Ghent. Brzmi swojsko, co? Jakby za miedzą leżało. Przykładowo koło Gandu zwanego Gandawą przez co bardziej uczonych lokalnych Sanżilowców, albo Gentu zwanego Gą, choć to podobno jedno i to samo. Tak byśmy myśleli. Błąd!
Ana Martin mnie oświeciła. Kagankiem oświaty normalnie dała po oczach na koniec roku szkolnego, że hej. Hejaaa. Bo to w samych Usach! I fragment stosowany podrzuciła. Cytuję po całości, co się tam będę ograniczać, sieć wszystko łyknie, i hejt, i fotosy, to i se spiszę, co w tym amerykańskim Ghencie słychać i skąd ci on się wziął tak daleko.
Miasteczko zostało założone w 1881 r. przez 12 chłopskich rodzin z Flandrii, które zachęcone przez księdza wyruszyły doNowego świata, by tam założyć katolicką osadę.
Belgowie z Ghent najpierw wybudowali kościół parafialny pod wezwaniem św. Eloya, potem założyli karczmę, barwną flamandzką tawernę. The Silver Dolar Bar w Ghent do tej pory zachował zapach starych czasów, długą ladę barowa, błyszczące kraniki do beczek z piwem, a za ladą karnawał błyszczącego szkła. Organizuje się tu jeszcze zawody rolle bolle, czegoś w rodzaju jeu de boules przywianej z Belgii. Spacerujemy po cmentarzu, historię można wyczytać z nagrobków: Blomme, Van Keulen, Caes, Van Uden, Stassen, Rogge, Olieslager. Żaden grób nie jest zaniedbany, widać społeczność do dzisiaj jest ze sobą silnie zżyta.
W Minnesocie wzajemne przesądy na temat Belgów i Holendrów są odwrócone. Tutaj to Belgowie są znani ze sprytu i skąpstwa. Krążą takie przysłowia: Kto jest sprytniejszy od belgijskiego chłopa? Inny belgijski chłop. Dlaczego wszyscy Belgowie tego samego dnia malują swoje domy i stodoły na ten sam kolor? Bo udało im się kupić tanio farbę na targu.
Belgowie żyli skromnie i oszczędnie, jak mówi przysłowie: mieli duże stodoły, ale małe domy. Powoli stawali się bogaci.
Niektórym się nie udało, paraliżowała ich tęsknota. Słyszałem o Belgu mającym zwyczaj wspinania się na wiatrak, nawet w przeraźliwe zimno; nieruchomym wzrokiem patrzył na równinę w kierunku swojej dalekiej ukochanej Flandrii.
Ana każe dopisać, że to z Geerta Maka. Autora takiego zza miedzy holenderskiej. Napisał ci on: Śladami Steinbecka, spisałam bezbłędnie, a Roman sprawdził. Lećcie do bibiotek i czytajcie o Ghencie, co go już nie ma praktycznie, gdyż:
Dziś martwe na amen. Jakieś dwie trzecie domów zniknęło w ciągu ostatniego półwiecza. Szkoła parafii św. Eoya liczyła wówczas dwustu uczniów. ok. 1990 r. chodziło jeszcze najwyżej 30 dzieci. Teraz drzwi i okna są zabite deskami.
Bar Silver Dollar wystawiono na sprzedaż.
Smutno się jakoś zrobiło. Pora uciekać na wakacje.
Thursday, 25 June 2015
Wednesday, 24 June 2015
(308) goło na rowerze
Goło, ale wesoło. Nago na rowerze. Raz pod wozem, raz na wozie, bo fortuna kołem się toczy. O tym wszystkim myślałam w ostatnią sobotę. Zimną, dodajmy, ani nie wiosenna, ani letnią. Za to pod względem emocji, szczególnie kierowców mijających nagich rowerzystów - gorącą, że hej!
Gołych rowerzystów? Jak w filmie flamandzki słynnym? Naprawdę? Gdzie to? śmieje się Ana. A u nas, na Sanżilu i w okolicznościach, a jakże. Ksenia, no co ty wymyślasz, w taką pogodę? nie wierzy Ana, a przecież sama widziałam własnymi oczyma i oczami, widziały gały, co brały, a brały okulary, by ostrzej widzieć, to i widzą. Mama, serio! naprawdę! emocjonuje się Iwonek. Pan bez koszulki jechał na rowerze koło pani poktukalki, jak szłem z tatusiem po rogaliki! Miał kwiatki! krzyczy Iwonek.
Potwierdzam, potakuje Roman. Jechał golas. Wesoły. Na rowerze, w wianku, z torbą płócienną oczywiście, jak ty Ana zupełnie. W sensie torby, bo golizny to nie, gdzie te czasy ach. Wianek dziewiczy też nieaktualny, dwa efekty mamy w mieszkanku, a świętojański - dziś popłynąłby w nocy, gdyby był. Ale nie był. Za to na panu był. Taki co on umajony był gdzieniegdzie.
No ale po co rowerzyści się rozbierali? Bo to taka akcja była w sobotę. Nagusy na rowerach przejechały przez miasto w ramach protestu przeciwko polityce nieuwzględniającej potrzeb rowerzystów. Więc uradzili, że w ten sposób na pewno zwrócą na siebie uwagę. Skutecznie chyba, skoro nawet żłobkowicze się zainteresowali takimi cudakami. I wiankami.
Cudacy tym więksi, że zimno było, że hej. Źle coś datę wybrali, ale skąd mogli wiedzieć, teoretycznie fetdelamuzik, najdłuższy dzień, najwięcej słońca wszystko wskazywało, że przejażdżka na goło to będzie czysta przyjemność wręcz orzeźwienie. A tu pogoda spłatała psikusa. Wiatr. Chmury. Wilgoć. I siadaj tu pan albo pani gołą pupą na siodełko. Nie wiadomo nawet, jakie gorsze w tym kontekście, plastikowe czy skórzane.
