Wiosna idzie, trąbią w radiu od rana, ptactwo leci tu i ówdzie w tę i tamtą stronę, ukazują się marcowe twojestyle i inne ele - a w nich co? To co zawsze w marcu. Dieta. Musowo cudowna. Ale nam na Sanżilu i tak już nic nie pomoże. Jemy źle, stwierdziła nauka. W Belgii, znaczy się.
Rok w rok to samo w gazetach faktycznie, nawet nie trzeba kupować, by wiedzieć, co będzie na okładce, no i wewnątrz też. Straszak na brzuszyska, udziska, ramioniska i pupska. Wszystko to ma zniknąć, najlepiej w miesiąc, bo - jak przypomina Ana Martin - już w kwietniu pojawi się moda plażowa, i dobrze, jeśli nie będą to kostiumy kąpielowe o nazwie bikini, lecz nieco więcej zakrywające chusty i bluzki, czy też kapelusze lub okulary, pod lub za którymi się można schować ze wstydu. Że znów się nie udało schudnąć na marcowej diecie: białkowej, roślinnej, dukanowej, tysiąckaloriowej lub innej. Efekt i tak ten sam. Głównie żaden, twierdzimy zgodnie we 3. Czyli przysłowiowe zero.
Na szczęście w Belgii mamy rozgrzeszenie, uwaga uwaga! donosi Ana. Oto badacze z kembridż, co jest takim miastem podobnym do okswordu, jak myślę, odkryli, że w Belgii je się bardzo źle. Tak źle, jak nigdzie indziej w Europie, i w całym świecie prawie też.
Co to za bzdura nowa, dziwi się Roman. Dopiero co donosili, że czekolady wcale nie idzie aż tyle na głowę, a jesli już - to tej szlachetnej. Nie dalej jak wczoraj wyczytałem, że już spokojnie można jeść cholesterol w wątróbkach i innych francuskopodobnych wyrobo-podrobach, gdyby ktoś chciał. Dobra, croissanty gotowce może faktycznie nie są najzdrowsze, ale czy lepsze są dmuchane bułki z biedy?
Za te fryty się pewnie dostało lebelż, a nam wraz z nimi. Za ten podwójny tłuszcz z wołu. Za tę karbonadę skąpaną w piwie i krokiety z krewetek. Bo za co?
Ciężko wyczytać konkrety z tego sprawozdania, każdemu z innego powodu. Mi głównie, bo to po angielsku, ale już taka Ana uczona, więc by szło zrozumieć, a też nic nie dostrzega takiego strasznego, oprócz mięsa niehalo oczywiście, no ale o tym już było i nie sądzę, by tolerancja religijna lub jej brak odegrały rolę w kembridż.
Niezła ściema, coś mi się wydaje. Anglicy postanowili się rozgrzeszyć na moje oko, za te produkty z sejnsburasa i tesko, gotowce lajt i inne świństwa. Bo nikt mi nie wmówi, że za kanałem je się lepiej. O czym świadczy wygląd przeciętnego obywatela. Na Sanżilu dominują ludzie szczupli, przynajmniej na oko. I chyba nie z niedożywienia, o czym świadczą pełne od rana bary i knajpy, w tym te z piwem.
Piwo ma dużo kalorii, wpadam na pomysł. Może za to piwo nas ukarali?
Moim zdniem cel jest jeden - podnieść morele. Morale, Ksenia, samopoczucie czyli. Bo jakim cudem, powiedzcie mi, i jest to cud niby-naukowy, nie dietetyczny, wychodzi, że najlepiej je się w czadzie, a najgorzej w Armenii. To takie kraje Ksenia, uprzedzam pytanie. Jeden w Afryce, drugi w Azji albo w Europie, to niecałkowicie jasne. W obu lubią powojować.
Zawsze mi sie wydawało, że tam, gdzie wojny, raczej trudno o jedzenie, a tu okazuje się, że nie można zdrowiej. W czadzie skąpanym krwią, za to pewnie poprawnie politycznym. Względem Anglii. W Armenii za blisko od Putina, by dostała brawa. Polityka, polityka.
Ale co komu szkodzi Belgia, pytam, w sensie dietetycznym bynajmniej? Też polityka pewnie, by trafić na przykład w belgijską czekoladę. Niech za dużo nie eksportują, przyszło zamówienie z góry. Niech jedzą katberusy, czekoladopodobne, jak my za komuny kiedyś, i teraz zresztą też w Polsce święcące tryumfy. I niech piwo belgijskie się tak nie rządzi w świecie. Zawsze jest przecież jakiś ogólnoświatowym hajneken czy inny karlsberg. Kto wie, jaki polityk w jakiej fabryce ma udziały. Ach, ta polityka, wzdycham, nigdy nie wiadomo, kiedy kogo dorwie. I złapie. A po zimie jest za co.
Oj sadełko sadełko.
Nie zmienia to niestety faktu, że marzec idzie. Gęsi leca właśnie nad głową, o. Kilogramy za to nie lecą. W dól przynajmniej nie. Trzeba sięgnąć do pani. Oj sadełko sadełko. Zdrowe czy nie, polskie czy belgijskie, rok w rok problem ten sam.
Wednesday, 25 February 2015
Tuesday, 24 February 2015
(255) halo halal
Po kilku latach na Sanżilu każdy głupi i głupia wie, że mięso może być halo albo bardzo nie halo. W lokalnym dialekcie: halal lub nie halal, i z tego, co wiem, nie jest to ani francuski, ani ten drugi trudnawy dialekt, tylko narzecza z Azji. Mniejszej. Przejść po takim Alsembergu wystarczy, by jednym rzutem okiem to stwierdzić, a uchem - zasłyszeć. Po szyldach i klienteli. Halal halal, że trochę pohajluję z rana.
Z tym mięsem to w sumie niby jak w Polsce A i B, gdzie zdaniem matuś też często niehalo jest, bo wiadomo, już nie te czasy, co dawniej, kiedyś to mięsa i inne potrawy zresztą też, to dopiero były! Palce lizać, wiadomo było, co człowiek je, nie to, co teraz, chłam i wodą pani szynki pompują, świnie antybiotykiem skarmiają, ale ja dam pani specjalną taką bez, pani, to czyste mięso, jakbym dla siebie robiła normalnie. Nie raz i nie dwa słyszałam, jak ojce narzekali, że tego to się już chwilami jeść nie da i co ty mi na talerz nałożyłaś matka.
W kraju idzie się jednak przyzwyczaić i sama widziałam, że taką niehalo kiełbasę mimo wszystko nawet najprawdziwszy Polak zje. Zresztą Polak na Sanżilu też nie pogardzi nowoczesnym salcesonem czy goloneczką. Szczególnie w święta, gdzie i tak obojętne, co załaduje do żołądka pod wódkę, ważne, by tłusto było, Ksenia pamiętaj, ojce mówili. No i nikt nikomu w talerz nie pluje, bo świnię tam ujrzy. To by było uznane za bardzo nie halo nawet po kilku głębszych.
Na Sanżilu natomiast inaczej. Na tym polega różnica między tzw. tym krajem, a Belgią, gdzie jedna dziesiąta ludności pochodzi nie stąd, za to z Azji i tej drugiej Afryki już tak. Choć biali są często, jak najprawdziwsi Polacy, to hajlują na całego. Jedząc przykładowo.
Ana mi wytłumaczyła, bo bez znajomości arabskiego ani żydowskiego nijak nie szło zrozumieć, o co chodzi z tym hajlowaniem. Że mianowicie w kwestii mięsnej to, co nie halo, to od razu wykluczone. Nie dla mnie, bo ja ogólnie uważam, za Aną, że mięsa się już objadłam w tzw. kraju, więc mu nie mówię mu haloooo, lecz raczej : baj baj, ale na Sanżilu są wśród nas też tacy, co to mięsa niehalo nie zjedzą, choćby ich skręcało z głodu lub ochoty na sam widok piętrzących się w jatkach kiełbas, jelit, golonek, kiszek i innych podrobów. I niektórzy tacy mniejsi do szkół chodzą. Państwowych. Niereligijnych nawet. I zaczął się problem dla tolerancji.
W Brukseli zbadali więc ostatnio, jak kwestia halo halal wygląda na stołówkach. I widać, że nie bardzo wygląda. Że robi się z tego kwestia już nie tylko sanżilowska, ale także brukselska, a nawet międzynarodowa, biorąc pod uwagę inne kontynenty, skąd przybyli, mówiąc: halo! I tak demokracja cierpi z powodu mięsa.
Ano tak, wykluczenie społeczne, wzrusza ramionami Ana. I to w obie strony od razu. Kto by pomyślał, że jedna świnia zrobi taki problem.
