, co to ją Ana nam wypatrzyła, sięgnęła gleby. Roman coś tam bredził o jakimś bruku, ale skąd bruk na wsi? Puknij się w głowę, rzekłoby się bez szacunku do starszych, bruk to może w jakimś Krakowie czy paryski w Paryżu, ale na scenie nasjonal to była ziemia w czystej postaci. Wiem, bo dotknęłam. I na pamiątkę odsypałam, tak polubiłam od razu, co tam się działo.
Choć sama nie wiem, skąd mi się to lajkowanie teatru wzięło. Chyba z uniesień serca, że ktoś wziął się w końcu za temat z mojego życia, a nie tylko za same gwiazdy na łyżwach, w serialach i w drogich autach oraz na reklamach kremów. Na scenie ona i ona, czyli dwoje. Przed nimi stół, nad nimi lampa. Kawałek parkietu. Ana wytłumaczyła mi, że to taka skrótowa kuchnia. Czyli symboliczna. 
Siedzi więc tych dwoje, bo dwóch to nie na wsi, nawet w Belgii to by nie uszło, i żali się na politykę rolną. Unijną. Wiem to od Any, bo sama jeszcze lokalnych dialektów nasjonal aż tak dobrze nie łapię, by wyłapać szczegóły. Żalą się oboje na biurokrację, na kwoty, na coś, co Ana nazwała industrializacją i odhumanizowaniem rolnictwa. Zapisałam na żywo, teraz z kartki lecę, więc jest bez błędów. Czasami przybierają różne akcenty, jak to artyści. To po to, by pokazać, że problem jest światowy, twierdzi Ana. Fajnie grali, oj fajnie! Od razu widać, że z zachodu, no ale byle kogo by na scenę w nasjonal w końcu nie wpuścili.
Pozwoliłam się sobie nawet zdziwić, że rolnicy już tak mocni, że nawet sztuki o nich piszą, ale Ana sądzi, że to dlatego, że właśnie są słabi. Albo inaczej: że rolnictwo upada, bo rządzą nim wielkie firmy. I że jemy nie wiadomo co, i że nie wiadomo, na jakie choroby przyjdzie nam z tego wszystkiego chorować, oraz zejść ostatecznie. Ojej. Poważnie się zrobiło.
Podobno w któryś wieczór na widowni był sam szef z komisji, poszedł do aktorów i powiedział im, że nawet on nie może nic zrobić, takie te firmy mocne i bogate. Ojej. Jeszcze poważniej, już gorzej być nie może.
Ana mówi, a na sztukach z teatru to ona się albo zna, albo tak dobrze udaje, co daje jedno, że to było dobre przedstawienie. Odświeżające głowę. Że więcej by takich trzeba, nie tylko w stylu nasjonal belgijskim, ale polskim przykładowo też. Że pomyślimy, co by tu zrobić, by pomysł nie zniknął. To ona kazała mi w ramach reklamy napisać na blogu o naszej wycieczce. Podaję więc: Nourrir l'humanite c'est un metier. Kto chce, niech doda akcenty i pędzi nacjonalistycznym truchtem do teatru. Sam, z żoną i nawet dzieckiem, jak ten przysłowiowy rolnik. Gdyż wykarmienie ludzkości to nie byle jakie zadanie!