Kiszka to czy kaszanka? A może kiszkokaszanka? Tak by było ruskim targiem, przepraszam, rosyjskim, jak uczy Ana Martin. Chciałam sprawdzić sama jednakże, co to ten budę. Albo budą. Budyń czyżby? Więc siup do teatru. Tak, ja, Ksenia nienia, niania, a co, to już na titr-serwisach nie można w sztukach gustować?
Można można, nawet trzeba! Tak z wieczora powtarzała mnie Ana, jak się zwiedziała, że na południowy bazar nie pójdzie sama, bo po kryjomu i ja nabyłam bilet drogą kupna. Nie bazar, tylko bozar, śmieje się Roman. Choć niech będzie i bazar, co komu szkodzi, taki jarmark sztuk. Pięknych, dodajmy, bo teatr zalicza się wszak do sztuki wysokiej, nawet jeśli na titrach. Stąd też zresztą mój dzisiejszy wyszukany styl, nabyty drogą szkoły, a nie kupna. Notabene.
We wtorki, i to warto zapamiętać, czytelniku i czytelniczko, mniej więcej raz na miesiąc bazar ma w swojej ofercie autentyczną i prawdziwą sztukę teatralną w samo południe. No, nie bądźmy drobiazgowi, nieco po, jak się dzień już przegibnie na drugą stronę, za to cena ta sama, zaskakująca i nie do przebicia inną ofertą: osiem ojraków. To taniej niż kino, w tym w niektórych miejscach w Polsce. A przyjemność - bezcenna. Zdaniem Any, reklamy loreal i moim też.
Tym razem do czystego piękna sztuki gratisowo poniekąd otrzymaliśmy wyjątkowe walory edukacyjne. Mianowicie w warstwie językowej oraz jedzeniowej, zwanej też kulinarną. I to od razu z zagranicy. Wszystko za sprawą kiszki, zwanej też kaszanką. Występowała w tytułowej roli; skądinąd nie będę chyba zbyt oryginalna przez y koniecznie, jeśli nadmienię, że trudno chyba o dziwniejszy tytuł. W unijnym tłumaczeniu Any Martin na szybko brzmiał on tak: "Mieszkałem w małym domku pozbawionym wdzięku i lubiłem kiszkę/kaszankę".
Przyznajcie, nie wiadomo o co chodzi, nawet jeśli pracujecie w wyższej sferze, niż titr-serwisy. Więc streszczę i wyjaśnię, tak jak my Romanowi.
Ana pomogła zrozumieć kontekst i aspekt, że oddam cesarzowi, co królewskie. A nie było on łatwy do uchwycenia - ale tylko dlatego, że leży w przeszłości, kiedy to w Belgii królowały wysokie piece, że oddam królestwu, co cesarskie. To było przed moim przybyciem na Sanżil, a ciągnęli do nich emigranci, z Polski, Włoch i innych małych ojczyzn. Ten pan, co napisał sztukę, i o którym nawet myślałam, że w niej wystąpił, ale to był jednak aktor, a nie autor, jak objaśniła Ana, jedna litera, a taka zmiana, był akurat pochodzenia włoskiego. Po tatusiu. A po nowej małej ojczyźnie Serę - lubił kiszkę/kaszankę, już dziecięciem będąc, i stąd jego pisanie się wzięło, a mój problem z tłumaczeniem.
Dobra, nie wszystko było o jedzeniu, głównie było o dorastaniu. W cieniu komina. W Serę, tak mówili. Niedaleko Lież, które z kolei niedaleko Bruksel, ale jednak na tyle daleko, że tylko raz dojechali, na jakąś wystawę, na której postawili atomium, tak, te błyszczące kule, pewnie widzieliście, dotąd stoją. Resztę życia spędzali w Serę i z tego, co wychwyciłam, ojciec był takim włoskim maczo-tyrankiem z kopalni czy huty. Mama zaliczyła awans klasowy ze wsi do cukierni. Tak określiła tę sytuację socjologiczną Ana.
Która odpowiedziała mi tym samym na wszystkie pytania, oprócz tego jednego, o kiszkokaszankę. Jak toto nazwać? Budyń byłby najlepszy, ale nie pasuje smakowo, toż to zamach na modestamaro byłby, i kolejna gwiazdka miszelena w Polsce, jakby budyń był teraz z mięsa. Co robić? Niełatwy los zgotowała unia tłumaczom.
Mam! Może: kiszanka? To dopiero ruski targ na całego, co? gratuluje sam sobie zadowolony Roman. Kiszanka...fajne! zatwierdza Ana. Anka-kiszanka. Krótko, i treściwie. Smakowo trochę nieodpowiednio, ale i tak bardziej trafione, niż budyń. Niech modestamaro się szykuję na bitwę, bo na Sanżilu wyrósł nam na tej teatralnej strawie znienacka kucharz. Mieszkający w małym domku pełnym wdzięku, z konieczności nielubiący kiszanki, bo tego to Ana za próg nie wpuści.
Wednesday, 11 March 2015
Tuesday, 10 March 2015
(264) blankenberge
Wiosna zimą. Jest. Nad morzem, w górach i na Sanżilu. Trochę spóźniona, bo rok temu zagościła już w styczniu, ale nie będę się czepiać. Marzec to i tak wystarczająco wcześnie, by na dobre rozpocząć sezon plażowania. Nie, nie nad Bałtykiem wcale, tylko bliżej. W Blankenberge, czyli w Albanii.
Co to za wymysł Ksenia, krzywi się Ana. Gdzie Rzym, a gdzie Krym, jak kiedyś próbowałyśmy ustalić. Gdzie Blankenberge, a gdzie Albania, dziewczyno.
W sumie to nie wiem i niewiele mnie to obchodzi, wydymam spalone weekendowym słońcem wargi. Wiem tylko tyle, że większość Flamaków oburzona od kilku dni, bo oto ogłoszono, i do tego o zgrozo w tiwi chyba, że Blankenberge podobne do Albanii. W Blakenberge byłam i mi się nie podobało, tłum, beton i komercha, a czy do Albanii podobne - to ciężko mi potwierdzić, lub zaprzeczyć, bo nie mam pojęcia faktycznie, gdzie toto leży, na Krymie przykładowo czy bliżej. Jedno mam w sobie natomiast, mianowicie sporą dawkę i dozę inteligęcji amocjonalnej, to i wyczytałam z flamakowej gazety, że nikt się z tego porównania nie cieszy, a wręcz przeciwnie - i naprzeciwko są protesty już.
Przestań z tymi Flamakami Ksenia, uszy odpadają. Flamandowie to są, i pod kościołem na Sablonie też lud polski ucz, by nie przezywać. Dobrze, obiecuję, skruszona, tym bardziej, że zły to ptak, co swoje gniazdo kała, a my tu przecież nie tylko od Francuzów zależymy. Także od tych Albańczyków z Blankenberge.
Niech no sprawdzę, o co ta awantura, zabiera się do sądów Roman. A owszem, jest oburzenie, spójrz Ana. Znasz niejakiego Toma Waesa? Nie, a skąd niby? Bo podobno bardzo popularny podróżnik-celebryta. Taka Martyna W. czy inny Wojciech C.? Albo Beata P., wtrącam? Chyba tak. Wyrocznia dla ogłupiałych mas w każdym razie. I oto ten ktoś, po podróżach po korejach, szpicbergenach i innych szczytach, raczył powrócić na chwilę na ojczyzny łono, czyli do Flandrii właśnie. Bo stąd wyruszył kiedyś w świat. Przyjechał, patrzy: piękna pogoda, czyli jak słusznie spostrzegłaś Ksenia: lato zimą. To i go naszło, by udać się nad morze. A gdzie może jechać prawdziwy lebelż?
No gdzie, pytam? Do Blankenberge może, czy do Albanii?
