Podobno w czasach jowów i innych pytań z tego tam referafa coś, co się niby odbyło w Polsce ABC, a nic nie dało, tylko zabrało pieniądze na 5500 emi-imigrantów, podobno wtedy kobiety miały zasiadać na traktorach. Kobiety na traktory czy jakoś tak. A co z traktorzystami facetami, pytam równościowo? Czy to nie byłaby akcja konfirmacyjna czy jak to nazwać w drugą stronę?
Afirmacyjna Ksenia, afirmacyjna, poprawia mnie Ana Martin. I nie stałoby się nic złego, bo jak sama widzisz, ruch na ef ma jeszcze wiele do zrobienia. Między innymi doprowadzić nie do kobiet na traktorach, bo tymi mogą sobie już od dawna jeździć, ile dusza zapragnie, tylko do zasiadania kobiet na komisji. Może wtedy zaprowadzą tam jakiś porządek.
Proszę, a ja myślałam, że tam spokój, dziwię się. W myśl powiedzenia: wsi spokojna, wsi wesoła, polskiego poety chyba nawet wręcz. Oj, wieś niespokojna ostatnio bardzo, coraz bardziej, prostuje Roman. Co to się działo w poniedziałek pod moimi oknami - ciężko to opisać słowami. Bitwa normalnie.
To wtedy, co na nogach do metra człapałeś? Bo jechać nie można było. Bitwa na kogo? Na policję i rolników oraz traktory, objaśnia Ana. 7 tysięcy rolników podobno i 1400 traktorów. Z drugiej strony - armia policji, nawet z Holandii pościągali posiłki. Wynik: połamane szyldy, drzewa, spalona przyczepa, race, lejąca się woda...panie, to było dopiero.
I co, kto wygrał?
Nikt. Komisja nie, bo lud coraz bardziej uważa, że nie stoi po stronie obywateli, tylko interesów jakichś wielkich przedsiębiorstw. Związki rolników nie, bo nic nie mają na piśmie, oprócz ewentualnych pięknych słów, ale i to tylko w nie najważniejszych punktach. To kto coś ma?
Zdziwicie się, jak wam powiem, zadaje zagadkę Roman. No szybko, pora spać, niecierpliwi się Ana. Otóż drogówka. Kto? Policja drogowa. A co oni mieli do wygrania? To, co zawsze - mandaty. I dozgonną nienawiść kierujących, dodaje Ana. Tylko za co?
Ana, dobrze myślisz. Kierujących traktorami. Bo zamiast jechać drogami pobocznymi, wielu z nich ruszyło na Bruksenię autostradą. Co spowodowało nie tylko katastrofę komunikacyjną, ale i niebezpieczne sytuacje dla tych, co sobie nie zdawali sprawy, że z przodu coś tam blokuje i warto zwolnić.
Tak nie wolno! powiedziałby Iwonek i chyba trzeba mu przyznać rację. W końcu autostradą mogli jechać też inni rolnicy, tylko że autem, bo przecież traktorem by z Polski B z rok jechali. A tak może się spóźnili. Na darmo jechali. A fe. Nieładnie. Niekoleżeńsko.
Teraz belgijska drogówka bierze się do roboty. Już namierzyli pierwszych traktorzystów i szykują się do wysyłania pism. Będzie koleja bitwa, czuję nosem. Chyba że ten tam prezydent, zamiast zwoływać rafarefe, ułaskawi ich grupowo, ewentualnie dając krótki zakaz jazdy. I tak to kobiety trafią na traktory. Okrężną drogą - bo nie poboczną - ale zawsze coś.
Thursday, 10 September 2015
Wednesday, 9 September 2015
(320) 43 odcienie greja
Ledwo rok temu nauczyłam się, że wraz z dojrzewającymi kasztanami zaczyna się kresz, la creche z akcentem z drugą stronę zresztą, w zeszłym tygodniu dowiaduję się o iwencie la rentree. W sumie mogłam się na nie przygotować; w końcu ledwo zaczęły się les vacances bez akcentu, już wsklepach już pojawiły się zestawy dla pierwszaków przedszkolaków i szkolniaków. Kredki farby i takie tam. Nie było szans nie zauważyć no i swojego dzieciaka w to wszystko nie wyposażyć, co głównie mu lub jej zbędne, ale czasami jednak i potrzebne.
Na pewno nie potrzebna im wiedza seksistowska, ogłasza nagle Ana. Co? Wybałuszam oczy. Jaki seks? Seks w szkole? A fe! toż to gorsze niż dżender. Ksenia, to dżender właśnie, tłumaczy Ana. Dla odmiany nie polski, tylko belgijski. W podręcznikach. W liczbie 43.
Seksów? Grejów? Nie, co ty. 43 - tyle to tytułów objęło badanie podręczników pod kątem równości płci, tłumaczy na trochę bardzie zrozumiały język Ana Martin, dla mnie i Romana, bo choć on płciowo nieco bardziej zaawansowany niż ja, to jednak do poziomu Any mu nieco brakuje, ale komu nie brakuje; tu akurat nie ma się czym martwić, bo nikt Anie do pięt w tym względzie i aspekcie greja nie dorasta. Ale wracając do puntu głównego: okazuje się, że jeśli chodzi o nierówność płci, Belgia niedaleko od Polski. Wiedziałam, że niedaleko pada jabłko od jabłoni! Od greja, że tak polecę literaturą.
