A tak, szjąt i ommerdez. Owszem, w pierwszym zdaniu. Bo tak nas dopiero co nazwali, Anę Martin i mnie. Nie wiadomo, która jest która, pewne jedno: strach był wielki i zajrzał nam belgijskim okiem w polskie oczy.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Mianowicie od dziecka, więc z góry byłyśmy poniekąd skazane na sukces. Kto by nie uległ czarowi niemowlęcia, nawet jeśli zdaniem pani z ławki obok nieco ono żółte, nienasze z wyglądu, czy aby ojciec Polak? Polak, choć nie całkiem. Może żółte, bo nieślubne kościelne? Jakby chrzcić trzeba - tylko w sobotę. W Polsce, bo tu podobno chrztów mało, to i zbiorczo w niedzielę może by dało się przemycić.
Póki co, niechrzczone, ale ochrona jakaś tam nad nami rozpostarta. Bo jak inaczej wytłumaczyć nasze cudowne ocalenie?
Zadanie na dzień wczorajszy na oko nie było skomplikowane. Polegało na wyjściu w plener publiczny, rozejrzeniu się, czy będzie padać, czy jednak nie, czy pod ławką spoczywa kupa, czy może jednak już w nią wjechałyśmy, z której strony wieje, czyli czy bardzo zalatuje odchodami i muchami; wreszcie, po pozytywnej ocenie i weryfikacji ławki-kandydatki: zasiądnięciu na niej. Niby łatwo, co? jak dodałby Iwonek, a jednak swoje trzeba zrobić.
Wreszcie siadamy więc. Cisza, tylko wichura szumi. Zero psów i piwoszy nawet. Ana czyta coś grubego, ja zastanawiam się, czy jest zasięg w ajfonie, co by na fejsbuniu umieścić selfiego ze skweru. A tu nagle jak nie łupnie: bum bum! Łup łup. Aż podskoczyliśmy, w tym wózkowy, więc forma męska się należy, choć niesłusznie, jak twierdzi Ana.
Rozglądamy się. Ana namierza cel. Target taki. Jest. Zaparkowany. Młodzieniec w aucie czyli. Zaparkował zatoczką, jak to wiem od Romana, więc chyba trzeźwy, bo już bez alkoholu ciężko z zatoczką idzie, to co dopiero po konsumpcji. A więc Ana się denerwuje i mówi, że takiego łup łup to ona nie zniesie, a co ważniejsze - Groszko też nie. Idzie ku niemu.
Okna w aucie zamknięte. Pasażer - nie widzi nic i nikogo, bo serfuje w smarcie. Znaczy - zasięg jest. Ana puka tok tok, jak mawia Iwonek, puk puk, jak mawiamy my, i pokazuje, by ten ktoś ściszył łupawkę.
Uchyla się przyciemnione okno i łupiący pokazuje swoją twarz. W ocenie Any: twarz lokalnego kibola, nieuka i prostaka. W mojej: taką, że lepiej brać nogi i wózek za pas i zmykać, gdzie pieprz rośnie. Bo jak się ten ktoś na nas nie wydrze! Po lokalnemu, piękną wymowę miał, to trzeba przyznać. Że my szjąt i ommerdez. Że on ma dość. Że przez takich ludzi jak Ana żyć się nie da.
Ja tak wiele nie zrozumiałam nawet z warstwy słownej, więc stałam se jak ten słup soli i pieprzu, ale Ana jakaś taka smutna się była. Że groźnie jest, zrozumiałam, jak rozmówca wyciągnął nagle palec z wytwornym sygnetem, i pokazał coś po angielsku. No, na tyle to ja angielski znam, i nawet amerykański, by wiedzieć, że lepiej brać nogi za pas, gdzie ten słup soli i pieprzu rośnie.
Uciekać - nie uciekłyśmy, za to obie zapłakane, że tak niesprawiedliwie się dzieje, poszłyśmy se na kawę do małego Mietka, co to na dzielnicy lokal otworzył. Nie mogąc przeżyć takiej agresji. I za co to, pyta Ana. Że trochę łupaninę ściszyć chciałyśmy?
To nie jest powód, by tak nas lżyć, twierdzi Ana. Że można było go zgłosić do tych żołnierzy, co w pobliżu skwerku pilnują. Z kałachem. Oni by już go skutecznie ściszyli albo uciszyli. Ewentualnie mosad jakiś proponowala Ana, ale to już nie wiem co zacz.
A gdy emocje opadły, mówiąc dariuszemszpakowskim, Ana stwierdziła: jedno się zgadzało akurat. Że szjąt byłyśmy nieco. Mianowicie na kole wózka faktycznie był element psi. Szjąt czyli, bo słowo od psa pochodzi, od suki właściwie. Niestety co złe, to damskie, nawet u psów, wzdycha Ana. Ale roboty nas czeka, by to wszystko pozmieniać.
Monday, 15 June 2015
Thursday, 11 June 2015
(301) stosunkowe ocieplenie
Na Sanżilu uparcie wierzymy w ludzkość. Że się da jednak wykrzesać coś z każdego, także Belga. Le lub la. Nawet trochę ciepła i dobrego słowa. Skoro nawet Polaków udaje się na anioły przerobić, jak głosił wieszcz, cytując Anę, to czuję, że te upały zeszłotygodniowe coś na dobre zmieniły i w okolicznościach Sanżila. Czytajcie dalej, co się zdarzyło w długi, niegrylowy łykend na ławce.
I nie jest to sensacja żadna, jakby mogli pomyśleć ci, co nie czytali pierwszego sprawozdania z wczoraj. Przynajmniej nie seks mam na myśli, proszę o trochę wiary w Polaków i moje dobre maniery z matuś wyssane z mlekiem bynajmniej!
Choć właściwie na tej ławce wszystko się mogło zdarzyć. Bo co to znaczy: przysiąść się? I skąd moja polska głowa ma akurat na to pradawne słowo przetłumaczyć to, co padło z belgijskich męskich ust?
Bez bicia i chwalenia się: to inteligencja, równie wrodzona jak stygmaty na oczach, co do którego Roma mnie oświecił w międzyczasie kagankiem oświaty, że to astygmatyzm, kazała mi tak zrozumieć atęcję pytającego. Intęcja to była, Ana piorunuje mnie wzrokiem z drugiego kąta, mimo astygmatu. No ale zrozumiałam dobrze, i teraz, i wtedy.
Na ławce na Merże nawet nie trzeba było tłumaczyć, bo wystarczyło spojrzeć i również przesunąć swoją prasę feministyczną, by zachować się całkiem nie alabelż, czyli ustąpić miejsca panu z kanapką. Co z kolei jest całkowicie alabelż, zdaniem Stefana wie ten, kto pracował w banku kabece przykładowo, po flamancku czyli. Ta kanapka jest belż.