Ksenia, Albania to kraj daleko od nas, pewnie bliżej stamtąd na Krym, niż na Sanżil. Waes tylko do niej porównał - Blankenberge właśnie. A dokładniej mówiąc - do Durres, czyli portu, gdzie - jak można się domyślić - chyba nie jest zbyt porządnie. A nawet jeśli jest -to nie jest to porządek pożądany przez przeciętnego plażowicza lebelż, a labelż jeszcze mniej pewnikiem, dotąd dumnych z perły ...nie, nie Bałtyku, powiedzmy więc, zgodnie z prawdą zresztą, za to dłużej i mniej romantycznie - Morza Północnego. Pónocniaka czyli w skrócie, skraca za ślubnego Ana.
A dlaczego tym znad morza nie podoba się to porównanie? To Albania taka brzydka? Piękna podobno z natury - a brzydka i brudna z cywilizacji. Taki chyba panuje o niej sąd, mówi Ana. Moim zdaniem, uchodzi za synonim chaosu, rządów mafii, bezprawia i nielegalnej emigracji. Do tego dochodzi zupełnie niezrozumiały dla Europejczyków język, należący do osobnej grupy językowej, tak na marginesie. Sam jeden. Jak to, nie do naszej brukselskiej ojrogrupy, należy? Nie, uśmiecha się Ana. Jeden jedyny rodzynek. No to sami są sobie winni, co, że inni ich nie lubią? Tych Albańczyków znaczy się? Wiadomo przecież, że tego co się nie rozumie - bezpieczniej zawczasu znienawidzić. Hejtem.
Ae dlaczego winni od razu? Taką mieli historię, że Polska przy nich wysiada. Biedni ludzie, w sumie. Ale fakt, niezbyt lubiani tu i ówdzie ogólnie, dlatego burmistrz Blankenberge wcale a wcale się nie ucieszył, jak Waes celebryta mu wyjechał z Durresem. Że równie chaotycznie, tłumnie i ogólnie beznadziejnie. Od razu zwołał radnych i uchwalili wspólnie, że Waesa trzeba ściągnąć. W slipkach przykładowo. Niech poplażuje i sam zobaczy, jakie Blankenberge piękne jednak. Wcale nie brudne, tylko białe.
Przynajmniej białe są pozimowe ciała, wtrącam. Leżące pokotem w poziomie i chwytające marcowe słońce.
A wiesz Roman, to dopiero ciekawe. Nasunęło mi się, że w sumie Blankenberge ma dużo wspólnego z Albanią. Mianowicie nazwę. Biel. Blankenberge i Albania - obie nazwy mają coś wspólnego z białością. Jednak wyszło na Waesa.
Sądzę, że burmistrza znad morza to wcale Ana nie ucieszy, powątpiewa Roman. Skarży się po stacjach tiwi, że co on teraz biedny pocznie z tym złym imydżem, do tego nadany przez ptaka z własnego gniazda. Skalał i skałał je też po prostu , zdaniem radnych. Wiadomo, że złe schodzi długo z międzynarodowego imażu. Ale trudno, stało się. Blankeberskie jabłko padło niedaleko od swej albańskiej jabłoni.
Co to za wymysł Ksenia, krzywi się Ana. Gdzie Rzym, a gdzie Krym, jak kiedyś próbowałyśmy ustalić. Gdzie Blankenberge, a gdzie Albania, dziewczyno.
W sumie to nie wiem i niewiele mnie to obchodzi, wydymam spalone weekendowym słońcem wargi. Wiem tylko tyle, że większość Flamaków oburzona od kilku dni, bo oto ogłoszono, i do tego o zgrozo w tiwi chyba, że Blankenberge podobne do Albanii. W Blakenberge byłam i mi się nie podobało, tłum, beton i komercha, a czy do Albanii podobne - to ciężko mi potwierdzić, lub zaprzeczyć, bo nie mam pojęcia faktycznie, gdzie toto leży, na Krymie przykładowo czy bliżej. Jedno mam w sobie natomiast, mianowicie sporą dawkę i dozę inteligęcji amocjonalnej, to i wyczytałam z flamakowej gazety, że nikt się z tego porównania nie cieszy, a wręcz przeciwnie - i naprzeciwko są protesty już.
Przestań z tymi Flamakami Ksenia, uszy odpadają. Flamandowie to są, i pod kościołem na Sablonie też lud polski ucz, by nie przezywać. Dobrze, obiecuję, skruszona, tym bardziej, że zły to ptak, co swoje gniazdo kała, a my tu przecież nie tylko od Francuzów zależymy. Także od tych Albańczyków z Blankenberge.
Niech no sprawdzę, o co ta awantura, zabiera się do sądów Roman. A owszem, jest oburzenie, spójrz Ana. Znasz niejakiego Toma Waesa? Nie, a skąd niby? Bo podobno bardzo popularny podróżnik-celebryta. Taka Martyna W. czy inny Wojciech C.? Albo Beata P., wtrącam? Chyba tak. Wyrocznia dla ogłupiałych mas w każdym razie. I oto ten ktoś, po podróżach po korejach, szpicbergenach i innych szczytach, raczył powrócić na chwilę na ojczyzny łono, czyli do Flandrii właśnie. Bo stąd wyruszył kiedyś w świat. Przyjechał, patrzy: piękna pogoda, czyli jak słusznie spostrzegłaś Ksenia: lato zimą. To i go naszło, by udać się nad morze. A gdzie może jechać prawdziwy lebelż?
No gdzie, pytam? Do Blankenberge może, czy do Albanii?
Ksenia, Albania to kraj daleko od nas, pewnie bliżej stamtąd na Krym, niż na Sanżil. Waes tylko do niej porównał - Blankenberge właśnie. A dokładniej mówiąc - do Durres, czyli portu, gdzie - jak można się domyślić - chyba nie jest zbyt porządnie. A nawet jeśli jest -to nie jest to porządek pożądany przez przeciętnego plażowicza lebelż, a labelż jeszcze mniej pewnikiem, dotąd dumnych z perły ...nie, nie Bałtyku, powiedzmy więc, zgodnie z prawdą zresztą, za to dłużej i mniej romantycznie - Morza Północnego. Pónocniaka czyli w skrócie, skraca za ślubnego Ana.
A dlaczego tym znad morza nie podoba się to porównanie? To Albania taka brzydka? Piękna podobno z natury - a brzydka i brudna z cywilizacji. Taki chyba panuje o niej sąd, mówi Ana. Moim zdaniem, uchodzi za synonim chaosu, rządów mafii, bezprawia i nielegalnej emigracji. Do tego dochodzi zupełnie niezrozumiały dla Europejczyków język, należący do osobnej grupy językowej, tak na marginesie. Sam jeden. Jak to, nie do naszej brukselskiej ojrogrupy, należy? Nie, uśmiecha się Ana. Jeden jedyny rodzynek. No to sami są sobie winni, co, że inni ich nie lubią? Tych Albańczyków znaczy się? Wiadomo przecież, że tego co się nie rozumie - bezpieczniej zawczasu znienawidzić. Hejtem.
Ae dlaczego winni od razu? Taką mieli historię, że Polska przy nich wysiada. Biedni ludzie, w sumie. Ale fakt, niezbyt lubiani tu i ówdzie ogólnie, dlatego burmistrz Blankenberge wcale a wcale się nie ucieszył, jak Waes celebryta mu wyjechał z Durresem. Że równie chaotycznie, tłumnie i ogólnie beznadziejnie. Od razu zwołał radnych i uchwalili wspólnie, że Waesa trzeba ściągnąć. W slipkach przykładowo. Niech poplażuje i sam zobaczy, jakie Blankenberge piękne jednak. Wcale nie brudne, tylko białe.
Przynajmniej białe są pozimowe ciała, wtrącam. Leżące pokotem w poziomie i chwytające marcowe słońce.