A problem jest, i to dwustronny, jak ten przysłowiowy nieświeży kotlet. Na pewno nie wieprzowy, bo ten to dopiero jest niehalo, lecz taki bezpieczniejszy, ze świni na przykład. To jedno i to samo, Ksenia, akurat, ale pal sześć. Chodzi o to, że są szkoły, gdzie 90% uczniów w domu nie jada wieprza albo świni, bo to niehalo zupełnie. I w ramach tolerancji religijnej szkoły powinny dostosować swoje jadłospisy. A nie robią tego, powątpiewa Roman? Co to w końcu za problem, wyeliminować jakąś świnię? Okazuje się właśnie, że duży. Tzn. samo wyeliminowanie świni problemem nie jest, ale zastąpienie jej inną zwierzyną - już tak. W rezultacie ci, co nie chcą jeść świni, jedzą po wegetariańsku.
Zdarza się też, że jakiś uczeń niehajlujący je sobie mięso niehalo, uszy się trzęsą, cieszy się na całego, a tu podchodzi ktoś hajlujący i pluje mu lub jej w talerz. Z pogardy dla świni. I ten ktoś jedzący nie chce dalej jeść. I bójka gotowa. I kwestie religijne, i bogowie nasi i inni wzywani nadaremno, i do dyrektora na dywanik, i do gazet sprawa trafia. Jednym słowem - problem dla kraju. Świeckiego w swoim zamyśle i w imydżu międzynarodowym.
Te wegetariańskie wymysły to jak Ana Martin prawie, cieszę się. I Rita, i wiele innych. No tak, ale my to z wyboru, a nie z powodu przekonań religijnych. Nie chcemy, a nie to, że sobie odmawiamy mięs i podrobów. Brr zresztą. Natomiast dzieci z kręgów halal mięsa niehalo zjeść nie mogą. Inne by natomiast może i chętnie pochłonęły, natomiast okazuje się, że na stołówce często wybór polega na świni lub niczym. Mięsnym zerze. A już na pewno w środy, kiedy to zwyczajowo w szkołach labelż się mniej gotuje, więc już nic poza tą świnią nie uświadczysz. Tylko warzywa.
Okazuje się więc, że kwestia bycia labelż kończy się i zaczyna w ubojni, tak, podsumowuję? Która też może być halo lub niehalo, tak na marginesie. Sama widziałam na Anderlechcie.
Jak na przednówku niegdyś bywało, przypomina sobie Roman. Wszyscy o jedzeniu mówią. Bida panie. Coś tu śmierdzi. Śmierdzi w obie strony potakuje Ana; to kotlet dwustronnie niewysmażony i jeszcze o nim usłyszymy nie raz. Mięso a religia. A już myślałam, że raz na zawsze wyeliminowałam ze swojego życia te obie sprawy. A tu one mówią: halo! Świnia a kwestia belgijska, że też tego dożyłam.
Z tym mięsem to w sumie niby jak w Polsce A i B, gdzie zdaniem matuś też często niehalo jest, bo wiadomo, już nie te czasy, co dawniej, kiedyś to mięsa i inne potrawy zresztą też, to dopiero były! Palce lizać, wiadomo było, co człowiek je, nie to, co teraz, chłam i wodą pani szynki pompują, świnie antybiotykiem skarmiają, ale ja dam pani specjalną taką bez, pani, to czyste mięso, jakbym dla siebie robiła normalnie. Nie raz i nie dwa słyszałam, jak ojce narzekali, że tego to się już chwilami jeść nie da i co ty mi na talerz nałożyłaś matka.
W kraju idzie się jednak przyzwyczaić i sama widziałam, że taką niehalo kiełbasę mimo wszystko nawet najprawdziwszy Polak zje. Zresztą Polak na Sanżilu też nie pogardzi nowoczesnym salcesonem czy goloneczką. Szczególnie w święta, gdzie i tak obojętne, co załaduje do żołądka pod wódkę, ważne, by tłusto było, Ksenia pamiętaj, ojce mówili. No i nikt nikomu w talerz nie pluje, bo świnię tam ujrzy. To by było uznane za bardzo nie halo nawet po kilku głębszych.
Na Sanżilu natomiast inaczej. Na tym polega różnica między tzw. tym krajem, a Belgią, gdzie jedna dziesiąta ludności pochodzi nie stąd, za to z Azji i tej drugiej Afryki już tak. Choć biali są często, jak najprawdziwsi Polacy, to hajlują na całego. Jedząc przykładowo.
Ana mi wytłumaczyła, bo bez znajomości arabskiego ani żydowskiego nijak nie szło zrozumieć, o co chodzi z tym hajlowaniem. Że mianowicie w kwestii mięsnej to, co nie halo, to od razu wykluczone. Nie dla mnie, bo ja ogólnie uważam, za Aną, że mięsa się już objadłam w tzw. kraju, więc mu nie mówię mu haloooo, lecz raczej : baj baj, ale na Sanżilu są wśród nas też tacy, co to mięsa niehalo nie zjedzą, choćby ich skręcało z głodu lub ochoty na sam widok piętrzących się w jatkach kiełbas, jelit, golonek, kiszek i innych podrobów. I niektórzy tacy mniejsi do szkół chodzą. Państwowych. Niereligijnych nawet. I zaczął się problem dla tolerancji.
W Brukseli zbadali więc ostatnio, jak kwestia halo halal wygląda na stołówkach. I widać, że nie bardzo wygląda. Że robi się z tego kwestia już nie tylko sanżilowska, ale także brukselska, a nawet międzynarodowa, biorąc pod uwagę inne kontynenty, skąd przybyli, mówiąc: halo! I tak demokracja cierpi z powodu mięsa.
Ano tak, wykluczenie społeczne, wzrusza ramionami Ana. I to w obie strony od razu. Kto by pomyślał, że jedna świnia zrobi taki problem.
A problem jest, i to dwustronny, jak ten przysłowiowy nieświeży kotlet. Na pewno nie wieprzowy, bo ten to dopiero jest niehalo, lecz taki bezpieczniejszy, ze świni na przykład. To jedno i to samo, Ksenia, akurat, ale pal sześć. Chodzi o to, że są szkoły, gdzie 90% uczniów w domu nie jada wieprza albo świni, bo to niehalo zupełnie. I w ramach tolerancji religijnej szkoły powinny dostosować swoje jadłospisy. A nie robią tego, powątpiewa Roman? Co to w końcu za problem, wyeliminować jakąś świnię? Okazuje się właśnie, że duży. Tzn. samo wyeliminowanie świni problemem nie jest, ale zastąpienie jej inną zwierzyną - już tak. W rezultacie ci, co nie chcą jeść świni, jedzą po wegetariańsku.
Zdarza się też, że jakiś uczeń niehajlujący je sobie mięso niehalo, uszy się trzęsą, cieszy się na całego, a tu podchodzi ktoś hajlujący i pluje mu lub jej w talerz. Z pogardy dla świni. I ten ktoś jedzący nie chce dalej jeść. I bójka gotowa. I kwestie religijne, i bogowie nasi i inni wzywani nadaremno, i do dyrektora na dywanik, i do gazet sprawa trafia. Jednym słowem - problem dla kraju. Świeckiego w swoim zamyśle i w imydżu międzynarodowym.
Te wegetariańskie wymysły to jak Ana Martin prawie, cieszę się. I Rita, i wiele innych. No tak, ale my to z wyboru, a nie z powodu przekonań religijnych. Nie chcemy, a nie to, że sobie odmawiamy mięs i podrobów. Brr zresztą. Natomiast dzieci z kręgów halal mięsa niehalo zjeść nie mogą. Inne by natomiast może i chętnie pochłonęły, natomiast okazuje się, że na stołówce często wybór polega na świni lub niczym. Mięsnym zerze. A już na pewno w środy, kiedy to zwyczajowo w szkołach labelż się mniej gotuje, więc już nic poza tą świnią nie uświadczysz. Tylko warzywa.
Okazuje się więc, że kwestia bycia labelż kończy się i zaczyna w ubojni, tak, podsumowuję? Która też może być halo lub niehalo, tak na marginesie. Sama widziałam na Anderlechcie.
Jak na przednówku niegdyś bywało, przypomina sobie Roman. Wszyscy o jedzeniu mówią. Bida panie. Coś tu śmierdzi. Śmierdzi w obie strony potakuje Ana; to kotlet dwustronnie niewysmażony i jeszcze o nim usłyszymy nie raz. Mięso a religia. A już myślałam, że raz na zawsze wyeliminowałam ze swojego życia te obie sprawy. A tu one mówią: halo! Świnia a kwestia belgijska, że też tego dożyłam.