A ten tu wyjmuje prasę krzyżówkową i nie czyta, bo zakreśla. Sprawnie mu idzie.
Już to było dziwne, żeśmy se tak w trójkę plus pasażer wózka siedzieli. Ale jeszcze dziwniej zrobiło się, jak w 2 minuty później, zegar wybił na 12.15, nad naszymi głowami znów: czy mogę usiąść obok? Czyli przysiąść, tłumaczę znów z francuska. I znów się ładuje nam prawie że na kolana prawie najprawdziwszy lebelż. Z kanapką i pismem o samolotach, a jakże.
Nie napiszę, że jeszcze za chwilę czeci, bo chciał, ale miejsca już nie było! Już i tak byłyśmy otoczenie belżitud. Dwóch facetów, dwie kanapki, cztery pisma, my dwie i wózek z pasażerem - tyle przedmiotów i podmiotów to ta ławka jak żyje, czy stoi raczej, nie widziała, mruknęła pod nosem w przestrzeń Ana Martin.
A dlaczego to nie alabelż, nawiasem mówiąc, dziwi się Roman. Nie chodzi nawet o belż, tylko alaludzie ogólnie, zgadza się połowicznie Ana. Bo dziś ludzie nie lubią mówić do obcych. Nie ufają i myślą, że jak zagadną, to się zbytnio spoufalą. Że to będzie straszne. Siedzą przerażeni z nosem w ajfonie lub w najlepszym wypadku w książce i świat ich nie obchodzi. Nikt nikogo o nic nie prosi ani nie pyta. A już broń ten czy ów - o coś osobistego.
Toż to nie tylko stosunkowe ocieplenie było, ale wręcz zmiana atmosferyczna! Mieli matuś rację, że jak wszyscy wokół, zawsze prognozę w tiwi włączali i zawsze psioczyli, że się nie sprawdza. Widać wiedzieli, ile może zdziałać dobra pogoda. A teraz po rozum poszedł i Sanżil. Zapowiada się gorące lato.
I nie jest to sensacja żadna, jakby mogli pomyśleć ci, co nie czytali pierwszego sprawozdania z wczoraj. Przynajmniej nie seks mam na myśli, proszę o trochę wiary w Polaków i moje dobre maniery z matuś wyssane z mlekiem bynajmniej!
Choć właściwie na tej ławce wszystko się mogło zdarzyć. Bo co to znaczy: przysiąść się? I skąd moja polska głowa ma akurat na to pradawne słowo przetłumaczyć to, co padło z belgijskich męskich ust?
Bez bicia i chwalenia się: to inteligencja, równie wrodzona jak stygmaty na oczach, co do którego Roma mnie oświecił w międzyczasie kagankiem oświaty, że to astygmatyzm, kazała mi tak zrozumieć atęcję pytającego. Intęcja to była, Ana piorunuje mnie wzrokiem z drugiego kąta, mimo astygmatu. No ale zrozumiałam dobrze, i teraz, i wtedy.
Na ławce na Merże nawet nie trzeba było tłumaczyć, bo wystarczyło spojrzeć i również przesunąć swoją prasę feministyczną, by zachować się całkiem nie alabelż, czyli ustąpić miejsca panu z kanapką. Co z kolei jest całkowicie alabelż, zdaniem Stefana wie ten, kto pracował w banku kabece przykładowo, po flamancku czyli. Ta kanapka jest belż.
A ten tu wyjmuje prasę krzyżówkową i nie czyta, bo zakreśla. Sprawnie mu idzie.
Już to było dziwne, żeśmy se tak w trójkę plus pasażer wózka siedzieli. Ale jeszcze dziwniej zrobiło się, jak w 2 minuty później, zegar wybił na 12.15, nad naszymi głowami znów: czy mogę usiąść obok? Czyli przysiąść, tłumaczę znów z francuska. I znów się ładuje nam prawie że na kolana prawie najprawdziwszy lebelż. Z kanapką i pismem o samolotach, a jakże.
Nie napiszę, że jeszcze za chwilę czeci, bo chciał, ale miejsca już nie było! Już i tak byłyśmy otoczenie belżitud. Dwóch facetów, dwie kanapki, cztery pisma, my dwie i wózek z pasażerem - tyle przedmiotów i podmiotów to ta ławka jak żyje, czy stoi raczej, nie widziała, mruknęła pod nosem w przestrzeń Ana Martin.
A dlaczego to nie alabelż, nawiasem mówiąc, dziwi się Roman. Nie chodzi nawet o belż, tylko alaludzie ogólnie, zgadza się połowicznie Ana. Bo dziś ludzie nie lubią mówić do obcych. Nie ufają i myślą, że jak zagadną, to się zbytnio spoufalą. Że to będzie straszne. Siedzą przerażeni z nosem w ajfonie lub w najlepszym wypadku w książce i świat ich nie obchodzi. Nikt nikogo o nic nie prosi ani nie pyta. A już broń ten czy ów - o coś osobistego.
Toż to nie tylko stosunkowe ocieplenie było, ale wręcz zmiana atmosferyczna! Mieli matuś rację, że jak wszyscy wokół, zawsze prognozę w tiwi włączali i zawsze psioczyli, że się nie sprawdza. Widać wiedzieli, ile może zdziałać dobra pogoda. A teraz po rozum poszedł i Sanżil. Zapowiada się gorące lato.
Wednesday, 10 June 2015
(300) się przysiąść
Piątek. Wyż. Dużo hektopaskali. Upał czyli.
Taki układ atmosferyczny zarysował się pod koniec tygodnia na Sanżilu i w okolicznościach. Jak kocham tego i owego, niech mnie to i owo, ale naprawdę, klnę się na wszystkie świętości: było plus czydzieści lub więcej. Kumacie?
Owszem, w Belgii. Owszem, tu gdzie każdy Polak i Polka zaczynają rozmowę od narzekania na klimat, nawet w epoce jego ocieplenia się. Globalnego, a jakże, nie żyjemy tu w żadnym zaścianku lub zapiecku. Co świat - to i my. A tu niespodzianka. Czydzieści ponad i to w cieniu! Od razu nie ma o czym gadać po sąsiedzku. Głupio się skarżyć kumie lub kumowi, jak wokół wiosna bucha. Kumacie?
Czyli o czym gadać, jak się kum do kumy i wicewersa takzwane przysiądzie do człowieka przed domem? Ana Martin dotąd pęka ze śmiechu, jak to se nasi przez ulicę wołali: no, do pełnego szczęścia to mi tylko brakuje, by se przed domem posiedzieć na schodku, jak dawnymi czasy!
