Wednesday, 3 June 2015

(298) kseniofobia

Mury runą runą runą. Ale najpierw je zbudują zbudują zbudują. Kto? Ano nasi. Ci nowi, Belgowie. Choć kto ich tam wie, może to i Francuzi przebrani za Belgów, dla niepoznaki. Akcja rozgrywa się w Muskrą, Mouscron w pisowni, na granicy frankobelż, jak się to tu skrótow wymawia. Bohaterami są franki, belż i żitanie. Po polsku - Cyganie.
Tak naprawdę, ładnie i miło, po europejsku, powinno być napisane: Romowie. Roms po frankobelż. Wiem o tym, Roman, nie Roms, tłumaczył mi cały ranek, o co chodzi. Unia tak każe, w imię poprawności ale okazuje się, że wśród Romów i Romanów są tacy, co wolą być Cyganami. Bo tak zwani byli od dawna, więc o co chodzi? Nie nazwa ważna, co stosunek.
O to to, właśnie. O stosunek chodzi. Belgów z Muskrą do ludzi podróży, bo tak w artykule nazwali Cyganów, mimo że Ana prycha mi tu nad uchem, że ludźmi podróży chcą się nazywać Cyganie z Irlandii, tylko i wyłącznie. Nieważne, zabiją mnie te nazwy i zupełnie niepotrzebne spory wynikające przy okazji. Racja Ksenia, przytakuje Rom(an), bo ta sobie pozwolę go dziś zapisac, w hołdzie porozumienia ponad granicami. Tymi konkretnymi oraz wymyślonymi.
Które zresztą w Muskra zleją się w jedno, bo oto mieszkańcy postanowili, że mimo że Szengen i Unia nasza lokalna, brukselska, lata całe walczyły o to, by granice rozebrać, to oni właśnie wręcz przeciwnie, chętnie i całkwicie dobrowolnie się oddzielą. Murem. Od Francji.
Od Francji to tylko oficjalnie, wpada mi w słowo pisane Ana. Tak naprawdę chodzi o oddzielenie się od obozowsika cygańskiego, które Francuzi umiejscowili tuż przy danwej granicy międzypaństwowej. Takie tam prawo: każda gmina musi wyznaczyć termin pod koczowisko. Francuzi też by się zresztą chętnie odgrodzili, ale nie mogą sami od siebie, ot co. Choć raz lebelż triumfują.
Gdyż Belgii takiego prawa nie ma. Ponieważ nie ma jednak także granic, to jakieś tam race odpalone przez cygańską dzieciarnią spadły podobno na belgijskie przygraniczne posesje. I podniósł się raban.
Ale o co ten rabant ten tam jakiś? Raban, hałas taki. Ale przecież to można podnieść, co? Znaczy się nie rabant, tylko śmieci z rac. Zresztą te belgijskie ogródki takie małe,  dwa na dwa, trawa tylko albo beton, by łatwo zamiatać, to i dojrzeć śmieć nietrudno, dziwię się. Ale taką leżącą racę można także sfotografować ajfonem i użyć także jako argumentu przeciwko zdziczeniu. Młodzieży, Arabów, Cyganów, Walonów, Polaków, Francuzów itede. Co w czasach wzrastającej ksenofobii się liczy. W niekończącym się roku wyborczym - woda na młyn polityków jak znalazł.
Raca, a nie woda, oj ta Ana. Hmm, kseniofobia to może i tak, nie wiem, co ja mam do tego, zmilczę to, ale czy franko-belż w ogóle mogą taki mur zbudować? Niby nie, ale jak pokazuje przykład czeski, gdzie już jeden taki od lat stoi: mogą. I nic się nie stanie. Prasa fotki cyknie, ludzie się popodniecają, spoglądając na fejsa i już koniec, nowe przyjdzie. A mogą zbudować tym bardziej, że takie nastroje w Europie i tłumaczą się koniecznością ochrony własności prywatnej. Swojego świata. Bogatego i zamkniętego. Większej świętości w naszym świecie nie ma. 
Najśmieszniejsze jest to, że ta cała kseniofobia i czeski film dotyczy 6 metrów. Sześciu w słowie. Marzyło się 200, by całą wieś opasać, ale stanęło na sześciu, mówi poważnie burmistrz. Tyle ma mieć ten sławetny mur ochronny. To przed czym on obroni i kogo? Nie wiadomo właśnie. To raczej wyzwanie, jaki Muskrą stawia przed Szengen, twierdzi Rom(an). Zobaczymy teraz, co na to nasz człowiek na szczytach.