Straszne to, ciągnie Ana, że nawet na tym mimo wszystko bardziej równościowym zachodzie, że nawet tu dziewczynki i chłopcy na kartach książek wsadzani są w tradycyjne role. Dziewczynki pomagają mamom w kuchni, chłopcy wesoło majsterkują z tatami, po czym są wzywani na przygotowany przez damską część rodziny obiad. Potem oni idą na rower, a one wracają do kuchni pozmywać.
A inaczej jest? pytam. Nawet ty Ana idziesz do kuchni.
Idę, bo chcę, unosi Ana. Kto lepiej posprząta po mojemu niż ja sama, pytam się no? Ale przypominam ci, że za mną leci Iwonek, za którym stara się nadążyć, pełzając, Groszek. Po czym wszyscy mi pomagają, każdy pod swojemu. Roman w tym czasie robi prace ciężkie, bo większy, a ty ogarniasz resztę. To nie jest dyskryminacja, tylko współpraca na różnych płaszczyznach; role można by odwrócić, gdybyśmy koniecznie chcieli, ale ja prac ciężkich Romana wykonywać przykładowo nie chcę. Stąd ja w kuchni, a on - w garażu. Jak u greja, łańcuchy też tam wiszą, tyle że od motoru.
Ach ten grej. Co zrobić, by rządził jego kobiecy odcień? W Polsce były i nadal są chyba podobno nieśmiałe próby wprowadzenia równościowego przedszkola, a tu w lalibr piszą, że i w Belgii zdali sobie sprawę z konieczności zmian. Szkoda tylko, że na rezultaty trzeba czekać, co najmniej jedno pokolenie na moje równościowe oko. Ale dobrze, że przynajmniej o tym piszą w godzinie la rentree. Małymi krokami dojdziemy do równości, a więc ruszajmy do roboty, każdy do swojej!
Na pewno nie potrzebna im wiedza seksistowska, ogłasza nagle Ana. Co? Wybałuszam oczy. Jaki seks? Seks w szkole? A fe! toż to gorsze niż dżender. Ksenia, to dżender właśnie, tłumaczy Ana. Dla odmiany nie polski, tylko belgijski. W podręcznikach. W liczbie 43.
Seksów? Grejów? Nie, co ty. 43 - tyle to tytułów objęło badanie podręczników pod kątem równości płci, tłumaczy na trochę bardzie zrozumiały język Ana Martin, dla mnie i Romana, bo choć on płciowo nieco bardziej zaawansowany niż ja, to jednak do poziomu Any mu nieco brakuje, ale komu nie brakuje; tu akurat nie ma się czym martwić, bo nikt Anie do pięt w tym względzie i aspekcie greja nie dorasta. Ale wracając do puntu głównego: okazuje się, że jeśli chodzi o nierówność płci, Belgia niedaleko od Polski. Wiedziałam, że niedaleko pada jabłko od jabłoni! Od greja, że tak polecę literaturą.
Straszne to, ciągnie Ana, że nawet na tym mimo wszystko bardziej równościowym zachodzie, że nawet tu dziewczynki i chłopcy na kartach książek wsadzani są w tradycyjne role. Dziewczynki pomagają mamom w kuchni, chłopcy wesoło majsterkują z tatami, po czym są wzywani na przygotowany przez damską część rodziny obiad. Potem oni idą na rower, a one wracają do kuchni pozmywać.
A inaczej jest? pytam. Nawet ty Ana idziesz do kuchni.
Idę, bo chcę, unosi Ana. Kto lepiej posprząta po mojemu niż ja sama, pytam się no? Ale przypominam ci, że za mną leci Iwonek, za którym stara się nadążyć, pełzając, Groszek. Po czym wszyscy mi pomagają, każdy pod swojemu. Roman w tym czasie robi prace ciężkie, bo większy, a ty ogarniasz resztę. To nie jest dyskryminacja, tylko współpraca na różnych płaszczyznach; role można by odwrócić, gdybyśmy koniecznie chcieli, ale ja prac ciężkich Romana wykonywać przykładowo nie chcę. Stąd ja w kuchni, a on - w garażu. Jak u greja, łańcuchy też tam wiszą, tyle że od motoru.
Ach ten grej. Co zrobić, by rządził jego kobiecy odcień? W Polsce były i nadal są chyba podobno nieśmiałe próby wprowadzenia równościowego przedszkola, a tu w lalibr piszą, że i w Belgii zdali sobie sprawę z konieczności zmian. Szkoda tylko, że na rezultaty trzeba czekać, co najmniej jedno pokolenie na moje równościowe oko. Ale dobrze, że przynajmniej o tym piszą w godzinie la rentree. Małymi krokami dojdziemy do równości, a więc ruszajmy do roboty, każdy do swojej!
Tuesday, 8 September 2015
(319) la rentree
Dorwała nas la rentree, z akcentem oczywiście, dwa e sama z siebie wstawiłam. Czyli na polski chłopski rozum: początek roku szkolnego. W skrócie myślowym: 1 września.
Ale okazuje się, że w Belgii nie dla wszystkich! I mam tu na myśli nie tych, co nie muszą lub nie chcą, ale także tych, co chcą, a nie mogą. Uczniów, znaczy się. Co aż się palą i wyrywają, by spełnić obowiązaek szkolny, a tymczasem nie mogą, bo zabrakło dla nich miejsca. Jest ich 152.