Z tym że ty Ana zrozumiałaś, że oni wołali: na stołku. Czyli jeszcze śmieszniej, cha cha, doprawdy, nieźle to se Ana zrozumiała doprawdy!
Nawet stosunki międzyludzkie uległy ociepleniu, kątempluje Roman. I to wcale nie od gryli, bo łykend przedłużony był, ale na łonie ojczyzny, a nie tym tu, obcym, cudzoziemskim. Więc gryl nic nie ogrzał belgijskich serc. Sami widzicie, że to tylko i wyłącznie dało radę słońce.
Przez chwilę na poziomie międzyludzkim było na Sanżilu cieplej. Ana Martin potwierdzi. A działo się to za sprawą chłodu. Uściślę: chłodku z cienia. Podam przykład z dzielnicy. Zobrazuję go obrazem z wyobraźni. Oto on.
Duchota. Pali w plecy. Pali też pasażera wózka, więc Groch decyduje się zasnąć. Pali czerwone od oddechu tym pustynnym powietrzem, więc Ana Martin zarządza: parczek przy Merże (nie, nie na marży, merże to ulica, Marycha tam robi na czekach, choć niedługo, bo zaciążyła). Idziemy i sokolim okiem, mimo że stygmatyzm jakiś się nam ostatnio rzucił, widzimy: jest ławka w cieniu. Jeden zgrabny skręt i już siedzimy na drutowanej ławce.
Wiercimy się nieco, bo wrzyna się toto w pupę, a nogą trzeba kołysać. Na szczęście Ana sobie przypomina o feministycznej prasie w koszyku. Po oględzinach wzrokowych okazuje się, że świetnie nadaje się do siedzenia. Siedzimy więc jak panie, wachlujemy się, oczy przymknięte, bo gorąc; jesteśmy jak na swoim, a tu nagle: czy mogę usiąść obok?
Się przysiąść czyli. A co wynikło z tego siedzenia nie na stołku i nie na schodku - już jutro, bo nawet na Sanżilu w czerwcu kiedyś zapada noc.
Taki układ atmosferyczny zarysował się pod koniec tygodnia na Sanżilu i w okolicznościach. Jak kocham tego i owego, niech mnie to i owo, ale naprawdę, klnę się na wszystkie świętości: było plus czydzieści lub więcej. Kumacie?
Owszem, w Belgii. Owszem, tu gdzie każdy Polak i Polka zaczynają rozmowę od narzekania na klimat, nawet w epoce jego ocieplenia się. Globalnego, a jakże, nie żyjemy tu w żadnym zaścianku lub zapiecku. Co świat - to i my. A tu niespodzianka. Czydzieści ponad i to w cieniu! Od razu nie ma o czym gadać po sąsiedzku. Głupio się skarżyć kumie lub kumowi, jak wokół wiosna bucha. Kumacie?
Czyli o czym gadać, jak się kum do kumy i wicewersa takzwane przysiądzie do człowieka przed domem? Ana Martin dotąd pęka ze śmiechu, jak to se nasi przez ulicę wołali: no, do pełnego szczęścia to mi tylko brakuje, by se przed domem posiedzieć na schodku, jak dawnymi czasy!
Z tym że ty Ana zrozumiałaś, że oni wołali: na stołku. Czyli jeszcze śmieszniej, cha cha, doprawdy, nieźle to se Ana zrozumiała doprawdy!
Nawet stosunki międzyludzkie uległy ociepleniu, kątempluje Roman. I to wcale nie od gryli, bo łykend przedłużony był, ale na łonie ojczyzny, a nie tym tu, obcym, cudzoziemskim. Więc gryl nic nie ogrzał belgijskich serc. Sami widzicie, że to tylko i wyłącznie dało radę słońce.
Przez chwilę na poziomie międzyludzkim było na Sanżilu cieplej. Ana Martin potwierdzi. A działo się to za sprawą chłodu. Uściślę: chłodku z cienia. Podam przykład z dzielnicy. Zobrazuję go obrazem z wyobraźni. Oto on.
Duchota. Pali w plecy. Pali też pasażera wózka, więc Groch decyduje się zasnąć. Pali czerwone od oddechu tym pustynnym powietrzem, więc Ana Martin zarządza: parczek przy Merże (nie, nie na marży, merże to ulica, Marycha tam robi na czekach, choć niedługo, bo zaciążyła). Idziemy i sokolim okiem, mimo że stygmatyzm jakiś się nam ostatnio rzucił, widzimy: jest ławka w cieniu. Jeden zgrabny skręt i już siedzimy na drutowanej ławce.
Wiercimy się nieco, bo wrzyna się toto w pupę, a nogą trzeba kołysać. Na szczęście Ana sobie przypomina o feministycznej prasie w koszyku. Po oględzinach wzrokowych okazuje się, że świetnie nadaje się do siedzenia. Siedzimy więc jak panie, wachlujemy się, oczy przymknięte, bo gorąc; jesteśmy jak na swoim, a tu nagle: czy mogę usiąść obok?
Się przysiąść czyli. A co wynikło z tego siedzenia nie na stołku i nie na schodku - już jutro, bo nawet na Sanżilu w czerwcu kiedyś zapada noc.
Tuesday, 9 June 2015
(299) warsztaty
Nie ulega wątpliwości, że nawet jeśli rtęć na to nie wskazuje, zima zdecydowanie za nami. Dni długie, słońce świeci, można założyć, że opony zimowe nie będą juz potrzebne. Do tego wniosku doszedł Roman, a Ana przystąpiła do realizacji założeń planu.
Rozwój akcji nastąpił na osi Sanżil - Fore. Tam to zakład ma pan Niko. Zakład, co ja plotę! Zakładzisko. Zdaniem Romana, Niko musiał wypatroszyć z piwinic z pięć kamienic, taki ma metraż. Fakt - pieczara. W pieczarze - auta. Stoją i czekają - bo ja wiem? - na nowy kolor, opony, a pewnie i numery. Wierzcie mi, w tak wielkiej pieczarze wszystko jest możliwe.
Pojechałam dla rozrywkiz Aną, bo ile razy w życiu przyjdzie mi zmieniać opony? O prebianiu numerow nie wspominając. Zawsze się człowiek czegoś nauczy.
Wjeżdżamy więc. Na pewniaka, a jakże, ale jak tu inaczej, skoro wokół sami faceci. Stoi tego z 10 sztuk i debatuje nad jakimś silnikiem czy czymś tam innym w masce. Miny eksperckie, musowo. Ana mówi: raz dwa trzy, wysiadamy!
