Firma ucho oko. Ściany uszy mają. Do góry uszy dać można, nawet należy. To mi przychodzi na myśli w związku z uchem. Ale ręka? Nijak nie mogę połączyć. A w szpitalu w Brukseli umieli. Nie tylko połączyć, ale wyhodować. Jedno na drugim. W drugim? Hmm.
Tak, to wcale nie jest dziwne pytanie, co wyrosło na czym, kto pyta - nie błądzi. Podobno bynajmniej. Tak, owszem, widok to dziwny i niecodzienny, jak z drukarki czyde, 3D dużej, nowoczesnej, i można naprawdę nie potrafić sobie tego wyobrazić, bez wydruku z tej drukarki bynajmniej. Ucho na ręce czy ręka na uchu? Ja przynajmniej nie mogłam. I ja, to Ana. I ja - uaktywnia się Roman. I ja, a co, chce wiedzieć Iwonek.
A ucho na ręce ma pani, tłumaczy ostrożnie Ana. To śmieszne, rozpromienia się Iwonek i już leci dalej. A my oglądamy zdjęcia. Ucha na ręce, a jeszcze bardziej - w. Wewnątrz w sensie. Ręki, owszem. W milczeniu oglądamy, bo jak ten temat ugryźć?
No tak ugryźć, że chyba należy się cieszyć, że taki postęp medycyny, co? I do tego prawie że na dzielnicy, bo w szireku, Chirecu w pisowni, Ksenia, co to na Ikselu bodajże się mieści. Pionierska sprawa, z tego co widzę. Gdzieś tam w świecie próbowali, ale nie wyszło tak ładnie. A tu, pod nosem naszym, albo uchem właściwie - taki sukces!
Przyznać musicie, że wygląda to niecodziennie, co? z pewną taką nieśmiałością zwracam się do Martinów. Bo bo jak to: jest ręka. Jak moja, twoja, wasza. Od wewnątrz. I tam, gdzie normalnie masz zegarek - ta pani ma ucho. I nawet nie wiadomo, czy swoje.
Jak to nie swoje, oburza się Ana. Swoje własne. Nowe. Jeszcze nie w zwyczajowym miejscu ucha, ale podobno gotowe do działania. Z jej własnych tkanek wyhodowane. Ciało z ciała. Krew z krwi.
Ale co jej po tym uchu w ręce, chcę wiedzieć? Na razie nic. Teraz trzeba poczekać na przeszczep, czy się przyjmie itepe. Ta pacjentka ma raka skóry i widać jej stare ucho jest zaatakowane przez chorobę. Na razie nic dokładnie nie wiadomo, bo to tajemnica lekarska. Na prawdziwe efekty trzeba jeszcze poczekać.
Ale sukces jest. Światowy. Bruksela znów na językach świata.
Bo tu medycyna jest na bardzo wysokim poziomie. Nie tylko uszy na ręce, w ręce itede, ale i inwitro takie, przypomina; to zresztą też wewnątrz, skoro in, z angielska to, tłumaczenie gratis.
Ach, pod tym względem to Polska ze swoim mentalem może się schować.
Nie daje mi spokoju to ucho jednak, kręcę głową. Do czego to jeszcze dojdzie? Toż to się najstarszym mędrcom nie śniło. To prawda, ale to nie mędrcy są mądrością narodu, tylko naukowcy! Więc Ksenia od września na uniwersytet! Trzech pokoleń na początek, a potem Uelbe! Piersi do przodu, a uszy do góry!
Thursday, 18 June 2015
Wednesday, 17 June 2015
(304) pink
Mandarynka, mango, melon, porzeczka, brzoskwinia, okejek, jak mawia Iwonek. Stoi w delezie przed mną. Ale pomelo? Co to jest pomelo? Czy ktoś coś takiego widział w ogóle? Jadł, pił, łotewer? Jak to ugryźć? Zębem? Chyba jakoś pomylone to pomelo. Pomelone.
Nie no, a poważnie, to wchodzę do deleza z rana, tego, co już nie jest delezem ekspresem nawet, bo przejęli go jacyś tacy posługujący się dialektem z Azji, o czarnych , naoliwionych włosach, Ana Martin twierdzi, że z Hindi pochodzą albo tego stanu obok. Może. Produkty sprzedają typowe, belgijskie, gofry, czekolady kolorowe i takie tam, oraz dużo polskich, co na Sanżilu też akurat normalne. A w sezonie - rose. Z akcentem, co już nie tylko nie jest różą, różowym też nie, lecz raczej: zaróżowionym. Winem.
Na moje nieprzyzwyczajone oko wygląda toto jak lemoniada grejpfrutowa tudzież grejfrutowa z warzywniaka u nas w Łapach na rogu, ale skoro chcą, by to było wino, niech mają. Chcą chcą, wtrąca się znawca i koneser Roman. Wraz z początkiem lata w Belgii do ataku przystąpili producenci różowych win. Z francuska: rose właśnie.
Taki słodki, mdławy nawet kolorek ma. Jak dla dzieci. Ale niejeden właśnie, tylko całą gamę. Czego gamę? No różowości właśnie. Stąd te próbniki w delezie.
Mandarynka, mango, melon, porzeczka, brzoskwinia. To zrozumiałam i nawet sobie sama przetłumaczyłam z dialektu, tzn. mango i melona nawet nie musiałam tłumaczyć ani zmieniać pisowni na naszą, łacińską. Ale pomelo? Co to jest pomelo? pytam po raz kolejny. Czy ktoś coś takiego widział w ogóle? Chyba naprawdę jakieś pomylone to pomelo, że się powtórzę. I co ma wspólnego z winem.
Chodzi o o to, że rose nie sprzedaje się tak dobrze, jak białe i czerwone wino, tymczasem całe regiony we Francji się waśnie w nim wyspecjalizowały. Pomeliły się nieco, tak, i postawiły na złego konia? Niekoniecznie. W Belgii sprzedaż zaróżowionego wzrosła w zeszłym roku o 12%. Ale promować nadal trzeba. Stąd te atrakcyjne próbniki. By pokazać, że różowe może się różowić różnie. Od mandarynki do pomelo, a nawet zwykłego, dziewczyńskiego pinku.
A pomelo to nic innego niż nowoczesny owoc, Ksenia. Kolejny wymysł importowy, bo nie to, by jakaś nowa krzyżówka. Po prostu wyszukali ją na rynkach azjatyckich. Ci z deleza to nawet może z lat młodości ją znali, co? wtrącam. W hindi rośnie? W Indiach, jeśli już. Bo ja wiem. Pomarańcza olbrzymia zwie się w ojczyźnie polszczyźnie. Albo szadok. Hę?