Monday, 23 February 2015
(254) epi-end
W noc pełną oskarów i braw także dla nas, Polaków i Polek szczególnie, aż chce się zakrzyknąć: nigdy nie wiadomo, kiedy przyjdzie sława! Nie traćcie nadziei, że to akurat was nagrają i czy chcecie, czy nie, staniecie się gwiazdą. Lub gwiazdorem. Może nie od razu kina, ale internetu - na początek dobre i to, poprzednie pokolenia nie miały takiej szansy. Jak ten złodziejaszek z Erpe-Mere zupełnie. Ale mu się udało! Tylko podziwiać.
Co mu się udało, pyta Ana. Niespodziewana sława nadeszła, ot co, odpowiadam. Popularność. Wyświetlenia, komentarze, trochę hejtu, a trochę podziwu, jak to w internetowym świecie. Ważne, że o nim mówią. Tylko czekać, jak zgłoszą się wielkie wytwórnie, agenci, ajenci, no i pieniądze popłyną szerokim strumieniem. I pomyśleć, że już myślał, że nic z tego bogactwa nie będzie, a tu taki traf, że akurat były kamery, i tantiemy już pewnikiem lecą. Szkoda, że skoro go szukają, to się pewnie nie ujawni na ściance, od razu by mu stawki skoczyły. A jakby blog otworzył, to hoho, kasiatusk normalnie druga by była.
Nadal nie rozumiem, kręci głową Ana. Kseni chodzi o wideo, które robi furorę w Belgii, wtrąca się Roman. Widziałem dziś onlajn, że naród żyje filmem. Co naród, to film, można by powiedzieć w ten pooskarowy ranek, że pozwolę sobie nasunąć się takiej refleksji.
Film wyprodukowano w Belgii, we Flandrii właściwie. Same kamery wyprodukowały właściwie, bez człowieka, pełna profeska i nowoczesność. Spiszę dane, gdzie to: Erpe-Mere z akcentem, które leży koło Barnbrugge w Oost-Vlaanderen. Co oznacza wschodnią Flandrię, dopowiada Ana. Aha, już wiem, to tam, gdzie mówią tym trudniejszym językiem. To i dobrze może, że film niemy, to i nie trzeba ucha nadstawiać nadaremno, ani oczu wysilać, bo napisy po francusku też nie za łatwe. Nikomu, kto na Sanżilu nie muszę chyba mówić, że tu w filmach nie mają przyjemnego faceta zwanego polskim lektorem. A szkoda. W Idzie mają.
Ano tak, w Polsce i Ameryce idy lutowe zamiast marcowych, a w Belgii - we Flandrii właściwie - internauci pasjonują się filmikiem z kamery ochroniarskiej, czyta Roman. Też niezły, że sobie pozwolę na małą krytykę, krytyczkę krytyczki. I też czarno-biały, zupełnie jak ten oskarowy produkt. Z tym, że krótszy i z większą dynamiką jakby, tak to się chyba nazywa, gdy więcej ruchów. Ksenia, zapominasz o najważniejszym: że tu to dokument. Do tego - komedia właściwie. A tak, taka czarna komedia nawet.
Akcja rozgrywa się bowiem w ciemnościach. Nocy. Przedoskarowej chyba. Jeden aktor. Taki wandam na mniejszą skalę jakby, śmieje się Roman. Kto? Van Damme, tak napisz, to słynny karateka chyba jakiś był, stąd pochodził, znaczy z Belgii, a nie Sanżila, a w Ameryce w filmach kopał. I dokopał się niezłego majątku. Ale ten tu, to jakaś marna kopia, ocenia Ana. Patrzcie: osiem kopnięć drzwi i nic. Słabeusz. Arnold już byłby w środku.
Jaki Arnold, gubię się? Taki inny kopiący siłacz. Z Austrii. Ale to wszystko lata 80., za młoda byłaś Ksenia, a właściwie - nie byłaś, to i nie wiesz, czym żyliśmy za komuny. W każdym razie - ten aktor z filmiku jutjub tu nie ma nic z holyłudzkiego gwiazdora. 8 kopów i nic. W Hameryce by nie przeszło.
W co on tak kopał w ogóle? W drzwi leonidasa. Tego faceta od czekolady? Tego samego, choć kto to wie, czy to facet, śmieje się Ana. Widocznie uznał jednak, że warto zrobić skok na kase sklepową, ale nie przewidział, że sił może zabraknąć. I technika kopu nie ta. Ach, gdzie te lata 80., rozmarza się Ana. Zaraz mi się tu rozmaże z tęsknoty jeszcze!
Jak się kończy ten film? Na razie bez hepiendu, z tego, co widzę. Epiendu właściwie, tak się mawia na Sanżilu. Ani dla złodziejaszka - bo nawiał z pustymi rękami, ani dla Leonidasa - bo go nie znaleźli. Za to naród ma używanie. Do wczoraj filmik obejrzano aż 600 tysięcy razy. Wyobrażacie sobie? Sukces światowy prawie.
To 6 razy więcej niż widzów w Polsce miała oskarowa Ida, uprzytamnia nam Ana. Teraz w tzw. kraju każdy się mądrzy, że widział, ale tak naprawdę - mało kto. Bo za długi, za smutny, od razu mówiłam, pozwolę sobie na nową krytyczkę. Wzięliby ci Polacy przykład z Belgów - krótki film akcji z elementami komediowymi, do tego czarnymi, to się sprzedaje! Śmiech to zdrowie w końcu.
I epi-end będzie zapewne - nawet jeśli go złapią, to kiedyś wyjdzie, a na koncie w banku już będzie niezła sumka za odsłony w sieci. A Ida smutna na zawsze zostanie. Dobrze, że ten oskar na pociechę przynajmniej. Bynajmniej nie za późno na karierę.
Co mu się udało, pyta Ana. Niespodziewana sława nadeszła, ot co, odpowiadam. Popularność. Wyświetlenia, komentarze, trochę hejtu, a trochę podziwu, jak to w internetowym świecie. Ważne, że o nim mówią. Tylko czekać, jak zgłoszą się wielkie wytwórnie, agenci, ajenci, no i pieniądze popłyną szerokim strumieniem. I pomyśleć, że już myślał, że nic z tego bogactwa nie będzie, a tu taki traf, że akurat były kamery, i tantiemy już pewnikiem lecą. Szkoda, że skoro go szukają, to się pewnie nie ujawni na ściance, od razu by mu stawki skoczyły. A jakby blog otworzył, to hoho, kasiatusk normalnie druga by była.
Nadal nie rozumiem, kręci głową Ana. Kseni chodzi o wideo, które robi furorę w Belgii, wtrąca się Roman. Widziałem dziś onlajn, że naród żyje filmem. Co naród, to film, można by powiedzieć w ten pooskarowy ranek, że pozwolę sobie nasunąć się takiej refleksji.
Film wyprodukowano w Belgii, we Flandrii właściwie. Same kamery wyprodukowały właściwie, bez człowieka, pełna profeska i nowoczesność. Spiszę dane, gdzie to: Erpe-Mere z akcentem, które leży koło Barnbrugge w Oost-Vlaanderen. Co oznacza wschodnią Flandrię, dopowiada Ana. Aha, już wiem, to tam, gdzie mówią tym trudniejszym językiem. To i dobrze może, że film niemy, to i nie trzeba ucha nadstawiać nadaremno, ani oczu wysilać, bo napisy po francusku też nie za łatwe. Nikomu, kto na Sanżilu nie muszę chyba mówić, że tu w filmach nie mają przyjemnego faceta zwanego polskim lektorem. A szkoda. W Idzie mają.
Ano tak, w Polsce i Ameryce idy lutowe zamiast marcowych, a w Belgii - we Flandrii właściwie - internauci pasjonują się filmikiem z kamery ochroniarskiej, czyta Roman. Też niezły, że sobie pozwolę na małą krytykę, krytyczkę krytyczki. I też czarno-biały, zupełnie jak ten oskarowy produkt. Z tym, że krótszy i z większą dynamiką jakby, tak to się chyba nazywa, gdy więcej ruchów. Ksenia, zapominasz o najważniejszym: że tu to dokument. Do tego - komedia właściwie. A tak, taka czarna komedia nawet.
Akcja rozgrywa się bowiem w ciemnościach. Nocy. Przedoskarowej chyba. Jeden aktor. Taki wandam na mniejszą skalę jakby, śmieje się Roman. Kto? Van Damme, tak napisz, to słynny karateka chyba jakiś był, stąd pochodził, znaczy z Belgii, a nie Sanżila, a w Ameryce w filmach kopał. I dokopał się niezłego majątku. Ale ten tu, to jakaś marna kopia, ocenia Ana. Patrzcie: osiem kopnięć drzwi i nic. Słabeusz. Arnold już byłby w środku.