Pozwolę sobie przytoczyć poziomy regionalne, bo nie od dziś wiadomo, że regiony to hoho, albo i więcej znaczą. A więc: 2 dzieci poszukuje miejsca w szkole u barbantów trabantów, 13 u walonków, a największy tłok tradycyjnie u bram Brukseni: tu bez ładu i składu pęta się pomiędzy szkołami 137 dzieci.
Sprawdźmy matematycznie, jak przystało we wrześniu: 2+13+137=152. Zgadza się. Tylu mamy bezszkolnych.
Albo i mieliśmy, bo to był stan na 1 września. Dziś, jak sądzę, bezszkolni już gdzieś uczęszczają, tak każe konsystencja, przypomina Roman. Konstytucja, Ksenia. Niech będzie. Ona tak każe w każdym razie, i to nie tylko w Belgii, ale i w Polsce, przypomina Ana. Od 6. roku życia wszyscy do szkoły. O polskim problemie z szóstką tą nawet nie będę pisać, od czego są referenda i politycy.
A nie, jeszcze niekoniecznie chodzą. Władze mają czas do 20 września. Pożyjemy, zobaczymy, jak zwykle.
Mam tylko nadzieję, że te dzieciaki, co chciały być u trabantów, nie są u walonów, albo - co gorsza- u na s na Sanżilu. I wicewersa - że małe sanżilaki nie muszą od 5 rano jechać do szkoły powiedzmy w Ostendzie. Trochę daleko, długo, no i niespecjalnie punktualnie, jeśli pociągiem. Wiem, bo jechałam. Nad morze, więc bez widma zamkniętych drzwi. Głupio by było jechać z Sanżila do Ostendy, jakby się okazało, że nie da się wejść do tej upragnionej szkoły, co mamo, niefajnie, jakby powiedział Iwonek.
Głupio bardzo, zdają sobie także sprawę belgijskie głowy i kiwają, że trzeba coś z tym zrobić. By sytuacja się nie powtórzyła, a ryzyko duże, bo dzieci coraz więcej plus emu emi imigranci.
W Belgii to coś oznacza dekret. Królewski, tak, takie samo słowo, jak w Polsce określenie sera. A co, nie wolno?
Tylko kiedy on będzie? MEN rozkłada ręce. Zupełnie jak polski w sprawie 6-latków. Nie da się. Niczego ich w tej szkole nie nauczyli widać.
Ale okazuje się, że w Belgii nie dla wszystkich! I mam tu na myśli nie tych, co nie muszą lub nie chcą, ale także tych, co chcą, a nie mogą. Uczniów, znaczy się. Co aż się palą i wyrywają, by spełnić obowiązaek szkolny, a tymczasem nie mogą, bo zabrakło dla nich miejsca. Jest ich 152.
Pozwolę sobie przytoczyć poziomy regionalne, bo nie od dziś wiadomo, że regiony to hoho, albo i więcej znaczą. A więc: 2 dzieci poszukuje miejsca w szkole u barbantów trabantów, 13 u walonków, a największy tłok tradycyjnie u bram Brukseni: tu bez ładu i składu pęta się pomiędzy szkołami 137 dzieci.
Sprawdźmy matematycznie, jak przystało we wrześniu: 2+13+137=152. Zgadza się. Tylu mamy bezszkolnych.
Albo i mieliśmy, bo to był stan na 1 września. Dziś, jak sądzę, bezszkolni już gdzieś uczęszczają, tak każe konsystencja, przypomina Roman. Konstytucja, Ksenia. Niech będzie. Ona tak każe w każdym razie, i to nie tylko w Belgii, ale i w Polsce, przypomina Ana. Od 6. roku życia wszyscy do szkoły. O polskim problemie z szóstką tą nawet nie będę pisać, od czego są referenda i politycy.
A nie, jeszcze niekoniecznie chodzą. Władze mają czas do 20 września. Pożyjemy, zobaczymy, jak zwykle.
Mam tylko nadzieję, że te dzieciaki, co chciały być u trabantów, nie są u walonów, albo - co gorsza- u na s na Sanżilu. I wicewersa - że małe sanżilaki nie muszą od 5 rano jechać do szkoły powiedzmy w Ostendzie. Trochę daleko, długo, no i niespecjalnie punktualnie, jeśli pociągiem. Wiem, bo jechałam. Nad morze, więc bez widma zamkniętych drzwi. Głupio by było jechać z Sanżila do Ostendy, jakby się okazało, że nie da się wejść do tej upragnionej szkoły, co mamo, niefajnie, jakby powiedział Iwonek.
Głupio bardzo, zdają sobie także sprawę belgijskie głowy i kiwają, że trzeba coś z tym zrobić. By sytuacja się nie powtórzyła, a ryzyko duże, bo dzieci coraz więcej plus emu emi imigranci.
W Belgii to coś oznacza dekret. Królewski, tak, takie samo słowo, jak w Polsce określenie sera. A co, nie wolno?
Tylko kiedy on będzie? MEN rozkłada ręce. Zupełnie jak polski w sprawie 6-latków. Nie da się. Niczego ich w tej szkole nie nauczyli widać.
Monday, 7 September 2015
(318) metropol
Nie robię na komisji, jak Roman, ani w sądach, jak też Roman, ale na moje oko to naprawdę rzadkość, by hotel szedł do sądu. Do tego w metropolii o nazwie metropol i pod którym to i która zresztą też przejeżdża metro. Nie pol, bo nie polskie, tyle zwykłego. To chyba nie może być przypadek?