W sumie żal pe-el, że zebrało się tylko 150 golasów. Tylko? Aż! Przecież aż 150 osób postanowiło poświęcić swoje zdrowie i wygodę, by dobrze się jeździło tysiącom. Mówię to trochę na żarty a trochę nie. Bo niestety jest tak, że o ile coś nie szokuje, to i nie odnosi żadnego skutku. A tu proszę, jaki przekaz medialny poszedł w cały świat. Że Sanżil i Bruksela to nie tylko miasto limuzyn z prezydentami za szybami, opancerzonych w sztywnych garniturach i krawatach, ale także wolności, gdzie na rowerze do pracy może zasuwać nawet taki jeden z drugim panem z szumana. Popieram!
Ciekawe teraz, czy zrealizują ich postulaty i kto? Zbudują te trasy czy nie? No i najważniejsze: czy na rowerze po Sanżilu to już tylko nago jeździć będzie można? Znaczy się: w w wianku gdzieniegdzie i ówdzie?
Gołych rowerzystów? Jak w filmie flamandzki słynnym? Naprawdę? Gdzie to? śmieje się Ana. A u nas, na Sanżilu i w okolicznościach, a jakże. Ksenia, no co ty wymyślasz, w taką pogodę? nie wierzy Ana, a przecież sama widziałam własnymi oczyma i oczami, widziały gały, co brały, a brały okulary, by ostrzej widzieć, to i widzą. Mama, serio! naprawdę! emocjonuje się Iwonek. Pan bez koszulki jechał na rowerze koło pani poktukalki, jak szłem z tatusiem po rogaliki! Miał kwiatki! krzyczy Iwonek.
Potwierdzam, potakuje Roman. Jechał golas. Wesoły. Na rowerze, w wianku, z torbą płócienną oczywiście, jak ty Ana zupełnie. W sensie torby, bo golizny to nie, gdzie te czasy ach. Wianek dziewiczy też nieaktualny, dwa efekty mamy w mieszkanku, a świętojański - dziś popłynąłby w nocy, gdyby był. Ale nie był. Za to na panu był. Taki co on umajony był gdzieniegdzie.
No ale po co rowerzyści się rozbierali? Bo to taka akcja była w sobotę. Nagusy na rowerach przejechały przez miasto w ramach protestu przeciwko polityce nieuwzględniającej potrzeb rowerzystów. Więc uradzili, że w ten sposób na pewno zwrócą na siebie uwagę. Skutecznie chyba, skoro nawet żłobkowicze się zainteresowali takimi cudakami. I wiankami.
Cudacy tym więksi, że zimno było, że hej. Źle coś datę wybrali, ale skąd mogli wiedzieć, teoretycznie fetdelamuzik, najdłuższy dzień, najwięcej słońca wszystko wskazywało, że przejażdżka na goło to będzie czysta przyjemność wręcz orzeźwienie. A tu pogoda spłatała psikusa. Wiatr. Chmury. Wilgoć. I siadaj tu pan albo pani gołą pupą na siodełko. Nie wiadomo nawet, jakie gorsze w tym kontekście, plastikowe czy skórzane.
W sumie żal pe-el, że zebrało się tylko 150 golasów. Tylko? Aż! Przecież aż 150 osób postanowiło poświęcić swoje zdrowie i wygodę, by dobrze się jeździło tysiącom. Mówię to trochę na żarty a trochę nie. Bo niestety jest tak, że o ile coś nie szokuje, to i nie odnosi żadnego skutku. A tu proszę, jaki przekaz medialny poszedł w cały świat. Że Sanżil i Bruksela to nie tylko miasto limuzyn z prezydentami za szybami, opancerzonych w sztywnych garniturach i krawatach, ale także wolności, gdzie na rowerze do pracy może zasuwać nawet taki jeden z drugim panem z szumana. Popieram!
Ciekawe teraz, czy zrealizują ich postulaty i kto? Zbudują te trasy czy nie? No i najważniejsze: czy na rowerze po Sanżilu to już tylko nago jeździć będzie można? Znaczy się: w w wianku gdzieniegdzie i ówdzie?
Tuesday, 23 June 2015
(307) wyciekło
Mniej więcej raz na miesiąc słyszę, jak Ana Martin poszukuje dla kogoś gorączkowo to hydraulika, to elektryka, to kogoś innego od wycieków. Polka Polce, a nawet Polakowi pomoże, wiadoma sprawa, sąsiedzka przysługa zza miedzy. Ale żeby przysłowiowy polski hydraulik musiał robić w belgijskim ministerstwie - no no, takiej kariery to chyba nawet najstarsi górale nie pamiętają, mimo że gdzie Łapy, a gdzie góry, no gdzie, na pewno nie za miedzą właśnie.
A jednak się zdarzyło, klnę się jak bumcykcyk. U Stefana wczoraj podejrzałam na tiwi. Wyciekło im z ministerstwa i huczy o tym cały fejsbuk. Już nawet stronę o tej fłit całej założyli, jakby to co najmniej kongres kobiecy był lub teczki jakieś od sowy z Warszawy, i to bynajmniej nie tego, co tu nam zjedzie jesienią i głównie myśli i książki, tylko od tego, co głównie gotuje.
Ten sowa, nieźle swoją drogą.
Ksenia, to nie wyciek dla hydraulika przecież. Fejs belgijski to może i huczy od niego - choć to strumień informacji przecież, a nie wody, myślę se - ale w tiwi pokazywali, co się działo, zanim informacja o wycieku trafiła do tiwi.
Spokojnie, łagodzi Roman. Co wyciekło? Rozumiem, że nie woda. Ależ skąd. Tematy i pytania egzaminacyjne, w zależności od klas i rocznika. Do wyboru i koloru, co kto chce. Historia i niderlandzki - o tym już wiadomo. A co im tam wyciekło jeszcze, o tym prasa doniesie zapewne znów na przestrzeni najbliższych dni, mówiąc jak dyżurny ruchu drogowego, gdyż informacje wciąż spływają - choć to nie strumień, jak wspominałam.
