Tuesday, 17 November 2015

(353) sindbad

A to ma pani szczęście, że dziś pani przychodzi, bo nie było mnie przecież do wczoraj. W południe wróciłam, autokarem, ale nie sindbadem już, o co to to nie, już nigdy przenigdy z nimi nie pojadę, zaraz pani opowiem, jak to z nimi do uzdrowiska się wybrałam.
Bo ja z sanatorium wracam. Piękne miejsce. Polanica. W górach. Tak, wie pani? Aha, stamtąd pani? Bo ja spod Tykocina, też pani wie. No proszę, wie pani, a od tej Polanicy to przecież daleko.
Z koleżanką byłam, zasłużyłyśmy sobie na to po tym wszystkim, co ja w prywatnym życiu przeszłam ostatnio, nie opowiadałam chyba pani, dawno pani nie było. Gdzie? W Polsce na wakacjach pani obcinała, to trochę odświeżamy tylko, tak? A kolor pani chce. Chce, widzę, że chce, no ale jak się ma obudzić, to może faktycznie lepiej nie. Bo my to takie matki polki jesteśmy, mój ma 16 lat i w moim łóżku spał, jak mnie nie było teraz, wyobraża to sobie pani.
Co, nie obudzi się, zmęczony katarem? No to już, 10 i 32 zmieszam, skoro pani chce jasne. Jak pani dam to, co ja mam, to pani włosów za dużo wyleci jeszcze, a że nie za gęste pani ma, to szkoda. Przed świętami się umówimy, to zrobię pani takie refleksy, chyba że pani do Polski zjeżdża. Nie zjeżdża? To zapisuję. 22 o 10. Numer żeesemu? 
Aha, ale tym sindbadem topani niech do Polski nie jeździ. Jak ja ich obsmaruję! Niech pani sobie wyobrazi, że spóźniłyśmy się trzy minuty. Trzy! A to tylko dlatego, że korek był wieki no i ten mój gnał, ale rady nie dał. Podjeżdżamy, a ich nie ma. Dwie pasażerki bylyśmy, a tych nie ma. Dzwonimy więc, a ten kierowca sobie pojechał! Do Polski ruszył normalnie, nawet kwadransa nie poczekał.
I co panie zrobiły.
Nie będę nawet mówić. Taksą do Antwerpii musiałyśmy lecieć. 150 ojro żeśmy dały. Kierowca leciał z 180 na liczniku, sam mi pokazał. Ale zdąży. Udało się.
Czyli dojechały panie do Polski!
Tak, ale na pokładzie też dziadostwo samo. Gdzieś na starej granicy staliśmy z godzinę i w Niemczech co dwie godziny przystanek normalnie. Za to potemwspaniel było i wróciłam jak nowo nardzona, po tych moich przygodach, co pani chyba nie opowiadałam. CZy opowiadałam?
Nie.
Teraz czekać z farbą trzeba, to opowiem. A ta druga klienta to co, wyszła?
O, wróciła. Widać do bankomatu tylko poszła. Jezu, a toż to Baśka! Razem do klasy chodziłyśmy! Baśka, siadaj no, pani z farbą czeka, to cię obetnę. 
O, tu gazetki nowe, proszę. Obudził się!
A tobie Baśka opowiem ci zaraz, jak żem sindabedem jechała. Nie biez ich, fatalnie! Ale uzdrowisko wspaniałe, 50 ojro na dzień, trzy zbiegi w cenie, a jedzenia tyle, że nie przejesz! Tylko sindbadem nie jedź!