Tuesday, 2 June 2015

(297) elyty

Ledwo przyswoiłam na dobre nieswojskie słowo: belż, nauczyłam się dodawać le i la, od Iwonka przejęłam odopowiednią, żłobkową wymowę e w le, już nowe się czai za rogiem, albo w kąciku ust: belgicains. Oraz: belgitude. Spisałam po literze, bo nijak nie pojmuję, jak to ugryźć. Co jest w końcu belgijskie, a co nie?
Nad tym zastanawiają się i Belgowie, na to Ana. Stąd tyle określeń na coś, co po polsku oddaje się jednym określeniem: belgijskość. O ile się oddaje, bo co to jest ta belgijskość właśnie? zastanawia się Roman. Komp nie podkreśla, więc cichcem zostawiam.
Badają więc i badają tę belgijskość i nic im nie wychodzi. Jak to nic, oburza się Ana. Wychodzą coraz lepsze wyniki! O tu, proszę. Profesorowie sami się za to wzięli, nie wierzę własnym oczom? Tak, z Louvain. Zwanego także Leuven, co niejdnego już zmyliło na autostradzie. Co moim zdaniem świadczy o niskiej czujności, bo owszem: Bergen-Mons, Rijsel-Lille zmylić mogą, jeszcze Antwerpen-Anwers od biedy czy Liege-Luik, ale przecież nie przypadek, gdzie tyle liter się zgadza i nawet w podobnej kolejności! Zupełnie jak Stella, co kiedyś zaliczyła dziesięć kręgów obwodnicą, bo nie połączyła Namur z Namen, a przecież to łatwo! Litery liczyć i jechać do przodu!
O, właśnie takimi ciekawostkmi zajęli się w tym badaniu. A dokładniej: czy przeciętny mieszkaniec Belgii jest bardziej Belgiem, la lub le, czy też Flamandem, Flamandką, Walończykiem lub Walonką. I wyszło im, że mimo tych szyldów, polityków, co to wszystkich chcą podzielić, języków, co się nie lubią pod względem gramatyki i wymowy - że ogólnie rzecz biorąc, znaczy się: nie rzecz, tylko Belgów do kupy, poczucie belgijskości ma się całkiem dobrze. Tak dobrze, że poczucie narodowej dumy i we mnie rośnie, zupełnie jakby na prezydenta wybrali tu właśnie kogoś z polskiego prawego skrzydła.
W okolicznościach Sanżila wygląda na to, że 50% czuje się bardziej le lub labelż, niż tym drugim obywatelem na F lub W, co mi się nie chce już odmieniać i rozpisywać. Panowie profesorowie badają odczucia społeczne od lat i wychodzi im, że cały czas rośnie. Belgijskość, rozumie się. Ostatnio - o 5%, co oznacza, że przekroczyliśmy połowę. I odtąd można powiedzieć, że naród na Sanżilu i w okolicznościach jest belgicain. Probelgijski czyli, o mam, ładne Ana, co?
Ładne, przytakuje łaskawie Ana. Co nieładne natomiast, to elity. Elyty, jak mawiał kiedyś taki jeden, co był prezydentem, w dawnych czasach, gdy podziały przebiegały inaczej niż prawi - bardziej prawi, nawet w Polsce. Było, minęło. Co natomiast nie minęło, to upór belgijskich elyt. Bo o ile zwykły lud, prekariat i proletariat oraz artyści z barudumatin są bardziej za Belgią jako całością, niż dwoma krajami na W i F, zmieniam kolejność, by było sprawiedliwie, to elyty już nie. Od lat chcą podziałów. Patrzcie sami, jak woła o zemstę do nieba: proletariat, do którego należało by dodać prekariat, probelgisjki. Elyty na to: nie. Tak to dobitnie zapisali. Na szczęście prędzej wielbłąd przez ucho igielne przejdzie, niż elyta jedna z drugą trafi do nieba, więc zemsta czy pomsta, jak woła Ana, bedzie nieunikniona.
Ach. Le i labelż. Belgikanie. Belżitud. Tyle słów, a kraj jeden. 50 % pro we Flandrii  i 65 w Walonii. Ci zresztą mieli ostrzej pod górę, wiadomo, biednemu wiatr w oczy, bo kazali im wybierać, czy są z Walonii, Brukseli czy Belgii. To jak mieli odpowiedzieć. I wyniki urosły. Serca też. W tym maju.
A to dlatego, że Bruksela  francuska, o czym jutro. To i oburzyli się na ten zamęt w głowie, robienie wody z mózgu i hurtowo zakreślali belżityd. Bo jak miałyby taki la lub le mówic o sobie: jestem federatczykiem brukselko-walońskim? I to jeszcze po francusku? to już łatwiej belż brzmi.  Dla statystyk poczucia dumy narodowej to dobrze, ale co na to elyty?