A co ma do tego fejsbuk, dopytuje naiwnie Ana. Ana, w jakich czasach ty żyjesz, chciałoby się zakrzyknąć o pomstę do nieba. Przecież jak czegoś nie ma na fejsie, to to nie egzystuje, jak powiedział niejaki Tosiek, lat sześć i brak dwóch zębów. Pytania i właściwe odpowiedzi, ledwo wyciekły z regionu Brabant Wallon, tłumaczyć mi się nie chce, wrzućcie w translatora, już w mgnieniu oka, albo nawet krótszej przestrzeni czasowej, szalały po całej Brukseli. Gdzie uczniowie okazali się niezwykle zadowoleni, że zagadnienia okazały się jednakowe.
Jedno mi się nie zgadza...hmm...jak to wytłumaczyć? Już wiem! Że oni wiedzieli jakimś cudem, że to są te same pytania! triumfuje Ana.
Faktycznie - chwila zadumy w oczach Romana. A może, wtrącam się - oni tu w Belgii mają inaczej niż u nas w tzw. kraju i pytania są podawane z grubsza już wcześniej? No Ksenia, patrzy na mnie z uznaniem Roman, masz rację chyba.
To się nazywa zaufanie społeczne. Coś, czegoś w Polsce brakuje, a tu podobno jest. A przynajmniej było, wśród starszych. Nie ściągali podobno. Nie oszukiwali. Podobno. No właśnie.
Fachu by się lepiej pouczyli konkretnego ci młodzi, ma rację tym razem Ana, przyznaję. Np. hydraulików i elektryków oraz innych takich od wycieków nadal brakuje. Wyciekła historia - nie zreperowali, to i wyciekł język. Co następne? A jakby swoich speców mieli, to i by po mniejszościach szukać nie musieli i może straty byłyby mniejsze.
Chyba w tym całym zamieszaniu chodzi o to, że ktoś czegoś nie dopatrzył Że zaufał, że będzie uczciwie. Że założono, że w Belgii można podać tematy i nikt nie skorzysta, że nie ściągnie, jak w Polsce. Czy z sieci, czy od sąsiada- większej różnicy nie ma. A tu klops.
A no tak. Zaufanie społeczne. Coś, co już było. I się zmyło. Wyciekiem albo ściekiem. Tylko hydraulika ani widu słychu coś.
A jednak się zdarzyło, klnę się jak bumcykcyk. U Stefana wczoraj podejrzałam na tiwi. Wyciekło im z ministerstwa i huczy o tym cały fejsbuk. Już nawet stronę o tej fłit całej założyli, jakby to co najmniej kongres kobiecy był lub teczki jakieś od sowy z Warszawy, i to bynajmniej nie tego, co tu nam zjedzie jesienią i głównie myśli i książki, tylko od tego, co głównie gotuje.
Ten sowa, nieźle swoją drogą.
Ksenia, to nie wyciek dla hydraulika przecież. Fejs belgijski to może i huczy od niego - choć to strumień informacji przecież, a nie wody, myślę se - ale w tiwi pokazywali, co się działo, zanim informacja o wycieku trafiła do tiwi.
Spokojnie, łagodzi Roman. Co wyciekło? Rozumiem, że nie woda. Ależ skąd. Tematy i pytania egzaminacyjne, w zależności od klas i rocznika. Do wyboru i koloru, co kto chce. Historia i niderlandzki - o tym już wiadomo. A co im tam wyciekło jeszcze, o tym prasa doniesie zapewne znów na przestrzeni najbliższych dni, mówiąc jak dyżurny ruchu drogowego, gdyż informacje wciąż spływają - choć to nie strumień, jak wspominałam.
A co ma do tego fejsbuk, dopytuje naiwnie Ana. Ana, w jakich czasach ty żyjesz, chciałoby się zakrzyknąć o pomstę do nieba. Przecież jak czegoś nie ma na fejsie, to to nie egzystuje, jak powiedział niejaki Tosiek, lat sześć i brak dwóch zębów. Pytania i właściwe odpowiedzi, ledwo wyciekły z regionu Brabant Wallon, tłumaczyć mi się nie chce, wrzućcie w translatora, już w mgnieniu oka, albo nawet krótszej przestrzeni czasowej, szalały po całej Brukseli. Gdzie uczniowie okazali się niezwykle zadowoleni, że zagadnienia okazały się jednakowe.
Jedno mi się nie zgadza...hmm...jak to wytłumaczyć? Już wiem! Że oni wiedzieli jakimś cudem, że to są te same pytania! triumfuje Ana.
Faktycznie - chwila zadumy w oczach Romana. A może, wtrącam się - oni tu w Belgii mają inaczej niż u nas w tzw. kraju i pytania są podawane z grubsza już wcześniej? No Ksenia, patrzy na mnie z uznaniem Roman, masz rację chyba.
To się nazywa zaufanie społeczne. Coś, czegoś w Polsce brakuje, a tu podobno jest. A przynajmniej było, wśród starszych. Nie ściągali podobno. Nie oszukiwali. Podobno. No właśnie.
Fachu by się lepiej pouczyli konkretnego ci młodzi, ma rację tym razem Ana, przyznaję. Np. hydraulików i elektryków oraz innych takich od wycieków nadal brakuje. Wyciekła historia - nie zreperowali, to i wyciekł język. Co następne? A jakby swoich speców mieli, to i by po mniejszościach szukać nie musieli i może straty byłyby mniejsze.
Chyba w tym całym zamieszaniu chodzi o to, że ktoś czegoś nie dopatrzył Że zaufał, że będzie uczciwie. Że założono, że w Belgii można podać tematy i nikt nie skorzysta, że nie ściągnie, jak w Polsce. Czy z sieci, czy od sąsiada- większej różnicy nie ma. A tu klops.
A no tak. Zaufanie społeczne. Coś, co już było. I się zmyło. Wyciekiem albo ściekiem. Tylko hydraulika ani widu słychu coś.
Monday, 22 June 2015
(306) (nie)śmiertelność
Mówiło się kiedyś podobno w ojczyźnie polszczyźnie: gram w kolory. W zielone, poprawia czujnie Ana Martin, bo to od roślin podobno się zaczęło. O proszę, to ja dziś mam coś pasującego w ten deseń czyli dizajn obecnie. Zielone, czerwone i żółte. Do wyboru do koloru. Prowincje Belgii. Kto jaką wybiera?