Metropol w sądzie? zaśmiewa się Ana Martin. To faktycznie coś nowego. Cha cha. Chyba redaktorom też się spodobał koncept, bo artykulik w lesoirze właśnie taki lekki, kpiący.
Skąd się wzięła ta akcja w ogóle, dopytuje komisyjny Roman. Ze zmian w centrum Brukseli, naszej metropolii, jak słusznie zauważyła Ksenia. Właśnie, wydymam wargi. Czy to tylko ja na caluteńkim Sanżilu pamiętam, że środek miasta zamknięty? Metropolii w sensie? Jezusie, jak tak dalej pójdzie, to Martinowie całkiem się zapuszczą i zdziczeją intelektualnie na tej wsi naszej. Już nic tylko ten Sanżil i Sanżil na usta im się ciśnie.
To ku pamięci: zamknęli ulicę. nawet nie ulicę, co bulwar, czyli też ulicę, jak twierdzi Ana Martin, ale o nazwie bulwar. Anspach lub Anspacha, zależy czy z belgijska czy po pol. W czerwcu już. Mi się zamysł całkiem całkiem podoba, są fajne drewniane schodki do siedzenia nie tylko z piwem, piaskownica, wyrysowane klasy, a co najważniejsze - trochę oddechu od aut, trąbienia, wystawania na pasach. Można by pomyśleć: superpomysł, żyć nie umierać. Niestety nie wszyscy tak myślą. Niektórzy wręcz boją się, że może i trochę umrą.
Może nie tyle umrą, co umrze w nich ruch. Takie troski ma właśnie hotel Metropol i za to podał metropolię do sądu. Mianowicie, że przez zmiany w komunikacji, czyli zamknięcie ulic dla aut, do hotelu ciężej się dostać, co zniechęca do noclegów potencjalnych klientów. Co z kolei oznacza powolną śmierć.
Ejże hola, a co to za bzdury? oburza się Ana. To już paniska panowie i panie klientela nie mogą podejść na szanownych nogach? Taka to straszliwa ujma na honorze bogacza, co to go lub ją stać na metropol poniekąd? Nie chce mi się słuchać podobnych bzdur!
Ana, spokojnie. Biznes to biznes i każdy dba o swoje, uspokaja ślubną Roman. Oczywista, że nowe rozwiązanie komunikacyjne jest niekorzystne dla hotelu. Muszą protestować.
Ale to nie oni protestują żadni, tylko hotel, prostuję. Tak tu napisali. Że to hotel się uda do sądu
Masz rację, rozpogadza się Ana. Dobrze, że prasa od razu podchwyciła temat i wyśmiewa sprawę.
Nie tylko prasa Ana, spokojnie. Wszyscy mają uciechę. Taki burmistrz przywołał hotel do porządku. Jego zdaniem, lepiej by było, jakby hotel zachował rozsądek.
Szczególnie w świetle odwołań, które hotel zdążył wnieść już dwa razy, podśmiewa się Roman po prawniczemu. Łatwo mu mówić, prawnik, to się zawsze wybroni, ale co mam powiedzieć ja, zwykła Ksenia?
Na wszelki wypadek będę miła dla czterech ścian. Bo jeżeli w starciu metropolia: metropol wygra hotel, zacznę się chyba bać własnego domu? Bardziej niż własnego cienia?
Thursday, 3 September 2015
(317) dżihad part 2
Gdzie ta bomba, pytają tu i ówdzie z prawa lewa, odpędzić się normalnie nie mogę. Litości! Tak jakbyście chcieli polecieć tym samolotem, co to nasza polska dżihadystka, jak ją zwiemy w naszym domu na Sanżilu, udała się do Turka.
Do Turka? Z Turkiem może, Ksenia, ale ona udała się do Turcji. Tak jak zresztą przewidziałem, triumfalnie rozgląda się wokół Roman. Od razu mówiłem, że trzeba jej szukać na listach pasażerów wakacyjnych wycieczek do Turcji.
Aha, bo na tym żem też wczoraj zakończyła moją relację. Mianowicie, gdy Eliza mówi, że ten to Turek chyba albo inny podobny z tamtej wiary, nie patrzy w ogóle na jej piersi, tylko na jej duszę, w związku z czym ona zmienia wiarę, świętuje ramamamadada czy co tam i rzuca pracę u Tei. Z dnia na dzień. Gdzie tam z dnia na dzień, Ksenia, z godziny na godzinę. Zaraz po wizycie Any rzuciła jak tylko Roman wpadł i skontrolował komisyjnym okiem, co to ona wynosi w tych ruskich siatach. Licho ją wie, bo my do dziś nie.
Podjechał Rumun furgonetką i tyle żeśmy ją widzieli, kwituje Ana.
Ale nie policja. Bo Ana doniosła. Koleżankom doniosła, że jest wojna. Na razie nie na bomby, ale kultur, nie wiem dlaczego to mówiła, ale tak wyszło, że to Iksel i Sanżil przeciwko innym w osobie Elizy. Albo Eliza przeciwko nam. Ona w przewadze, zauważa Roman, bo gotowa się bronić wszelkimi środkami, w tym zapewne bombą.