Tak. Szadok. I do Polski pewnie też powoli dociera, więc wkrótce nam spowszednieje ten szadok. Jak wszystko z zachodu, choć tu akurat ze wschodu import.
Kolorek ładny, przyznaję. Zresztą wszystkie są ładne, te rose delezowskie. Takie dla dziewczyn. Pink, helołkiti i te klimaty.
I nawet niezłe są, skromnie dodaje Ana. Ta, co nie pija, uściślę.
I tanie, dodaje Roman. Bo to się głównie liczy w tym wzroście konsumpcji na Sanżilu. Lebelż lubi kupić wino do 3,5 ojro, a zaróżowione się pięknie w tę cenę wpisują. No i pinknie.
Nie no, a poważnie, to wchodzę do deleza z rana, tego, co już nie jest delezem ekspresem nawet, bo przejęli go jacyś tacy posługujący się dialektem z Azji, o czarnych , naoliwionych włosach, Ana Martin twierdzi, że z Hindi pochodzą albo tego stanu obok. Może. Produkty sprzedają typowe, belgijskie, gofry, czekolady kolorowe i takie tam, oraz dużo polskich, co na Sanżilu też akurat normalne. A w sezonie - rose. Z akcentem, co już nie tylko nie jest różą, różowym też nie, lecz raczej: zaróżowionym. Winem.
Na moje nieprzyzwyczajone oko wygląda toto jak lemoniada grejpfrutowa tudzież grejfrutowa z warzywniaka u nas w Łapach na rogu, ale skoro chcą, by to było wino, niech mają. Chcą chcą, wtrąca się znawca i koneser Roman. Wraz z początkiem lata w Belgii do ataku przystąpili producenci różowych win. Z francuska: rose właśnie.
Taki słodki, mdławy nawet kolorek ma. Jak dla dzieci. Ale niejeden właśnie, tylko całą gamę. Czego gamę? No różowości właśnie. Stąd te próbniki w delezie.
Mandarynka, mango, melon, porzeczka, brzoskwinia. To zrozumiałam i nawet sobie sama przetłumaczyłam z dialektu, tzn. mango i melona nawet nie musiałam tłumaczyć ani zmieniać pisowni na naszą, łacińską. Ale pomelo? Co to jest pomelo? pytam po raz kolejny. Czy ktoś coś takiego widział w ogóle? Chyba naprawdę jakieś pomylone to pomelo, że się powtórzę. I co ma wspólnego z winem.
Chodzi o o to, że rose nie sprzedaje się tak dobrze, jak białe i czerwone wino, tymczasem całe regiony we Francji się waśnie w nim wyspecjalizowały. Pomeliły się nieco, tak, i postawiły na złego konia? Niekoniecznie. W Belgii sprzedaż zaróżowionego wzrosła w zeszłym roku o 12%. Ale promować nadal trzeba. Stąd te atrakcyjne próbniki. By pokazać, że różowe może się różowić różnie. Od mandarynki do pomelo, a nawet zwykłego, dziewczyńskiego pinku.
A pomelo to nic innego niż nowoczesny owoc, Ksenia. Kolejny wymysł importowy, bo nie to, by jakaś nowa krzyżówka. Po prostu wyszukali ją na rynkach azjatyckich. Ci z deleza to nawet może z lat młodości ją znali, co? wtrącam. W hindi rośnie? W Indiach, jeśli już. Bo ja wiem. Pomarańcza olbrzymia zwie się w ojczyźnie polszczyźnie. Albo szadok. Hę?
Tak. Szadok. I do Polski pewnie też powoli dociera, więc wkrótce nam spowszednieje ten szadok. Jak wszystko z zachodu, choć tu akurat ze wschodu import.
Kolorek ładny, przyznaję. Zresztą wszystkie są ładne, te rose delezowskie. Takie dla dziewczyn. Pink, helołkiti i te klimaty.
I nawet niezłe są, skromnie dodaje Ana. Ta, co nie pija, uściślę.
I tanie, dodaje Roman. Bo to się głównie liczy w tym wzroście konsumpcji na Sanżilu. Lebelż lubi kupić wino do 3,5 ojro, a zaróżowione się pięknie w tę cenę wpisują. No i pinknie.
Tuesday, 16 June 2015
(303) hotel zwany halalem
Mimo że lato i czas na opaleniznę w pełni, padł na mnie blady strach. Podobno w ostatnim miesiącu, a może wręcz tygodniu, jadłam coś halal. Nie tylko ja. Nie tylko Ana Martin czy Roman i przyległości. Może nawet wszyscy Polacy z Sanżila i okoliczności. Wiem - straszna prawda oczy kole.
Skąd takie podejrzenia, Ksenia, dopytuje Ana Martin znad kolacji, pewnie też halal. Zerkam kątem oka, na oko - normalna. Katolicka zupełnie, po prostu chrześcijańska jak przedmurze. Ale wszystko, co jem, wydawało się mi dotąd normalne. W tym polskie swojskie, szczególnie jak se na boku kupowałam coś w rarytasie, mieszku lub u Pawła. No i pokarało mnie, pewnikiem za to kupowanie na boku.
Było jeść belgijskie, żartobliwie grozi palcem Roman. Belgijskie? wydymam pogardliwie usta; belgijskim chcesz nas skarmiać? jak wieprze jakieś? w Belgii to już niedługo nic oprócz halalu nie uświadczysz, o , proszę, tu mam dane i dowody, wskazuję palcem podenerwowana.
Czy ja się dowiem, o co chodzi? chce się dowiedzieć Ana znad kolacji nieskończonej nadal, być może to halal jej stanął kością niezgody w gardle lub się jej halalem odbija. Niech jej będzie: chodzi o to, że w czasach kryzysu w Belgii jak szalony rośnie rynek produkcji halal. Wszelkiej maści, mydła i powidła. A my to kupujemy i konsumpcjonujemy. Ot cały sekret. I strach.
Konsumujemy chyba, poprawia Ana. No dobrze, ale co w tym okropnego? Noooo, takie pytanie to może tylko Ana postawić. A Koran to nie łaska? Z bożej łaski, co najwyżej, ale Koranu w halalu nie ma, śmieje się Roman. Halal oznacza, że coś musi być wykonane zgodnie z normami zaczerpniętymi z Koranu. Podobno, bo jest wiele oszustw. I tyle. W smaku i wyglądzie żadnej różnicy.