Jaki Arnold, gubię się? Taki inny kopiący siłacz. Z Austrii. Ale to wszystko lata 80., za młoda byłaś Ksenia, a właściwie - nie byłaś, to i nie wiesz, czym żyliśmy za komuny. W każdym razie - ten aktor z filmiku jutjub tu nie ma nic z holyłudzkiego gwiazdora. 8 kopów i nic. W Hameryce by nie przeszło.
W co on tak kopał w ogóle? W drzwi leonidasa. Tego faceta od czekolady? Tego samego, choć kto to wie, czy to facet, śmieje się Ana. Widocznie uznał jednak, że warto zrobić skok na kase sklepową, ale nie przewidział, że sił może zabraknąć. I technika kopu nie ta. Ach, gdzie te lata 80., rozmarza się Ana. Zaraz mi się tu rozmaże z tęsknoty jeszcze!
Jak się kończy ten film? Na razie bez hepiendu, z tego, co widzę. Epiendu właściwie, tak się mawia na Sanżilu. Ani dla złodziejaszka - bo nawiał z pustymi rękami, ani dla Leonidasa - bo go nie znaleźli. Za to naród ma używanie. Do wczoraj filmik obejrzano aż 600 tysięcy razy. Wyobrażacie sobie? Sukces światowy prawie.
To 6 razy więcej niż widzów w Polsce miała oskarowa Ida, uprzytamnia nam Ana. Teraz w tzw. kraju każdy się mądrzy, że widział, ale tak naprawdę - mało kto. Bo za długi, za smutny, od razu mówiłam, pozwolę sobie na nową krytyczkę. Wzięliby ci Polacy przykład z Belgów - krótki film akcji z elementami komediowymi, do tego czarnymi, to się sprzedaje! Śmiech to zdrowie w końcu.
I epi-end będzie zapewne - nawet jeśli go złapią, to kiedyś wyjdzie, a na koncie w banku już będzie niezła sumka za odsłony w sieci. A Ida smutna na zawsze zostanie. Dobrze, że ten oskar na pociechę przynajmniej. Bynajmniej nie za późno na karierę.
Monday, 16 February 2015
(253) macki
Wybuchło. Wiedziałam, że tak to się skończy. Ile można ukrywać prawdę, nawet jeśli się jest królem? I nawet jeśli się jest królem nie jakiejś małej Belgii, ale połowy Europy w postaci Hiszpanii? Sięgającej niegdyś od oceanu do oceanu, za to teraz już tylko od morza do morza. Której macki jednak Belgii sięgają nadal, i to już nie historycznie i politycznie, lecz aktualnie, bo w wieku XX., i to macki dosłownie?
Z zastrzeżeniem, że nie wiem, czy tak wypada mówić o rękach królewskich, czasami zamieniających się jednakże w macki w znaczeniu wiecie jakim. Jakim, dopytuje Roman? Ksenia, nie bójmy się się tego słowa. W znaczeniu macającym. Na poziomie międzynarodowym, a oprócz tego - seksualno - królewsko-arystokratycznym. Stąd już prosta droga do skandalu.
Prawdziwie wybuchowa mieszanka, stwierdzam. Wielki kaliber Ksenia, sprawa wagi państwowej. Gdzie, u nas na Sanżilu? Nie, głównie w Hiszpanii, ale za sprawą jednej labelż. Czyli w grę wchodzą stosunki międzypaństwowe, unijne, odpowiedzialności przed sądem, nie wiadomo jakim, przed historią i wyborcami. Galimatias się narobił. Będzie skandal, prorokuje Ana.
Może któraś mi wreszcie objaśni, o co chodzi, dopomina się Roman, niegustujący w skandalach, albo tak dobrze udający, bo jak żyję, a trochę tych lat się nazbierało, nie tyle, co u Any, ale zawsze; a więc póki i póty żyję nie widziałam nikogo, kto by się w głębi ducha nie interesował skandalami, albo skandalikami na skalę lokalną. A tu skandalisko międzynarodowe.
Chodzi o to, zaczyna Ana, że były król Hiszpanii znalazł się w opałach. Który, Hułankarlos? Owszem, Don Juan Carlos I o nazwisku de Bourbon, przepisz Ksenia bez błędów. To on już były? Tak, niby nie musiał abdykować, ale uległ namowom, by jednak odejść, bo trochę mu się nagromadziło za skórą. Kochanki, polowania, wystawne życie, niejasne poparcie polityczne w przeszłości, szwindle zięcia, córka oszustka - trochę dużo, jak na jednego króla. Wiadomo było, że lubi kobiety. Krążyły plotki, że ma nieślubne dzieci. Póki był królem, nic mu za to nie groziło. Ale teraz nie jest. I wybuchła bomba.
Wszystko zaczęło się od telewizji, doczytuję. Mama Ingrid ogląda sobie kiedyś tiwi belż, pokazują króla, a ona do córki: oto twój tatuś. I teraz ta córcia, Ingrid Jeanne Sartiau oskarża króla Hiszpanii, że jest jej ojcem.
Nie po raz pierwszy go to spotyka, ale gdy był królem, chronił go całkowity immunitet. Ksenia, to znaczy po ludzku, że był praktycznie bezkarny. Hasał, oj hasał, wszyscy wiedzieli. Zofia w zamian rozmodlona, no ale wierności sobie nie wymodliła. Widać zła modlitwa, wtrącam, licho wie zresztą?
Teraz też dwór wpłynął na parlament i prędko uchwalono, że i po ustąpieniu z tronu króla nadal chroni częściowy immunitet, ale parlament chyba nie przewidział, że będą go ścigać za seksualne harce z przeszłości i zdaje się, że hiszpański sąd będzie musiał się poważnie zająć tą sprawą. Bo Ingrid przeprowadziła testy DNA. Wraz z nią - jeden taki Alberto z Hiszpanii, który także oskarża króla, że jest jego tatusiem. Dodajmy, że niezwykle czułym i kochającym, skoro skłonił matkę biologiczną chłopca, by ta oddała go do adopcji.
Spłacili ją jacyś dworzanie, wzrusza ramionami Ana. Ohyda. W każdym razie testy Alberta i Ingrid wykazują, że są oni rodzeństwem w 91%. Co oznacza, że brakujące 9% wynika z różnych matek, a 91% - że są blisko spokrewnieni. Przez tatulka właśnie - prawdopodobnie, bo ten milczy. Znaczy się - rzecznik dworu milczy, bo co ma powiedzieć? Wstyd i hańba, a najgorsze to uciszanie i załatwianie spraw pieniędzmi.
Już mu tam świętobliwa Zofia kołki na głowie ciosa, stwierdza Roman. O, słusznie mówiłam, że i Roman całkiem nieźle zna się na rodach królewskich i takich tam plotkach.
Pociosa dopiero, jak to się oficjalnie okaże prawdą! Na razie robią wszystko, by nie doszło do procesu. I dzieci burbonki pewnie dołączą, bo to będzie oznaczać, że po Europie, a kto wie, może i po innych kontynentach pląta się nie wiadomo ile burbonowej dzieciarni? Hułan lubił zapolować w Afryce na słonie, to może przy okazji i na co innego - kogoś właściwie - ustrzelił? Lub złapał na lasso, że umaję ten wpis od siebie. A czego by się jego oficjalne dzieci burbonki miały bać? Raczej nie tego, że Alberto, Ingrid czy nieznane bliżej potomstwo sięgnie po koronę. Co to, to nie. Ale pieniędzy mogłyby zażądać. Dużych. W ramach sprawiedliwości dziejowej, kojarzę?
Raczej tzw. zamknięcia buzi, tak Ana. Oficjalnie - w ramach spadku. Król jest stary, Hiszpania jest bogata, nawet jeśli w czasach kryzysu niby biedna. Podobnie jak Belgia, podobno. Pic na wodę, tak to widzi Ana. Do tego dochodzi rozgłos. Można napisać książkę, zagrać w filmie itp. Tantiemy lecą. Można sobie do końca życia wygodnie żyć z odsetek. Podobnie jak oficjalnie uznane dzieci od najwcześniejszych lat, zresztą.
Czyli nie będzie labelż na tronie espańol? To i tak by było trudne, choć może mniej, bo podobno po zmianie konstytucji hiszpańskie królewny będą mogły zasiadać na tronie. Jednakże tylko te z prawego łoża, póki co. Urodzone w Hiszpanii, a nie w Belgii, nawet jeśli tu kiedyś Hiszpania była. Czasy się zmieniają, granice przesuwają, królowie umierają, ale etykiety trzymają się mocno. Nie dopuszczą Ingrid do królowania. Za to będzie bogatsza.