Monday, 16 November 2015

(352) molenbekając

Proszę, proszę, naprawdę nie wiadomo, kto kiedy wypłynie  Co kiedy wybuchnie  lub - co gorsza - wystrzeli. Kto kiedy się ujawni. Francuz w Belgii, Belg we Francji, auto z Brukseni na ulicach Paryża - czasami wystarczy tylko tyle i sława gotowa. Lub niesława, co w świecie mediów oznacza to samo, zdaniem Any Martin, zgorszonej karierą Molenbeku.
Molenbek! Molenbek! - o tym tylko wszyscy od soboty. Chyba nawet w Polsce na ściance tego nie było, by cała dzielnica nagle została celebrytką.
Od piątku wieczorem nawet molenbekuje, kto żyw, to wtedy się zaczęło. Pif paf wielkie. Olbrzymie. Przerażające. Jedno pewne - że jest na ustach i smartfonach wszystkich, co się liczą w tym świecie, Brukseni, a może nawet kosmosie. Łącznie z królami zapewne.
Molenbekają raczej. Molem bekają. Odbija się ten Molenbek, oj odbija. Belgia zawrzała, twierdzi czytający w oryginale przez y Roman. Jak to możliwe było? Widać było.
A w Polsce też rozliczne pytania - Jak to sfotografować  jakim obiektywem? Jakie tło dać? A w ogóle - gdzie to jest? takie pytanie muszą sobie stawiać zdenerwowani paparaci.
Paparac-ci, jak wymawia Ana Martin, przeperaszam, ojeju i Jezu, nieuczonam w portugalskim.
Paparazzi, jak się pisuje, poprawia Roman. To angielski jednak, skoro się on zna też. Albo udaje.
Wszyscy czyhają na Molenbek.
To już molenbekaj poprawnie. Dwa e. Molenbeek. Niech się uczy Polska A B i C oraz sanżilowska, że dzielnica, o której mowa nieustannie w tiwi i takich innych - tak się zapisuje, leży w Brukseni i o mało tam Ksenia nie mieszkasz, oznajmia Roman.
Ja? Niby ja, Ksenia Bru? 
Tak, ty, nie inna. 
Ale przecież ja wierzę! W naszego Boga, dodam, nie tego z Molenbeku! To czego ja tam miałabym szukać?
Nie ty Ksenia, tylko Roman tam loftu szukał. I znalazł. 
Ana, pamiętasz?
Pamiętam, pamiętam, to jeszcze przed chłopakami było. Ładny. Oderemontowany. I to nie polskimi rękoma, tylko lokalnymi, molenbekowskimi. Z ogrodem. Schodami. Byłoby jak ulał dla stawiającego pierwsze kroki Grocha.
Ale nie jest, ulżyło mi.
Bo co? 
Po pierwsze: ciemnawo. Po drugie - pustawo na ulicach, bez drzew. A po trzecie - jednak religia.
Co, że uszom swoim nie wierzę - Ana Martin i religia? 
Tak. Bo wierzyć nie mam zamiaru, ale nie chcę też być jedyną kobietą z odkrytą głową w promieniu kilku ulic. Ma się te zasady na ef - że skoro faceci mogą bez czapy, to kobiety też. Tego chcę, a na Molenbeku - nie dostanę.
I co się stało z tym loftem? Nie wiem, poszedł w inne ręce, którym chusta nie przeszkadza. Abo i ten pan tam mieszka do dziś. Nie ma co żałować, bo w ten sposób jest Sanżil i inne atrakcje.
A co, jeśli oni byli z tego mieszkania właśnie? Ci, co strzelali. Co, jeśli to oni zakupili?
Nie sądzę Ksenia, ale sprawdzić można. Była wczoraj ta olbrzymia obława, co spać nie dawała po mieście. Zaraz zaraz...nie, ulicy nie podają, ale bym się naprawdę zdziwiła, gdyby to było tam. Za duże okna były po prostu.
Co nie zmienia faktu, że Molenbek jest odtąd dosłownie wszędzie. Wszyscy się uczą, gdzie to jest. Jaki skład ludności ma, jakie szkoły i zakątki. Dlaczego to Francuz był, choć nie do końca. A efekt taki - że i tak nikt nic nie wie.
Bo objąć rozumem się tego nie da, kwituje Ana. Oby to był ostatni raz.
Jedyne co widzę na plus - to że Molenbekiem wreszcie się ktoś zajmie. Miasto Bruksenia czyli. Że ktoś przemyśli i pomyśli, kto tam spiskuje i dlaczego. Że jak to jest, jak się kogoś zostawia na pastwę losu. Jak się burmistrz nie stara.
I ta sława, ach - dodaję.
Ksenia, niesława, grozi palcem Ana. Oby Sanżil nie musiał się nigdy z taką mierzyć...strach pomyśleć po prostu, że to by się mogło dziać pod bokiem! Niech już Sanżil lepiej polskością stoi, choćby we współczesnym politycznym wydaniu...bo to po prostu śmiech na sali, lepszy niż bekanie strachem!