Wysiadamy. Głowy się podnoszą, uśmiechy rozkwitają, pobłażliwość maluje na twarzach. oto dwie takie przyjechały se auto nareperować - to mówi ta mina, szepcze mi na ucho Ana. Ale Ksenia, nie dajemy się, tylko załatwiamy i biegiem do Grocha.
Ana przyjmuje więc profesjonalny wyraz twarzy i prezentuje, co ma zaprezentować, mianowicie że my tu względem zmiany opon. Z zimowych na letnie. Tak, owszem, Ana wie, że czerwiec za pasem, ale co tu robić, skoro jak to baba zapomniała. Panowie rozumieją, dzieci, dom, mąż! Że my czekać nie chcemy, bo wózek już czeka, obiad na ogniu nastawiony, pyk pyk pod pokrywką, więc panowie rozumieją, szybko działać trzeba, na pewno panowie wiedzą, jak i sytuację pojmują.
Panowie rozumieją w mig. Przestawiają auta w pieczarze raz dwa, proszą Anę o kluczyki i oto my już na podjeździe. Chrup brum i gotowe. Było zimowe, jest letnie. W sam raz na jazdę do ojczyzny się nada.
Panowie nadal mili, ale nie na tyle, by jednak nie płacić. Zapraszają do dyżurki. A w dyżurce już nie tak miło, bo rządzi dyżurna. W kufaji. Lub kufai.
I ta kufaja nas trochę zmraża. Wzrokiem i słowem. Bo żąda oto 50 ojro. Ana na to, że my kartowe. Ona, jeszcze zimniej: że w takim razie wat się należy. Jaki wat, pytam, jak w kawale, jaki bilecik tam było. Muszę pani dodać 21 procentów, madam, rozumie sama, by powiedziano w polskim sklepie. Ana na to: ale jak to: miało być 50. A kufaja: ale bez faktury, madam. I wiedzie po nas obrażonym wzrokiem
Czyli co, na czarno płacimy, chciałam się wtrącić, alem na szczęście zamilkła. I dobrze, Ana na to. Ich sprawa. Ja chcę wyjść, mówi.
I nie wiem, co wy na to, ale serio było na czarno. Bo zostałam wysłana do bankomatu i przyniosłam banknot. Który kufaja schowała, nie wystukawszy nic na kasie. Fiskus czyli się nie ucieszył z braku wpływu. Ale że rzecz odbyła się w pieczarze, to i wpływu na to nie miał i tak.
Jaka płynie stąd nauka, pytam ja was. Ano, dużo ich. Pierwsza - że zachód zachodem, a oszukiwanie takie samo, jak na wschodzie, jeśli nie mylę stron świata. Druga - że feminizm feminizmem, ale czarem swym sporo się zdziała, niefeministycznie bardzo. Trzecia - że niestety baba babie nie przepuści, a szczególnie taka w kufai takiej w sukience. No i czwarta, na podsumowanie: że i Ana nie taka idealna, ma swoje na sumieniu. Uff, ulżyło mi.
Rozwój akcji nastąpił na osi Sanżil - Fore. Tam to zakład ma pan Niko. Zakład, co ja plotę! Zakładzisko. Zdaniem Romana, Niko musiał wypatroszyć z piwinic z pięć kamienic, taki ma metraż. Fakt - pieczara. W pieczarze - auta. Stoją i czekają - bo ja wiem? - na nowy kolor, opony, a pewnie i numery. Wierzcie mi, w tak wielkiej pieczarze wszystko jest możliwe.
Pojechałam dla rozrywkiz Aną, bo ile razy w życiu przyjdzie mi zmieniać opony? O prebianiu numerow nie wspominając. Zawsze się człowiek czegoś nauczy.
Wjeżdżamy więc. Na pewniaka, a jakże, ale jak tu inaczej, skoro wokół sami faceci. Stoi tego z 10 sztuk i debatuje nad jakimś silnikiem czy czymś tam innym w masce. Miny eksperckie, musowo. Ana mówi: raz dwa trzy, wysiadamy!
Wysiadamy. Głowy się podnoszą, uśmiechy rozkwitają, pobłażliwość maluje na twarzach. oto dwie takie przyjechały se auto nareperować - to mówi ta mina, szepcze mi na ucho Ana. Ale Ksenia, nie dajemy się, tylko załatwiamy i biegiem do Grocha.
Ana przyjmuje więc profesjonalny wyraz twarzy i prezentuje, co ma zaprezentować, mianowicie że my tu względem zmiany opon. Z zimowych na letnie. Tak, owszem, Ana wie, że czerwiec za pasem, ale co tu robić, skoro jak to baba zapomniała. Panowie rozumieją, dzieci, dom, mąż! Że my czekać nie chcemy, bo wózek już czeka, obiad na ogniu nastawiony, pyk pyk pod pokrywką, więc panowie rozumieją, szybko działać trzeba, na pewno panowie wiedzą, jak i sytuację pojmują.
Panowie rozumieją w mig. Przestawiają auta w pieczarze raz dwa, proszą Anę o kluczyki i oto my już na podjeździe. Chrup brum i gotowe. Było zimowe, jest letnie. W sam raz na jazdę do ojczyzny się nada.
Panowie nadal mili, ale nie na tyle, by jednak nie płacić. Zapraszają do dyżurki. A w dyżurce już nie tak miło, bo rządzi dyżurna. W kufaji. Lub kufai.
I ta kufaja nas trochę zmraża. Wzrokiem i słowem. Bo żąda oto 50 ojro. Ana na to, że my kartowe. Ona, jeszcze zimniej: że w takim razie wat się należy. Jaki wat, pytam, jak w kawale, jaki bilecik tam było. Muszę pani dodać 21 procentów, madam, rozumie sama, by powiedziano w polskim sklepie. Ana na to: ale jak to: miało być 50. A kufaja: ale bez faktury, madam. I wiedzie po nas obrażonym wzrokiem
Czyli co, na czarno płacimy, chciałam się wtrącić, alem na szczęście zamilkła. I dobrze, Ana na to. Ich sprawa. Ja chcę wyjść, mówi.
I nie wiem, co wy na to, ale serio było na czarno. Bo zostałam wysłana do bankomatu i przyniosłam banknot. Który kufaja schowała, nie wystukawszy nic na kasie. Fiskus czyli się nie ucieszył z braku wpływu. Ale że rzecz odbyła się w pieczarze, to i wpływu na to nie miał i tak.