A wiesz Roman, to dopiero ciekawe. Nasunęło mi się, że w sumie Blankenberge ma dużo wspólnego z Albanią. Mianowicie nazwę. Biel. Blankenberge i Albania - obie nazwy mają coś wspólnego z białością. Jednak wyszło na Waesa.
Sądzę, że burmistrza znad morza to wcale Ana nie ucieszy, powątpiewa Roman. Skarży się po stacjach tiwi, że co on teraz biedny pocznie z tym złym imydżem, do tego nadany przez ptaka z własnego gniazda. Skalał i skałał je też po prostu , zdaniem radnych. Wiadomo, że złe schodzi długo z międzynarodowego imażu. Ale trudno, stało się. Blankeberskie jabłko padło niedaleko od swej albańskiej jabłoni.
Monday, 9 March 2015
(263) prekariat
Pogoda boska. Dla kobiet tak świeciło w weekend. Niektórzy nawet mówili z tej okazji, że w Belgii jest już pełna równość, co wywołało tylko pobłażliwy uśmiech na ustach Any Martin i jej podobnych kobiet na ef. Oj nie - jak mówiła taka jedna panna Hanna z Warszawy, równości to ona nie widzi ani u siebie, u nas. My też nie.
Można by się jednak cieszyć bardziej tą bezchmurnością, gdyby właśnie nie ciemne obłoki na horyzoncie, a mianowicie z powodu cyfr. Statystycznych. Niepokojąco smutnych dla żeńskich Brukselek. Dotyczą prekariatu. Co, nie wiecie, co to? Też nie wiedziałam, ale na szczęście mam pod bokiem Anę.
Zacznijmy od tego, że 1 stycznia 2014 r. w Brukseli mieszkało 1163486 osób. Biednych i bogatych. Czyli nieprakariatowych i tych z prekariatu, niestety. Obydwu płci, ale jednych więcej. Tych z 8 marca niestety.
Skomplikowana liczba, skomplikowane słowo i nijak z nie idzie wywróżyć, czy to dobry znak, czy zły. Nawet, jeśli by zawiesić czerwoną wstążkę, do czego Anę Martin ostatnio zachęcano w związku z Groszkiem. Jedno pewne - ten prekariat to głównie kobiety. Niepracujące i pracujące poza domem też, ale głównie te bytujące w czterech ścianach, piorące, gotujące, czyszczące i tak w kółko przez kilkanaście lat. Odkrywam karty - prekariat to taka jakby bieda, nie, nie biedronka w skrócie, tylko prawdziwa bieda - z tym że ładniej brzmi, bo z zagranicznej łaciny czy innej włoszczyzny, co już chyba akurat sami zrozumieliście, co?
I właśnie najsmutniejsze, co mogli nam w mediach obwieścić na 8 marca, to to, że aż jedna trzecia rodzin w Brukseli jest zagrożona ubóstwem. I to jest właśnie ten słynny prekariat, o którym i w polskich gazetach wyniesionych od Stefana można poczytać. Dużo tego, a najwięcej - wśród samotnych matek z dzieckiem. Rodzin zwanych pięknie: jednorodzicowymi. Których dużo, coraz więcej.
Ile wynosi próg ubóstwa na rodzinę w Brukseli, wiesz może Roman? zastanawia się Ana. 1605 ojro na rodzinę z 1 rodzicem i 2 dzieci, 2106 ojraków - na cztery osoby. A że w tych rodzinach 1:2, monoparentalnych, jak się to zwie z francuska, aż 87% ten 1, czyli szef de famij, to ona, stąd smutny wniosek, że w prekariacie znajdą się przede wszystkim one. Ze swoimi małymi. I liczba ta rośnie.
Niewesoło naprawdę, smutno kiwamy głowami. Nawet pod względem dostępu do prekariatu nie ma równości, tam gdzie źle, zawsze diabeł babę pośle, by nieco zmienić przysłowie. I posyła jedną samotną matkę pod drugiej
Więc gdzie ta równość, co ją ujrzały w przededniu Dnia Kobiet niejakie Brukselki, pytam wzniośle. Co je zaślepiło, że wydało im się, że feminizm może się stąd zabierać ze swoimi hasłami. Na pewno nie marcowe słońce, bo wyszło dopiero w sobotę, przypomina Ana. To pewnie chwilowe, ocucą się, pociesza mnie. Nie martw się Ksenia, działamy dalej. Niechaj żyje 8 marca i ideały na ef.
Można by się jednak cieszyć bardziej tą bezchmurnością, gdyby właśnie nie ciemne obłoki na horyzoncie, a mianowicie z powodu cyfr. Statystycznych. Niepokojąco smutnych dla żeńskich Brukselek. Dotyczą prekariatu. Co, nie wiecie, co to? Też nie wiedziałam, ale na szczęście mam pod bokiem Anę.
Zacznijmy od tego, że 1 stycznia 2014 r. w Brukseli mieszkało 1163486 osób. Biednych i bogatych. Czyli nieprakariatowych i tych z prekariatu, niestety. Obydwu płci, ale jednych więcej. Tych z 8 marca niestety.
Skomplikowana liczba, skomplikowane słowo i nijak z nie idzie wywróżyć, czy to dobry znak, czy zły. Nawet, jeśli by zawiesić czerwoną wstążkę, do czego Anę Martin ostatnio zachęcano w związku z Groszkiem. Jedno pewne - ten prekariat to głównie kobiety. Niepracujące i pracujące poza domem też, ale głównie te bytujące w czterech ścianach, piorące, gotujące, czyszczące i tak w kółko przez kilkanaście lat. Odkrywam karty - prekariat to taka jakby bieda, nie, nie biedronka w skrócie, tylko prawdziwa bieda - z tym że ładniej brzmi, bo z zagranicznej łaciny czy innej włoszczyzny, co już chyba akurat sami zrozumieliście, co?
I właśnie najsmutniejsze, co mogli nam w mediach obwieścić na 8 marca, to to, że aż jedna trzecia rodzin w Brukseli jest zagrożona ubóstwem. I to jest właśnie ten słynny prekariat, o którym i w polskich gazetach wyniesionych od Stefana można poczytać. Dużo tego, a najwięcej - wśród samotnych matek z dzieckiem. Rodzin zwanych pięknie: jednorodzicowymi. Których dużo, coraz więcej.
Ile wynosi próg ubóstwa na rodzinę w Brukseli, wiesz może Roman? zastanawia się Ana. 1605 ojro na rodzinę z 1 rodzicem i 2 dzieci, 2106 ojraków - na cztery osoby. A że w tych rodzinach 1:2, monoparentalnych, jak się to zwie z francuska, aż 87% ten 1, czyli szef de famij, to ona, stąd smutny wniosek, że w prekariacie znajdą się przede wszystkim one. Ze swoimi małymi. I liczba ta rośnie.
Niewesoło naprawdę, smutno kiwamy głowami. Nawet pod względem dostępu do prekariatu nie ma równości, tam gdzie źle, zawsze diabeł babę pośle, by nieco zmienić przysłowie. I posyła jedną samotną matkę pod drugiej
Więc gdzie ta równość, co ją ujrzały w przededniu Dnia Kobiet niejakie Brukselki, pytam wzniośle. Co je zaślepiło, że wydało im się, że feminizm może się stąd zabierać ze swoimi hasłami. Na pewno nie marcowe słońce, bo wyszło dopiero w sobotę, przypomina Ana. To pewnie chwilowe, ocucą się, pociesza mnie. Nie martw się Ksenia, działamy dalej. Niechaj żyje 8 marca i ideały na ef.
Friday, 6 March 2015
(262) 8 marca
Od 8 marca do 8 marca - tak żyje Ana Martin, a wraz z nią nasz dom na Sanżilu. Bo my rządzim światem, a nami kobiety, coś mi świta. Czyli w tym ja. Czyli w tym Ana, czyli niechaj żyje Dzień Kobiet.