Tak mówisz, bo się już tak wynarodowiłeś, że nawet halalu od zwykłego kotleta nie odróżniasz, docinam mu. Zresztą nie tylko o kotlet chodzi! Patrz - nasi lebelż szyją na gwałtu rety stosy ubrań halal, a znalazł się nawet taki jeden, co robi waciki dentystyczne halal.
O, to faktycznie ciekawe, nie sądziłam, że o takim waciku wiedziano już wieki temu, ale Koranu nie czytałam, więc kłócić się nie będę, przystaje ugodowo Ana. A tak na marginesie, w czym Belgowie są najmocniejsi?
Tego to nie wiem, cytuje Roman znad tabeli, ale widzę za to, że ulepszają, ile mogą, w tym swoje belgijskie światowe wynalazki. Mają dla kogo - w kraju naliczono 750 tysięcy muzułmanów. I chcą, tego co swojskie, tyle że w wersji halal. Np. gofry, sosy, a nawet kuberdony, które zamiast pokrywać żelatyną z wieprza - dla halalu pokrywane są żelatyną z ryby. I tak dalej, itepe, długo by wymieniać. Udział w rynku światowym szacuje się na miliard dolarów.
To dużo czy mało, chcemy wiedzieć wspólnie, my, damy halo, lecz niehalal. Mało, bo rynek globalny to nawet 800 miliardów, ale jako że produkcja rośnie, to kto wie, za kilka lat Belgia może stać się halalową potęgą.
Jezusie Maryjo, mam nadzieję, że tego nie dożyję, a matuś to już na pewno! Serce by jej pękło, co ja tu wyrabiam. I zajadam. I ubieram, i co mi dentysta do buzi wsadza. Już na pewno by nigdy nie przyjechała. Tym bardziej, że u mnie w pokoiku miejsca mało, a w czasach halal do hotelu to już w ogóle lepiej nie uderzać. Bo co?
Bo też można trafić na halal. Dosłownie to prawda. No co ty, śmieje się Ana.
Ksenia ma rację, w Brukseli ma wkrótce powstać hotel halal. Hotel zwany halalem? Hotelalem chyba, krzywię się. Do czego to doszło, ranyyy?
Hotelal, fajne, entuzjazmowuje się czy jak to się zwie, Ana. To ci dopiero halo na nowy rok szkolny. Piękne wyczucie pieniądza i turysty, chwali jeszcze na koniec w zadumie, przeżuwając ostatni kąsek pewnie halalowego hamburgera. I pomyśleć, że już mój dawno w żołądku. I jak to z taką wiedzą przetrawić?
Skąd takie podejrzenia, Ksenia, dopytuje Ana Martin znad kolacji, pewnie też halal. Zerkam kątem oka, na oko - normalna. Katolicka zupełnie, po prostu chrześcijańska jak przedmurze. Ale wszystko, co jem, wydawało się mi dotąd normalne. W tym polskie swojskie, szczególnie jak se na boku kupowałam coś w rarytasie, mieszku lub u Pawła. No i pokarało mnie, pewnikiem za to kupowanie na boku.
Było jeść belgijskie, żartobliwie grozi palcem Roman. Belgijskie? wydymam pogardliwie usta; belgijskim chcesz nas skarmiać? jak wieprze jakieś? w Belgii to już niedługo nic oprócz halalu nie uświadczysz, o , proszę, tu mam dane i dowody, wskazuję palcem podenerwowana.
Czy ja się dowiem, o co chodzi? chce się dowiedzieć Ana znad kolacji nieskończonej nadal, być może to halal jej stanął kością niezgody w gardle lub się jej halalem odbija. Niech jej będzie: chodzi o to, że w czasach kryzysu w Belgii jak szalony rośnie rynek produkcji halal. Wszelkiej maści, mydła i powidła. A my to kupujemy i konsumpcjonujemy. Ot cały sekret. I strach.
Konsumujemy chyba, poprawia Ana. No dobrze, ale co w tym okropnego? Noooo, takie pytanie to może tylko Ana postawić. A Koran to nie łaska? Z bożej łaski, co najwyżej, ale Koranu w halalu nie ma, śmieje się Roman. Halal oznacza, że coś musi być wykonane zgodnie z normami zaczerpniętymi z Koranu. Podobno, bo jest wiele oszustw. I tyle. W smaku i wyglądzie żadnej różnicy.
Tak mówisz, bo się już tak wynarodowiłeś, że nawet halalu od zwykłego kotleta nie odróżniasz, docinam mu. Zresztą nie tylko o kotlet chodzi! Patrz - nasi lebelż szyją na gwałtu rety stosy ubrań halal, a znalazł się nawet taki jeden, co robi waciki dentystyczne halal.
O, to faktycznie ciekawe, nie sądziłam, że o takim waciku wiedziano już wieki temu, ale Koranu nie czytałam, więc kłócić się nie będę, przystaje ugodowo Ana. A tak na marginesie, w czym Belgowie są najmocniejsi?
Tego to nie wiem, cytuje Roman znad tabeli, ale widzę za to, że ulepszają, ile mogą, w tym swoje belgijskie światowe wynalazki. Mają dla kogo - w kraju naliczono 750 tysięcy muzułmanów. I chcą, tego co swojskie, tyle że w wersji halal. Np. gofry, sosy, a nawet kuberdony, które zamiast pokrywać żelatyną z wieprza - dla halalu pokrywane są żelatyną z ryby. I tak dalej, itepe, długo by wymieniać. Udział w rynku światowym szacuje się na miliard dolarów.
To dużo czy mało, chcemy wiedzieć wspólnie, my, damy halo, lecz niehalal. Mało, bo rynek globalny to nawet 800 miliardów, ale jako że produkcja rośnie, to kto wie, za kilka lat Belgia może stać się halalową potęgą.
Jezusie Maryjo, mam nadzieję, że tego nie dożyję, a matuś to już na pewno! Serce by jej pękło, co ja tu wyrabiam. I zajadam. I ubieram, i co mi dentysta do buzi wsadza. Już na pewno by nigdy nie przyjechała. Tym bardziej, że u mnie w pokoiku miejsca mało, a w czasach halal do hotelu to już w ogóle lepiej nie uderzać. Bo co?
Bo też można trafić na halal. Dosłownie to prawda. No co ty, śmieje się Ana.