Ale czy to oznacza jakiś polityczny problem dla nas tu, na Sanżilu, chcę wiedzieć? Albo tam, gdzie pałac, w Brukseli tysiąc? Póki co, nie. Przede wszystkim dlatego, że rodzina królewska zrobi wszystko, by sprawie ukręcić łeb i by macki Ingrid nie sięgnęły królewskiego skarbca w Madrycie. Gdyby były problemy, pewnie będzie interweniował dwór brukselski, gdzie przecież znają się na załatwianiu spraw z nieślubnymi dziećmi, kpi Ana. W Ingrid widzę jednak jakiś upór. I dobrze. Oko za oko, ząb za ząb. Macka za mackę.
Z zastrzeżeniem, że nie wiem, czy tak wypada mówić o rękach królewskich, czasami zamieniających się jednakże w macki w znaczeniu wiecie jakim. Jakim, dopytuje Roman? Ksenia, nie bójmy się się tego słowa. W znaczeniu macającym. Na poziomie międzynarodowym, a oprócz tego - seksualno - królewsko-arystokratycznym. Stąd już prosta droga do skandalu.
Prawdziwie wybuchowa mieszanka, stwierdzam. Wielki kaliber Ksenia, sprawa wagi państwowej. Gdzie, u nas na Sanżilu? Nie, głównie w Hiszpanii, ale za sprawą jednej labelż. Czyli w grę wchodzą stosunki międzypaństwowe, unijne, odpowiedzialności przed sądem, nie wiadomo jakim, przed historią i wyborcami. Galimatias się narobił. Będzie skandal, prorokuje Ana.
Może któraś mi wreszcie objaśni, o co chodzi, dopomina się Roman, niegustujący w skandalach, albo tak dobrze udający, bo jak żyję, a trochę tych lat się nazbierało, nie tyle, co u Any, ale zawsze; a więc póki i póty żyję nie widziałam nikogo, kto by się w głębi ducha nie interesował skandalami, albo skandalikami na skalę lokalną. A tu skandalisko międzynarodowe.
Chodzi o to, zaczyna Ana, że były król Hiszpanii znalazł się w opałach. Który, Hułankarlos? Owszem, Don Juan Carlos I o nazwisku de Bourbon, przepisz Ksenia bez błędów. To on już były? Tak, niby nie musiał abdykować, ale uległ namowom, by jednak odejść, bo trochę mu się nagromadziło za skórą. Kochanki, polowania, wystawne życie, niejasne poparcie polityczne w przeszłości, szwindle zięcia, córka oszustka - trochę dużo, jak na jednego króla. Wiadomo było, że lubi kobiety. Krążyły plotki, że ma nieślubne dzieci. Póki był królem, nic mu za to nie groziło. Ale teraz nie jest. I wybuchła bomba.
Wszystko zaczęło się od telewizji, doczytuję. Mama Ingrid ogląda sobie kiedyś tiwi belż, pokazują króla, a ona do córki: oto twój tatuś. I teraz ta córcia, Ingrid Jeanne Sartiau oskarża króla Hiszpanii, że jest jej ojcem.
Nie po raz pierwszy go to spotyka, ale gdy był królem, chronił go całkowity immunitet. Ksenia, to znaczy po ludzku, że był praktycznie bezkarny. Hasał, oj hasał, wszyscy wiedzieli. Zofia w zamian rozmodlona, no ale wierności sobie nie wymodliła. Widać zła modlitwa, wtrącam, licho wie zresztą?
Teraz też dwór wpłynął na parlament i prędko uchwalono, że i po ustąpieniu z tronu króla nadal chroni częściowy immunitet, ale parlament chyba nie przewidział, że będą go ścigać za seksualne harce z przeszłości i zdaje się, że hiszpański sąd będzie musiał się poważnie zająć tą sprawą. Bo Ingrid przeprowadziła testy DNA. Wraz z nią - jeden taki Alberto z Hiszpanii, który także oskarża króla, że jest jego tatusiem. Dodajmy, że niezwykle czułym i kochającym, skoro skłonił matkę biologiczną chłopca, by ta oddała go do adopcji.
Spłacili ją jacyś dworzanie, wzrusza ramionami Ana. Ohyda. W każdym razie testy Alberta i Ingrid wykazują, że są oni rodzeństwem w 91%. Co oznacza, że brakujące 9% wynika z różnych matek, a 91% - że są blisko spokrewnieni. Przez tatulka właśnie - prawdopodobnie, bo ten milczy. Znaczy się - rzecznik dworu milczy, bo co ma powiedzieć? Wstyd i hańba, a najgorsze to uciszanie i załatwianie spraw pieniędzmi.
Już mu tam świętobliwa Zofia kołki na głowie ciosa, stwierdza Roman. O, słusznie mówiłam, że i Roman całkiem nieźle zna się na rodach królewskich i takich tam plotkach.
Pociosa dopiero, jak to się oficjalnie okaże prawdą! Na razie robią wszystko, by nie doszło do procesu. I dzieci burbonki pewnie dołączą, bo to będzie oznaczać, że po Europie, a kto wie, może i po innych kontynentach pląta się nie wiadomo ile burbonowej dzieciarni? Hułan lubił zapolować w Afryce na słonie, to może przy okazji i na co innego - kogoś właściwie - ustrzelił? Lub złapał na lasso, że umaję ten wpis od siebie. A czego by się jego oficjalne dzieci burbonki miały bać? Raczej nie tego, że Alberto, Ingrid czy nieznane bliżej potomstwo sięgnie po koronę. Co to, to nie. Ale pieniędzy mogłyby zażądać. Dużych. W ramach sprawiedliwości dziejowej, kojarzę?
Raczej tzw. zamknięcia buzi, tak Ana. Oficjalnie - w ramach spadku. Król jest stary, Hiszpania jest bogata, nawet jeśli w czasach kryzysu niby biedna. Podobnie jak Belgia, podobno. Pic na wodę, tak to widzi Ana. Do tego dochodzi rozgłos. Można napisać książkę, zagrać w filmie itp. Tantiemy lecą. Można sobie do końca życia wygodnie żyć z odsetek. Podobnie jak oficjalnie uznane dzieci od najwcześniejszych lat, zresztą.
Czyli nie będzie labelż na tronie espańol? To i tak by było trudne, choć może mniej, bo podobno po zmianie konstytucji hiszpańskie królewny będą mogły zasiadać na tronie. Jednakże tylko te z prawego łoża, póki co. Urodzone w Hiszpanii, a nie w Belgii, nawet jeśli tu kiedyś Hiszpania była. Czasy się zmieniają, granice przesuwają, królowie umierają, ale etykiety trzymają się mocno. Nie dopuszczą Ingrid do królowania. Za to będzie bogatsza.
Ale czy to oznacza jakiś polityczny problem dla nas tu, na Sanżilu, chcę wiedzieć? Albo tam, gdzie pałac, w Brukseli tysiąc? Póki co, nie. Przede wszystkim dlatego, że rodzina królewska zrobi wszystko, by sprawie ukręcić łeb i by macki Ingrid nie sięgnęły królewskiego skarbca w Madrycie. Gdyby były problemy, pewnie będzie interweniował dwór brukselski, gdzie przecież znają się na załatwianiu spraw z nieślubnymi dziećmi, kpi Ana. W Ingrid widzę jednak jakiś upór. I dobrze. Oko za oko, ząb za ząb. Macka za mackę.
Friday, 13 February 2015
(252) rekordy
Dobrze, że w roku nie ma 70 milionów dni, tylko około 300-400, jak mi się pałęta po pamięci. To i tak aż zanadto, jeśli chcieć wybrać dzień urodzin. Nie swoich, lecz swojego potomka lub potomkini, dodam dla pań na ef. Co z kolei trafia do konkursu na najpopularniejszy dzień urodzin. W okolicznościach Sanżila. Czego to ja dziś statystycznie nie wyczytałam!
Dni jest 365 lub 366 evtl., przypominam. I skąd wzięło ci się porównanie do 70 milionów Ksenia? Jakiś absurd, stwierdza Ana Martin. Nie bez kozetki to cytuję, odparowuję: przeczytałam wczoraj, że z gugla czy innego fejsa wyciekło 70 milionów rekordów. Bardzo mnie to zastanowiło, że co i jak, dotąd myślałam, że rekord to coś pojedynczego. A może chodziło o 70 milionów kategorii? Ach, to po prostu fatalne tłumaczenie z angielskiego, tłumaczy Ana. Szerzą się teraz takie nowinki językowe, bo piszącym nie chce się wysilić i poszukać polskiego odpowiednika. Stąd rekord, a chodzi o zapis. Cyfrowy zapewne. Czyli taki, którego nikt nie widział, ale który wycieka. To dopiero absurd.