Thursday, 12 November 2015

(351) na sztorc

Na wystawnym obiedzie w rezydencji...bywało się, bywało, obnosi się nie kto inna niż Ana Martin. Owszem, w przededniu święta. Własnego i ojczyzny. Nie wiadomo, kto starsza tylko. 
Dobre jedzenie. Piękna zastawa. Z orzełkiem złotym ustawionym na sztorc.
Nie na sztorc Ksenio, jak mawia Iwonek, tylko równo w pionie. Tak widać uczą w szkołach kelnerskich. Porządek musi być przynajmniej na polskim stole, skoro już w polityce jest, jak jest i lepiej nie będzie. Więc orzełek był.
W koronie?
Pewnikiem, ale nie odnotowałam, bo cały czas się zastanawiałam, czy on tylko na moim talerzu tak na górze króluje, na fladze łopocze prawie, czy u sąsiadek też. Zezowałam, zezowałam, aż zapomniałam, po co.
Mamusiu, po co, tłumaczy z walońskiego na nasze Iwonek. Purkła tak jakby.
Starość synku. W dniu święta, dodajmy.
Ana, a mówiłaś, że najładniejsze szklanki. Moim zdaniem, owszem - z delikatnym szlaczkiem, jak ze Szklarskiej Poręby tak jakby. To takie miasteczko w Polsce A chyba, gdzie dziadek mój, aniny, był dyrektorował. Dawno temu. Po niemcu był przejął stołek. Przyjemnie popatrzeć i powzdychać, szczególnie jak się do Polski nie doleciało, bo inny niemiec, hans jakiś tam luft, zastrajkował.
No ale przez ten strajk poszłeś do ambasady, mamusiu, tak jakby - by się posłużyć iwonkowymi formami.
Fakt, przytomnieje Ana. Na eleganckie posiedzenie - zasiedzenie. I smaczne.
Dobrze tam jeść dawali, co? pytam. Lepiej niż na targu?
Moim zdaniem nie lepiej, ale baaaardzo smacznie. Szkoda tylko, że zasiedzenie było właśnie w formie jedzenia. Przy sztywnym obrusie. Orzełku na sztorc. W strojach odświętnych, mimo że to środek tygodnia. Większość także wymalowana, niektóre ufryzowane. Niektóre nie. Za to nikt w pełni naturalna.
W tym ja, niestety, przyznaje krytycznie Ana. Nawet ja! że sem oko podmalowała i w łazience już na miejscu żel na włos nałożyła, bo mi wiatr je poczochrał niewyjściowo zupełnie. Rajtuzy miałam tradycyjnie w różu, buty też, komplecik z bawełny, nowy, ale wyglądający staro - czyli niby wszystko gra - ale minę za to pańską. Chyba. I przeszkadza mi to do dziś.
A dlaczego, zdumionam.
Ech, bo to była okazja, by rozruszać towarzystwo. By się nie dać. By zrobić z siebie małpę, poświęcić się, by potem z jednej strony na mieście obgadywali, że jest taka jedna, co to się zachować nie umie, ale w głębi duszy cieszyć się - że ktoś taki był i skierował rozmowę na inne tory i słownictwo niż małżonka, przewodniczący, ambasador, jego wysokość, miłego dnia, witam i pozdrawiam. Szkoda. Stać mnie na bycie małpą, map nie obrażając.
To dlaczego skapitulowałaś? pyta Roman.
Bo dzieci są! I czekać nie mogą, natomiast tam się dużo czekało. Na przyjście wszystkich, na toast, na jadło, na uśmiech. I jakżem się zorientowała, że zostało 40 minut do wyjazdu z woluwów, gdzie te domiszcza ambasadorskie nakupowali - to uznałam, że nie ma co. Protokół.
Zawsze jest co, zaprzecza Roman. Ty byś poszła, ale reszta towarzystwa byłaby wdzięczna i rozbawiona.
I spalona towarzysko, czarnowidzę.
A może właśnie nie. Może Ana by coś wywołała. Jakąś zmianę. Na weselsze. Na szczersze. Na luźniejsze. By ten orzełek może mnie sztorcował z talerza, a przynajmniej nie trzeba się w niego wpatrywać. 
Roman, z formą nie wygrasz. A z protokołem to na pewno.