Ksenia ma rację, w Brukseli ma wkrótce powstać hotel halal. Hotel zwany halalem? Hotelalem chyba, krzywię się. Do czego to doszło, ranyyy?
Hotelal, fajne, entuzjazmowuje się czy jak to się zwie, Ana. To ci dopiero halo na nowy rok szkolny. Piękne wyczucie pieniądza i turysty, chwali jeszcze na koniec w zadumie, przeżuwając ostatni kąsek pewnie halalowego hamburgera. I pomyśleć, że już mój dawno w żołądku. I jak to z taką wiedzą przetrawić?
Monday, 15 June 2015
(302) szjąt
A tak, szjąt i ommerdez. Owszem, w pierwszym zdaniu. Bo tak nas dopiero co nazwali, Anę Martin i mnie. Nie wiadomo, która jest która, pewne jedno: strach był wielki i zajrzał nam belgijskim okiem w polskie oczy.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Mianowicie od dziecka, więc z góry byłyśmy poniekąd skazane na sukces. Kto by nie uległ czarowi niemowlęcia, nawet jeśli zdaniem pani z ławki obok nieco ono żółte, nienasze z wyglądu, czy aby ojciec Polak? Polak, choć nie całkiem. Może żółte, bo nieślubne kościelne? Jakby chrzcić trzeba - tylko w sobotę. W Polsce, bo tu podobno chrztów mało, to i zbiorczo w niedzielę może by dało się przemycić.
Póki co, niechrzczone, ale ochrona jakaś tam nad nami rozpostarta. Bo jak inaczej wytłumaczyć nasze cudowne ocalenie?
Zadanie na dzień wczorajszy na oko nie było skomplikowane. Polegało na wyjściu w plener publiczny, rozejrzeniu się, czy będzie padać, czy jednak nie, czy pod ławką spoczywa kupa, czy może jednak już w nią wjechałyśmy, z której strony wieje, czyli czy bardzo zalatuje odchodami i muchami; wreszcie, po pozytywnej ocenie i weryfikacji ławki-kandydatki: zasiądnięciu na niej. Niby łatwo, co? jak dodałby Iwonek, a jednak swoje trzeba zrobić.
Wreszcie siadamy więc. Cisza, tylko wichura szumi. Zero psów i piwoszy nawet. Ana czyta coś grubego, ja zastanawiam się, czy jest zasięg w ajfonie, co by na fejsbuniu umieścić selfiego ze skweru. A tu nagle jak nie łupnie: bum bum! Łup łup. Aż podskoczyliśmy, w tym wózkowy, więc forma męska się należy, choć niesłusznie, jak twierdzi Ana.
Rozglądamy się. Ana namierza cel. Target taki. Jest. Zaparkowany. Młodzieniec w aucie czyli. Zaparkował zatoczką, jak to wiem od Romana, więc chyba trzeźwy, bo już bez alkoholu ciężko z zatoczką idzie, to co dopiero po konsumpcji. A więc Ana się denerwuje i mówi, że takiego łup łup to ona nie zniesie, a co ważniejsze - Groszko też nie. Idzie ku niemu.
Okna w aucie zamknięte. Pasażer - nie widzi nic i nikogo, bo serfuje w smarcie. Znaczy - zasięg jest. Ana puka tok tok, jak mawia Iwonek, puk puk, jak mawiamy my, i pokazuje, by ten ktoś ściszył łupawkę.
Uchyla się przyciemnione okno i łupiący pokazuje swoją twarz. W ocenie Any: twarz lokalnego kibola, nieuka i prostaka. W mojej: taką, że lepiej brać nogi i wózek za pas i zmykać, gdzie pieprz rośnie. Bo jak się ten ktoś na nas nie wydrze! Po lokalnemu, piękną wymowę miał, to trzeba przyznać. Że my szjąt i ommerdez. Że on ma dość. Że przez takich ludzi jak Ana żyć się nie da.
Ja tak wiele nie zrozumiałam nawet z warstwy słownej, więc stałam se jak ten słup soli i pieprzu, ale Ana jakaś taka smutna się była. Że groźnie jest, zrozumiałam, jak rozmówca wyciągnął nagle palec z wytwornym sygnetem, i pokazał coś po angielsku. No, na tyle to ja angielski znam, i nawet amerykański, by wiedzieć, że lepiej brać nogi za pas, gdzie ten słup soli i pieprzu rośnie.
Uciekać - nie uciekłyśmy, za to obie zapłakane, że tak niesprawiedliwie się dzieje, poszłyśmy se na kawę do małego Mietka, co to na dzielnicy lokal otworzył. Nie mogąc przeżyć takiej agresji. I za co to, pyta Ana. Że trochę łupaninę ściszyć chciałyśmy?
To nie jest powód, by tak nas lżyć, twierdzi Ana. Że można było go zgłosić do tych żołnierzy, co w pobliżu skwerku pilnują. Z kałachem. Oni by już go skutecznie ściszyli albo uciszyli. Ewentualnie mosad jakiś proponowala Ana, ale to już nie wiem co zacz.
A gdy emocje opadły, mówiąc dariuszemszpakowskim, Ana stwierdziła: jedno się zgadzało akurat. Że szjąt byłyśmy nieco. Mianowicie na kole wózka faktycznie był element psi. Szjąt czyli, bo słowo od psa pochodzi, od suki właściwie. Niestety co złe, to damskie, nawet u psów, wzdycha Ana. Ale roboty nas czeka, by to wszystko pozmieniać.
Zaczęło się całkiem niewinnie. Mianowicie od dziecka, więc z góry byłyśmy poniekąd skazane na sukces. Kto by nie uległ czarowi niemowlęcia, nawet jeśli zdaniem pani z ławki obok nieco ono żółte, nienasze z wyglądu, czy aby ojciec Polak? Polak, choć nie całkiem. Może żółte, bo nieślubne kościelne? Jakby chrzcić trzeba - tylko w sobotę. W Polsce, bo tu podobno chrztów mało, to i zbiorczo w niedzielę może by dało się przemycić.
Póki co, niechrzczone, ale ochrona jakaś tam nad nami rozpostarta. Bo jak inaczej wytłumaczyć nasze cudowne ocalenie?