W sumie nie jestem pewna, czy wypada tak krzyczeć, czy to święto nadal jest, czy już zniesione? Czy nie zostanę czasami uznana za komuszkę, mimo że matuś mnie rodzili w nowych czasach, co prawda na czerwono, tradycyjnie, ale tego to już nawet pis nie zmieni; zresztą oni lubią przelewać krew za ojczyznę, a raczej to deklarować, tchórze, podejrzewa Ana.
Jest 8 marca, jest, i to nawet już nie ze znakiem komuny. Jest świętem i już. Świętujemy z podniesioną głową. Kobiety, a nie upijający się kiedyś w zakładach pracy faceci, myślący, że dadzą radę jednym zdechławym goździkiem. W Polsce A i B też będzie się działo, na szczęście; po kilku latach przerwy, kiedy to domorośli polityczni męscy krzykacze uznali, że nie ma czego świętować, feministki się zebrały do kupy i odtąd 8 marca to wspaniała okazja do zamanifestowania solidarności międzykobiecej. Na manifie na przykład.
Ach, poszłoby się. Z 2 wózkami obowiązkowo.
Na Sanżilu też idzie manifa? wpadam na to, że jakoś mi to umknęło. Albo przynajmniej na Iklu czy Ikselu, gdzie bardziej zasobnie i można pomyśleć o takich rozrywkach? Ha, dobre pytanie, zastanawia się Roman. Obawiam się, że jednak chyba nie. Za dużo spraw równościowych mają lebelż załatwionych, a nawet jeśli niezałatwionych - to przynajmniej obywa się bez pogardy, mieszania klechów w nieswoje sprawy i łóżka, kulenia polityków ogona pod siebie, gdy biskupina jakiś pogrozi palcem. Ana, co ty na to?
Niby tak, ale patrzcie tu, belgijskie gazety cały tydzień publikują statystyki i dane porównujące los damski i męski. I wychodzi na jaw, że i na Sanżilu i w okolicznościach przydałaby się porządna manifa. Zerknijcie tu.
Otóż z badań wychodzi, że w takiej światowej i równościowej Brukseli kobiety dostają wynagrodzenie średnio o 25% mniejsze niż mężczyźni, co i tak jest dużą różnicą, ale naprawdę dużo robi się w momencie, gdy złożyć do kupy zarobki obojga, podzielić to na dwa i dać każdemu teoretyczną połowę. Wtedy wychodzi, że mają mniej o 38% mniej niż mężowie. To pewnie kwestia podatków, tak Roman? W każdym razie przepaść jest zatrważająca, nie uważacie?
Uważamy. A w tych liczbach, o tu, o co chodzi?
O źródło zarobków. Okazuje się, że 27,9% kobiet ma pieniądze niewiadomego pochodzenia - czyli albo na czarno, albo ktoś je finansuje. W przypadku facetów wskaźnik ten wynosi 19,5%. Potem kolejne smutne dane: własna praca, ta oficjalna, jest źródłem dochodów 47,9% kobiet i 57,3% mężczyzn. Oczywiście pracy w domu nikt tu nie liczy...jak w Polsce. Lepiej jest tylko wśród singli - tam kobiety nieznacznie przeważają: 52% w stosunku do 51,6%. Cieszmy się i z tego, cieszę się więc.
Marna to pociecha jednak i krótkotrwała, Ksenia, bo od razu was zaatakuję danymi o szef de famij. Czyli głowach rodziny. Tak więc - gdy jest rodzina i głowa jakaś w niej, co naturalne, to do pracy wychodzi 63,8% facetów i tylko 43,7% kobiet. Ale rozdźwięk, co?
Do tego kto pracuje w najgorzej opłacanych zajęciach? Jak to kto - kobiety! zgaduję i trafiam. Ano - wśród osób działających w systemie titrserwis aż 95,1% to kobiety. Kokosów na tym nie zarobią, fakt, szybko przelicza Roman.
A nie można by ich powysyłać na jakieś szkolenia? Zwane z lokalnego: formasją? Można i firmy titrserwis mają nawet podobno obowiązek zapewnienia zajęć językowych. Niestety w rzeczywistości wygląda to tak, że tych zajęć albo nie ma, albo są w takich godzinach, że nikt nie ma możliwości na nie chodzić, albo też są niedopasowane do potrzeb.
Czyli kolejne czyste proforma, że się posłużę kolejnym aliganckim cytatem. Nie pierwsze, ani nie ostatnie, wzdycha Ana. Kolejny 8 marca. Kolejna manifa. Na niej żądające równości kobiety. Ciągle i wszędzie kobiety. Ciągle tyle do zrobienia. A czasu i możliwości jakby wcale nie więcej.
W sumie nie jestem pewna, czy wypada tak krzyczeć, czy to święto nadal jest, czy już zniesione? Czy nie zostanę czasami uznana za komuszkę, mimo że matuś mnie rodzili w nowych czasach, co prawda na czerwono, tradycyjnie, ale tego to już nawet pis nie zmieni; zresztą oni lubią przelewać krew za ojczyznę, a raczej to deklarować, tchórze, podejrzewa Ana.
Jest 8 marca, jest, i to nawet już nie ze znakiem komuny. Jest świętem i już. Świętujemy z podniesioną głową. Kobiety, a nie upijający się kiedyś w zakładach pracy faceci, myślący, że dadzą radę jednym zdechławym goździkiem. W Polsce A i B też będzie się działo, na szczęście; po kilku latach przerwy, kiedy to domorośli polityczni męscy krzykacze uznali, że nie ma czego świętować, feministki się zebrały do kupy i odtąd 8 marca to wspaniała okazja do zamanifestowania solidarności międzykobiecej. Na manifie na przykład.
Ach, poszłoby się. Z 2 wózkami obowiązkowo.
Na Sanżilu też idzie manifa? wpadam na to, że jakoś mi to umknęło. Albo przynajmniej na Iklu czy Ikselu, gdzie bardziej zasobnie i można pomyśleć o takich rozrywkach? Ha, dobre pytanie, zastanawia się Roman. Obawiam się, że jednak chyba nie. Za dużo spraw równościowych mają lebelż załatwionych, a nawet jeśli niezałatwionych - to przynajmniej obywa się bez pogardy, mieszania klechów w nieswoje sprawy i łóżka, kulenia polityków ogona pod siebie, gdy biskupina jakiś pogrozi palcem. Ana, co ty na to?
Niby tak, ale patrzcie tu, belgijskie gazety cały tydzień publikują statystyki i dane porównujące los damski i męski. I wychodzi na jaw, że i na Sanżilu i w okolicznościach przydałaby się porządna manifa. Zerknijcie tu.
Otóż z badań wychodzi, że w takiej światowej i równościowej Brukseli kobiety dostają wynagrodzenie średnio o 25% mniejsze niż mężczyźni, co i tak jest dużą różnicą, ale naprawdę dużo robi się w momencie, gdy złożyć do kupy zarobki obojga, podzielić to na dwa i dać każdemu teoretyczną połowę. Wtedy wychodzi, że mają mniej o 38% mniej niż mężowie. To pewnie kwestia podatków, tak Roman? W każdym razie przepaść jest zatrważająca, nie uważacie?
Uważamy. A w tych liczbach, o tu, o co chodzi?
O źródło zarobków. Okazuje się, że 27,9% kobiet ma pieniądze niewiadomego pochodzenia - czyli albo na czarno, albo ktoś je finansuje. W przypadku facetów wskaźnik ten wynosi 19,5%. Potem kolejne smutne dane: własna praca, ta oficjalna, jest źródłem dochodów 47,9% kobiet i 57,3% mężczyzn. Oczywiście pracy w domu nikt tu nie liczy...jak w Polsce. Lepiej jest tylko wśród singli - tam kobiety nieznacznie przeważają: 52% w stosunku do 51,6%. Cieszmy się i z tego, cieszę się więc.