Ksenia, to nie do śmiechu wcale, wtrąca się z grobową miną Ana. To nie niewinne zielone listki, choć zielone i tu najlepsze. Mapa kolorowa taka, jakby Iwonek tu działał. No ale to nie lekcja geografii niestety. Ani nie Polska - nizina nad morzem, wyżyna w środku, czerwone góry na dole. To niestety ilustracja tego, gdzie w Belgii umiera się przedwcześnie i dlaczego.
Ojej, rzednie mi rzewnie mina, tak się ładnie mówi w ojczyźnie polszczyźnie, mimo że z rzadkością to nie ma nic wspólnego. A ja se myślałam, że w okolicznościach jedzenia ekobjo, gdy każdy, kto do niedawna trującą jajecznicę na tłustym maśle umiał jedynie spalić, nagle chce gotować wymyślne potrawy, wreszcie - na tym zachodzie całym, gdzie nie ma huty Skawina pod Krakowem - że tu się dłużej żyje, myślałam w sensie? Nie tak, jak w komunie za komuny?
Skawiny nie mają, ale w Walonii do niedawna huty truły równo, tłumaczy Roman. Pokaż no Ana tę mapę.
Patrzcie. Ogólnie rzecz biorąc: zielone na górze i wschodzie, czerwone na dole. Bo
zielone to Flandria - zdrowszy tryb życia, mniej nałogów, głównie alkoholu, bezpieczniejsza jazda, czyli mniej wypadków z ofiarami śmiertelnymi. Czerwone to: alkoholizm, rak, skażenie środowiska, jazda bez trzymanki. Walonia. Blady strach padł po dzielnicy, mówię wam.
Zaraz zaraz. Ochłońmy, deszczowe lato pomaga. Najpierw określmy tę przedwczesną śmierć: widzę, że granicę ustalono na 75 lat. To i tak piękny wiek, nie uważacie? Owszem, ale jak masz 74, a nawet 40, jak co poniektórzy przy tym stole, to wolisz mieć perspektywę 60 dodatkowych, a nie 35, co? Ja przynajmniej - tak woli Ana. I ja, dodaję, mimo że do 40. mi daleko, w końcu jestem z innego pokolenia. Niech Roman se ma przed sobą 35, proszę bardzo.
No tak, ale jeśli Ana chce pójść w lata, to powinna jednak się przeprowadzić. Widzę, że Bruksela niezbyt długowieczna. W połowie drogi miedzy Flandrią a Walonią, określili badacze. Szczególnie pod względem cukrzycy i alkoholizmu. Wypadki ujdą, ulice za wąskie, by gnać, ewentualnie motorem, rak nie szaleje, ale kto pije - ten lepiej niech na północ ucieka. Wpisze się tam w lepszą średnią. Zieloną. Ciekawe, jak Sanżil?
Ksenia, co za bzdury mówisz. Niech pić przestanie, a nie się przeprowadza! tak to cała prowincja Hainaut w pisowni powinna się wynieść gdzie indziej. To to, co na czerwono jak jarzeniówka stroboskopowa daje tu po lewej po oczach? Nie inaczej. Na alkohol umierają? Nie inaczej. Po co tam akurat, jak z francuska tłumaczy Iwonek na nasze?
Może, bo graniczy z Francją i nieumiejętnie przenieśli zwyczaj jednej szklaneczki do obiadu? Robiąc z niej szklanę, by znów zacytować Iwonka? A może, bo jednak lebelż gorzej znosi tę szklankę? Bo nie jest Francuzem z genów? Jedno pewne, i to niezależnie od gry w kolory: pewne są dwie rzeczy - podatki i śmierć, jak to dziś u Adriana zasłyszałam. A kiedy - zamiast pytać, lepiej rozsądnie do Flandrii zmykać!
Ksenia, to nie do śmiechu wcale, wtrąca się z grobową miną Ana. To nie niewinne zielone listki, choć zielone i tu najlepsze. Mapa kolorowa taka, jakby Iwonek tu działał. No ale to nie lekcja geografii niestety. Ani nie Polska - nizina nad morzem, wyżyna w środku, czerwone góry na dole. To niestety ilustracja tego, gdzie w Belgii umiera się przedwcześnie i dlaczego.
Ojej, rzednie mi rzewnie mina, tak się ładnie mówi w ojczyźnie polszczyźnie, mimo że z rzadkością to nie ma nic wspólnego. A ja se myślałam, że w okolicznościach jedzenia ekobjo, gdy każdy, kto do niedawna trującą jajecznicę na tłustym maśle umiał jedynie spalić, nagle chce gotować wymyślne potrawy, wreszcie - na tym zachodzie całym, gdzie nie ma huty Skawina pod Krakowem - że tu się dłużej żyje, myślałam w sensie? Nie tak, jak w komunie za komuny?
Skawiny nie mają, ale w Walonii do niedawna huty truły równo, tłumaczy Roman. Pokaż no Ana tę mapę.
Patrzcie. Ogólnie rzecz biorąc: zielone na górze i wschodzie, czerwone na dole. Bo
zielone to Flandria - zdrowszy tryb życia, mniej nałogów, głównie alkoholu, bezpieczniejsza jazda, czyli mniej wypadków z ofiarami śmiertelnymi. Czerwone to: alkoholizm, rak, skażenie środowiska, jazda bez trzymanki. Walonia. Blady strach padł po dzielnicy, mówię wam.
Zaraz zaraz. Ochłońmy, deszczowe lato pomaga. Najpierw określmy tę przedwczesną śmierć: widzę, że granicę ustalono na 75 lat. To i tak piękny wiek, nie uważacie? Owszem, ale jak masz 74, a nawet 40, jak co poniektórzy przy tym stole, to wolisz mieć perspektywę 60 dodatkowych, a nie 35, co? Ja przynajmniej - tak woli Ana. I ja, dodaję, mimo że do 40. mi daleko, w końcu jestem z innego pokolenia. Niech Roman se ma przed sobą 35, proszę bardzo.