Rekordy też wyciekły. Inne, w Belgii. Do prasy wyciekły. Mianowicie rekordy urodzin. Dane osobowe noworodków? Nie Ana, przecież dobrze używam, co to, niby złą tłumaczką jestem? Rekord w sensie najwięcej lub najmniej. Na dzień. Prasa, a za nią inne media ogłosiły, w jaki dzień w Belgii rodzi się najwięcej dzieci. I są rekordy w jedną i drugą stronę.
Ciekawam wielce, co wygrało? Ana. Jaka Ana? No święta Anna, Ana, Andzia, Anusia, Aneczka, Anka, Ania, Anulka i inne wersje, do wyboru, do koloru. Czyli 26 lipca. Ach, to nie sama Ana, ale także Grażyna i Mirosława, albo Mira i Sława osobno, plus mniej znane imiona, które co rusz dorzucają do kalendarza, dba o sprawiedliwość Ana nasza nieświęta. Ale też nieświętobliwa, uzupełnia sama zainteresowana. A ile to dzieci rodzi się w tym dniu? Średnio, statystycznie, rekord w sensie zapisu wynosi 1743 sztuk dziecka jednej lub drugiej płci, bez dyskryminacji.
Piękny wynik! cieszy się Ana. A potem, jakie dni? Kolejno: 20 grudnia, 20 września, 19 lipca i 6 września. Wszędzie ponad 1700 dzieciarni na dzień. Śmiesznie. Co śmiesznie? Że ten lipiec i wrzesień tak dominują. Nijak nie można tego połączyć z jakimś dniem wolnym 9 miesięcy wcześniej. 20 września to jeszcze od biedy zwalamy na Boże Narodzenie, 20 grudnia na Wielkanoc, jeśli korzystnie wypadnie. Ale 19 lipca? To ci zagadka dopiero!
Może początek jesieni, proponuje nieśmiało Roman. Konieczność grzania się w domu, czyli? W łóżku nawet. Hmm. Kto wie, kto wie, zastanawia się główny urząd statystyczny w postaci i osobie Any. Biorąc pod uwagę lokalny poziom ogrzewania domów, to możliwe. Za to 20 grudnia to moim zdaniem pic na wodę, wywoływane porody, by na święta być w domu. Że też w niewierzącej Europie taki zabobon jest możliwy w ogóle.
Ojroka! Ksenia, Eureka, ile razy mam powtarzać, zżyma i wyżyma się Ana. Co cię tak olśniło? Ano, dlaczego na 25 grudnia przypada z kolei absolutny dołek urodzinowy. Bo 20 szczyt, to już nie ma się kto rodzić, tylko te najbardziej oporne na namowy lekarskie matki się ostają. Faktycznie, tylko 877 nowych lebelż lub potencjalnych lebelż, którymi staną się - lub nie - w wieku 18 lat, bo póki co - nieświadomych pochodzenia obcokrajowców, spogląda do tabeli Roman.
No tak, nikt nie lubi spędzać świąt w szpitalu, to pewnie wywołują porody na siłę, by razem do stajenki lub żłobka. Bo nie sądzę, by to dało się naturalnie osiągnąć. Lekarze stosują tzw. delikatny nacisk, bo chcą mieć wolne w święta..ale ja się nie dałam, dumnie podkreśla Ana; i teraz wiem, że lajkuję święta w szpitalu. Bardzo sobie chwalę, chwała chwała i to nie na wysokościach wcale, była, tylko dołach statystycznych! I Groszkowi też to na dobre wyszło, choć na całkowitą depresję nie chciał trafić, więc tylko na pochyłą, z 23 grudnia w paszporcie.
Ana, a przecież i Iwonek też w świątecznej atmosferze się pchał, przypomina Roman. Dobrze, że świadom statystyk widać, opóźniał, jak się dało i nie dał się namówić na 15 sierpnia, lecz zgodził - po długotrwałych negocjacjach - na 16. Trudne to były negocjacje, ale doszło do porozumienia, cha cha, święta i świętobliwa prawda.
Ja też dobrze, że nie belż się rodziłam, ani Roman, oblicza Ana. Same doły statystyczne zapełniliście, kiwam głową. Olśniewa mnie znów: to i nic dziwnego, że z Martinów ślubni, mimo że bez ślubu prawdziwego, ale lepsze to, niż nic. Szuka swój swojej i na odwrót wicewersa, to i znalazł i znalazła. Mniejszości ciągną do mniejszości. Statystycznie. Wszyscy oboje świąteczni, dobrze, że dzieci nie dały się wpuścić w kanał i siłą walczyły o inne daty.
Z kanału się raczej dały wypuścić, jeśli już, uśmiecha się Ana. Ale nie na święta. Jak to ktoś powiedział: przynajmniej będą mieć urodziny. Bo co za (u)rodzina bez urodzin. Po datach - święta prawie. A po słowach - nieświętobliwa wręcz. Też rekordy bije. I jak to zapisać rekordem w jednym zdaniu?
Dni jest 365 lub 366 evtl., przypominam. I skąd wzięło ci się porównanie do 70 milionów Ksenia? Jakiś absurd, stwierdza Ana Martin. Nie bez kozetki to cytuję, odparowuję: przeczytałam wczoraj, że z gugla czy innego fejsa wyciekło 70 milionów rekordów. Bardzo mnie to zastanowiło, że co i jak, dotąd myślałam, że rekord to coś pojedynczego. A może chodziło o 70 milionów kategorii? Ach, to po prostu fatalne tłumaczenie z angielskiego, tłumaczy Ana. Szerzą się teraz takie nowinki językowe, bo piszącym nie chce się wysilić i poszukać polskiego odpowiednika. Stąd rekord, a chodzi o zapis. Cyfrowy zapewne. Czyli taki, którego nikt nie widział, ale który wycieka. To dopiero absurd.
Rekordy też wyciekły. Inne, w Belgii. Do prasy wyciekły. Mianowicie rekordy urodzin. Dane osobowe noworodków? Nie Ana, przecież dobrze używam, co to, niby złą tłumaczką jestem? Rekord w sensie najwięcej lub najmniej. Na dzień. Prasa, a za nią inne media ogłosiły, w jaki dzień w Belgii rodzi się najwięcej dzieci. I są rekordy w jedną i drugą stronę.
Ciekawam wielce, co wygrało? Ana. Jaka Ana? No święta Anna, Ana, Andzia, Anusia, Aneczka, Anka, Ania, Anulka i inne wersje, do wyboru, do koloru. Czyli 26 lipca. Ach, to nie sama Ana, ale także Grażyna i Mirosława, albo Mira i Sława osobno, plus mniej znane imiona, które co rusz dorzucają do kalendarza, dba o sprawiedliwość Ana nasza nieświęta. Ale też nieświętobliwa, uzupełnia sama zainteresowana. A ile to dzieci rodzi się w tym dniu? Średnio, statystycznie, rekord w sensie zapisu wynosi 1743 sztuk dziecka jednej lub drugiej płci, bez dyskryminacji.
Piękny wynik! cieszy się Ana. A potem, jakie dni? Kolejno: 20 grudnia, 20 września, 19 lipca i 6 września. Wszędzie ponad 1700 dzieciarni na dzień. Śmiesznie. Co śmiesznie? Że ten lipiec i wrzesień tak dominują. Nijak nie można tego połączyć z jakimś dniem wolnym 9 miesięcy wcześniej. 20 września to jeszcze od biedy zwalamy na Boże Narodzenie, 20 grudnia na Wielkanoc, jeśli korzystnie wypadnie. Ale 19 lipca? To ci zagadka dopiero!
Może początek jesieni, proponuje nieśmiało Roman. Konieczność grzania się w domu, czyli? W łóżku nawet. Hmm. Kto wie, kto wie, zastanawia się główny urząd statystyczny w postaci i osobie Any. Biorąc pod uwagę lokalny poziom ogrzewania domów, to możliwe. Za to 20 grudnia to moim zdaniem pic na wodę, wywoływane porody, by na święta być w domu. Że też w niewierzącej Europie taki zabobon jest możliwy w ogóle.
Ojroka! Ksenia, Eureka, ile razy mam powtarzać, zżyma i wyżyma się Ana. Co cię tak olśniło? Ano, dlaczego na 25 grudnia przypada z kolei absolutny dołek urodzinowy. Bo 20 szczyt, to już nie ma się kto rodzić, tylko te najbardziej oporne na namowy lekarskie matki się ostają. Faktycznie, tylko 877 nowych lebelż lub potencjalnych lebelż, którymi staną się - lub nie - w wieku 18 lat, bo póki co - nieświadomych pochodzenia obcokrajowców, spogląda do tabeli Roman.