No ale przecież nic nie wybuchło w żadnym samolocie, dziwię się. Cieszmy się! przywouje mnie do porządku Roman. Eliza była w takim stanie ducha, że jakby ten inny, uduchowiony mężczyzna, kazał jej się wysadzić w powietrze, na pewno by się obwiązała, czym trzeba, by wylecieć w przestworza, prosto do ramadama raju. Na szczeście na razie widać nie jest gotowa.
Siedzi w ukryciu?
Chyba tak. W każdym razie po nakapowaniu Any, w Polsce A, skąd Eliza pochodzi, był nalot. Prawdziwy. Policyjny. Na dom matuś i ojców. I co znaleźli, dopytuję? Tajemnica państwowa, o to chodzi. Nic nie mogą zdradzić. Abewu cebeeś i takie tam, co w Polsce A szukały naszej Elizy Która ze swojej strony przepadła jak kamień w wodę.
Czyli co, nadal krąży po Ikselu, lub - co gorsza- po Sanżilu? Jak się to profesjonalnie mówi: czeka w uspieniu na sygnał? aż się mi zimno robi. Licho wie, Ksenia, licho wie naprawdę. Nikt nie wie, gdzie poszła, kto ją zwerbował, kiedy, po co. Obyśmy się nigdy nie dowiedzieli, rzuca przytomnie Ana.
No i mamy dżihad swój własny. A już myśleliśmy, że Polak nie potrafi. To Polkę wyslał.
Do Turka? Z Turkiem może, Ksenia, ale ona udała się do Turcji. Tak jak zresztą przewidziałem, triumfalnie rozgląda się wokół Roman. Od razu mówiłem, że trzeba jej szukać na listach pasażerów wakacyjnych wycieczek do Turcji.
Aha, bo na tym żem też wczoraj zakończyła moją relację. Mianowicie, gdy Eliza mówi, że ten to Turek chyba albo inny podobny z tamtej wiary, nie patrzy w ogóle na jej piersi, tylko na jej duszę, w związku z czym ona zmienia wiarę, świętuje ramamamadada czy co tam i rzuca pracę u Tei. Z dnia na dzień. Gdzie tam z dnia na dzień, Ksenia, z godziny na godzinę. Zaraz po wizycie Any rzuciła jak tylko Roman wpadł i skontrolował komisyjnym okiem, co to ona wynosi w tych ruskich siatach. Licho ją wie, bo my do dziś nie.
Podjechał Rumun furgonetką i tyle żeśmy ją widzieli, kwituje Ana.
Ale nie policja. Bo Ana doniosła. Koleżankom doniosła, że jest wojna. Na razie nie na bomby, ale kultur, nie wiem dlaczego to mówiła, ale tak wyszło, że to Iksel i Sanżil przeciwko innym w osobie Elizy. Albo Eliza przeciwko nam. Ona w przewadze, zauważa Roman, bo gotowa się bronić wszelkimi środkami, w tym zapewne bombą.
No ale przecież nic nie wybuchło w żadnym samolocie, dziwię się. Cieszmy się! przywouje mnie do porządku Roman. Eliza była w takim stanie ducha, że jakby ten inny, uduchowiony mężczyzna, kazał jej się wysadzić w powietrze, na pewno by się obwiązała, czym trzeba, by wylecieć w przestworza, prosto do ramadama raju. Na szczeście na razie widać nie jest gotowa.
Siedzi w ukryciu?
Chyba tak. W każdym razie po nakapowaniu Any, w Polsce A, skąd Eliza pochodzi, był nalot. Prawdziwy. Policyjny. Na dom matuś i ojców. I co znaleźli, dopytuję? Tajemnica państwowa, o to chodzi. Nic nie mogą zdradzić. Abewu cebeeś i takie tam, co w Polsce A szukały naszej Elizy Która ze swojej strony przepadła jak kamień w wodę.
Czyli co, nadal krąży po Ikselu, lub - co gorsza- po Sanżilu? Jak się to profesjonalnie mówi: czeka w uspieniu na sygnał? aż się mi zimno robi. Licho wie, Ksenia, licho wie naprawdę. Nikt nie wie, gdzie poszła, kto ją zwerbował, kiedy, po co. Obyśmy się nigdy nie dowiedzieli, rzuca przytomnie Ana.
No i mamy dżihad swój własny. A już myśleliśmy, że Polak nie potrafi. To Polkę wyslał.
Wednesday, 2 September 2015
(316) dżihad part 1
Ana Martin mówi, że jak to opiszę, to będzie bomba. Znaczy się, bomby spadającej na razie nie będzie, ale zobaczycie, tak jak ja zobaczyłam oczyma Any, a własnymi to duszy tylko, że może być ona bardzo blisko. Bomba, ta ona. Za pasem. Polskim. Polki.
Dobra, dziś będzie dalej o dżihadzie, com go to urwała ten temat, bo ile można o tych emi lub imi. Pora na konkrety, jak to z polskim dżihadem było, co to go chyba się bać trzeba. Albo nie, sama nie wiem. Oceńcie sami.
Siedzi sobie więc Ana na ławce, czyta, jak to ona w wolnej od Groszka chwili, telefon dzwoni, odbiera. Dzwoni Tea i donosi, że jest w tarapatach. Ana wzdycha w głębi ducha i myśli: dobra, popilnuję już tych dzieci, a na to Tea: wiesz, nie mam niani, bo niania przeszła na islam. I zamaist się opiekować trójką - modli się.