Monday, 1 June 2015

(296) starość radość

Starość nie radość, kwękają mi matuś przez telefon; starość nie radość, jęczy Ana, podnosząc Groszka; starość nie radość, narzeka Roman, wracając z pracy; stalość nie ladość, powtarza radośnie Iwonek. Błąd!
Bo starość to radość. Podróże i wyjazdy. Na stałe nawet! Tak sprawa ma się na Sanżilu. W okolicznościach, gdzie w starości jest więcej radości. Co by było, gdyby tu przenieść naszych, marzy mi się? Do tych pól malowanych innem zbożem rozmaitem? W końcu chleb z niejednego pieca trzeba zjeść.
Tragedia narodowa by była w kolejnej odsłonie, prycha Ana Martin; Polak nie chce, by było dobrze. A na starość to już wręcz nie wypada, by żądać wygody i słońca, najlepiej od razu położyć się do grobu i czekać  - pewnikiem na sąd ostateczny lub wcześniejszy. Wesoły staruszek lebelż, lub jeszcze gorzej, jeśli to la - tylko by siał zgorszenie. Jak to tak wieku swojego własnego nie uszanować?! Nie, to nie dla Polaka, Ksenia. Niech nasi zostaną tam, gdzie są.
Ja właśnie o tym zostawaniu chciałam. Bo okazuje się, że sanżilowscy i okoliczni emeryto-renciści, nigdy nie rozróżniałam tych grup, wcale chętnie wyjeżdżają. Na wakacje? Wiadoma sprawa, kto by utrzymał biura podróży - Ana wie wszystko, ale tą razą nie trafia. Nie, nie na wakacje Ana, o nie, co to to nie, że polecę Iwonkiem: oni chętnie wyjeżdżają na stałe. Nasi lokalni staruszkowie? No co ty, Anie się spodobały cytaty, jak to literatce.
No przecie stoi tu jak wół. Na tyle to ja sanżilowski akcent naprawdę znam, by zrozumieć, obrażam się nieco i na chwilę imigruję wewnętrznie. O tu, sama czytaj. Faktycznie Ana, staje w obronie mojej mniejszości Roman. Jak wół: 1 sztuka emeryta lub emerytki na 10 wyjeżdża z kraju. Na stałe. W liczbach daje to 190477 na 1938773. Spisuję, bo mi się podoba ta skrupulatność. Fakt, rejestry iście ruskie. Pruskie, Ksenia, nie ruskie. Niech będzie.
Serio aż tylu ucieka od nas? Kupują domy w Hiszpanii czy co? Nie, to nie Anglicy przecież, by Malagę zasiedlać. Moim zdaniem wracają do kraju pochodzenia. Pierwsze miejsce destynacji, by polecieć nowomową: Francja (43420); 2. - Włochy (37366); 3. - Hiszpania (21700). Potem Holandia i Niemcy, tak się prezentuje pierwsza piątka, by polecieć dariuszemszpakowskim.
Więc jednak decyduje pogoda, cieszę się, bo w pierwszej trójce mamy ładne słońce. Niekoniecznie, Ksenia. Moim zdaniem chodzi o osoby, które kiedyś wyemigrowały z Francji, Włoch czy Hiszpanii i teraz emigrują ponownie, wracając na stare. Na ojczyzny łono? Do swoich pól malowanych, dopytuję? Tak, mimo że ich ojczyzną finansową jest już Belgia, stwierdza Roman.
A nie chodzi tu o podatki? Też pewnie chodzi, choć myślę sobie z drugiej strony, że ci, co muszą wyprowadzać duże pieniądze, emigrują już zawczasu, nie czekając na pensją. W formie renty lub emerytury, nie tyko ja nie rozróżniam, jak widzę. Bo nie muszą, dodaje Ana. Co fakt, to fakt. Który nie zmienia faktu, że w ciągu 10 lat liczba migracji niewewnętrznych zwiększyła się o 16%.
Czyli jednym słowem na Sanżilu zrobiło się więcej miejsca, wnioskuję. Co oznacza, że do tych pustostanów można by przenieść naszych emeryto-rencistów. Gdyby tylko chcieli, wzdycha Ana.  Bo my Polacy A i B,już tak mamy, że wszyscy sobie razem nawzajem wilkiem naprzeciw, narzekać lubimy na co się da, to po takim wieloletnim treningu i się cieszyć nie ma z czego, ani ruszać nie chce z tego kraju, co drobinę chleba. Stara ci ona, radości nie daje, lecz własna. Jak ta starość nie radość.