Zadanie na dzień wczorajszy na oko nie było skomplikowane. Polegało na wyjściu w plener publiczny, rozejrzeniu się, czy będzie padać, czy jednak nie, czy pod ławką spoczywa kupa, czy może jednak już w nią wjechałyśmy, z której strony wieje, czyli czy bardzo zalatuje odchodami i muchami; wreszcie, po pozytywnej ocenie i weryfikacji ławki-kandydatki: zasiądnięciu na niej. Niby łatwo, co? jak dodałby Iwonek, a jednak swoje trzeba zrobić.
Wreszcie siadamy więc. Cisza, tylko wichura szumi. Zero psów i piwoszy nawet. Ana czyta coś grubego, ja zastanawiam się, czy jest zasięg w ajfonie, co by na fejsbuniu umieścić selfiego ze skweru. A tu nagle jak nie łupnie: bum bum! Łup łup. Aż podskoczyliśmy, w tym wózkowy, więc forma męska się należy, choć niesłusznie, jak twierdzi Ana.
Rozglądamy się. Ana namierza cel. Target taki. Jest. Zaparkowany. Młodzieniec w aucie czyli. Zaparkował zatoczką, jak to wiem od Romana, więc chyba trzeźwy, bo już bez alkoholu ciężko z zatoczką idzie, to co dopiero po konsumpcji. A więc Ana się denerwuje i mówi, że takiego łup łup to ona nie zniesie, a co ważniejsze - Groszko też nie. Idzie ku niemu.
Okna w aucie zamknięte. Pasażer - nie widzi nic i nikogo, bo serfuje w smarcie. Znaczy - zasięg jest. Ana puka tok tok, jak mawia Iwonek, puk puk, jak mawiamy my, i pokazuje, by ten ktoś ściszył łupawkę.
Uchyla się przyciemnione okno i łupiący pokazuje swoją twarz. W ocenie Any: twarz lokalnego kibola, nieuka i prostaka. W mojej: taką, że lepiej brać nogi i wózek za pas i zmykać, gdzie pieprz rośnie. Bo jak się ten ktoś na nas nie wydrze! Po lokalnemu, piękną wymowę miał, to trzeba przyznać. Że my szjąt i ommerdez. Że on ma dość. Że przez takich ludzi jak Ana żyć się nie da.
Ja tak wiele nie zrozumiałam nawet z warstwy słownej, więc stałam se jak ten słup soli i pieprzu, ale Ana jakaś taka smutna się była. Że groźnie jest, zrozumiałam, jak rozmówca wyciągnął nagle palec z wytwornym sygnetem, i pokazał coś po angielsku. No, na tyle to ja angielski znam, i nawet amerykański, by wiedzieć, że lepiej brać nogi za pas, gdzie ten słup soli i pieprzu rośnie.
Uciekać - nie uciekłyśmy, za to obie zapłakane, że tak niesprawiedliwie się dzieje, poszłyśmy se na kawę do małego Mietka, co to na dzielnicy lokal otworzył. Nie mogąc przeżyć takiej agresji. I za co to, pyta Ana. Że trochę łupaninę ściszyć chciałyśmy?
To nie jest powód, by tak nas lżyć, twierdzi Ana. Że można było go zgłosić do tych żołnierzy, co w pobliżu skwerku pilnują. Z kałachem. Oni by już go skutecznie ściszyli albo uciszyli. Ewentualnie mosad jakiś proponowala Ana, ale to już nie wiem co zacz.
A gdy emocje opadły, mówiąc dariuszemszpakowskim, Ana stwierdziła: jedno się zgadzało akurat. Że szjąt byłyśmy nieco. Mianowicie na kole wózka faktycznie był element psi. Szjąt czyli, bo słowo od psa pochodzi, od suki właściwie. Niestety co złe, to damskie, nawet u psów, wzdycha Ana. Ale roboty nas czeka, by to wszystko pozmieniać.
Thursday, 11 June 2015
(301) stosunkowe ocieplenie
Na Sanżilu uparcie wierzymy w ludzkość. Że się da jednak wykrzesać coś z każdego, także Belga. Le lub la. Nawet trochę ciepła i dobrego słowa. Skoro nawet Polaków udaje się na anioły przerobić, jak głosił wieszcz, cytując Anę, to czuję, że te upały zeszłotygodniowe coś na dobre zmieniły i w okolicznościach Sanżila. Czytajcie dalej, co się zdarzyło w długi, niegrylowy łykend na ławce.
I nie jest to sensacja żadna, jakby mogli pomyśleć ci, co nie czytali pierwszego sprawozdania z wczoraj. Przynajmniej nie seks mam na myśli, proszę o trochę wiary w Polaków i moje dobre maniery z matuś wyssane z mlekiem bynajmniej!
Choć właściwie na tej ławce wszystko się mogło zdarzyć. Bo co to znaczy: przysiąść się? I skąd moja polska głowa ma akurat na to pradawne słowo przetłumaczyć to, co padło z belgijskich męskich ust?
Bez bicia i chwalenia się: to inteligencja, równie wrodzona jak stygmaty na oczach, co do którego Roma mnie oświecił w międzyczasie kagankiem oświaty, że to astygmatyzm, kazała mi tak zrozumieć atęcję pytającego. Intęcja to była, Ana piorunuje mnie wzrokiem z drugiego kąta, mimo astygmatu. No ale zrozumiałam dobrze, i teraz, i wtedy.
Na ławce na Merże nawet nie trzeba było tłumaczyć, bo wystarczyło spojrzeć i również przesunąć swoją prasę feministyczną, by zachować się całkiem nie alabelż, czyli ustąpić miejsca panu z kanapką. Co z kolei jest całkowicie alabelż, zdaniem Stefana wie ten, kto pracował w banku kabece przykładowo, po flamancku czyli. Ta kanapka jest belż.
A ten tu wyjmuje prasę krzyżówkową i nie czyta, bo zakreśla. Sprawnie mu idzie.
Już to było dziwne, żeśmy se tak w trójkę plus pasażer wózka siedzieli. Ale jeszcze dziwniej zrobiło się, jak w 2 minuty później, zegar wybił na 12.15, nad naszymi głowami znów: czy mogę usiąść obok? Czyli przysiąść, tłumaczę znów z francuska. I znów się ładuje nam prawie że na kolana prawie najprawdziwszy lebelż. Z kanapką i pismem o samolotach, a jakże.
Nie napiszę, że jeszcze za chwilę czeci, bo chciał, ale miejsca już nie było! Już i tak byłyśmy otoczenie belżitud. Dwóch facetów, dwie kanapki, cztery pisma, my dwie i wózek z pasażerem - tyle przedmiotów i podmiotów to ta ławka jak żyje, czy stoi raczej, nie widziała, mruknęła pod nosem w przestrzeń Ana Martin.