Ana pyta: jak to, Eliza? ta, co plackiem w kościele? znaczy się, katolickim, polskim najlepiej? Tea, że tak, ta sama, i nie dość że przeszła, to zaczęła świętować ramadamamam, co to wtedy w czerwcu był nastał, nie je całymi dniami, za to nocami miksuje u siebie na pięterku jakieś pokarmy, z czego wniosek, że z kuchni wszystko wyniosła i wniosła była na pięterko owe.
I że w chuście gania do meczetu dzień i noc, porządnie, kilka razy na dobę, jak trzeba.Tea błagalnie: Ana, przybądź, porozmawiaj z nią, ona chyba niespełna rozumu!
Co akurat dla Any, nieskromnie mającej się za przenikliwą (dość, nie przesadzaj Ksenia, wtrąca ona nieskromnie znów) niczym specjalnie nowym nie było, bo już dawno była zdiagnozowała Elizę jako co najmniej dziwaczkę. Roman diagnozę zatwierdził i kazał się trzymać z daleka. Wcale nie kaczkę, dodam od siebie, lecz taką trochę domową terrorystkę. Ekonomkę z batem, dookreśla Roman. Podobno zaczerpnął to z historii.
Ana pognała wózkowo co tchu z Grochem, podchodzi pod dom, widzi, że faktycznie coś na rzeczy, wkoło domu same siaty, te ruskie takie, wiecie, w pasy czerwono niebieskie, pakowne, wśród siat Eliza z rozwianym włosem i obłędem w oku, na schodku domu Tea z pękiem kluczy w dłoni (zamknęłam ją, by z tą szmatą wszędzie z dziećmi nie latała, cytowała ją potem Ana). Ana do Elizy, piękne imię, romantyczne, swoją drogą, to już Ksenia, ja, na marginesie dodaję: pani Elizo, a gdzie to pani się wybiera. Eliza: nie pani sprawa. Nie patrząc na nią w ogóle, tylko włosy palcami kręci.
Ana: podobno się pani wyprowadza, a przecież obiecała, że z panią Teą zostanie na długo.
Eliza: tak, ale poznałam mężczyznę i on jest inny niż wszyscy. Ana: ahaaaa...naprawdę? A co ma tak innego? Bo wie pani, pani Elizo - mrugając porozumiewawczo ala twojstyl/gala/tefałen - wie pani sama, jacy są faceci. Jednego dnia są, drugiego nie ma.
Eliza oburzona: skąd pani wie, ten jest inny niż wszyscy. Nie patrzy na moje piersi. Patrzy na moje wnętrze. Ja za nim teraz pojadę.
------------
Ale dokąd to już jutro, bo znów trzeba kąpać. Wykończy nas ta czystość. Dzieci w szkole mają być czyste pod karą grzywny, twierdzi Roman. Póki co, bo dżihad blisko, a tam kary ostrzejsze, straszy Ana.
Dobra, dziś będzie dalej o dżihadzie, com go to urwała ten temat, bo ile można o tych emi lub imi. Pora na konkrety, jak to z polskim dżihadem było, co to go chyba się bać trzeba. Albo nie, sama nie wiem. Oceńcie sami.
Siedzi sobie więc Ana na ławce, czyta, jak to ona w wolnej od Groszka chwili, telefon dzwoni, odbiera. Dzwoni Tea i donosi, że jest w tarapatach. Ana wzdycha w głębi ducha i myśli: dobra, popilnuję już tych dzieci, a na to Tea: wiesz, nie mam niani, bo niania przeszła na islam. I zamaist się opiekować trójką - modli się.
Ana pyta: jak to, Eliza? ta, co plackiem w kościele? znaczy się, katolickim, polskim najlepiej? Tea, że tak, ta sama, i nie dość że przeszła, to zaczęła świętować ramadamamam, co to wtedy w czerwcu był nastał, nie je całymi dniami, za to nocami miksuje u siebie na pięterku jakieś pokarmy, z czego wniosek, że z kuchni wszystko wyniosła i wniosła była na pięterko owe.
I że w chuście gania do meczetu dzień i noc, porządnie, kilka razy na dobę, jak trzeba.Tea błagalnie: Ana, przybądź, porozmawiaj z nią, ona chyba niespełna rozumu!
Co akurat dla Any, nieskromnie mającej się za przenikliwą (dość, nie przesadzaj Ksenia, wtrąca ona nieskromnie znów) niczym specjalnie nowym nie było, bo już dawno była zdiagnozowała Elizę jako co najmniej dziwaczkę. Roman diagnozę zatwierdził i kazał się trzymać z daleka. Wcale nie kaczkę, dodam od siebie, lecz taką trochę domową terrorystkę. Ekonomkę z batem, dookreśla Roman. Podobno zaczerpnął to z historii.
Ana pognała wózkowo co tchu z Grochem, podchodzi pod dom, widzi, że faktycznie coś na rzeczy, wkoło domu same siaty, te ruskie takie, wiecie, w pasy czerwono niebieskie, pakowne, wśród siat Eliza z rozwianym włosem i obłędem w oku, na schodku domu Tea z pękiem kluczy w dłoni (zamknęłam ją, by z tą szmatą wszędzie z dziećmi nie latała, cytowała ją potem Ana). Ana do Elizy, piękne imię, romantyczne, swoją drogą, to już Ksenia, ja, na marginesie dodaję: pani Elizo, a gdzie to pani się wybiera. Eliza: nie pani sprawa. Nie patrząc na nią w ogóle, tylko włosy palcami kręci.