No tak, ale jeśli Ana chce pójść w lata, to powinna jednak się przeprowadzić. Widzę, że Bruksela niezbyt długowieczna. W połowie drogi miedzy Flandrią a Walonią, określili badacze. Szczególnie pod względem cukrzycy i alkoholizmu. Wypadki ujdą, ulice za wąskie, by gnać, ewentualnie motorem, rak nie szaleje, ale kto pije - ten lepiej niech na północ ucieka. Wpisze się tam w lepszą średnią. Zieloną. Ciekawe, jak Sanżil?
Ksenia, co za bzdury mówisz. Niech pić przestanie, a nie się przeprowadza! tak to cała prowincja Hainaut w pisowni powinna się wynieść gdzie indziej. To to, co na czerwono jak jarzeniówka stroboskopowa daje tu po lewej po oczach? Nie inaczej. Na alkohol umierają? Nie inaczej. Po co tam akurat, jak z francuska tłumaczy Iwonek na nasze?
Może, bo graniczy z Francją i nieumiejętnie przenieśli zwyczaj jednej szklaneczki do obiadu? Robiąc z niej szklanę, by znów zacytować Iwonka? A może, bo jednak lebelż gorzej znosi tę szklankę? Bo nie jest Francuzem z genów? Jedno pewne, i to niezależnie od gry w kolory: pewne są dwie rzeczy - podatki i śmierć, jak to dziś u Adriana zasłyszałam. A kiedy - zamiast pytać, lepiej rozsądnie do Flandrii zmykać!
Thursday, 18 June 2015
(305) ucho
Firma ucho oko. Ściany uszy mają. Do góry uszy dać można, nawet należy. To mi przychodzi na myśli w związku z uchem. Ale ręka? Nijak nie mogę połączyć. A w szpitalu w Brukseli umieli. Nie tylko połączyć, ale wyhodować. Jedno na drugim. W drugim? Hmm.
Tak, to wcale nie jest dziwne pytanie, co wyrosło na czym, kto pyta - nie błądzi. Podobno bynajmniej. Tak, owszem, widok to dziwny i niecodzienny, jak z drukarki czyde, 3D dużej, nowoczesnej, i można naprawdę nie potrafić sobie tego wyobrazić, bez wydruku z tej drukarki bynajmniej. Ucho na ręce czy ręka na uchu? Ja przynajmniej nie mogłam. I ja, to Ana. I ja - uaktywnia się Roman. I ja, a co, chce wiedzieć Iwonek.
A ucho na ręce ma pani, tłumaczy ostrożnie Ana. To śmieszne, rozpromienia się Iwonek i już leci dalej. A my oglądamy zdjęcia. Ucha na ręce, a jeszcze bardziej - w. Wewnątrz w sensie. Ręki, owszem. W milczeniu oglądamy, bo jak ten temat ugryźć?
No tak ugryźć, że chyba należy się cieszyć, że taki postęp medycyny, co? I do tego prawie że na dzielnicy, bo w szireku, Chirecu w pisowni, Ksenia, co to na Ikselu bodajże się mieści. Pionierska sprawa, z tego co widzę. Gdzieś tam w świecie próbowali, ale nie wyszło tak ładnie. A tu, pod nosem naszym, albo uchem właściwie - taki sukces!
Przyznać musicie, że wygląda to niecodziennie, co? z pewną taką nieśmiałością zwracam się do Martinów. Bo bo jak to: jest ręka. Jak moja, twoja, wasza. Od wewnątrz. I tam, gdzie normalnie masz zegarek - ta pani ma ucho. I nawet nie wiadomo, czy swoje.
Jak to nie swoje, oburza się Ana. Swoje własne. Nowe. Jeszcze nie w zwyczajowym miejscu ucha, ale podobno gotowe do działania. Z jej własnych tkanek wyhodowane. Ciało z ciała. Krew z krwi.
Ale co jej po tym uchu w ręce, chcę wiedzieć? Na razie nic. Teraz trzeba poczekać na przeszczep, czy się przyjmie itepe. Ta pacjentka ma raka skóry i widać jej stare ucho jest zaatakowane przez chorobę. Na razie nic dokładnie nie wiadomo, bo to tajemnica lekarska. Na prawdziwe efekty trzeba jeszcze poczekać.
Ale sukces jest. Światowy. Bruksela znów na językach świata.
Bo tu medycyna jest na bardzo wysokim poziomie. Nie tylko uszy na ręce, w ręce itede, ale i inwitro takie, przypomina; to zresztą też wewnątrz, skoro in, z angielska to, tłumaczenie gratis.
Ach, pod tym względem to Polska ze swoim mentalem może się schować.
Nie daje mi spokoju to ucho jednak, kręcę głową. Do czego to jeszcze dojdzie? Toż to się najstarszym mędrcom nie śniło. To prawda, ale to nie mędrcy są mądrością narodu, tylko naukowcy! Więc Ksenia od września na uniwersytet! Trzech pokoleń na początek, a potem Uelbe! Piersi do przodu, a uszy do góry!
Tak, to wcale nie jest dziwne pytanie, co wyrosło na czym, kto pyta - nie błądzi. Podobno bynajmniej. Tak, owszem, widok to dziwny i niecodzienny, jak z drukarki czyde, 3D dużej, nowoczesnej, i można naprawdę nie potrafić sobie tego wyobrazić, bez wydruku z tej drukarki bynajmniej. Ucho na ręce czy ręka na uchu? Ja przynajmniej nie mogłam. I ja, to Ana. I ja - uaktywnia się Roman. I ja, a co, chce wiedzieć Iwonek.
A ucho na ręce ma pani, tłumaczy ostrożnie Ana. To śmieszne, rozpromienia się Iwonek i już leci dalej. A my oglądamy zdjęcia. Ucha na ręce, a jeszcze bardziej - w. Wewnątrz w sensie. Ręki, owszem. W milczeniu oglądamy, bo jak ten temat ugryźć?
No tak ugryźć, że chyba należy się cieszyć, że taki postęp medycyny, co? I do tego prawie że na dzielnicy, bo w szireku, Chirecu w pisowni, Ksenia, co to na Ikselu bodajże się mieści. Pionierska sprawa, z tego co widzę. Gdzieś tam w świecie próbowali, ale nie wyszło tak ładnie. A tu, pod nosem naszym, albo uchem właściwie - taki sukces!