A dlaczego to nie alabelż, nawiasem mówiąc, dziwi się Roman. Nie chodzi nawet o belż, tylko alaludzie ogólnie, zgadza się połowicznie Ana. Bo dziś ludzie nie lubią mówić do obcych. Nie ufają i myślą, że jak zagadną, to się zbytnio spoufalą. Że to będzie straszne. Siedzą przerażeni z nosem w ajfonie lub w najlepszym wypadku w książce i świat ich nie obchodzi. Nikt nikogo o nic nie prosi ani nie pyta. A już broń ten czy ów - o coś osobistego.
Toż to nie tylko stosunkowe ocieplenie było, ale wręcz zmiana atmosferyczna! Mieli matuś rację, że jak wszyscy wokół, zawsze prognozę w tiwi włączali i zawsze psioczyli, że się nie sprawdza. Widać wiedzieli, ile może zdziałać dobra pogoda. A teraz po rozum poszedł i Sanżil. Zapowiada się gorące lato.
I nie jest to sensacja żadna, jakby mogli pomyśleć ci, co nie czytali pierwszego sprawozdania z wczoraj. Przynajmniej nie seks mam na myśli, proszę o trochę wiary w Polaków i moje dobre maniery z matuś wyssane z mlekiem bynajmniej!
Choć właściwie na tej ławce wszystko się mogło zdarzyć. Bo co to znaczy: przysiąść się? I skąd moja polska głowa ma akurat na to pradawne słowo przetłumaczyć to, co padło z belgijskich męskich ust?
Bez bicia i chwalenia się: to inteligencja, równie wrodzona jak stygmaty na oczach, co do którego Roma mnie oświecił w międzyczasie kagankiem oświaty, że to astygmatyzm, kazała mi tak zrozumieć atęcję pytającego. Intęcja to była, Ana piorunuje mnie wzrokiem z drugiego kąta, mimo astygmatu. No ale zrozumiałam dobrze, i teraz, i wtedy.
Na ławce na Merże nawet nie trzeba było tłumaczyć, bo wystarczyło spojrzeć i również przesunąć swoją prasę feministyczną, by zachować się całkiem nie alabelż, czyli ustąpić miejsca panu z kanapką. Co z kolei jest całkowicie alabelż, zdaniem Stefana wie ten, kto pracował w banku kabece przykładowo, po flamancku czyli. Ta kanapka jest belż.
A ten tu wyjmuje prasę krzyżówkową i nie czyta, bo zakreśla. Sprawnie mu idzie.
Już to było dziwne, żeśmy se tak w trójkę plus pasażer wózka siedzieli. Ale jeszcze dziwniej zrobiło się, jak w 2 minuty później, zegar wybił na 12.15, nad naszymi głowami znów: czy mogę usiąść obok? Czyli przysiąść, tłumaczę znów z francuska. I znów się ładuje nam prawie że na kolana prawie najprawdziwszy lebelż. Z kanapką i pismem o samolotach, a jakże.
Nie napiszę, że jeszcze za chwilę czeci, bo chciał, ale miejsca już nie było! Już i tak byłyśmy otoczenie belżitud. Dwóch facetów, dwie kanapki, cztery pisma, my dwie i wózek z pasażerem - tyle przedmiotów i podmiotów to ta ławka jak żyje, czy stoi raczej, nie widziała, mruknęła pod nosem w przestrzeń Ana Martin.
A dlaczego to nie alabelż, nawiasem mówiąc, dziwi się Roman. Nie chodzi nawet o belż, tylko alaludzie ogólnie, zgadza się połowicznie Ana. Bo dziś ludzie nie lubią mówić do obcych. Nie ufają i myślą, że jak zagadną, to się zbytnio spoufalą. Że to będzie straszne. Siedzą przerażeni z nosem w ajfonie lub w najlepszym wypadku w książce i świat ich nie obchodzi. Nikt nikogo o nic nie prosi ani nie pyta. A już broń ten czy ów - o coś osobistego.
Toż to nie tylko stosunkowe ocieplenie było, ale wręcz zmiana atmosferyczna! Mieli matuś rację, że jak wszyscy wokół, zawsze prognozę w tiwi włączali i zawsze psioczyli, że się nie sprawdza. Widać wiedzieli, ile może zdziałać dobra pogoda. A teraz po rozum poszedł i Sanżil. Zapowiada się gorące lato.
Wednesday, 10 June 2015
(300) się przysiąść
Piątek. Wyż. Dużo hektopaskali. Upał czyli.
Taki układ atmosferyczny zarysował się pod koniec tygodnia na Sanżilu i w okolicznościach. Jak kocham tego i owego, niech mnie to i owo, ale naprawdę, klnę się na wszystkie świętości: było plus czydzieści lub więcej. Kumacie?
Owszem, w Belgii. Owszem, tu gdzie każdy Polak i Polka zaczynają rozmowę od narzekania na klimat, nawet w epoce jego ocieplenia się. Globalnego, a jakże, nie żyjemy tu w żadnym zaścianku lub zapiecku. Co świat - to i my. A tu niespodzianka. Czydzieści ponad i to w cieniu! Od razu nie ma o czym gadać po sąsiedzku. Głupio się skarżyć kumie lub kumowi, jak wokół wiosna bucha. Kumacie?
Czyli o czym gadać, jak się kum do kumy i wicewersa takzwane przysiądzie do człowieka przed domem? Ana Martin dotąd pęka ze śmiechu, jak to se nasi przez ulicę wołali: no, do pełnego szczęścia to mi tylko brakuje, by se przed domem posiedzieć na schodku, jak dawnymi czasy!
Z tym że ty Ana zrozumiałaś, że oni wołali: na stołku. Czyli jeszcze śmieszniej, cha cha, doprawdy, nieźle to se Ana zrozumiała doprawdy!
Nawet stosunki międzyludzkie uległy ociepleniu, kątempluje Roman. I to wcale nie od gryli, bo łykend przedłużony był, ale na łonie ojczyzny, a nie tym tu, obcym, cudzoziemskim. Więc gryl nic nie ogrzał belgijskich serc. Sami widzicie, że to tylko i wyłącznie dało radę słońce.