Jaka płynie stąd nauka, pytam ja was. Ano, dużo ich. Pierwsza - że zachód zachodem, a oszukiwanie takie samo, jak na wschodzie, jeśli nie mylę stron świata. Druga - że feminizm feminizmem, ale czarem swym sporo się zdziała, niefeministycznie bardzo. Trzecia - że niestety baba babie nie przepuści, a szczególnie taka w kufai takiej w sukience. No i czwarta, na podsumowanie: że i Ana nie taka idealna, ma swoje na sumieniu. Uff, ulżyło mi.
Wednesday, 3 June 2015
(298) kseniofobia
Mury runą runą runą. Ale najpierw je zbudują zbudują zbudują. Kto? Ano nasi. Ci nowi, Belgowie. Choć kto ich tam wie, może to i Francuzi przebrani za Belgów, dla niepoznaki. Akcja rozgrywa się w Muskrą, Mouscron w pisowni, na granicy frankobelż, jak się to tu skrótow wymawia. Bohaterami są franki, belż i żitanie. Po polsku - Cyganie.
Tak naprawdę, ładnie i miło, po europejsku, powinno być napisane: Romowie. Roms po frankobelż. Wiem o tym, Roman, nie Roms, tłumaczył mi cały ranek, o co chodzi. Unia tak każe, w imię poprawności ale okazuje się, że wśród Romów i Romanów są tacy, co wolą być Cyganami. Bo tak zwani byli od dawna, więc o co chodzi? Nie nazwa ważna, co stosunek.
O to to, właśnie. O stosunek chodzi. Belgów z Muskrą do ludzi podróży, bo tak w artykule nazwali Cyganów, mimo że Ana prycha mi tu nad uchem, że ludźmi podróży chcą się nazywać Cyganie z Irlandii, tylko i wyłącznie. Nieważne, zabiją mnie te nazwy i zupełnie niepotrzebne spory wynikające przy okazji. Racja Ksenia, przytakuje Rom(an), bo ta sobie pozwolę go dziś zapisac, w hołdzie porozumienia ponad granicami. Tymi konkretnymi oraz wymyślonymi.
Które zresztą w Muskra zleją się w jedno, bo oto mieszkańcy postanowili, że mimo że Szengen i Unia nasza lokalna, brukselska, lata całe walczyły o to, by granice rozebrać, to oni właśnie wręcz przeciwnie, chętnie i całkwicie dobrowolnie się oddzielą. Murem. Od Francji.
Od Francji to tylko oficjalnie, wpada mi w słowo pisane Ana. Tak naprawdę chodzi o oddzielenie się od obozowsika cygańskiego, które Francuzi umiejscowili tuż przy danwej granicy międzypaństwowej. Takie tam prawo: każda gmina musi wyznaczyć termin pod koczowisko. Francuzi też by się zresztą chętnie odgrodzili, ale nie mogą sami od siebie, ot co. Choć raz lebelż triumfują.
Gdyż Belgii takiego prawa nie ma. Ponieważ nie ma jednak także granic, to jakieś tam race odpalone przez cygańską dzieciarnią spadły podobno na belgijskie przygraniczne posesje. I podniósł się raban.
Ale o co ten rabant ten tam jakiś? Raban, hałas taki. Ale przecież to można podnieść, co? Znaczy się nie rabant, tylko śmieci z rac. Zresztą te belgijskie ogródki takie małe, dwa na dwa, trawa tylko albo beton, by łatwo zamiatać, to i dojrzeć śmieć nietrudno, dziwię się. Ale taką leżącą racę można także sfotografować ajfonem i użyć także jako argumentu przeciwko zdziczeniu. Młodzieży, Arabów, Cyganów, Walonów, Polaków, Francuzów itede. Co w czasach wzrastającej ksenofobii się liczy. W niekończącym się roku wyborczym - woda na młyn polityków jak znalazł.
Raca, a nie woda, oj ta Ana. Hmm, kseniofobia to może i tak, nie wiem, co ja mam do tego, zmilczę to, ale czy franko-belż w ogóle mogą taki mur zbudować? Niby nie, ale jak pokazuje przykład czeski, gdzie już jeden taki od lat stoi: mogą. I nic się nie stanie. Prasa fotki cyknie, ludzie się popodniecają, spoglądając na fejsa i już koniec, nowe przyjdzie. A mogą zbudować tym bardziej, że takie nastroje w Europie i tłumaczą się koniecznością ochrony własności prywatnej. Swojego świata. Bogatego i zamkniętego. Większej świętości w naszym świecie nie ma.
Najśmieszniejsze jest to, że ta cała kseniofobia i czeski film dotyczy 6 metrów. Sześciu w słowie. Marzyło się 200, by całą wieś opasać, ale stanęło na sześciu, mówi poważnie burmistrz. Tyle ma mieć ten sławetny mur ochronny. To przed czym on obroni i kogo? Nie wiadomo właśnie. To raczej wyzwanie, jaki Muskrą stawia przed Szengen, twierdzi Rom(an). Zobaczymy teraz, co na to nasz człowiek na szczytach.
Tak naprawdę, ładnie i miło, po europejsku, powinno być napisane: Romowie. Roms po frankobelż. Wiem o tym, Roman, nie Roms, tłumaczył mi cały ranek, o co chodzi. Unia tak każe, w imię poprawności ale okazuje się, że wśród Romów i Romanów są tacy, co wolą być Cyganami. Bo tak zwani byli od dawna, więc o co chodzi? Nie nazwa ważna, co stosunek.
O to to, właśnie. O stosunek chodzi. Belgów z Muskrą do ludzi podróży, bo tak w artykule nazwali Cyganów, mimo że Ana prycha mi tu nad uchem, że ludźmi podróży chcą się nazywać Cyganie z Irlandii, tylko i wyłącznie. Nieważne, zabiją mnie te nazwy i zupełnie niepotrzebne spory wynikające przy okazji. Racja Ksenia, przytakuje Rom(an), bo ta sobie pozwolę go dziś zapisac, w hołdzie porozumienia ponad granicami. Tymi konkretnymi oraz wymyślonymi.
Które zresztą w Muskra zleją się w jedno, bo oto mieszkańcy postanowili, że mimo że Szengen i Unia nasza lokalna, brukselska, lata całe walczyły o to, by granice rozebrać, to oni właśnie wręcz przeciwnie, chętnie i całkwicie dobrowolnie się oddzielą. Murem. Od Francji.
Od Francji to tylko oficjalnie, wpada mi w słowo pisane Ana. Tak naprawdę chodzi o oddzielenie się od obozowsika cygańskiego, które Francuzi umiejscowili tuż przy danwej granicy międzypaństwowej. Takie tam prawo: każda gmina musi wyznaczyć termin pod koczowisko. Francuzi też by się zresztą chętnie odgrodzili, ale nie mogą sami od siebie, ot co. Choć raz lebelż triumfują.