Przyznać musicie, że wygląda to niecodziennie, co? z pewną taką nieśmiałością zwracam się do Martinów. Bo bo jak to: jest ręka. Jak moja, twoja, wasza. Od wewnątrz. I tam, gdzie normalnie masz zegarek - ta pani ma ucho. I nawet nie wiadomo, czy swoje.
Jak to nie swoje, oburza się Ana. Swoje własne. Nowe. Jeszcze nie w zwyczajowym miejscu ucha, ale podobno gotowe do działania. Z jej własnych tkanek wyhodowane. Ciało z ciała. Krew z krwi.
Ale co jej po tym uchu w ręce, chcę wiedzieć? Na razie nic. Teraz trzeba poczekać na przeszczep, czy się przyjmie itepe. Ta pacjentka ma raka skóry i widać jej stare ucho jest zaatakowane przez chorobę. Na razie nic dokładnie nie wiadomo, bo to tajemnica lekarska. Na prawdziwe efekty trzeba jeszcze poczekać.
Ale sukces jest. Światowy. Bruksela znów na językach świata.
Bo tu medycyna jest na bardzo wysokim poziomie. Nie tylko uszy na ręce, w ręce itede, ale i inwitro takie, przypomina; to zresztą też wewnątrz, skoro in, z angielska to, tłumaczenie gratis.
Ach, pod tym względem to Polska ze swoim mentalem może się schować.
Nie daje mi spokoju to ucho jednak, kręcę głową. Do czego to jeszcze dojdzie? Toż to się najstarszym mędrcom nie śniło. To prawda, ale to nie mędrcy są mądrością narodu, tylko naukowcy! Więc Ksenia od września na uniwersytet! Trzech pokoleń na początek, a potem Uelbe! Piersi do przodu, a uszy do góry!
Wednesday, 17 June 2015
(304) pink
Mandarynka, mango, melon, porzeczka, brzoskwinia, okejek, jak mawia Iwonek. Stoi w delezie przed mną. Ale pomelo? Co to jest pomelo? Czy ktoś coś takiego widział w ogóle? Jadł, pił, łotewer? Jak to ugryźć? Zębem? Chyba jakoś pomylone to pomelo. Pomelone.
Nie no, a poważnie, to wchodzę do deleza z rana, tego, co już nie jest delezem ekspresem nawet, bo przejęli go jacyś tacy posługujący się dialektem z Azji, o czarnych , naoliwionych włosach, Ana Martin twierdzi, że z Hindi pochodzą albo tego stanu obok. Może. Produkty sprzedają typowe, belgijskie, gofry, czekolady kolorowe i takie tam, oraz dużo polskich, co na Sanżilu też akurat normalne. A w sezonie - rose. Z akcentem, co już nie tylko nie jest różą, różowym też nie, lecz raczej: zaróżowionym. Winem.
Na moje nieprzyzwyczajone oko wygląda toto jak lemoniada grejpfrutowa tudzież grejfrutowa z warzywniaka u nas w Łapach na rogu, ale skoro chcą, by to było wino, niech mają. Chcą chcą, wtrąca się znawca i koneser Roman. Wraz z początkiem lata w Belgii do ataku przystąpili producenci różowych win. Z francuska: rose właśnie.
Taki słodki, mdławy nawet kolorek ma. Jak dla dzieci. Ale niejeden właśnie, tylko całą gamę. Czego gamę? No różowości właśnie. Stąd te próbniki w delezie.
Mandarynka, mango, melon, porzeczka, brzoskwinia. To zrozumiałam i nawet sobie sama przetłumaczyłam z dialektu, tzn. mango i melona nawet nie musiałam tłumaczyć ani zmieniać pisowni na naszą, łacińską. Ale pomelo? Co to jest pomelo? pytam po raz kolejny. Czy ktoś coś takiego widział w ogóle? Chyba naprawdę jakieś pomylone to pomelo, że się powtórzę. I co ma wspólnego z winem.
Chodzi o o to, że rose nie sprzedaje się tak dobrze, jak białe i czerwone wino, tymczasem całe regiony we Francji się waśnie w nim wyspecjalizowały. Pomeliły się nieco, tak, i postawiły na złego konia? Niekoniecznie. W Belgii sprzedaż zaróżowionego wzrosła w zeszłym roku o 12%. Ale promować nadal trzeba. Stąd te atrakcyjne próbniki. By pokazać, że różowe może się różowić różnie. Od mandarynki do pomelo, a nawet zwykłego, dziewczyńskiego pinku.
A pomelo to nic innego niż nowoczesny owoc, Ksenia. Kolejny wymysł importowy, bo nie to, by jakaś nowa krzyżówka. Po prostu wyszukali ją na rynkach azjatyckich. Ci z deleza to nawet może z lat młodości ją znali, co? wtrącam. W hindi rośnie? W Indiach, jeśli już. Bo ja wiem. Pomarańcza olbrzymia zwie się w ojczyźnie polszczyźnie. Albo szadok. Hę?
Tak. Szadok. I do Polski pewnie też powoli dociera, więc wkrótce nam spowszednieje ten szadok. Jak wszystko z zachodu, choć tu akurat ze wschodu import.
Kolorek ładny, przyznaję. Zresztą wszystkie są ładne, te rose delezowskie. Takie dla dziewczyn. Pink, helołkiti i te klimaty.
I nawet niezłe są, skromnie dodaje Ana. Ta, co nie pija, uściślę.
I tanie, dodaje Roman. Bo to się głównie liczy w tym wzroście konsumpcji na Sanżilu. Lebelż lubi kupić wino do 3,5 ojro, a zaróżowione się pięknie w tę cenę wpisują. No i pinknie.
Nie no, a poważnie, to wchodzę do deleza z rana, tego, co już nie jest delezem ekspresem nawet, bo przejęli go jacyś tacy posługujący się dialektem z Azji, o czarnych , naoliwionych włosach, Ana Martin twierdzi, że z Hindi pochodzą albo tego stanu obok. Może. Produkty sprzedają typowe, belgijskie, gofry, czekolady kolorowe i takie tam, oraz dużo polskich, co na Sanżilu też akurat normalne. A w sezonie - rose. Z akcentem, co już nie tylko nie jest różą, różowym też nie, lecz raczej: zaróżowionym. Winem.