Ana: podobno się pani wyprowadza, a przecież obiecała, że z panią Teą zostanie na długo.
Eliza: tak, ale poznałam mężczyznę i on jest inny niż wszyscy. Ana: ahaaaa...naprawdę? A co ma tak innego? Bo wie pani, pani Elizo - mrugając porozumiewawczo ala twojstyl/gala/tefałen - wie pani sama, jacy są faceci. Jednego dnia są, drugiego nie ma.
Eliza oburzona: skąd pani wie, ten jest inny niż wszyscy. Nie patrzy na moje piersi. Patrzy na moje wnętrze. Ja za nim teraz pojadę.
------------
Ale dokąd to już jutro, bo znów trzeba kąpać. Wykończy nas ta czystość. Dzieci w szkole mają być czyste pod karą grzywny, twierdzi Roman. Póki co, bo dżihad blisko, a tam kary ostrzejsze, straszy Ana.
Tuesday, 1 September 2015
(315) emi - imi - emu - granci
Modny temat tej jesieni? Która na razie jeszcze jest latem, boć to wrzesień nastał z rana dopiero? Wraz ze szkołą? Podpowiem: e...e...e...emigranci? zgadują Martiny. Brawo Ana, brawo Roman. Nie brawo, obraża się Iwonek. I od razu pyta: co to jest emigranci? Dopowiadając od razu: dlaczego?
Dlatego Iwonku i inni, że o emi, imi albo wręcz po prostu migrantach ostatnio wszyscy mówią, wiedzą, a przede wszystkim na ich temat mądrzą się, a jest tego tyle, publikacji, że już naprawdę nikt nie pomyli emi z imi albo z emu, i że i ja wiem, że jest to temat, na jaki wypada mieć zdanie, zwłaszcza jeśli się chce być modną emi, imi lub migrantką tej jesieni, ewentualnie w wersji męskiej.
Najwięcej i najlepiej wiedzą oczywiście Polacy A i B, a to dlatego, że nagle okazało się, że Sanżil to samymi swoimi z dawien dawna stoi, że tu żadnego ani żadnej emi, imi lub emu nie uświadczysz, w tym już na pewno nie z Polski A lub B, a z Łap - to już najmniej lub co najmniej. Kto, my tu e, i lub migrowaliśmy? Ależ skąd, my tu tylko na chwilę, a tak naprawdę mieszkamy w Polsce. Gdzie też u siebie.
Okazało się także, że wszyscy ci swojscy z dawien dawna już zapomnieli, dlaczego się nawiewało z ojczyzny polszczyzny na Sanżil i okoliczności, i że dlatego teraz wypada nie lubić emi, imi lub emu. Że najmodniej nie chcieć, by emi, emu lub imi psuli nam dobry humor i dobrobyt swoim czarnym włosem, dziwnym językiem, inną wiarą, ki diabeł, kie licho, nie znam się na tych odłamach, no i chęcią osiedlenia się. Tu, u nas na Sanżilu, albo u nas w Polsce.
Słyszy się takie właśnie to i owo u Pawła za rogiem na dzielnicy Fore, słyszy na marży, pod kościołem na Sablonie i na placu zabaw pod więzieniem. Że my ich tu u siebie w Belgii nie chcemy. My Polacy, bo Belgowie to inna para kaloszy, mogą sobie ich tu gościć u siebie, skoro tacy bogaci, ale my Polacy ich tu u siebie na Sanżilu nie chcemy. W Polsce też ich nie chcemy, co to, nie wystarcza, że dwatysiącedwieście przybyło, bo ta premierka słabizna polityczna zezwoliła? Bo ta Niemka jej kazała, mówią. Aniela.
Dwatysiącedwieście katolików oczywiście, uściśla Ana. A niech tę Anielę.
No i gdzie ich pomieścić? Anieli jaśni W kościołach na pewno nikt ich nie przyjmie, kościoły w ojczyźnie polszczyźnie nie są od biedy ludzkiej, tylko od polityki. Dobrze, że wykształceni, podpowiada Roman, to może jak się taki jeden z drugim zagramaniczny lekarz przysłuży się za darmo enefzetowi, lecząc nawet poprawnie naszych, to go burmiszczu tego czy innego miasteczka łaskawie przyjmie w poczet mieszkańców, wniiskuję nieśmiało? Po wakacjach widzę, że w Łapach jest zresztą mnóstwo pustych domów, po tych co u siebie to już bardziej na Sanżilu niż na łapskiej ziemi, to może tam ich dać? że się ośmielę zaproponować znów, nie wiem, czy to modnie.
Ksenia, miejsca w Polsce nie brak, i na Sanżilu też nie. Brak za to miejsca w głowach na wyobrażenie sobie, że ktoś może emi lub imi nie dlatego, by nam zaszkodzić, lecz - bo u niego wojna. I że może trzeba pomóc. To coś strasznie smutnego, że Polacy tak przodują w nieprzyjmowaniu, choć kiedyś się zabijali, by ich przyjmowali w Hameryce i takich tam sanżilach. Co się dziwić, że Sanżil łapskiw polskim sklepie tak mówi, pamiętacie, co mówili w Krakowie na grilu?