Wednesday, 11 November 2015

(350) dziadostwo

Doszły mnie słuchy, że w Polsce A B i C idzie na lepsze. Co oznacza, że w mini pe-el na Sanżilu i okolicznościach  - siłą przeniesienia też. Mianowicie dla tych, co mają sześć lat i nie chcą chodzić do szkoły. Zdaje się, że wylobowali sobie rok fajrantu, jak to nazywa z polszczyzny starszyzny Ana Martin. Ale te dzieci mają siłę przebicia! Reklama czyni cuda!
Słuchy chodzą takie owszem, w roku wyborczym mówi się, co ślina komu na język przyniesie i nie takie kwiatki usłyszeli ci, co tiwi włączyli. Dziadostwo jedno wielkie. Słyszałam, że większość widzów czym prędzej przełączała na transmisję z konkursu na fortepian, takie bzdury tam leciały. Nie z fortepianu, z paszcz tzw. polityków.
Przynajmniej się naród A B i C podszkolił w kulturze wysokiej; szopen też by mi się przydał, stwierdza krytycznie Ana. Co nie zmienia faktu, że wyborcza bzdura z sześciolatkami poszła w świat. I oby się nie potwierdziło.
To by oznaczało, że nasze chłopaki tu też pójdą do szkoły później? Nie, oni nie, tacy zdolni, to nie, podśmiewa się Roman. Siłą puścimy ich na pierwszaków odpowiednio w 2018 i 2020 r. Może w Belgii uporają się do tego czasu ze swoim problemem szkolnym, rozmarza się Roman.
Czyly czym - bo Ana nie wie. Rzadko się zdarza, ale jednak.
Z brakiem lekcji drugiego języka krajowego, czyli dziadowską jedną godziną. O trzecim języku nawet nie wspomnę, by ktoś go rozpatrywał w ramach nauki. Niemiecki w końcu, to co chcecie, nie da się tego nauczyć, matuś i ojce z rajchu wracali i zawsze to samo powtarzali, wtrącam się, zawsze! To i lebelż tak mają.
Chodzi ci czyly o ten drugi dialekt, niefrancuski? Tak. Roman, to już się wzięli lebelż za to, cieszę się - bo niosę dobrą nowinę. Już są w nim lekcje! Sama słyszałam!
Gdzie?
No u nas na skwerku! Jak bumcykcyk. To było w dziady prawie że, wiem, bo dzieci przyszły przebrane za helołiny czyly takie dziadostwa z hameryki. I słyszę, że pani, co je prowadzi, ma taki akcent po francusku, jak my tu na Sanżilu, nie przymierzając ani nie umniejszając nikomu, więc nie może być rodzima walonka. I rację miałam, bo jak nie zacznie przemawiać do dzieci w tym drugim języku! Jak się cicho nie zrobi! Jak się heloiny nie uspokoją!
Jak makiem zasiał?
Cicho wszędzie, głucho wszędzie raczej, skoro to dziady były, śmieje się Ana. Ale kluczowe pytanie brzmi: dlaczego głucho i cicho właśnie?
Bo nikt nie odpowiadał, podpowiadam.
Czyli nikt nie rozumiał po flamandzku, tak? upewnia się Roman.
Na sto procent to nie powiem, bo sama nie rozumiałam, ale na pi razy oko moje to nie rozumieli.
Właśnie o to mi chodzi, triumfuje Roman. Bo te biedne walońsko-francuskojęzyczne dzieci mają tylko godzinę języka flamandzkiego czy niderlandzkiego, jak tam Ana chcesz. To ile mogą się nauczyć? Nawet jeśli mają fajną lekcję w terenie?
Nie w terenie, protestuję, tylko na skwerku. Z pomnikiem. Rzeźbiarza do tego, ale nic to w rzeźbieniu dzieciom nie pomogło.
Fakt, że dobrze to nie wyglądało, potwierdza Ana, która była dobiła do mnie na koniec lekcji w te dziady wówczas. Po prostu nie rozumieli, nie wiedzieli, licho wie. Na psa urok, tfu. Dziadowski program widać mają i zero zachęty.
Ale myślicie, że to dlatego, że wcześniej poszli do szkoły?
No co ty, to jakaś głupota. Na tym to mogliby ewentualnie skorzystać, bo by rok dłużej się uczyli w tym drugim gadać. Co daje jakieś 40 lekcji. A tak - nic. I rośnie kolejne pokolenie niemogące się porozumieć z połową kraju.
To zupełnie jak w Polsce A B i C, cieszę się. Też się nikt z nikim nie może porozumieć. A jeden język niby. Czyly kto jest winny? W domu chyba trzeba będzie dzieci trzymać, bo jak inaczej?