Na moje nieprzyzwyczajone oko wygląda toto jak lemoniada grejpfrutowa tudzież grejfrutowa z warzywniaka u nas w Łapach na rogu, ale skoro chcą, by to było wino, niech mają. Chcą chcą, wtrąca się znawca i koneser Roman. Wraz z początkiem lata w Belgii do ataku przystąpili producenci różowych win. Z francuska: rose właśnie.
Taki słodki, mdławy nawet kolorek ma. Jak dla dzieci. Ale niejeden właśnie, tylko całą gamę. Czego gamę? No różowości właśnie. Stąd te próbniki w delezie.
Mandarynka, mango, melon, porzeczka, brzoskwinia. To zrozumiałam i nawet sobie sama przetłumaczyłam z dialektu, tzn. mango i melona nawet nie musiałam tłumaczyć ani zmieniać pisowni na naszą, łacińską. Ale pomelo? Co to jest pomelo? pytam po raz kolejny. Czy ktoś coś takiego widział w ogóle? Chyba naprawdę jakieś pomylone to pomelo, że się powtórzę. I co ma wspólnego z winem.
Chodzi o o to, że rose nie sprzedaje się tak dobrze, jak białe i czerwone wino, tymczasem całe regiony we Francji się waśnie w nim wyspecjalizowały. Pomeliły się nieco, tak, i postawiły na złego konia? Niekoniecznie. W Belgii sprzedaż zaróżowionego wzrosła w zeszłym roku o 12%. Ale promować nadal trzeba. Stąd te atrakcyjne próbniki. By pokazać, że różowe może się różowić różnie. Od mandarynki do pomelo, a nawet zwykłego, dziewczyńskiego pinku.
A pomelo to nic innego niż nowoczesny owoc, Ksenia. Kolejny wymysł importowy, bo nie to, by jakaś nowa krzyżówka. Po prostu wyszukali ją na rynkach azjatyckich. Ci z deleza to nawet może z lat młodości ją znali, co? wtrącam. W hindi rośnie? W Indiach, jeśli już. Bo ja wiem. Pomarańcza olbrzymia zwie się w ojczyźnie polszczyźnie. Albo szadok. Hę?
Tak. Szadok. I do Polski pewnie też powoli dociera, więc wkrótce nam spowszednieje ten szadok. Jak wszystko z zachodu, choć tu akurat ze wschodu import.
Kolorek ładny, przyznaję. Zresztą wszystkie są ładne, te rose delezowskie. Takie dla dziewczyn. Pink, helołkiti i te klimaty.
I nawet niezłe są, skromnie dodaje Ana. Ta, co nie pija, uściślę.
I tanie, dodaje Roman. Bo to się głównie liczy w tym wzroście konsumpcji na Sanżilu. Lebelż lubi kupić wino do 3,5 ojro, a zaróżowione się pięknie w tę cenę wpisują. No i pinknie.
Tuesday, 16 June 2015
(303) hotel zwany halalem
Mimo że lato i czas na opaleniznę w pełni, padł na mnie blady strach. Podobno w ostatnim miesiącu, a może wręcz tygodniu, jadłam coś halal. Nie tylko ja. Nie tylko Ana Martin czy Roman i przyległości. Może nawet wszyscy Polacy z Sanżila i okoliczności. Wiem - straszna prawda oczy kole.
Skąd takie podejrzenia, Ksenia, dopytuje Ana Martin znad kolacji, pewnie też halal. Zerkam kątem oka, na oko - normalna. Katolicka zupełnie, po prostu chrześcijańska jak przedmurze. Ale wszystko, co jem, wydawało się mi dotąd normalne. W tym polskie swojskie, szczególnie jak se na boku kupowałam coś w rarytasie, mieszku lub u Pawła. No i pokarało mnie, pewnikiem za to kupowanie na boku.
Było jeść belgijskie, żartobliwie grozi palcem Roman. Belgijskie? wydymam pogardliwie usta; belgijskim chcesz nas skarmiać? jak wieprze jakieś? w Belgii to już niedługo nic oprócz halalu nie uświadczysz, o , proszę, tu mam dane i dowody, wskazuję palcem podenerwowana.
Czy ja się dowiem, o co chodzi? chce się dowiedzieć Ana znad kolacji nieskończonej nadal, być może to halal jej stanął kością niezgody w gardle lub się jej halalem odbija. Niech jej będzie: chodzi o to, że w czasach kryzysu w Belgii jak szalony rośnie rynek produkcji halal. Wszelkiej maści, mydła i powidła. A my to kupujemy i konsumpcjonujemy. Ot cały sekret. I strach.
Konsumujemy chyba, poprawia Ana. No dobrze, ale co w tym okropnego? Noooo, takie pytanie to może tylko Ana postawić. A Koran to nie łaska? Z bożej łaski, co najwyżej, ale Koranu w halalu nie ma, śmieje się Roman. Halal oznacza, że coś musi być wykonane zgodnie z normami zaczerpniętymi z Koranu. Podobno, bo jest wiele oszustw. I tyle. W smaku i wyglądzie żadnej różnicy.
Tak mówisz, bo się już tak wynarodowiłeś, że nawet halalu od zwykłego kotleta nie odróżniasz, docinam mu. Zresztą nie tylko o kotlet chodzi! Patrz - nasi lebelż szyją na gwałtu rety stosy ubrań halal, a znalazł się nawet taki jeden, co robi waciki dentystyczne halal.
O, to faktycznie ciekawe, nie sądziłam, że o takim waciku wiedziano już wieki temu, ale Koranu nie czytałam, więc kłócić się nie będę, przystaje ugodowo Ana. A tak na marginesie, w czym Belgowie są najmocniejsi?