Gdyż Belgii takiego prawa nie ma. Ponieważ nie ma jednak także granic, to jakieś tam race odpalone przez cygańską dzieciarnią spadły podobno na belgijskie przygraniczne posesje. I podniósł się raban.
Ale o co ten rabant ten tam jakiś? Raban, hałas taki. Ale przecież to można podnieść, co? Znaczy się nie rabant, tylko śmieci z rac. Zresztą te belgijskie ogródki takie małe, dwa na dwa, trawa tylko albo beton, by łatwo zamiatać, to i dojrzeć śmieć nietrudno, dziwię się. Ale taką leżącą racę można także sfotografować ajfonem i użyć także jako argumentu przeciwko zdziczeniu. Młodzieży, Arabów, Cyganów, Walonów, Polaków, Francuzów itede. Co w czasach wzrastającej ksenofobii się liczy. W niekończącym się roku wyborczym - woda na młyn polityków jak znalazł.
Raca, a nie woda, oj ta Ana. Hmm, kseniofobia to może i tak, nie wiem, co ja mam do tego, zmilczę to, ale czy franko-belż w ogóle mogą taki mur zbudować? Niby nie, ale jak pokazuje przykład czeski, gdzie już jeden taki od lat stoi: mogą. I nic się nie stanie. Prasa fotki cyknie, ludzie się popodniecają, spoglądając na fejsa i już koniec, nowe przyjdzie. A mogą zbudować tym bardziej, że takie nastroje w Europie i tłumaczą się koniecznością ochrony własności prywatnej. Swojego świata. Bogatego i zamkniętego. Większej świętości w naszym świecie nie ma.
Najśmieszniejsze jest to, że ta cała kseniofobia i czeski film dotyczy 6 metrów. Sześciu w słowie. Marzyło się 200, by całą wieś opasać, ale stanęło na sześciu, mówi poważnie burmistrz. Tyle ma mieć ten sławetny mur ochronny. To przed czym on obroni i kogo? Nie wiadomo właśnie. To raczej wyzwanie, jaki Muskrą stawia przed Szengen, twierdzi Rom(an). Zobaczymy teraz, co na to nasz człowiek na szczytach.
Tuesday, 2 June 2015
(297) elyty
Ledwo przyswoiłam na dobre nieswojskie słowo: belż, nauczyłam się dodawać le i la, od Iwonka przejęłam odopowiednią, żłobkową wymowę e w le, już nowe się czai za rogiem, albo w kąciku ust: belgicains. Oraz: belgitude. Spisałam po literze, bo nijak nie pojmuję, jak to ugryźć. Co jest w końcu belgijskie, a co nie?
Nad tym zastanawiają się i Belgowie, na to Ana. Stąd tyle określeń na coś, co po polsku oddaje się jednym określeniem: belgijskość. O ile się oddaje, bo co to jest ta belgijskość właśnie? zastanawia się Roman. Komp nie podkreśla, więc cichcem zostawiam.
Badają więc i badają tę belgijskość i nic im nie wychodzi. Jak to nic, oburza się Ana. Wychodzą coraz lepsze wyniki! O tu, proszę. Profesorowie sami się za to wzięli, nie wierzę własnym oczom? Tak, z Louvain. Zwanego także Leuven, co niejdnego już zmyliło na autostradzie. Co moim zdaniem świadczy o niskiej czujności, bo owszem: Bergen-Mons, Rijsel-Lille zmylić mogą, jeszcze Antwerpen-Anwers od biedy czy Liege-Luik, ale przecież nie przypadek, gdzie tyle liter się zgadza i nawet w podobnej kolejności! Zupełnie jak Stella, co kiedyś zaliczyła dziesięć kręgów obwodnicą, bo nie połączyła Namur z Namen, a przecież to łatwo! Litery liczyć i jechać do przodu!
O, właśnie takimi ciekawostkmi zajęli się w tym badaniu. A dokładniej: czy przeciętny mieszkaniec Belgii jest bardziej Belgiem, la lub le, czy też Flamandem, Flamandką, Walończykiem lub Walonką. I wyszło im, że mimo tych szyldów, polityków, co to wszystkich chcą podzielić, języków, co się nie lubią pod względem gramatyki i wymowy - że ogólnie rzecz biorąc, znaczy się: nie rzecz, tylko Belgów do kupy, poczucie belgijskości ma się całkiem dobrze. Tak dobrze, że poczucie narodowej dumy i we mnie rośnie, zupełnie jakby na prezydenta wybrali tu właśnie kogoś z polskiego prawego skrzydła.
W okolicznościach Sanżila wygląda na to, że 50% czuje się bardziej le lub labelż, niż tym drugim obywatelem na F lub W, co mi się nie chce już odmieniać i rozpisywać. Panowie profesorowie badają odczucia społeczne od lat i wychodzi im, że cały czas rośnie. Belgijskość, rozumie się. Ostatnio - o 5%, co oznacza, że przekroczyliśmy połowę. I odtąd można powiedzieć, że naród na Sanżilu i w okolicznościach jest belgicain. Probelgijski czyli, o mam, ładne Ana, co?
Ładne, przytakuje łaskawie Ana. Co nieładne natomiast, to elity. Elyty, jak mawiał kiedyś taki jeden, co był prezydentem, w dawnych czasach, gdy podziały przebiegały inaczej niż prawi - bardziej prawi, nawet w Polsce. Było, minęło. Co natomiast nie minęło, to upór belgijskich elyt. Bo o ile zwykły lud, prekariat i proletariat oraz artyści z barudumatin są bardziej za Belgią jako całością, niż dwoma krajami na W i F, zmieniam kolejność, by było sprawiedliwie, to elyty już nie. Od lat chcą podziałów. Patrzcie sami, jak woła o zemstę do nieba: proletariat, do którego należało by dodać prekariat, probelgisjki. Elyty na to: nie. Tak to dobitnie zapisali. Na szczęście prędzej wielbłąd przez ucho igielne przejdzie, niż elyta jedna z drugą trafi do nieba, więc zemsta czy pomsta, jak woła Ana, bedzie nieunikniona.
Ach. Le i labelż. Belgikanie. Belżitud. Tyle słów, a kraj jeden. 50 % pro we Flandrii i 65 w Walonii. Ci zresztą mieli ostrzej pod górę, wiadomo, biednemu wiatr w oczy, bo kazali im wybierać, czy są z Walonii, Brukseli czy Belgii. To jak mieli odpowiedzieć. I wyniki urosły. Serca też. W tym maju.