Marna to pociecha jednak i krótkotrwała, Ksenia, bo od razu was zaatakuję danymi o szef de famij. Czyli głowach rodziny. Tak więc - gdy jest rodzina i głowa jakaś w niej, co naturalne, to do pracy wychodzi 63,8% facetów i tylko 43,7% kobiet. Ale rozdźwięk, co?
Do tego kto pracuje w najgorzej opłacanych zajęciach? Jak to kto - kobiety! zgaduję i trafiam. Ano - wśród osób działających w systemie titrserwis aż 95,1% to kobiety. Kokosów na tym nie zarobią, fakt, szybko przelicza Roman.
A nie można by ich powysyłać na jakieś szkolenia? Zwane z lokalnego: formasją? Można i firmy titrserwis mają nawet podobno obowiązek zapewnienia zajęć językowych. Niestety w rzeczywistości wygląda to tak, że tych zajęć albo nie ma, albo są w takich godzinach, że nikt nie ma możliwości na nie chodzić, albo też są niedopasowane do potrzeb.
Czyli kolejne czyste proforma, że się posłużę kolejnym aliganckim cytatem. Nie pierwsze, ani nie ostatnie, wzdycha Ana. Kolejny 8 marca. Kolejna manifa. Na niej żądające równości kobiety. Ciągle i wszędzie kobiety. Ciągle tyle do zrobienia. A czasu i możliwości jakby wcale nie więcej.
Thursday, 5 March 2015
(261) adwokaci
Nie wstydzę się wcale, żem u Any Martin na stałce bo żadna praca nie hańbi, a wiadomo, że bez pracy to pewnie bym z Polski B nie wybyła, a nawet i A, jeśli bym w niej oczywiście mieszkała. Nawet na godziny nie robię, tylko na pensję, normalnie. Ileś to tam wychodzi. W ojro. Dotąd myślałam naiwnie, że dużo na oko biorę, zwłaszcza jak przeliczyć na peelen. Ale oczy mi się otworzyły.
Właściwie nawet o mało z oczodołów nie wyszły, jak z rana przeczytałam, że na Sanżilu i w okolicznościach sa tacy, co za godzinę wyciągają 1000 euro. Ksenia, chyba za dużo zer napisałaś, zwraca uwagę Ana, o sto ci pewnie chodziło. Nie, o tysiąc. Trzy zera, czy. Tysiąc ojro na godzinę? A kto to tyle zarabia? Jak to kto, koledzy Romana po fachu. Na komisji? Nie, tam tyle nie wyciągają, nie wierz mediom. Nie na komisji wcale a wcale, tym się lesłar nie zajmuje. Adwokaci normalni, belgijscy zwykli prawnicy.
Roman, prawda to? Nieprawda. Adwokaci zarabiają zwyczajowo 100-200 ojro za godzinę, tukąpri. Tu co? Tout compris, czyli obejmuje to podatki. Co zazwyczaj daje 150 ojro za godzinę, akurat pośrodku, nie za dużo, nie za mało. owszem, zgadzam się, tak też mówi lesłar. Ale jest taki jeden, wysoko mierzy - i płacą mu tysiaka. Przynajmniej tak podał. Armand de Decker się nazywa, jakbyście chcieli sprawdzić.
Ach, to ten. Były przewodniczący senatu. Wielka afera wybuchła faktycznie. I to o zasięgu międzynarodowym, wręcz międzykontynentalnym, podkreśla Roman. A co kto i gdzie? dopytuje Ana. Chodzi o to, że de Decker zainkasował 500 tysięcy ojro. I podał, że to w ramach honorarium za usługi prawnicze. Na to śledzczy, jak to wyliczył. On - że pracował jakieś 500 godzin, i tyle zapłaty wyszło.Czyli uczciwie zarobił i nie ma zamiaru się dalej tumaczyć.
Sam sobie wyliczył takie wynagrodzenie? Kto o zdrowych zmysłach się w ogóle zgodził na taki rachunek? Anie widzę nie mieści się to w głowie. Tyle lat ma, a taka naiwna, żal mi jej chwilami. Choć faktycznie trzeba by miliardera, albo bilionera przynajmniej, by ot tak zapłacił takie wielkie ojro. Owszem, jest miliarder. Jeden z trzech milairderów belgijskich. Tzn.Belgiem jest od kilkunastu lat, wcześniej był tylko Kazachem. Kiedyś pewnie pisał się: Hodjew, a teraz: Chodiev. Stąd ten międzykontynentalny wymiar, jak wspomniałem.
Kazach to skąd? chcę wiedzieć. Z Kazachstanu. A daleko. Aha...to dlaczego jest Belgiem? Jednym z nas czyli? Wygodniej i bezpieczniej pewnie, zauważa Ana. No tak, ale ile to bezpieczeństwo go kosztuje, 500 tysięcy piechotą nie chodzi.
A jak to właściwie jest w Belgii, Roman? chce wiedzieć Ana. Są jakieś oficjalne stawki? Były, ale już nie. Regulował to tzw. bareme, ale zniesiono go chyba w latach 90. Odtąd - wolna amerykanka, ale jak mówiłem, płaci się do 200 ojro za godzinę, a 600 to już góra absolutna.
Nie taka amerykanka zresztą, bo nie ma możliwości, by umówić się - jak w Usa właśnie - że wynagrodzenie dla adwokata zostanie wypłacone tylko w razie pomyślnego wyniku procesu. Można za to działać w systemie tzw. saksesfi - success fee - czyli premii za wygraną. A cena za reprezentowanie przed sądem? Różnie, zazwyczaj 4% w razie przegranej, 8 - wygranej.
Całkiem całkiem można z tego żyć czy nie całkiem? Na pewno całkiem, adwokaci sobie krzywdy zrobić nie dadzą raczej, czy to w Polsce, czy w Usa, czy w Belgii. O Kazachstanie nie mówiąc, wtrącam.
To honorarium to ściema przecież Ksenia. Chodiew zapłacił de Deckerowi za coś innego, za kontakty jakieś, za wygrany przetrag, bo ja wiem, w końcu de Decker zna wszystkich w polityce. Afera wybuchła nie, bo za dużo, nie takie sumy się płaci pod stołem, tylko dlatego, bo de Decker się głupio tłumaczy, jakby mu się tyle należało. Mówi to w telewizji, która oglądają ludzie, zarabiający na czekach 10 ojro za godzinę. Tymczasem 1000 ojro to dużo więcej, niż wygórowane i tak 600, ile zdarza się kasować gwiazdom brukselskiej adwokatury, czyli tym, co mają dojścia i wiadomo, że im wart płacić za te kontakty. De Decker i spółka po prostu przesadzili, chłopaki, też to widzę. Będzie proces?
Nie wiadomo na razie, póki co, jest oburzenie. Prasa, tiwi itepe. Wybory blisko, a to sprawa polityczna. Inaczej nikt by się tym nie przejął, ale że można wyeliminować jednego z wyścigu do żłoba, to czemu nie. Jak widzisz, jest po co się pchać. Tak już niestety jest. Normalne przekupstwo, Kazachstan, Belgia czy Polska nikogo nie dziwi, tak już jest wszędzie i będzie. Uważać trzeba tylko na to, by nie mówić o tym na głos.
Właściwie nawet o mało z oczodołów nie wyszły, jak z rana przeczytałam, że na Sanżilu i w okolicznościach sa tacy, co za godzinę wyciągają 1000 euro. Ksenia, chyba za dużo zer napisałaś, zwraca uwagę Ana, o sto ci pewnie chodziło. Nie, o tysiąc. Trzy zera, czy. Tysiąc ojro na godzinę? A kto to tyle zarabia? Jak to kto, koledzy Romana po fachu. Na komisji? Nie, tam tyle nie wyciągają, nie wierz mediom. Nie na komisji wcale a wcale, tym się lesłar nie zajmuje. Adwokaci normalni, belgijscy zwykli prawnicy.