Tuesday, 10 November 2015

(349) mięsem

Jeść czy nie jeść, oto jest pytanie, że tak sobie pozwolę zastanowić się nad talerzem. Pełnym. Mięsa. Ministeki dziś. Produkt stąd, codzienny, z sieciówki doniosłam; chyba lebelż nawet, lecz czy z Sanżila - ręki (też mięso) nie dam sobie uciąć. Smakuje jak polskie w każdym razie. A B i C.
Tu ministek, a w Polsce - minister.
Oj...jęczy Roman na samo wspomnienie ministrów, bo przecież mięsem rzucał nie będzie przy dzieciach. 
Pewnie z rzeźni na Anderlechcie ministek za to, bo skądby, zastanawia się na głos Ana Martin. Roman, jak myślisz?
Jakby to była ci baranina, to bym się nie zastanawiał, ale to na talerzu tym tu? Co to w ogóle jest? Świnia jakaś? Krowa? Wół czy byk? Co nam tu Ksenio zgotowałaś?
No zgaduj dalej, zgaduj zgadula. Mięso belż, a nazywa się amerykan. To chyba chodzi o usa, co? Takie żarciki sobie robię, jak Iwonek, nie przymierzając.
Amerykan, podskakuje jak oparzona Ana. Americain było napisane na pudełko Ksenio?
Tak, a co? Filet do tego chyba.
I z kolrojta to przyniosłaś?
Nie, nie z kolrojta. Z colruyta.
Czyli kolrojta, krzyczy Ana Martin. Dawajcie mi zaraz te talerze! Do kosza! Iwonek, otwieraj! Nie ten, ten to na papiery. Zielony kosz, synku! Tylko do środka, nie obok. No ładnie, dziękuję.
Ale o co chodzi Ana, uspokaja ślubną Roman.
Onlajn siedzicie, a nic nie wiecie, denerwuje się Ana. Toż to czy dni mijają, jak kolrojt nakazał zwrócenie do sklepów wszystkich paczek z amerykanami. 
Bo co?
Bo bakteria.
Jaka?
Niedobra. Dla dzieci szczególnie. Listeria monocytogenes.
Piękna nazwa, zachwycam się. Brzmi jak imię i nazwisko jakiejś księżniczki przynajmniej. Urodziwa listeria. Jak z bajki doprawdy.
Ale to bynajmniej nie bajka, tylko rzeczywistość. Wszystkie paczki ostempowlane 1111 muszą wrócić, inaczej może być źle. Trąbia o tym wszystkie media, jacy z was onlajnowcy, tylko fejs i fejs, co? kpi se Ana. Tymczasem zaraza jak nic hula po Sanżilu.
A my tacy dobrzy, dla niej gotowaliśmy! Urodzinowo! W zamian ona nas obraża, że my behape nie znamy niby. Za jakie grzechy? Wielkie mi co, połowę zjadłam już tej listerii bakterii i żyję.
I w całej Belgii też nikt nie zszedł, przecież fejs by spać nie dał od takiego njusa. Uwagę odwracają od polityki, ot co.
Słuchajcie suchajcie, mam świetny pomysł, że polecę Iwonkiem, olśniewa mnie. A może ta akcja jest jakoś połączona ze strajkiem lufthanzy? Nie chcę być prorokiem w nieswoim kraju do tego, ale czy wam nie wydaje się dziwne, że w jednym tygodniu wybucha i afera mięsna, i dolecieć nigdzie nie można? Nie możemy, znaczy się?
Kto znaczy się?
My, Polacy A B i C! Czy to aby nie zamach na naszą niepodległość? Albo jej święto czzterojedynkowe przynajmniej? Na anine urodziny? Na nowy wspaniały rząd wreszcie?
Ksenio, chyba cię te wybory opętały! Ale w sumie idea niezła. W dniu, w którym załamały się nasze fejsowe łole od kilogramów zdziwienia, że oto mamy takich ministrów, że nijak nie idzie pojąć, za jakie grzechy - może faktycznie ktoś wybrał atak listerii. Zamiast histerii. 
Ulitował się czyly nad narodem wybranym, by już w Dniu Niepodległości mówić o czym innym, niż jeden mini-sterek z drugim, podsumowuje Ana. Zamiast ministerka mamy ministeki. Chyba smaczniejsze, może i dzięki bakterii.
Ładniej się także nazywają i wyglądają, że wtrącę.
Ana proponuje: niech Iwonek z kosza wyłowi, chętnie się dobrowolnie zarażę bakterią i trafię do mediów; niech w Polsce A B i C roztrąbią, że Tusk i zachód Polaków zagranicą trują. Mięsem. Niech im będzie. Listeria zawsze lepsza niż histeria, a zresztą oceni to historia. Bo to 11.11. Minister kontra ministek.