Thursday, 21 May 2015

(295) pro-fra-fla

Belgikanie i belżityd mogą sobie kwitnąć pełnią w tym pięknym maju, ale jedno nadal pozostaje niemożliwe: policzenie le i labelż pod względem językowym. Ale Polak potrafi, można by powiedzieć, gdyby to niebelgijska główka pracowała. Stołeczna. Bo to tu wpadli na pomysł przeliczenia mieszkańców metodą podatkową.
Sposób tak banalnie prosty, że faktycznie dziw, że nikt nigdy na to nie wpadł, kręci głową Ana. Iwonek potwierdza, kiwając główką.
Mianowicie wyglądało to tak, że sięgnęli do archiwów i sprawdzili, do kogo piszą w jakim języku. Nie wiem, czy to dane tajne, czy nie, czy ktoś może coś mieć z tego wycieku, czy nie, Roman na komisji może dopytać; w każdym razie opublikowano to wszystko, i wyszło, że tu, na Sanżilu, jesteśmy bardzie pro-fra. Tak se nazywam skrótowo tendencję do mówienia w tym bardziej zrozumiałym języku. Jesteśmy pro-fra w 90%.
Co oznacza, że na tych drugich, mówiących w pro-fla, zostaje 10%. A może nie tyle mówiących, co dostających z urzędu listy w niderlandzkim. Bo Ana twierdzi, że to nie flamandzki, tylko niderlandzki. Zapis poprawny, w mowie c, owszem tak. Pro-nid byłoby, ale nie byłoby to już tak marketingowo, co ważne dla imydżu kraju, jak na embieju uczyli. Zresztą to nie pierwsze zmiany nida: niegdyś zwany był ci on holenderskim, ale to było kiedyś, gdy było mniej poprawności wokół. I imydż mniej się liczył.
Pro-fal czy pro-nid - 10 % to niewiele, co tato? powiedziałby Iwonek. Niewiele. Dodając lub odejmując błąd statystyczny, jak na embieju uczyli, daje to jeszcze mniej. Oj, chyba instytucje pro-fla muszą się wziąć do roboty.
Jak to dokładnie zmierzyli, chce wiedzieć skrupulatny Roman. Dane się krzyżują i nakładają, próbuje tłumaczyć Ana, jak to zwykle na Sanżilu, ale z grubsza można powiedzieć, że płatnicy tzw. podatku regionalnego w 90% dostają zawiadomienie o nim po francusku. Fra. Stąd 10% dla pro-fla. 
Zaraz zaraz, jest gorzej! W ostatnim zdaniu piszą, że licząc głowy szefów de famij, to aż 93,1% jest pro-fra. To w 2013 r. A rok temu - wzrost o 0,19% szefa. Nie, to już naprawdę inwazja!
A te inne dane? Ten to wyciek pochodzi z kolei z okienka odpowiedzialnego za wysyłanie emerytur i rent, czyli pensją, czyli w skrócie: jakim językiem przemawia starość. Widzę jeszcze bardziej gorszące dane: tu już sprawa jest paląca; jeśli pro-fla chcą w ogóle zachować jeszcze jakiś wpływ na starców: 8,65% zawiadomień w 2010 r., 7,13% w 2011 r. i niewielki wzrost, bo 7,43% wniosków opracowanych we fla lub nid w 2012 r. Francuszczyzna nas zalewa, ot co. Pro-fla znaleźli się w morzu potrzeb. Utoną w nim jeszcze, zanim doślą pensją!
No tak, ale z tym pro-fra też nie wiadomo, co zrobić. Ja np. nie chciałam wcale, by mi coś wysyłać po fra, a tak przysłali. Uznali widać, że tak nam będzie łatwiej. Sami z siebie. A potem nas doliczają do pro-fra, mimo że my pro-pol. W tygodniach międzywyborczych tym bardziej.