No tak, nikt nie lubi spędzać świąt w szpitalu, to pewnie wywołują porody na siłę, by razem do stajenki lub żłobka. Bo nie sądzę, by to dało się naturalnie osiągnąć. Lekarze stosują tzw. delikatny nacisk, bo chcą mieć wolne w święta..ale ja się nie dałam, dumnie podkreśla Ana; i teraz wiem, że lajkuję święta w szpitalu. Bardzo sobie chwalę, chwała chwała i to nie na wysokościach wcale, była, tylko dołach statystycznych! I Groszkowi też to na dobre wyszło, choć na całkowitą depresję nie chciał trafić, więc tylko na pochyłą, z 23 grudnia w paszporcie.
Ana, a przecież i Iwonek też w świątecznej atmosferze się pchał, przypomina Roman. Dobrze, że świadom statystyk widać, opóźniał, jak się dało i nie dał się namówić na 15 sierpnia, lecz zgodził - po długotrwałych negocjacjach - na 16. Trudne to były negocjacje, ale doszło do porozumienia, cha cha, święta i świętobliwa prawda.
Ja też dobrze, że nie belż się rodziłam, ani Roman, oblicza Ana. Same doły statystyczne zapełniliście, kiwam głową. Olśniewa mnie znów: to i nic dziwnego, że z Martinów ślubni, mimo że bez ślubu prawdziwego, ale lepsze to, niż nic. Szuka swój swojej i na odwrót wicewersa, to i znalazł i znalazła. Mniejszości ciągną do mniejszości. Statystycznie. Wszyscy oboje świąteczni, dobrze, że dzieci nie dały się wpuścić w kanał i siłą walczyły o inne daty.
Z kanału się raczej dały wypuścić, jeśli już, uśmiecha się Ana. Ale nie na święta. Jak to ktoś powiedział: przynajmniej będą mieć urodziny. Bo co za (u)rodzina bez urodzin. Po datach - święta prawie. A po słowach - nieświętobliwa wręcz. Też rekordy bije. I jak to zapisać rekordem w jednym zdaniu?
Thursday, 12 February 2015
(251) chusta
Chustowanie jako słowo może i nie znajduje się jeszcze w słownikach języka polskiego ani belgijskiego, w tym onlajn, za to jako działalność - czy to matczyna brzuchem, czy babcina głową- od dawna jest przecie praktykowane. Tradycyjnie przez kobiety. A teraz nieoczekiwanie chusty na Sanżilu i w okolicach belż w nowym natarciu - i to w nie byle jakim wydaniu, bo polityczno-uczniowskim.
Wszystko za sprawą szkół. Wiadomo, zbliżają się ferie, to i polityka się zainteresowała nauczaniem, by wyrobić kilka punktów wyborczych rzutem na zimową taśmę. A że nie ma się szczególnie do czego przyczepić, bo i oceny dobre, i miejsca w kreszach i przedszkolach jakoś starczyło dla wszystkich chętnych, a nawet niechętnych, nauczyciele chwilowo nie protestują na ulicach i nie palą samochodów - to rozejrzał się jeden i drugi polityk, zarówno ten mówiący tym łatwiejszym akcentem, jak i trudniejszym - i powiedział do siebie w cichości duszy: mam! Chusty! Regulujmy!
Tak się przedstawia w skrócie diagnoza społeczna 2015 Any Martin. Niechustującej.
Nie chustuję, nie chustuję, ale nie z przekonania, tylko ze starości, dopisz koniecznie! dopomina się o sprawiedliwy obraz swojej skrzywionej osoby Ana. Plecy już nie te, nie te od dziesięciu lat, to jak miałabym nosić dziecko? Groszek to wcale nie Groszek, tylko Groch wielki w końcu, nie mówiąc o Iwonku, który w chustę po prostu nie wejdzie, co najwyżej w wersji owiniętej na węża, mówię z mądrą miną. Zdradzę ci Ksenia, nie było cię z nami wtedy, że nie wchodził nawet w wersji groszkopodobnej. Protest malował się mu na twarzy? Żeby to protest. Krzyk!
A Roman nie chciał chustować? Trudno w końcu o nowocześniejszego ojca. Chciał, a jakże, liczne próby podjął, ale poległ. Pokonany przez chustę? Tak. Po prostu go osaczyły metry tkaniny i już. Z pięć metrów całych. Nie dał rady być ojcem na wysokości oczekiwań ekobjo, trudno. Ale lepszy taki ojciec, niż żaden, pocieszam, jak mogę.
Za to teraz Martinowie będą mogli nadrobić chustowanie, i to także w atrakcyjnej drodze protestu. Albo przyklaśnięcia. Bowiem należą do grupy rodziców prawie uczniów. A w szkołach znów rozgorzeje spór, czy dopuszczać w nich chusty, czy nie. Tak coś czuję, jak czytam media. Niezły bałagan panuje w Belgii pod względem chustowania. Chłopaków to co prawda nie dotyczy, co najwyżej wzrokowo, gdy na te chusty pochylone nad zeszytami będą patrzeć. Lub nie
Chodzi bowiem o chustowanie głową, ale nie przez babcie, tylko przez uczennice. Wszystko się zmienia, wiek chustujących też, co się dziwicie. I reguły w szkołach. Tam, gdzie się mówi trudniejszym dialektem, wśród Flamandów, by nie powiedzieć Flamaków, chusty w szkole nie uświadczysz. Chyba że schowaną w tornistrze (a czy są jeszcze tornistry?), bo oficjalnie, na głowie, nie można się z nią pokazać.
No tak, chusta jest traktowana jako symbol religijny, i w szkołach świeckich nie wolno jej nosić pewnie, rozumuje Roman. Nie mówiąc o szkołach katolickich, gdzie prędzej przydałyby się krzyże, co? dodaję. A nie, niespodzianka! odkręca wszystko Ana. Belgia to jednak Belgia, zawsze zaskoczy, co zresztą dobrze świadczy o tolerancji religijnej a la belż: to w katolickich szkołach flamandzkich chustować można, lub nie, w zależności od dyrektora, natomiast w tzw. szkole libre, wolnej czyli, czyli świeckiej, nosić nie można w żadnym wypadku. Co jest dziwną interpretacją wolności, tak na marginesie.
Jeszcze dziwniej u Walonków, ciągnie Ana. Tu to dopiero bałągan. Jak zwykle, komentuje Roman. Bo oto każda szkoła może uznać, czy zezwoli na chustowanie czy nie, w specjalnym regulaminie. Czyli zazwyczaj zabraniają, tak? uśmiecha się Ana. Nie to, bym była za chustowaniem głową, feminizm mi na to nie pozwala, ale wolność to wolność. Demokracja to demokracja. A belgia to Belgia, kwituej Roman.
Okazuje się, że to taka wolność na niby. Bo choć niby chustę nosić wolno, to w rezultacie regulaminy sprawiają, że chustujące uczennice można policzyć na palcach jednej ręki. Tej czystej, zapewne, komentuje Roman. Czystej od czego? Od dotyku szatana, stwierdza Ana. Ach, ci niewierni, wzdycham. Ciężko ich zrozumieć.
Teraz sprawa chustowania wraca na wokandę, jak widzę, doczytuje Roman. We Flandrii podnoszą się głosy, że trzeba by coś ustalić na poziomie kraju; i założę się, że chodzi o zupełny zakaz chustowania w ławie szkolnej, zgaduje Ana. Zgadza się. Wszystko pod płaszczykiem wojny, bo podobno każdy może sobie chustować, nawet terrorysta męski, słyszałam nawet ja, Ksenia. I wnieść pod chustą bombę. Na przykład.
To jest ta wolność chustowania, czy nie, pytam. Zależy, wzdycha Ana. Jak ze wszystkim, gdy chodzi o kobiety. Niby wolność jest, ale sama widzisz: jak się chustuje brzuchem, to dobrze dla dziecka, źle dla kręgosłupa. Jak się nie chustuje, to dobrze dla pleców, źle dla imidżu ekobjo. Jak się chustuje głową, to źle, bo się drażni polityków, ale dobrze, bo się nie drażni ojców i braci. Zawsze jakiś problem. I zawsze dla kobiet.
Bo chusta to przykład opresji. Opinii publicznej wobec kobiet, wygłasza Ana. Nigdy nie może być dobrze, jak ze wszystkim w macierzyństwie i kobiecości zresztą. Niby jest wolność, a jej nie ma. Zawsze pod pręgierzem, czy to opinii publicznej, czy to polityków, czy religii, czy rodziny. CZy to w Polsce, czy w Belgii. Ciężko zachować spokój, który przy chustowaniu, a szczególnie motaniu chusty na brzuchu i ozdobnym upinaniu jej na głowie, jest jak najbardziej pożądany.