A to dlatego, że Bruksela francuska, o czym jutro. To i oburzyli się na ten zamęt w głowie, robienie wody z mózgu i hurtowo zakreślali belżityd. Bo jak miałyby taki la lub le mówic o sobie: jestem federatczykiem brukselko-walońskim? I to jeszcze po francusku? to już łatwiej belż brzmi. Dla statystyk poczucia dumy narodowej to dobrze, ale co na to elyty?
Nad tym zastanawiają się i Belgowie, na to Ana. Stąd tyle określeń na coś, co po polsku oddaje się jednym określeniem: belgijskość. O ile się oddaje, bo co to jest ta belgijskość właśnie? zastanawia się Roman. Komp nie podkreśla, więc cichcem zostawiam.
Badają więc i badają tę belgijskość i nic im nie wychodzi. Jak to nic, oburza się Ana. Wychodzą coraz lepsze wyniki! O tu, proszę. Profesorowie sami się za to wzięli, nie wierzę własnym oczom? Tak, z Louvain. Zwanego także Leuven, co niejdnego już zmyliło na autostradzie. Co moim zdaniem świadczy o niskiej czujności, bo owszem: Bergen-Mons, Rijsel-Lille zmylić mogą, jeszcze Antwerpen-Anwers od biedy czy Liege-Luik, ale przecież nie przypadek, gdzie tyle liter się zgadza i nawet w podobnej kolejności! Zupełnie jak Stella, co kiedyś zaliczyła dziesięć kręgów obwodnicą, bo nie połączyła Namur z Namen, a przecież to łatwo! Litery liczyć i jechać do przodu!
O, właśnie takimi ciekawostkmi zajęli się w tym badaniu. A dokładniej: czy przeciętny mieszkaniec Belgii jest bardziej Belgiem, la lub le, czy też Flamandem, Flamandką, Walończykiem lub Walonką. I wyszło im, że mimo tych szyldów, polityków, co to wszystkich chcą podzielić, języków, co się nie lubią pod względem gramatyki i wymowy - że ogólnie rzecz biorąc, znaczy się: nie rzecz, tylko Belgów do kupy, poczucie belgijskości ma się całkiem dobrze. Tak dobrze, że poczucie narodowej dumy i we mnie rośnie, zupełnie jakby na prezydenta wybrali tu właśnie kogoś z polskiego prawego skrzydła.
W okolicznościach Sanżila wygląda na to, że 50% czuje się bardziej le lub labelż, niż tym drugim obywatelem na F lub W, co mi się nie chce już odmieniać i rozpisywać. Panowie profesorowie badają odczucia społeczne od lat i wychodzi im, że cały czas rośnie. Belgijskość, rozumie się. Ostatnio - o 5%, co oznacza, że przekroczyliśmy połowę. I odtąd można powiedzieć, że naród na Sanżilu i w okolicznościach jest belgicain. Probelgijski czyli, o mam, ładne Ana, co?
Ładne, przytakuje łaskawie Ana. Co nieładne natomiast, to elity. Elyty, jak mawiał kiedyś taki jeden, co był prezydentem, w dawnych czasach, gdy podziały przebiegały inaczej niż prawi - bardziej prawi, nawet w Polsce. Było, minęło. Co natomiast nie minęło, to upór belgijskich elyt. Bo o ile zwykły lud, prekariat i proletariat oraz artyści z barudumatin są bardziej za Belgią jako całością, niż dwoma krajami na W i F, zmieniam kolejność, by było sprawiedliwie, to elyty już nie. Od lat chcą podziałów. Patrzcie sami, jak woła o zemstę do nieba: proletariat, do którego należało by dodać prekariat, probelgisjki. Elyty na to: nie. Tak to dobitnie zapisali. Na szczęście prędzej wielbłąd przez ucho igielne przejdzie, niż elyta jedna z drugą trafi do nieba, więc zemsta czy pomsta, jak woła Ana, bedzie nieunikniona.
Ach. Le i labelż. Belgikanie. Belżitud. Tyle słów, a kraj jeden. 50 % pro we Flandrii i 65 w Walonii. Ci zresztą mieli ostrzej pod górę, wiadomo, biednemu wiatr w oczy, bo kazali im wybierać, czy są z Walonii, Brukseli czy Belgii. To jak mieli odpowiedzieć. I wyniki urosły. Serca też. W tym maju.
A to dlatego, że Bruksela francuska, o czym jutro. To i oburzyli się na ten zamęt w głowie, robienie wody z mózgu i hurtowo zakreślali belżityd. Bo jak miałyby taki la lub le mówic o sobie: jestem federatczykiem brukselko-walońskim? I to jeszcze po francusku? to już łatwiej belż brzmi. Dla statystyk poczucia dumy narodowej to dobrze, ale co na to elyty?
Monday, 1 June 2015
(296) starość radość
Starość nie radość, kwękają mi matuś przez telefon; starość nie radość, jęczy Ana, podnosząc Groszka; starość nie radość, narzeka Roman, wracając z pracy; stalość nie ladość, powtarza radośnie Iwonek. Błąd!
Bo starość to radość. Podróże i wyjazdy. Na stałe nawet! Tak sprawa ma się na Sanżilu. W okolicznościach, gdzie w starości jest więcej radości. Co by było, gdyby tu przenieść naszych, marzy mi się? Do tych pól malowanych innem zbożem rozmaitem? W końcu chleb z niejednego pieca trzeba zjeść.
Tragedia narodowa by była w kolejnej odsłonie, prycha Ana Martin; Polak nie chce, by było dobrze. A na starość to już wręcz nie wypada, by żądać wygody i słońca, najlepiej od razu położyć się do grobu i czekać - pewnikiem na sąd ostateczny lub wcześniejszy. Wesoły staruszek lebelż, lub jeszcze gorzej, jeśli to la - tylko by siał zgorszenie. Jak to tak wieku swojego własnego nie uszanować?! Nie, to nie dla Polaka, Ksenia. Niech nasi zostaną tam, gdzie są.
Ja właśnie o tym zostawaniu chciałam. Bo okazuje się, że sanżilowscy i okoliczni emeryto-renciści, nigdy nie rozróżniałam tych grup, wcale chętnie wyjeżdżają. Na wakacje? Wiadoma sprawa, kto by utrzymał biura podróży - Ana wie wszystko, ale tą razą nie trafia. Nie, nie na wakacje Ana, o nie, co to to nie, że polecę Iwonkiem: oni chętnie wyjeżdżają na stałe. Nasi lokalni staruszkowie? No co ty, Anie się spodobały cytaty, jak to literatce.