Wednesday, 20 May 2015

(294) eksodus

Nowe miejsce, stara bieda. A już myślałam, że na imigracji na Sanżil, wewnętrznej czy nie, biedy nie będzie, a jeśli już, to jakaś lepsza, zachodnia jakość. Okazuje się jednak, że miejsce nowe - problemy te same. Budżetowe. 
Mam tylko nadzieję, że to nie moja emigracja przyczyniła się do tego zubożenia dzielnicy. Obawy uzasadnione - od kiedy zawitałam tu z Łap, co roku na Sanżilu, a jeszcze bardziej pobliskich okolicznościach, odnotowuje się coraz mniejsze wpływy do budżetów dzielnicowych. Czyżbym to właśnie ja przejadała miejskie pieniądze?
Czy to wywożenie moich śmieci aż tyle kosztuje? Chyba złożę wniosek do komisji o jakieś wsparcie?
Ksenia, co ci przyszło do głowy, pyta Roman. Patrz sam. Bruksela biednieje, piszą jak wół. A faktycznie, jest. Fajnie to nazwali : eksodus. Ho ho, Biblią lecą panowie redaktorzy, co to ich tak zaalarmowało, podśmiewa się Ana, zawsze czujna na religijne elementy, szczególnie w okresie komunijnym. Co za dramat się zdarzył? Dramat, dramat, owszem, tragikomedia albo i proza życia nawet - z powodu eksodusu w miejskiej kasie brakuje 261 milionów ojro. I dziura się powiększa.
Jeszcze tak nie było, by w kasie pieniędzy nie brakowało. Czy Belgia, czy Polska, zawsze ta sama śpiewka. 
No tak, ale w Brukseli na problem finansowy nakłada się - jak t u lelabelż - problem regionalny. Mianowicie eksodus dotyczy klasy średniej. Z miasta wyjeżdżają osoby należące do klasy średniej, zarabiające między 20 a 50 tysięcy ojro rocznie. Brak tych osób oznacza brak ich podatków. Brak podatków oznacza brak środków na inwestycje, pomoc społeczną itepe itede. A przede wszystkim - że miasto nie potrafi im nic zaoferować.
Mnie interesuje jeszcze jedno. Mianowicie: co to jest ten eksodus? Dotąd dowiedziałam się tylko, że z Biblii. Ale jak to, pieniądze i kościół? 
Eksodus to wyjście. W tym przypadku: ucieczka. Ucieczka przed podatkami w tym przypadku. Co roku 30 tys. Brukselczyków i Brukselek wybiera tę opcję. Kierunek: Flandria.
Aha, czyli radni na Sanżilu wolą starą biedę? Tak bym to nazwał. Podczas gdy Flandria wprowadza zachęty podatkowe i przyciąga tym do siebie mieszkańców, w Brukseli zero zmian pod tym względem. Zero pomysłu, jak zatrzymać pieniądze. W porównaniu do 2000 r. mieszka tu prawie 6% mniej rodzin z tzw. klasy średniej właśnie. Tym samym procent mieszkańców, których zarobki są mniejsze, wzrósł do 64%. Z jednej strony to oczywiście przykre dla tych osób, z drugiej - niespodzianka dla kasy miasta. W której świeci dziura.
I chyba poświeci jeszcze, prognozuje Ana. W parlamencie sypią się oskarżenia, że Bruksela to nie jest kraj dla biednych ludzi, lecz dla bogaczy. Zero pomyślunku, jak przyciągnąć...????