Roman, prawda to? Nieprawda. Adwokaci zarabiają zwyczajowo 100-200 ojro za godzinę, tukąpri. Tu co? Tout compris, czyli obejmuje to podatki. Co zazwyczaj daje 150 ojro za godzinę, akurat pośrodku, nie za dużo, nie za mało. owszem, zgadzam się, tak też mówi lesłar. Ale jest taki jeden, wysoko mierzy - i płacą mu tysiaka. Przynajmniej tak podał. Armand de Decker się nazywa, jakbyście chcieli sprawdzić.
Ach, to ten. Były przewodniczący senatu. Wielka afera wybuchła faktycznie. I to o zasięgu międzynarodowym, wręcz międzykontynentalnym, podkreśla Roman. A co kto i gdzie? dopytuje Ana. Chodzi o to, że de Decker zainkasował 500 tysięcy ojro. I podał, że to w ramach honorarium za usługi prawnicze. Na to śledzczy, jak to wyliczył. On - że pracował jakieś 500 godzin, i tyle zapłaty wyszło.Czyli uczciwie zarobił i nie ma zamiaru się dalej tumaczyć.
Sam sobie wyliczył takie wynagrodzenie? Kto o zdrowych zmysłach się w ogóle zgodził na taki rachunek? Anie widzę nie mieści się to w głowie. Tyle lat ma, a taka naiwna, żal mi jej chwilami. Choć faktycznie trzeba by miliardera, albo bilionera przynajmniej, by ot tak zapłacił takie wielkie ojro. Owszem, jest miliarder. Jeden z trzech milairderów belgijskich. Tzn.Belgiem jest od kilkunastu lat, wcześniej był tylko Kazachem. Kiedyś pewnie pisał się: Hodjew, a teraz: Chodiev. Stąd ten międzykontynentalny wymiar, jak wspomniałem.
Kazach to skąd? chcę wiedzieć. Z Kazachstanu. A daleko. Aha...to dlaczego jest Belgiem? Jednym z nas czyli? Wygodniej i bezpieczniej pewnie, zauważa Ana. No tak, ale ile to bezpieczeństwo go kosztuje, 500 tysięcy piechotą nie chodzi.
A jak to właściwie jest w Belgii, Roman? chce wiedzieć Ana. Są jakieś oficjalne stawki? Były, ale już nie. Regulował to tzw. bareme, ale zniesiono go chyba w latach 90. Odtąd - wolna amerykanka, ale jak mówiłem, płaci się do 200 ojro za godzinę, a 600 to już góra absolutna.
Nie taka amerykanka zresztą, bo nie ma możliwości, by umówić się - jak w Usa właśnie - że wynagrodzenie dla adwokata zostanie wypłacone tylko w razie pomyślnego wyniku procesu. Można za to działać w systemie tzw. saksesfi - success fee - czyli premii za wygraną. A cena za reprezentowanie przed sądem? Różnie, zazwyczaj 4% w razie przegranej, 8 - wygranej.
Całkiem całkiem można z tego żyć czy nie całkiem? Na pewno całkiem, adwokaci sobie krzywdy zrobić nie dadzą raczej, czy to w Polsce, czy w Usa, czy w Belgii. O Kazachstanie nie mówiąc, wtrącam.
To honorarium to ściema przecież Ksenia. Chodiew zapłacił de Deckerowi za coś innego, za kontakty jakieś, za wygrany przetrag, bo ja wiem, w końcu de Decker zna wszystkich w polityce. Afera wybuchła nie, bo za dużo, nie takie sumy się płaci pod stołem, tylko dlatego, bo de Decker się głupio tłumaczy, jakby mu się tyle należało. Mówi to w telewizji, która oglądają ludzie, zarabiający na czekach 10 ojro za godzinę. Tymczasem 1000 ojro to dużo więcej, niż wygórowane i tak 600, ile zdarza się kasować gwiazdom brukselskiej adwokatury, czyli tym, co mają dojścia i wiadomo, że im wart płacić za te kontakty. De Decker i spółka po prostu przesadzili, chłopaki, też to widzę. Będzie proces?
Nie wiadomo na razie, póki co, jest oburzenie. Prasa, tiwi itepe. Wybory blisko, a to sprawa polityczna. Inaczej nikt by się tym nie przejął, ale że można wyeliminować jednego z wyścigu do żłoba, to czemu nie. Jak widzisz, jest po co się pchać. Tak już niestety jest. Normalne przekupstwo, Kazachstan, Belgia czy Polska nikogo nie dziwi, tak już jest wszędzie i będzie. Uważać trzeba tylko na to, by nie mówić o tym na głos.
Wednesday, 4 March 2015
(260 ) czeci czeci
Ładna data, jedna z tych, kiedy wiadomo, że coś się wydarzy. Trzeci trzeci. Podwójny znak. Wcale a wcale nie zdziwiłam się więc wczoraj, gdy już zaplanowałyśmy z Aną wyjazd w miasto, kto będzie niósł nosidło, a kto próbował rozłożyć stelaż, po poprzedniej próbie złożenia go, już Groszek ustawiony, kiedy ma spać, a kiedy czuwać, godziny dogadane, a tu nagle: klops! Roman mówi z krakowska: czeciego czeciego dziś. Jak czułem, żadnej jazdy nie będzie. No, chyba że auto onda zamieni się w taksówkę.
My na to, dość skołowane, bo to jednak cała wyprawa, organizacja, symulacja i stymulacja składania i rozkładania się odbyła, że hej; tak więc my z krzykiem, że co się dzieje znów, że tu wszystko zaplanowane na ostatni guzik, i my właśnie jedziemy; że co on sobie wyobraża, że to tak łatwo taką symulację i stymulację na wietrze marcowym przeprowadzić, że o mało co się nie podźwigałyśmy, przepuklina gotowa, że trasa zaplanowana, stolik zarezerwowany, mleko odciągnięte; czy wreszcie że on naprawdę myśli, znaczy się - jak każdy facet bez wyobraźni jest jednak, mimo że podobno po zagranicznych reformach - czy on jednak myśli naprawdę w głębi męskiej duszy, że taka jazda na czterech kółkach po Brukseli, a jeśli doliczyć jeszcze kółka wózka w bagażniku - na ośmiu - to coś łatwego? I czy on wie, że to już w ogóle jazda bez trzymanki, czymanki jest?
A on twardo - czeciego czeciego na Szumana nie wjedziecie. chyba że na aucie onda postawicie koguta taksówkowego. Przykro mi, moje panie, strajk taksówek. Taki oficjalny jest.
My że co? Strajk taksówek? A co to takiego?
On, że nie tylko strajk, ale do tego strajk włoski. Strajk włoski w Belgii, trzymajcie mnie i czymajcie też, na to Ana, a co ich wzięło?
Uber uber, a cóżby innego zaprzątało ostatnio głowy taksówkarzy w całej Europie. No ale już miał być spokój? Niemiecki porządek, jak się patrzy? W belgijskiej wersji. Ana jest na bieżąco. Już przecież trąbili, że minister taki jeden wydał uchwałę i w Brukseli, bo nie to, by w całym kraju od razu, wszystko uregulują. Jako pierwsi w Europie do tego. To czego jeszcze chcą? Ano nie chcą tej uchwały właśnie. Kto? Uberowcy? Nie, ci chcą właśnie. Ale taksówkarze nie chcą. W liczbie 1300, bo tylu ich należy do brukselskiego związku taksówkarskiego.
Jezusie, i co? Włosy mi dęba stają. Ano to, że czeciego czeciego wybrali na dzień protestu. Niby pokojowego, ale tak naprawdę utrudniającego życie wszystkich mieszkańców, a nawet uberowców. Oto między 10 a 14 odbędzie się przejazd niezadowolonych talsówkarzy przez centrum. Z gardenor, Gare de Nord, Ksenia spisz, na Szumana. Zostaw sz, okej, zrozumieją.