Przez chwilę na poziomie międzyludzkim było na Sanżilu cieplej. Ana Martin potwierdzi. A działo się to za sprawą chłodu. Uściślę: chłodku z cienia. Podam przykład z dzielnicy. Zobrazuję go obrazem z wyobraźni. Oto on.
Duchota. Pali w plecy. Pali też pasażera wózka, więc Groch decyduje się zasnąć. Pali czerwone od oddechu tym pustynnym powietrzem, więc Ana Martin zarządza: parczek przy Merże (nie, nie na marży, merże to ulica, Marycha tam robi na czekach, choć niedługo, bo zaciążyła). Idziemy i sokolim okiem, mimo że stygmatyzm jakiś się nam ostatnio rzucił, widzimy: jest ławka w cieniu. Jeden zgrabny skręt i już siedzimy na drutowanej ławce.
Wiercimy się nieco, bo wrzyna się toto w pupę, a nogą trzeba kołysać. Na szczęście Ana sobie przypomina o feministycznej prasie w koszyku. Po oględzinach wzrokowych okazuje się, że świetnie nadaje się do siedzenia. Siedzimy więc jak panie, wachlujemy się, oczy przymknięte, bo gorąc; jesteśmy jak na swoim, a tu nagle: czy mogę usiąść obok?
Się przysiąść czyli. A co wynikło z tego siedzenia nie na stołku i nie na schodku - już jutro, bo nawet na Sanżilu w czerwcu kiedyś zapada noc.
Taki układ atmosferyczny zarysował się pod koniec tygodnia na Sanżilu i w okolicznościach. Jak kocham tego i owego, niech mnie to i owo, ale naprawdę, klnę się na wszystkie świętości: było plus czydzieści lub więcej. Kumacie?
Owszem, w Belgii. Owszem, tu gdzie każdy Polak i Polka zaczynają rozmowę od narzekania na klimat, nawet w epoce jego ocieplenia się. Globalnego, a jakże, nie żyjemy tu w żadnym zaścianku lub zapiecku. Co świat - to i my. A tu niespodzianka. Czydzieści ponad i to w cieniu! Od razu nie ma o czym gadać po sąsiedzku. Głupio się skarżyć kumie lub kumowi, jak wokół wiosna bucha. Kumacie?
Czyli o czym gadać, jak się kum do kumy i wicewersa takzwane przysiądzie do człowieka przed domem? Ana Martin dotąd pęka ze śmiechu, jak to se nasi przez ulicę wołali: no, do pełnego szczęścia to mi tylko brakuje, by se przed domem posiedzieć na schodku, jak dawnymi czasy!
Z tym że ty Ana zrozumiałaś, że oni wołali: na stołku. Czyli jeszcze śmieszniej, cha cha, doprawdy, nieźle to se Ana zrozumiała doprawdy!
Nawet stosunki międzyludzkie uległy ociepleniu, kątempluje Roman. I to wcale nie od gryli, bo łykend przedłużony był, ale na łonie ojczyzny, a nie tym tu, obcym, cudzoziemskim. Więc gryl nic nie ogrzał belgijskich serc. Sami widzicie, że to tylko i wyłącznie dało radę słońce.
Przez chwilę na poziomie międzyludzkim było na Sanżilu cieplej. Ana Martin potwierdzi. A działo się to za sprawą chłodu. Uściślę: chłodku z cienia. Podam przykład z dzielnicy. Zobrazuję go obrazem z wyobraźni. Oto on.
Duchota. Pali w plecy. Pali też pasażera wózka, więc Groch decyduje się zasnąć. Pali czerwone od oddechu tym pustynnym powietrzem, więc Ana Martin zarządza: parczek przy Merże (nie, nie na marży, merże to ulica, Marycha tam robi na czekach, choć niedługo, bo zaciążyła). Idziemy i sokolim okiem, mimo że stygmatyzm jakiś się nam ostatnio rzucił, widzimy: jest ławka w cieniu. Jeden zgrabny skręt i już siedzimy na drutowanej ławce.
Wiercimy się nieco, bo wrzyna się toto w pupę, a nogą trzeba kołysać. Na szczęście Ana sobie przypomina o feministycznej prasie w koszyku. Po oględzinach wzrokowych okazuje się, że świetnie nadaje się do siedzenia. Siedzimy więc jak panie, wachlujemy się, oczy przymknięte, bo gorąc; jesteśmy jak na swoim, a tu nagle: czy mogę usiąść obok?
Się przysiąść czyli. A co wynikło z tego siedzenia nie na stołku i nie na schodku - już jutro, bo nawet na Sanżilu w czerwcu kiedyś zapada noc.
Tuesday, 9 June 2015
(299) warsztaty
Nie ulega wątpliwości, że nawet jeśli rtęć na to nie wskazuje, zima zdecydowanie za nami. Dni długie, słońce świeci, można założyć, że opony zimowe nie będą juz potrzebne. Do tego wniosku doszedł Roman, a Ana przystąpiła do realizacji założeń planu.
Rozwój akcji nastąpił na osi Sanżil - Fore. Tam to zakład ma pan Niko. Zakład, co ja plotę! Zakładzisko. Zdaniem Romana, Niko musiał wypatroszyć z piwinic z pięć kamienic, taki ma metraż. Fakt - pieczara. W pieczarze - auta. Stoją i czekają - bo ja wiem? - na nowy kolor, opony, a pewnie i numery. Wierzcie mi, w tak wielkiej pieczarze wszystko jest możliwe.
Pojechałam dla rozrywkiz Aną, bo ile razy w życiu przyjdzie mi zmieniać opony? O prebianiu numerow nie wspominając. Zawsze się człowiek czegoś nauczy.
Wjeżdżamy więc. Na pewniaka, a jakże, ale jak tu inaczej, skoro wokół sami faceci. Stoi tego z 10 sztuk i debatuje nad jakimś silnikiem czy czymś tam innym w masce. Miny eksperckie, musowo. Ana mówi: raz dwa trzy, wysiadamy!
Wysiadamy. Głowy się podnoszą, uśmiechy rozkwitają, pobłażliwość maluje na twarzach. oto dwie takie przyjechały se auto nareperować - to mówi ta mina, szepcze mi na ucho Ana. Ale Ksenia, nie dajemy się, tylko załatwiamy i biegiem do Grocha.