Tuesday, 19 May 2015

(293) gajowi

Zimna Zośka. Oziębiło się jak co roku, i ta oziębłość trzymała nas i w świąteczną sobotę, że aż w kościach łamało, tym bardziej, że doszła mżawka poranna. A tu trzeba było iść. Święto gajowych, nie ma zmiłuj się. Paradna parada. Wiecie, o co chodzi; GAJOWI. Nie wiem, co na to polski fejs jednak, czy hejt będzie - to i nie rzucam haseł na wiatr. Który zresztą Zośka przegnała zimnem.
Jacy gajowi? zdumiewa się Ana. Gajowy to za tydzień zostanie prezydentem może, choć w sumie nie wiadomo, czy sobie tego życzyć. Ech, Polska. No Polska Polska Ana właśnie, coś ty taka niedomyślna. Jedna literę zmień i zobaczysz, o kim mówię. Licho nie śpi, ci, co nie lubią gajowych - też. Kamieniem rzucić gotowi.
Aaa...rozdziawia gębę Ana. Aaa, no sama widzisz, patrzę na nią z politowaniem. Gej prajd, tak, owszem. Ale na polskim fejsie wstyd trochę i głupio tak się rzucać na pierwszą stronę ze swoimi poglądami. Że się popiera inną frakcję partyjną, szczególnie w czasach, gdy obaj kandydacie na prezydenta raczej nie popierają akurat tego kierunku rozwoju społeczeństwa. Bo dzieci z tego wiele nie będzie. Znaczy się: w innych krajach będą, ale na pewno nie w gajowej Polsce, co to tradycyjnej rodziny musi bronić, szczególnie w miesiącu komunii i wyborów trochę też..
Za to my nie musimy. Tradycji nie znosimy. Dorzucę więc mimochodem, że mimo pozostałości zimnej Zośki, zauczestniczyliśmy w oficjalnych obchodach gajowych. Wózkowo, a jakże. W wózkach - potencjalni gajowi, albo i nie, życie pokaże. Dżender dżenderem, ale ta iwonkowa miłość do różu może i o czym świadczy, zawsze twierdzi Ana.
No, źle by mu nie było, szczególnie jeśli by się jednak zdecydował na pozostanie w Brukseli, nie wykorzystując jednak tej możliwości rozwoju, jaką zdaniem wielu rodziców niegajowych, za to arcypolskich, zdecydowanie dałyby mu studia w Anglii. Ana nie wie, po co to komu te studia i rozwój w imię ambicji rodziców, i ja też w sumie, bo i z Polski B można się znaleźć w centrum uwagi na paradzie, więc do żadnych Angoli jechać nie trzeba; wystarczy wsiąść w tram, wysiąść pod bursą i już można maszerować. Raz do roku. Wesoło machając flagą i mając u boku 80 tysięcy ci podobnych.
Póki co, nam oni niepodobni, śmieje się Ana, ale świętować umieją. Już sam widok tysięcy kolorowych szmat wprowadza w dobry humor i rozgania chmury. Flałer pałer czy jakoś tak się to nazywa. Cała Bruksela tysiąc jaśniała i dudniła. Owszem, za głośno było, to mi się akurat nie podoba, i chyba niska jakość muzyki, że nie nazwę tego wprost łupaniną. Ale rozumiem, że cel w tym jest. Mianowicie nawet taki przykładowo, by pokazać nierozgarniętym polskim gajowym prezydentom , że tak można. Że polityk jeden i drugi może wyjść do paradujących i nie zostanie shejtowany na forum ani obrzucony zgniłymi jajami. Za to obniesiony na rękach. I na uboczu nie otrząśnie się potem z obrzydzeniem czy nie strzepnie niewidzialnego pyłku z garnituru. 
To już 20. parada, Ksenia, była. Jubileuszowa. Dopiero 20, podkreśla Ana. Znaczy, że nawet w Belgii dopiero od 20 lat mówi się publicznie o gejach, że nazwę rzecz po imieniu wreszcie, może nie wszyscy doczytali dotąd, to i się ośmielam. Co roku krok do przodu. Druga Hiszpania ze swoją tolerancją sięgająca 90% społeczeństwa to może na Sanżilu i w okolicznościach jeszcze nie jest, ale i tak nieźle. Naród bez słowa protestu przyjął zamknięcie ulic i radośnie machał. Może nawet i lokalni Polacy machali. 
Pora na gajowych w kraju. Tym bardziej, że świat ucieka nam coraz bardziej, alarmuje Ana. W Luksemburgu, skąd to Martiny nawiały, przypominam, premier wziął właśnie ślub z innym gajowym. Premier! Wyobrażacie sobie? Ja nie. Ale chyba najwyższa pora, co?