Kiedy się to skończy, narzeka Ana. Kiedy wreszcie będzie można chustować z głową wolną od chusty na własne, a nie polityczne życzenie, z brzuchem na wierzchu lub nie, a przede wszystkim z poczuciem, że własnym ciałem rządzę ja?
Wednesday, 11 February 2015
(250) kosmos
Kosmos, mruczy nadal Ana Martin, kosmos normalnie! Już cały weekend tak ma kosmicznie, bo to najpierw zlądowała z nieba literatka z Polski A jak najbardziej, a teraz okazuje się, że i lokalni brukselscy obcy pozazdrościli, i się wzięli za polską sztukę. Kosmos. I to nie wiadomość z kosmosu bynajmniej, o Kosmosie co najwyżej.
Też nie wiedziałam, o co Anie chodzi, bo jednak czego nie doczytałam za młodu, to i na starość nie będzie łatwo sobie wbić do głowy. Grzechy młodości będą się za mną ciągnąć i za granicą, nie ma ucieczki i na Sanżilu, ale cóż, braki nie do odrobienia w dorosłym życiu między kreszem, kaszą i ciągłą obserwacją sanżilowskiego życia. Bo w kwestii kosmosu znów o literackie książki się rozchodzi.
Kosmos to polska książka bowiem, nawet jeśli tytuł jak najbardziej międzynarodowy, a nawet międzyplanetarny, jak zauważa słusznie Roman. Polak to napisał, ale zagraniczny, w kraju zwanym jakoś tak egotycznie...zaraz ...zaraz...mam! Argentyna! Wiedziałam, że z czymś się to kojarzy, a mianowicie z pieniędzmi.
Tak tak, są kraje rozwinięte, nierozwinięte, Japonia i Argentyna, jak twierdzi mędrzec, donosi Roman. A w Argentynie Gombrowicz i jego kosmos. Tzn. obecnie w Brukseli, jak pisałam.
Proszę Ksenia, nawet nie tak egzotyczne skojarzenia jednak, chwali Ana. Tym bardziej, że nasz lokalny twórca, znaczy się - nie aż tak bardzo lokalny, bo posługujący się zdecydowanie tym drugim dialektem, albo go przetłumaczyli na potrzeby mediów, o pieniądzach właśnie mówi. Ruben ma na imię, Desiere na nazwisko. Znaczy się nie Polak autor, bo ten to Głąbrowicz był. A Ruben - w swoim filmie mówi. O tym, jak kosmos trafił do klasztoru. I Jezusa o nazwie Gesu.
Gombrowicza sfilmował? Otóż nie. Sfilmował słowackich Cyganów o politycznej nazwie Romowie. Hmmm...dokumen czyli? Nie, opowieść z czasów, gdy Romocyganie wdarli się do klasztoru i w nim zamieszkali. Tworząc w ten sposób taki mały kosmos. Rubenowi sytuacja skojarzyła się z Gombrowiczem. Ale dlaczego, dopytuje Roman.
Ja tam nie wiem, rozkładam ręce. Jak mówiłam, nie czytałam i pewnie nie przeczytam. Ana twierdzi natomiast, że Romowie to dla lebelż kosmici, i tak się Rubenowi skojarzyło. A może o co innego się rozchodzi, co trzeba by swoimi oczyma zobaczyć. I będzie nawet można, w Brukseli Tysiąc. Z biletem, bo bez biletu za darmochę już było, no ale kresz i kasza uniemożliwiły wizytę w gminie Eterbek. Albo w Holandii, za granicą czyli, bo tam to trafi Ruben z Głąbrowiczem w kieszeni.
Sprawdźmy. Hmm. Wedle gugla, film opowiada historie kilku słowackich rodzin w 2013 r., teoretycznie więc to dokument. W casie kręcenia filmu coraz bardziej realne stawało się widmo usunięcia Romów z kościoła. Oto cała historia, doczytuje naprędce Roman na guglu. Polaka ani Głąbrowicza tu nie widzę za bardzo, zresztą z tego wywiadu wynika, że i sam filmowiec za bardzo nie.
Tytuł się ostał. To ci kosmos dopiero.
Brawa dla młodzieńca, 24 lata i taki sukces! Roman, dziś to jest dopiero zdolna młodzież, co? śmieje się Ana Martin. Festiwal w Rotterdamie to nie byle co, mówi z miną znawczyni. Cieszmy się chociażby z tego, że dziennikarze pytają o tytuł, i wtedy nie ma szans, by uciec od polskich akcentów. Zawsze coś skapnie, i tak Gombrowicz idzie w świat. Pozytywny pi-ar dla Polski taki, czyli, podsumowuję, powstaje.
Też nie wiedziałam, o co Anie chodzi, bo jednak czego nie doczytałam za młodu, to i na starość nie będzie łatwo sobie wbić do głowy. Grzechy młodości będą się za mną ciągnąć i za granicą, nie ma ucieczki i na Sanżilu, ale cóż, braki nie do odrobienia w dorosłym życiu między kreszem, kaszą i ciągłą obserwacją sanżilowskiego życia. Bo w kwestii kosmosu znów o literackie książki się rozchodzi.
Kosmos to polska książka bowiem, nawet jeśli tytuł jak najbardziej międzynarodowy, a nawet międzyplanetarny, jak zauważa słusznie Roman. Polak to napisał, ale zagraniczny, w kraju zwanym jakoś tak egotycznie...zaraz ...zaraz...mam! Argentyna! Wiedziałam, że z czymś się to kojarzy, a mianowicie z pieniędzmi.
Tak tak, są kraje rozwinięte, nierozwinięte, Japonia i Argentyna, jak twierdzi mędrzec, donosi Roman. A w Argentynie Gombrowicz i jego kosmos. Tzn. obecnie w Brukseli, jak pisałam.
Proszę Ksenia, nawet nie tak egzotyczne skojarzenia jednak, chwali Ana. Tym bardziej, że nasz lokalny twórca, znaczy się - nie aż tak bardzo lokalny, bo posługujący się zdecydowanie tym drugim dialektem, albo go przetłumaczyli na potrzeby mediów, o pieniądzach właśnie mówi. Ruben ma na imię, Desiere na nazwisko. Znaczy się nie Polak autor, bo ten to Głąbrowicz był. A Ruben - w swoim filmie mówi. O tym, jak kosmos trafił do klasztoru. I Jezusa o nazwie Gesu.
Gombrowicza sfilmował? Otóż nie. Sfilmował słowackich Cyganów o politycznej nazwie Romowie. Hmmm...dokumen czyli? Nie, opowieść z czasów, gdy Romocyganie wdarli się do klasztoru i w nim zamieszkali. Tworząc w ten sposób taki mały kosmos. Rubenowi sytuacja skojarzyła się z Gombrowiczem. Ale dlaczego, dopytuje Roman.
Ja tam nie wiem, rozkładam ręce. Jak mówiłam, nie czytałam i pewnie nie przeczytam. Ana twierdzi natomiast, że Romowie to dla lebelż kosmici, i tak się Rubenowi skojarzyło. A może o co innego się rozchodzi, co trzeba by swoimi oczyma zobaczyć. I będzie nawet można, w Brukseli Tysiąc. Z biletem, bo bez biletu za darmochę już było, no ale kresz i kasza uniemożliwiły wizytę w gminie Eterbek. Albo w Holandii, za granicą czyli, bo tam to trafi Ruben z Głąbrowiczem w kieszeni.
Sprawdźmy. Hmm. Wedle gugla, film opowiada historie kilku słowackich rodzin w 2013 r., teoretycznie więc to dokument. W casie kręcenia filmu coraz bardziej realne stawało się widmo usunięcia Romów z kościoła. Oto cała historia, doczytuje naprędce Roman na guglu. Polaka ani Głąbrowicza tu nie widzę za bardzo, zresztą z tego wywiadu wynika, że i sam filmowiec za bardzo nie.
Tytuł się ostał. To ci kosmos dopiero.
Brawa dla młodzieńca, 24 lata i taki sukces! Roman, dziś to jest dopiero zdolna młodzież, co? śmieje się Ana Martin. Festiwal w Rotterdamie to nie byle co, mówi z miną znawczyni. Cieszmy się chociażby z tego, że dziennikarze pytają o tytuł, i wtedy nie ma szans, by uciec od polskich akcentów. Zawsze coś skapnie, i tak Gombrowicz idzie w świat. Pozytywny pi-ar dla Polski taki, czyli, podsumowuję, powstaje.
Subscribe to:
Posts (Atom)