Ale to przecież niedaleko, widzę jakieś światełko w tunelu. Romana żarty się trzymają, między Nordem a Szumanem - tyle to taksówka przecież w 10 minut przeleci, a jak kierowca będzie łamał nie połowę, jak na oko zazwyczaj wychodzi, tylko trzy czwarte przepisów, to nawet w 7 minut smigną? Phi, Ana, jedziemy, co ten Roman.
Ale to przecież niedaleko, widzę jakieś światełko w tunelu. Romana żarty się trzymają, między Nordem a Szumanem - tyle to taksówka przecież w 10 minut przeleci, a jak kierowca będzie łamał nie połowę, jak na oko zazwyczaj wychodzi, tylko trzy czwarte przepisów, to nawet w 7 minut smigną? Phi, Ana, jedziemy, co ten Roman.
Ksenia, ale oni będą jechać w ramach strajku włoskiego, ostrzega Roman. Czyli? Wyjątkowo wolno i nie tylko przestrzegając przepisów, ale wręcz dodając nowe chyba. Cztery godziny, wyobrażacie sobie? Ja nie, Ana na to. Na drogach - sodomia i gomoria się szykuje. I to nie pojedyncza, tylko w liczbie 1300.
A czego chcą właściwie, przypominam sobie, że nie wiem właściwie, o co im chodzi? O nieuchwalanie ustawy przez brukselskiego ministra. Jak to, miało być rewolucyjnie? No właśnie, ale nie w tę stronę z punktu widzenia taksówkarzy. Mianowicie ustawa ma zliberalizować rynek przejazdów w Belgii, dopuszczać tzw. kowłatiraż, a przede wszystkim - nadac jakieś tam prawa uberowi. Bo uber sadzi, ze w Brukseli na drogach zmieszczą się i taksówki, i prywatne auta, i jeszcze ubery. A taksówkarze chcieliby, by głównie zmieścili się oni, rozumuję? W liczbie 1300?
Skomplikowana sprawa, taka liberalizacja, zastanawia się Roman. Boją się tego, że jak rząd da palec, to wkrótce zjedzona będzie cała reka. A ci z tego kowła…koko…co to w ogóle jest? Co oni na to? Kowłatiraż, powiedzmy. W złej polskiej wymowie. Covoiturage w pisowni, czyli w dużym uproszczeniu - podwożenie znajomych do pracy np. Niby za darmo, ale w praktyce, w tym świecie, gdzie mało co nie jest za pieniądze - za pieniądze właśnie. Czyli czarny rynek, rozumuję? Jakby. Hmm.
No to faktycznie klops z czecim czecim, posumowuje Ana. A stib jeździ? Jeździ, ale w dziurach czasowych i miejscowych między taksówkami. Gdzieś tam się da dojechac, ale ogólnie mają być korki. Megagigantyczne, prognozuję.
Sprawdźcie w gazecie, jak te taksy bedą sunąć, radzi Roman. Głównie po Brukseli tysiącu chyba, ale kto ich wie, dokąd dojadą, jak się która zapomni i rozpędzi nie po włosku zupełnie, lecz po brukselsku, to i o Sanżil zahaczy. Zostańcie w domu. Zostańcie z nami, jak głosi piosenka. Nie przeżywaj tego sam. Nie daj się taksówkom, uberowi i reszcie. Do tego prognoza nie ta. Powiało mrozem z Nordu, brr.
Sprawdźcie w gazecie, jak te taksy bedą sunąć, radzi Roman. Głównie po Brukseli tysiącu chyba, ale kto ich wie, dokąd dojadą, jak się która zapomni i rozpędzi nie po włosku zupełnie, lecz po brukselsku, to i o Sanżil zahaczy. Zostańcie w domu. Zostańcie z nami, jak głosi piosenka. Nie przeżywaj tego sam. Nie daj się taksówkom, uberowi i reszcie. Do tego prognoza nie ta. Powiało mrozem z Nordu, brr.
Tuesday, 3 March 2015
(259) mandat
I tak źle, i tak niedobrze. Myślę sobie czasami, że nasi Polacy tak już mają. Nijak nie idzie, by zadowolić. Nawet z mandatami w okolicznościach Sanżila nie może być inaczej. Sprawdziłam pod kościołem w niedzielę. Wiadomo - gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie. I bójka gotowa, dobrze, że dzien świety był, to i święcili, nie bijąc, za to pijąc, jak mawia słusznie skądinąd Ana, po zapachu potwierdzam.
Bo dobrze, że lapolis rozdaje mandaty, czy nie? Mają w końcu tego porządku pilnować, czy nie? Kogo zapytać, od razu kłótnia. Jedni - że lapolis, zwana też policją, a po staropolsku - milicją, to na co dzień nic nie robi, tylko czyha, by złapać takiego przykładowo Polaka, co się chwilowo tylko zapomniał pod tym i owym względem, zaparkował na nielegalu, a tu taki jeden i drugi od razu wyskakuje z auta. Jakby tylko normalnie na nas czekał. Z białego wozu, nie niebieskiego nawet, by trudniej było rozpoznać i przymierzyć do czegoś, co się zna jeszcze z pobytu na imigracji w ojczyźnie polszczyźnie. Wyskakuje, żąda papierów jak celnik jakiś doprawdy, a potem mandat łupie. I nijak nie rozumie, jak się mu, a rzadziej jej, dyskretnie tłumaczy, że przecież się nie wiedziało, i że może można to panie inaczej załatwić, no wie pan jak, panie, gdzie pan żyjesz.
Łapówką czyli, Ksenia? Ciężko by było wcisnąć ją w Belgii, przytomnie uświadamia mi Ana. Chyba że wprost do kieszeni, ale kto ich tam wie, jak te mundury szyją. Jak skafandry na narty wyglądają, kto by się takiej władzy bał. Do tego tu nawet nie ma porządnych dowodów, jak za czasów milicji, tylko takie plastiki, to i gdzie banknot stuzłotowy peelen ukryć, albo ojro. Zresztą nawet w Polsce A i B już nie ma książeczek, przypomina Roman. A komu to przeszkadzało, panie.
No właśnie. Albo przykładowo takie śmieci. Podobno są dzielnice, lepsze, nie taki Sanżil jak u nas, czyli bida jak na Anderlechcie albo w Polsce C prawie, gdzie śmieci hulają z prawa do lewa i nikt się nie przejmuje dniem, godziną czy też kolorem worka. Ale są też takie lepsiejsze, jak Woluwy dwa, gdzie lepiej umieć czytać i wystawiać wtedy, kiedy każą. Tylko i wyłącznie. Nie za późno i nie za wcześnie, i w odpowiedniej barwie. Jak błąd - panie, wie pan ile zasądzają? 70 ojro. Słownie: siedemdziesiąt. Serio? Tak. Skandal!
To zasłyszałam. Tylko nie wiadomo w sumie, czy skandal. Mieli buchnąć mandatem buch, czy nie? Sprawiedliwe to, już nawet względem naszych, tylko w ogóle? Tyle ojro za nic nie warte papiery? Makulaturę, jak podpowiada Roman? Można było nie segregować, fakt. Też rozwiązanie.
A z drugiej strony, jak słusznie rozumuje Ana, wszyscy chcą, w tym nasi, by było czysto i schludnie. Brudno to w Polsce może być, by było na co narzekać. No to dlaczego Polak ma niby nie płacić? Nawet jeśli to Woluwy, a nie jakaś warszawska marszałkowska czy inny wawel? Poza tym to Polka, bo to ona wystawiła ten wór, jak się okazało, wiadomo, baba nie doczytała, a ja muszę teraz za nią bulić. Dobrze, że z kolorem przynajmniej utrafiła, jeszcze nie do końca zgłupła widać.