Monday, 18 May 2015

(292) komunie

Ojej, zapomniałem! mówi w takich przypadkach Iwonek, uderzając się w czółko. Ksenia zapomniała, ojej! że się sama walnę. Że maj to nie tylko matury, ale i komunie mianowicie. Ale od czego jest naród. 
Ten naród, ten, a jakże. Nasz, A i B. Siedzący gromadnie na ławce, zupełnie jak w tym kraju, z tym że ten kraj teraz daleko, a na Sanżilu to jednak nie to samo. Ana Martin nazywa takie gromadne ruchy Polaków: namiastka. I razem każe pisać. Nie wiem, czemu zdrabnia miasto, może dlatego, że ten Sanżil nasz, kraj ten, to taka wielka wieś, albo ma jakiś inny zamysł, jak to Ana. 
W każdym razie i my obie zasiadłyśmy sobie z Groszkiem w wózku, i słuchamy. Ana z zaciętą miną, bo nie znosi przekleństw, ja ze strachem w oczach, że rozpoznają i doniosą matuś, że ja się z taką z Szumana włóczę, zamiast ze swoimi debatować prezydencko przed drugą turą. Ale udało się, bo i piwko było, i kolorowi tacy i owacy podpalali, podczas gdy nasi pili, mimo że upał i dwunasta na zegarze stała; co kraj, to obyczaj; to ich obgadać trzeba było, to i na mnie nikt uwagi nie zwracał. Póki nie struchlałam na słowo: komunia. Bo zapomniałam!
Grzech śmiertelny to, czy tylko połowiczny? Any przecież nie szło zapytać, to i wysłuchałam, co mnie ominęło w niedzielę na Sablonie. Przede wszystkim: że pięknie jednak wyszło. Lepiej niż rok temu, choć ta, co zdawała relację, niewiele widziała, bo choć kościół większy, niż kapliczka w Sokółce, to nie szło nijak się wepchać, taki ścisk. Każdy chciał foty dziecku cykać w końcu, a co? No i jednak jak te małe założyły te rozłożyste suknie, cudne były, naprawdę, w naszych czasach takich nie było, a skąd, to też od razu dzieciarnia, normalnie zgnieciona, więcej miejsca potrzebowała. Tym bardziej, że to ich święto, jakby nie było. Kiwali głową wszyscy.
Choć my pijemy za ich zdrowie, che che!
Pod kościołem podobno już lepiej się działo, ale najlepiej - w restauracji. Do ósmej żeśmy zabalowali normalnie, aż dzieciaki posnęły. U Kaśki robiła ta, co gadała najwięcej, choć torty, piękne i pyszne, że ja cię kręcę, na Anderlechcie zamówiła. Wspaniałe jedzenie, choć po tych pierogach i bigosie to ciężko było zmieścić, ale co robić? Ile razy w życiu dziecko ma komunię, no powiedz Iwona sama powiedz no? 
Zgadzam się z nią i tym gorzej zapomnieć, ale powtarzam, nie ma kogo spytać, czy to grzech śmiertelny.
Na to ten najgłośniej gardłujący, na oko Any - gdyż dnia poprzedniego gardłował inaczej, mianowicie wlewając w siebie alkohol - mówi: ale wiecie, że nie wszyscy nasi poszli? Bo czy wy wiecie, że nie wszystkie dzieci ochrzczone? Że są już tacy, co nie chrzczą i nawet się tym chwalą?
One: nie, no co ty Zbyszek, nie wygłupiaj się. Chyba nie Polacy to, tylko Flamuchy jakieś albo Araby.
On na to: Nasi, nasi! Też nie wierzyłem. Klnę się i do tego kilka innych słów.
One: do czego to doszło. Jak tak żyć można w grzechu w ogóle albo wogle, nie dosłyszałam
Ana: siedzi z niewzruszoną miną i dalej czyta.
Ja: truchleję. Na kształt mocy czy nocy z kolędy.
Czyli wyszło na jaw, gdzie to ja pracuję. Nic więcej ująć ani dodać.
Nie mogę teraz o niczym więcej myśleć. Czuję, że to się obróci przeciwko mojej polskości, mimo żem już nie tym kraju. Może płatków w parku z klombu narwę, wsĻolne, to niczyje, na majowe przynajmniej podlecę po żłobku i okadzę się kadzidłem?
I biję się z myślami, czy chłopaków może by cichcem do tego księdza, co to wszystkich chrzci podobno na Sablonie, na spacer nie wyprowadzić. Dla Any i Romana ratunku już nie ma, ale jak to będzie wyglądało, jak za kilka lat maj nie będzie się kojarzył z niczym następnemu sanżilowskiemu pokoleniu? Może za dobry uczynek i moja niepamięć się odpuści w oparach kadzidła? Że też takim wynarodowionym trzeba przypomnieć o istocie polskości i prawdziwych wartościach, na co mi przyszło, ojej, zapomniałam!