Co? bo mnie nie było. W Łapach z matuś przed tiwi żeśmy komentowały to i owo, a ojce bez słowa wyłączali, jak tylko o emi lub imi zaczęli.
Ksenia, w Krakowie w ten sam deseń, co teraz w modzie jesiennej. Że rozumiemy, że im strasznie, ale my ich tu nie chcemy. Że mamy się czego bać, mianowicie ich. Nich? Że nie po to wolność była, by ją teraz zabierali. Oni i one. No i że poza tym katolicy katolikami, ale dżihad sprowadzą.
Jaki dżihad, pytam? Ten, co tu mieliśmy? Ten, co czeka na opisanie? Na przykład. To poczekaj, przypomnij jak to było?
To już jutro, bo Iwonek spać!
Dlatego Iwonku i inni, że o emi, imi albo wręcz po prostu migrantach ostatnio wszyscy mówią, wiedzą, a przede wszystkim na ich temat mądrzą się, a jest tego tyle, publikacji, że już naprawdę nikt nie pomyli emi z imi albo z emu, i że i ja wiem, że jest to temat, na jaki wypada mieć zdanie, zwłaszcza jeśli się chce być modną emi, imi lub migrantką tej jesieni, ewentualnie w wersji męskiej.
Najwięcej i najlepiej wiedzą oczywiście Polacy A i B, a to dlatego, że nagle okazało się, że Sanżil to samymi swoimi z dawien dawna stoi, że tu żadnego ani żadnej emi, imi lub emu nie uświadczysz, w tym już na pewno nie z Polski A lub B, a z Łap - to już najmniej lub co najmniej. Kto, my tu e, i lub migrowaliśmy? Ależ skąd, my tu tylko na chwilę, a tak naprawdę mieszkamy w Polsce. Gdzie też u siebie.
Okazało się także, że wszyscy ci swojscy z dawien dawna już zapomnieli, dlaczego się nawiewało z ojczyzny polszczyzny na Sanżil i okoliczności, i że dlatego teraz wypada nie lubić emi, imi lub emu. Że najmodniej nie chcieć, by emi, emu lub imi psuli nam dobry humor i dobrobyt swoim czarnym włosem, dziwnym językiem, inną wiarą, ki diabeł, kie licho, nie znam się na tych odłamach, no i chęcią osiedlenia się. Tu, u nas na Sanżilu, albo u nas w Polsce.
Słyszy się takie właśnie to i owo u Pawła za rogiem na dzielnicy Fore, słyszy na marży, pod kościołem na Sablonie i na placu zabaw pod więzieniem. Że my ich tu u siebie w Belgii nie chcemy. My Polacy, bo Belgowie to inna para kaloszy, mogą sobie ich tu gościć u siebie, skoro tacy bogaci, ale my Polacy ich tu u siebie na Sanżilu nie chcemy. W Polsce też ich nie chcemy, co to, nie wystarcza, że dwatysiącedwieście przybyło, bo ta premierka słabizna polityczna zezwoliła? Bo ta Niemka jej kazała, mówią. Aniela.
Dwatysiącedwieście katolików oczywiście, uściśla Ana. A niech tę Anielę.
No i gdzie ich pomieścić? Anieli jaśni W kościołach na pewno nikt ich nie przyjmie, kościoły w ojczyźnie polszczyźnie nie są od biedy ludzkiej, tylko od polityki. Dobrze, że wykształceni, podpowiada Roman, to może jak się taki jeden z drugim zagramaniczny lekarz przysłuży się za darmo enefzetowi, lecząc nawet poprawnie naszych, to go burmiszczu tego czy innego miasteczka łaskawie przyjmie w poczet mieszkańców, wniiskuję nieśmiało? Po wakacjach widzę, że w Łapach jest zresztą mnóstwo pustych domów, po tych co u siebie to już bardziej na Sanżilu niż na łapskiej ziemi, to może tam ich dać? że się ośmielę zaproponować znów, nie wiem, czy to modnie.
Ksenia, miejsca w Polsce nie brak, i na Sanżilu też nie. Brak za to miejsca w głowach na wyobrażenie sobie, że ktoś może emi lub imi nie dlatego, by nam zaszkodzić, lecz - bo u niego wojna. I że może trzeba pomóc. To coś strasznie smutnego, że Polacy tak przodują w nieprzyjmowaniu, choć kiedyś się zabijali, by ich przyjmowali w Hameryce i takich tam sanżilach. Co się dziwić, że Sanżil łapskiw polskim sklepie tak mówi, pamiętacie, co mówili w Krakowie na grilu?
Co? bo mnie nie było. W Łapach z matuś przed tiwi żeśmy komentowały to i owo, a ojce bez słowa wyłączali, jak tylko o emi lub imi zaczęli.
Ksenia, w Krakowie w ten sam deseń, co teraz w modzie jesiennej. Że rozumiemy, że im strasznie, ale my ich tu nie chcemy. Że mamy się czego bać, mianowicie ich. Nich? Że nie po to wolność była, by ją teraz zabierali. Oni i one. No i że poza tym katolicy katolikami, ale dżihad sprowadzą.
Jaki dżihad, pytam? Ten, co tu mieliśmy? Ten, co czeka na opisanie? Na przykład. To poczekaj, przypomnij jak to było?
To już jutro, bo Iwonek spać!
Subscribe to:
Posts (Atom)