Co racja, to racja. Nie do końca, zgadza się Ana. U nas też ona, baba, zarządza śmieciami, ale że komuna byle jaka, to to nawet trafiać z dniem nie musi.
Na Iklu też był wypadek, ale już z innej działki. Za tablice gonili. Ale też baba oczywiście, co to sobie ich nie chce zmienić za nic na lokalne, by na legalu jeździć. Jeździ i jeździ na tych warszawskich numerach, wielka pani się znalazła, jak by białostockie BI złe było. Aż ją przydybali. Ale że ładna - to łaskawie potraktowali. Miło.
Bo właściwie mili to oni są, przytakuje Roman. Jak Ana bez prawka sunęła, to też wersal itepe. Tu policjant za te tablice póki co pogroził, ale mówi, że Ikel to jednak nie Polska, i że trzeba zmienić. I że on tę jedną taką już długo obserwuje, szanse daje, by sama poszła do komuny, a ona nie i nie, tylko uparcie jeździ. To i zapukał pod okienko i nakazał. Bez mandatu na razie, i dobrze, bo na kilka tysięcy ojro by ją pani skasowali. Głupia baba znowu winna, a jej stary będzie bulił. Oj oj. Jak w Polsce normalnie panie, nic rozumu nie przybywa z wiekiem. Baby to jednak są.
I na koniec bombowa teoria takiej jednej z lepszej dzielnicy, z Lamberta chyba. Otóż jej zdaniem policja łupi mandaty tam, gdzie wie, że mieszkańcy się przynajmniej nieco przejmują opinią i zapłacą. Już nawet nie chodzi o to, że ich stać pieniężnie, tylko właśnie nie chcą być czarnymi owcami. A gdzie indziej mają to gdzieś.
Co nie rozwiązuje jednak nijak problemu mandatów, bo lapolis łupnąć zawsze mogą. Polakowi dowalą. Nadal nie wiadomo, czy płacić, czy nie, czy do Polski na adres zameldowania, co to się podaje, z Sanżila, a raczej z Woluwów, ślą już, czy nie, czy paka za to grozi, czy nie. Same kłopoty. A jakby te książeczki z dowodem było, to by się sprawę dwudziestką załatwiło. Komu to przeszkadzało, panie.
Bo dobrze, że lapolis rozdaje mandaty, czy nie? Mają w końcu tego porządku pilnować, czy nie? Kogo zapytać, od razu kłótnia. Jedni - że lapolis, zwana też policją, a po staropolsku - milicją, to na co dzień nic nie robi, tylko czyha, by złapać takiego przykładowo Polaka, co się chwilowo tylko zapomniał pod tym i owym względem, zaparkował na nielegalu, a tu taki jeden i drugi od razu wyskakuje z auta. Jakby tylko normalnie na nas czekał. Z białego wozu, nie niebieskiego nawet, by trudniej było rozpoznać i przymierzyć do czegoś, co się zna jeszcze z pobytu na imigracji w ojczyźnie polszczyźnie. Wyskakuje, żąda papierów jak celnik jakiś doprawdy, a potem mandat łupie. I nijak nie rozumie, jak się mu, a rzadziej jej, dyskretnie tłumaczy, że przecież się nie wiedziało, i że może można to panie inaczej załatwić, no wie pan jak, panie, gdzie pan żyjesz.
Łapówką czyli, Ksenia? Ciężko by było wcisnąć ją w Belgii, przytomnie uświadamia mi Ana. Chyba że wprost do kieszeni, ale kto ich tam wie, jak te mundury szyją. Jak skafandry na narty wyglądają, kto by się takiej władzy bał. Do tego tu nawet nie ma porządnych dowodów, jak za czasów milicji, tylko takie plastiki, to i gdzie banknot stuzłotowy peelen ukryć, albo ojro. Zresztą nawet w Polsce A i B już nie ma książeczek, przypomina Roman. A komu to przeszkadzało, panie.
No właśnie. Albo przykładowo takie śmieci. Podobno są dzielnice, lepsze, nie taki Sanżil jak u nas, czyli bida jak na Anderlechcie albo w Polsce C prawie, gdzie śmieci hulają z prawa do lewa i nikt się nie przejmuje dniem, godziną czy też kolorem worka. Ale są też takie lepsiejsze, jak Woluwy dwa, gdzie lepiej umieć czytać i wystawiać wtedy, kiedy każą. Tylko i wyłącznie. Nie za późno i nie za wcześnie, i w odpowiedniej barwie. Jak błąd - panie, wie pan ile zasądzają? 70 ojro. Słownie: siedemdziesiąt. Serio? Tak. Skandal!
To zasłyszałam. Tylko nie wiadomo w sumie, czy skandal. Mieli buchnąć mandatem buch, czy nie? Sprawiedliwe to, już nawet względem naszych, tylko w ogóle? Tyle ojro za nic nie warte papiery? Makulaturę, jak podpowiada Roman? Można było nie segregować, fakt. Też rozwiązanie.
A z drugiej strony, jak słusznie rozumuje Ana, wszyscy chcą, w tym nasi, by było czysto i schludnie. Brudno to w Polsce może być, by było na co narzekać. No to dlaczego Polak ma niby nie płacić? Nawet jeśli to Woluwy, a nie jakaś warszawska marszałkowska czy inny wawel? Poza tym to Polka, bo to ona wystawiła ten wór, jak się okazało, wiadomo, baba nie doczytała, a ja muszę teraz za nią bulić. Dobrze, że z kolorem przynajmniej utrafiła, jeszcze nie do końca zgłupła widać.
Co racja, to racja. Nie do końca, zgadza się Ana. U nas też ona, baba, zarządza śmieciami, ale że komuna byle jaka, to to nawet trafiać z dniem nie musi.
Na Iklu też był wypadek, ale już z innej działki. Za tablice gonili. Ale też baba oczywiście, co to sobie ich nie chce zmienić za nic na lokalne, by na legalu jeździć. Jeździ i jeździ na tych warszawskich numerach, wielka pani się znalazła, jak by białostockie BI złe było. Aż ją przydybali. Ale że ładna - to łaskawie potraktowali. Miło.
Bo właściwie mili to oni są, przytakuje Roman. Jak Ana bez prawka sunęła, to też wersal itepe. Tu policjant za te tablice póki co pogroził, ale mówi, że Ikel to jednak nie Polska, i że trzeba zmienić. I że on tę jedną taką już długo obserwuje, szanse daje, by sama poszła do komuny, a ona nie i nie, tylko uparcie jeździ. To i zapukał pod okienko i nakazał. Bez mandatu na razie, i dobrze, bo na kilka tysięcy ojro by ją pani skasowali. Głupia baba znowu winna, a jej stary będzie bulił. Oj oj. Jak w Polsce normalnie panie, nic rozumu nie przybywa z wiekiem. Baby to jednak są.
I na koniec bombowa teoria takiej jednej z lepszej dzielnicy, z Lamberta chyba. Otóż jej zdaniem policja łupi mandaty tam, gdzie wie, że mieszkańcy się przynajmniej nieco przejmują opinią i zapłacą. Już nawet nie chodzi o to, że ich stać pieniężnie, tylko właśnie nie chcą być czarnymi owcami. A gdzie indziej mają to gdzieś.
Co nie rozwiązuje jednak nijak problemu mandatów, bo lapolis łupnąć zawsze mogą. Polakowi dowalą. Nadal nie wiadomo, czy płacić, czy nie, czy do Polski na adres zameldowania, co to się podaje, z Sanżila, a raczej z Woluwów, ślą już, czy nie, czy paka za to grozi, czy nie. Same kłopoty. A jakby te książeczki z dowodem było, to by się sprawę dwudziestką załatwiło. Komu to przeszkadzało, panie.
Subscribe to:
Posts (Atom)