Ana przyjmuje więc profesjonalny wyraz twarzy i prezentuje, co ma zaprezentować, mianowicie że my tu względem zmiany opon. Z zimowych na letnie. Tak, owszem, Ana wie, że czerwiec za pasem, ale co tu robić, skoro jak to baba zapomniała. Panowie rozumieją, dzieci, dom, mąż! Że my czekać nie chcemy, bo wózek już czeka, obiad na ogniu nastawiony, pyk pyk pod pokrywką, więc panowie rozumieją, szybko działać trzeba, na pewno panowie wiedzą, jak i sytuację pojmują.
Panowie rozumieją w mig. Przestawiają auta w pieczarze raz dwa, proszą Anę o kluczyki i oto my już na podjeździe. Chrup brum i gotowe. Było zimowe, jest letnie. W sam raz na jazdę do ojczyzny się nada.
Panowie nadal mili, ale nie na tyle, by jednak nie płacić. Zapraszają do dyżurki. A w dyżurce już nie tak miło, bo rządzi dyżurna. W kufaji. Lub kufai.
I ta kufaja nas trochę zmraża. Wzrokiem i słowem. Bo żąda oto 50 ojro. Ana na to, że my kartowe. Ona, jeszcze zimniej: że w takim razie wat się należy. Jaki wat, pytam, jak w kawale, jaki bilecik tam było. Muszę pani dodać 21 procentów, madam, rozumie sama, by powiedziano w polskim sklepie. Ana na to: ale jak to: miało być 50. A kufaja: ale bez faktury, madam. I wiedzie po nas obrażonym wzrokiem
Czyli co, na czarno płacimy, chciałam się wtrącić, alem na szczęście zamilkła. I dobrze, Ana na to. Ich sprawa. Ja chcę wyjść, mówi.
I nie wiem, co wy na to, ale serio było na czarno. Bo zostałam wysłana do bankomatu i przyniosłam banknot. Który kufaja schowała, nie wystukawszy nic na kasie. Fiskus czyli się nie ucieszył z braku wpływu. Ale że rzecz odbyła się w pieczarze, to i wpływu na to nie miał i tak.
Jaka płynie stąd nauka, pytam ja was. Ano, dużo ich. Pierwsza - że zachód zachodem, a oszukiwanie takie samo, jak na wschodzie, jeśli nie mylę stron świata. Druga - że feminizm feminizmem, ale czarem swym sporo się zdziała, niefeministycznie bardzo. Trzecia - że niestety baba babie nie przepuści, a szczególnie taka w kufai takiej w sukience. No i czwarta, na podsumowanie: że i Ana nie taka idealna, ma swoje na sumieniu. Uff, ulżyło mi.
Rozwój akcji nastąpił na osi Sanżil - Fore. Tam to zakład ma pan Niko. Zakład, co ja plotę! Zakładzisko. Zdaniem Romana, Niko musiał wypatroszyć z piwinic z pięć kamienic, taki ma metraż. Fakt - pieczara. W pieczarze - auta. Stoją i czekają - bo ja wiem? - na nowy kolor, opony, a pewnie i numery. Wierzcie mi, w tak wielkiej pieczarze wszystko jest możliwe.
Pojechałam dla rozrywkiz Aną, bo ile razy w życiu przyjdzie mi zmieniać opony? O prebianiu numerow nie wspominając. Zawsze się człowiek czegoś nauczy.
Wjeżdżamy więc. Na pewniaka, a jakże, ale jak tu inaczej, skoro wokół sami faceci. Stoi tego z 10 sztuk i debatuje nad jakimś silnikiem czy czymś tam innym w masce. Miny eksperckie, musowo. Ana mówi: raz dwa trzy, wysiadamy!
Wysiadamy. Głowy się podnoszą, uśmiechy rozkwitają, pobłażliwość maluje na twarzach. oto dwie takie przyjechały se auto nareperować - to mówi ta mina, szepcze mi na ucho Ana. Ale Ksenia, nie dajemy się, tylko załatwiamy i biegiem do Grocha.
Ana przyjmuje więc profesjonalny wyraz twarzy i prezentuje, co ma zaprezentować, mianowicie że my tu względem zmiany opon. Z zimowych na letnie. Tak, owszem, Ana wie, że czerwiec za pasem, ale co tu robić, skoro jak to baba zapomniała. Panowie rozumieją, dzieci, dom, mąż! Że my czekać nie chcemy, bo wózek już czeka, obiad na ogniu nastawiony, pyk pyk pod pokrywką, więc panowie rozumieją, szybko działać trzeba, na pewno panowie wiedzą, jak i sytuację pojmują.
Panowie rozumieją w mig. Przestawiają auta w pieczarze raz dwa, proszą Anę o kluczyki i oto my już na podjeździe. Chrup brum i gotowe. Było zimowe, jest letnie. W sam raz na jazdę do ojczyzny się nada.
Panowie nadal mili, ale nie na tyle, by jednak nie płacić. Zapraszają do dyżurki. A w dyżurce już nie tak miło, bo rządzi dyżurna. W kufaji. Lub kufai.
I ta kufaja nas trochę zmraża. Wzrokiem i słowem. Bo żąda oto 50 ojro. Ana na to, że my kartowe. Ona, jeszcze zimniej: że w takim razie wat się należy. Jaki wat, pytam, jak w kawale, jaki bilecik tam było. Muszę pani dodać 21 procentów, madam, rozumie sama, by powiedziano w polskim sklepie. Ana na to: ale jak to: miało być 50. A kufaja: ale bez faktury, madam. I wiedzie po nas obrażonym wzrokiem
Czyli co, na czarno płacimy, chciałam się wtrącić, alem na szczęście zamilkła. I dobrze, Ana na to. Ich sprawa. Ja chcę wyjść, mówi.
I nie wiem, co wy na to, ale serio było na czarno. Bo zostałam wysłana do bankomatu i przyniosłam banknot. Który kufaja schowała, nie wystukawszy nic na kasie. Fiskus czyli się nie ucieszył z braku wpływu. Ale że rzecz odbyła się w pieczarze, to i wpływu na to nie miał i tak.
Jaka płynie stąd nauka, pytam ja was. Ano, dużo ich. Pierwsza - że zachód zachodem, a oszukiwanie takie samo, jak na wschodzie, jeśli nie mylę stron świata. Druga - że feminizm feminizmem, ale czarem swym sporo się zdziała, niefeministycznie bardzo. Trzecia - że niestety baba babie nie przepuści, a szczególnie taka w kufai takiej w sukience. No i czwarta, na podsumowanie: że i Ana nie taka idealna, ma swoje na sumieniu. Uff, ulżyło mi.
Subscribe to:
Posts (Atom)