Tego to nie wiem, cytuje Roman znad tabeli, ale widzę za to, że ulepszają, ile mogą, w tym swoje belgijskie światowe wynalazki. Mają dla kogo - w kraju naliczono 750 tysięcy muzułmanów. I chcą, tego co swojskie, tyle że w wersji halal. Np. gofry, sosy, a nawet kuberdony, które zamiast pokrywać żelatyną z wieprza - dla halalu pokrywane są żelatyną z ryby. I tak dalej, itepe, długo by wymieniać. Udział w rynku światowym szacuje się na miliard dolarów.
To dużo czy mało, chcemy wiedzieć wspólnie, my, damy halo, lecz niehalal. Mało, bo rynek globalny to nawet 800 miliardów, ale jako że produkcja rośnie, to kto wie, za kilka lat Belgia może stać się halalową potęgą.
Jezusie Maryjo, mam nadzieję, że tego nie dożyję, a matuś to już na pewno! Serce by jej pękło, co ja tu wyrabiam. I zajadam. I ubieram, i co mi dentysta do buzi wsadza. Już na pewno by nigdy nie przyjechała. Tym bardziej, że u mnie w pokoiku miejsca mało, a w czasach halal do hotelu to już w ogóle lepiej nie uderzać. Bo co?
Bo też można trafić na halal. Dosłownie to prawda. No co ty, śmieje się Ana.
Ksenia ma rację, w Brukseli ma wkrótce powstać hotel halal. Hotel zwany halalem? Hotelalem chyba, krzywię się. Do czego to doszło, ranyyy?
Hotelal, fajne, entuzjazmowuje się czy jak to się zwie, Ana. To ci dopiero halo na nowy rok szkolny. Piękne wyczucie pieniądza i turysty, chwali jeszcze na koniec w zadumie, przeżuwając ostatni kąsek pewnie halalowego hamburgera. I pomyśleć, że już mój dawno w żołądku. I jak to z taką wiedzą przetrawić?
Skąd takie podejrzenia, Ksenia, dopytuje Ana Martin znad kolacji, pewnie też halal. Zerkam kątem oka, na oko - normalna. Katolicka zupełnie, po prostu chrześcijańska jak przedmurze. Ale wszystko, co jem, wydawało się mi dotąd normalne. W tym polskie swojskie, szczególnie jak se na boku kupowałam coś w rarytasie, mieszku lub u Pawła. No i pokarało mnie, pewnikiem za to kupowanie na boku.
Było jeść belgijskie, żartobliwie grozi palcem Roman. Belgijskie? wydymam pogardliwie usta; belgijskim chcesz nas skarmiać? jak wieprze jakieś? w Belgii to już niedługo nic oprócz halalu nie uświadczysz, o , proszę, tu mam dane i dowody, wskazuję palcem podenerwowana.
Czy ja się dowiem, o co chodzi? chce się dowiedzieć Ana znad kolacji nieskończonej nadal, być może to halal jej stanął kością niezgody w gardle lub się jej halalem odbija. Niech jej będzie: chodzi o to, że w czasach kryzysu w Belgii jak szalony rośnie rynek produkcji halal. Wszelkiej maści, mydła i powidła. A my to kupujemy i konsumpcjonujemy. Ot cały sekret. I strach.
Konsumujemy chyba, poprawia Ana. No dobrze, ale co w tym okropnego? Noooo, takie pytanie to może tylko Ana postawić. A Koran to nie łaska? Z bożej łaski, co najwyżej, ale Koranu w halalu nie ma, śmieje się Roman. Halal oznacza, że coś musi być wykonane zgodnie z normami zaczerpniętymi z Koranu. Podobno, bo jest wiele oszustw. I tyle. W smaku i wyglądzie żadnej różnicy.
Tak mówisz, bo się już tak wynarodowiłeś, że nawet halalu od zwykłego kotleta nie odróżniasz, docinam mu. Zresztą nie tylko o kotlet chodzi! Patrz - nasi lebelż szyją na gwałtu rety stosy ubrań halal, a znalazł się nawet taki jeden, co robi waciki dentystyczne halal.
O, to faktycznie ciekawe, nie sądziłam, że o takim waciku wiedziano już wieki temu, ale Koranu nie czytałam, więc kłócić się nie będę, przystaje ugodowo Ana. A tak na marginesie, w czym Belgowie są najmocniejsi?
Tego to nie wiem, cytuje Roman znad tabeli, ale widzę za to, że ulepszają, ile mogą, w tym swoje belgijskie światowe wynalazki. Mają dla kogo - w kraju naliczono 750 tysięcy muzułmanów. I chcą, tego co swojskie, tyle że w wersji halal. Np. gofry, sosy, a nawet kuberdony, które zamiast pokrywać żelatyną z wieprza - dla halalu pokrywane są żelatyną z ryby. I tak dalej, itepe, długo by wymieniać. Udział w rynku światowym szacuje się na miliard dolarów.
To dużo czy mało, chcemy wiedzieć wspólnie, my, damy halo, lecz niehalal. Mało, bo rynek globalny to nawet 800 miliardów, ale jako że produkcja rośnie, to kto wie, za kilka lat Belgia może stać się halalową potęgą.
Jezusie Maryjo, mam nadzieję, że tego nie dożyję, a matuś to już na pewno! Serce by jej pękło, co ja tu wyrabiam. I zajadam. I ubieram, i co mi dentysta do buzi wsadza. Już na pewno by nigdy nie przyjechała. Tym bardziej, że u mnie w pokoiku miejsca mało, a w czasach halal do hotelu to już w ogóle lepiej nie uderzać. Bo co?
Bo też można trafić na halal. Dosłownie to prawda. No co ty, śmieje się Ana.
Ksenia ma rację, w Brukseli ma wkrótce powstać hotel halal. Hotel zwany halalem? Hotelalem chyba, krzywię się. Do czego to doszło, ranyyy?
Hotelal, fajne, entuzjazmowuje się czy jak to się zwie, Ana. To ci dopiero halo na nowy rok szkolny. Piękne wyczucie pieniądza i turysty, chwali jeszcze na koniec w zadumie, przeżuwając ostatni kąsek pewnie halalowego hamburgera. I pomyśleć, że już mój dawno w żołądku. I jak to z taką wiedzą przetrawić?
Subscribe to:
Posts (Atom)