No przecie stoi tu jak wół. Na tyle to ja sanżilowski akcent naprawdę znam, by zrozumieć, obrażam się nieco i na chwilę imigruję wewnętrznie. O tu, sama czytaj. Faktycznie Ana, staje w obronie mojej mniejszości Roman. Jak wół: 1 sztuka emeryta lub emerytki na 10 wyjeżdża z kraju. Na stałe. W liczbach daje to 190477 na 1938773. Spisuję, bo mi się podoba ta skrupulatność. Fakt, rejestry iście ruskie. Pruskie, Ksenia, nie ruskie. Niech będzie.
Serio aż tylu ucieka od nas? Kupują domy w Hiszpanii czy co? Nie, to nie Anglicy przecież, by Malagę zasiedlać. Moim zdaniem wracają do kraju pochodzenia. Pierwsze miejsce destynacji, by polecieć nowomową: Francja (43420); 2. - Włochy (37366); 3. - Hiszpania (21700). Potem Holandia i Niemcy, tak się prezentuje pierwsza piątka, by polecieć dariuszemszpakowskim.
Więc jednak decyduje pogoda, cieszę się, bo w pierwszej trójce mamy ładne słońce. Niekoniecznie, Ksenia. Moim zdaniem chodzi o osoby, które kiedyś wyemigrowały z Francji, Włoch czy Hiszpanii i teraz emigrują ponownie, wracając na stare. Na ojczyzny łono? Do swoich pól malowanych, dopytuję? Tak, mimo że ich ojczyzną finansową jest już Belgia, stwierdza Roman.
A nie chodzi tu o podatki? Też pewnie chodzi, choć myślę sobie z drugiej strony, że ci, co muszą wyprowadzać duże pieniądze, emigrują już zawczasu, nie czekając na pensją. W formie renty lub emerytury, nie tyko ja nie rozróżniam, jak widzę. Bo nie muszą, dodaje Ana. Co fakt, to fakt. Który nie zmienia faktu, że w ciągu 10 lat liczba migracji niewewnętrznych zwiększyła się o 16%.
Czyli jednym słowem na Sanżilu zrobiło się więcej miejsca, wnioskuję. Co oznacza, że do tych pustostanów można by przenieść naszych emeryto-rencistów. Gdyby tylko chcieli, wzdycha Ana. Bo my Polacy A i B,już tak mamy, że wszyscy sobie razem nawzajem wilkiem naprzeciw, narzekać lubimy na co się da, to po takim wieloletnim treningu i się cieszyć nie ma z czego, ani ruszać nie chce z tego kraju, co drobinę chleba. Stara ci ona, radości nie daje, lecz własna. Jak ta starość nie radość.
Bo starość to radość. Podróże i wyjazdy. Na stałe nawet! Tak sprawa ma się na Sanżilu. W okolicznościach, gdzie w starości jest więcej radości. Co by było, gdyby tu przenieść naszych, marzy mi się? Do tych pól malowanych innem zbożem rozmaitem? W końcu chleb z niejednego pieca trzeba zjeść.
Tragedia narodowa by była w kolejnej odsłonie, prycha Ana Martin; Polak nie chce, by było dobrze. A na starość to już wręcz nie wypada, by żądać wygody i słońca, najlepiej od razu położyć się do grobu i czekać - pewnikiem na sąd ostateczny lub wcześniejszy. Wesoły staruszek lebelż, lub jeszcze gorzej, jeśli to la - tylko by siał zgorszenie. Jak to tak wieku swojego własnego nie uszanować?! Nie, to nie dla Polaka, Ksenia. Niech nasi zostaną tam, gdzie są.
Ja właśnie o tym zostawaniu chciałam. Bo okazuje się, że sanżilowscy i okoliczni emeryto-renciści, nigdy nie rozróżniałam tych grup, wcale chętnie wyjeżdżają. Na wakacje? Wiadoma sprawa, kto by utrzymał biura podróży - Ana wie wszystko, ale tą razą nie trafia. Nie, nie na wakacje Ana, o nie, co to to nie, że polecę Iwonkiem: oni chętnie wyjeżdżają na stałe. Nasi lokalni staruszkowie? No co ty, Anie się spodobały cytaty, jak to literatce.
No przecie stoi tu jak wół. Na tyle to ja sanżilowski akcent naprawdę znam, by zrozumieć, obrażam się nieco i na chwilę imigruję wewnętrznie. O tu, sama czytaj. Faktycznie Ana, staje w obronie mojej mniejszości Roman. Jak wół: 1 sztuka emeryta lub emerytki na 10 wyjeżdża z kraju. Na stałe. W liczbach daje to 190477 na 1938773. Spisuję, bo mi się podoba ta skrupulatność. Fakt, rejestry iście ruskie. Pruskie, Ksenia, nie ruskie. Niech będzie.
Serio aż tylu ucieka od nas? Kupują domy w Hiszpanii czy co? Nie, to nie Anglicy przecież, by Malagę zasiedlać. Moim zdaniem wracają do kraju pochodzenia. Pierwsze miejsce destynacji, by polecieć nowomową: Francja (43420); 2. - Włochy (37366); 3. - Hiszpania (21700). Potem Holandia i Niemcy, tak się prezentuje pierwsza piątka, by polecieć dariuszemszpakowskim.
Więc jednak decyduje pogoda, cieszę się, bo w pierwszej trójce mamy ładne słońce. Niekoniecznie, Ksenia. Moim zdaniem chodzi o osoby, które kiedyś wyemigrowały z Francji, Włoch czy Hiszpanii i teraz emigrują ponownie, wracając na stare. Na ojczyzny łono? Do swoich pól malowanych, dopytuję? Tak, mimo że ich ojczyzną finansową jest już Belgia, stwierdza Roman.
A nie chodzi tu o podatki? Też pewnie chodzi, choć myślę sobie z drugiej strony, że ci, co muszą wyprowadzać duże pieniądze, emigrują już zawczasu, nie czekając na pensją. W formie renty lub emerytury, nie tyko ja nie rozróżniam, jak widzę. Bo nie muszą, dodaje Ana. Co fakt, to fakt. Który nie zmienia faktu, że w ciągu 10 lat liczba migracji niewewnętrznych zwiększyła się o 16%.
Czyli jednym słowem na Sanżilu zrobiło się więcej miejsca, wnioskuję. Co oznacza, że do tych pustostanów można by przenieść naszych emeryto-rencistów. Gdyby tylko chcieli, wzdycha Ana. Bo my Polacy A i B,już tak mamy, że wszyscy sobie razem nawzajem wilkiem naprzeciw, narzekać lubimy na co się da, to po takim wieloletnim treningu i się cieszyć nie ma z czego, ani ruszać nie chce z tego kraju, co drobinę chleba. Stara ci ona, radości nie daje, lecz własna. Jak ta starość nie radość.
Subscribe to:
Posts (Atom)