Thursday, 5 November 2015

(348) wszów jak wszy

To dopiero jest temat. Nie ruszałam go dotąd, bo po co? I tak jest wszędzie. Są wszędzie. One, tak, choć licho wie, może to i oni. Żrą i skaczą i jaja składają. A wszami się nazywają. Lokalnie - lepu. Les poux, według pisowni Any Martin. 
Ten x na końcu nawet wesz przypomina. Bo to wesz, a nie wsza, dowiedziałam się przy okazji od Any. Dotąd nie wiedziałam, nie musiałam też specjalnie, bo wesz czy wsza raczej występuje w stadzie, gromadzie lub drużynie, jak kto tam woli zwać tę watahę. 
Teraz natomiast wiem już wszystko i jestem gotowa na zmierzenie się z wrogiem. Bowiem to, co najgorsze, co daja nam larentre - to wszy nasze codzienne.
Co, już są? pyta zatrwożony Roman, choć on akurat wszy musi się bać najmniej, i to nie dlatego, że nie jest szkolniakiem, przedszkolakiem lub żłobkowiczem. Po prostu włosy dawno mu wypadły - to wersja oficjalna -  albo i wyjadły mu je wszy i wesze, jeszcze na ojczyzny łonie. 
Zresztą wszy łonowe też występują, twierdzi Ana. Nie u nas, poprawia się, ale w naturze jak najbardziej. Fuuuuj. To to już sodomiaigomoria dosłownie, albo i gorsze zboczenie.
Co do wszy głowowych, tych których posiadania się każdy wstydził w ojczyźnie matczyźnie - to na ich przykładzie widać, jak narody różnią się między sobą. W Polsce A B i C - wstyd przed całą klasą. W Belgii A, bo jak taki kraj zachodni nie ma być A w rankingu agencji mudis czy innej - norma, normalka, zero reakcji. 
Fakt, to jest nasze największe zdziwienie z życia na Sanżilu i w okolicznościach, w tym luksemburskich. Że wszy są we wszystkich szkołach i żłobkach przedszkolach i rodzice się tym nie przejmują. Są sobie po prostu, a że mało kto z nimi walczy - to jest ich coraz więcej, bo jaja składać to one lubią, oj lubią, te wszy męsko-damskie.
Ja poczułam, że jest coś na rzeczy, jak wraz z pierwszym wrześniem na Sanżilu w witrynach aptek zobaczyłam, że zaroiło się w nich grzebieniami, szamponami - a wszystko pod planszą z przysłowiową wszą właśnie. Ale wtedy bez dzieci byłem, do szkół nie chodziłem to nie wiedziałem, co to za akcja.
Powszechna akcja odwszawiania kraju, ot co.
Przeprowadzana głównie rękoma polskich matek. Na przykład ta miła dziewczyna z tiwi, co tu zjechała do Alstu, całkiem niedaleko, ale już inny język, nie kątempluję tego. Z córą była zjechała. W domu w Alście zastała inne dzieci. Ona patrzy i oczom nie wierzy: po rówieśniczce córci wszy se skaczą wesoło. Pyta wokół, co robić, a tu wzruszenie ramionami: ona tak ma.
No to się nasza Polka czyścioszka zawzięła, że ona nie odpuści, i szczotkuje, pierze odkaża, aż wreszcie wszy wytępione. Udało się uchować własną i córczyną głowę.
I wtedy spotyka ją bura.
Bura wesz lub wsza?
Nie bura, zresztą kto wie, jaki wszy mają kolor; bura kara. Od matki dziewczątka. Że tym czesaniem włosy dziecięciu zniszczyła. Ona: ależ jak to? przecież wszy miała. A matuś spokojnie: i znów ma. Trudno. My w Belgii tak tu lubimy.
I teraz ta matka i córka drżą. Bo długie włosy sobie z Polski przywiozły, a tu okazują się całkowicie nieprzydane i nieekonomiczne, bo przecież na długie trzeba więcej szamponu antipu, niż na krótkie.
Ale wszystkie kobiety prawie długie mają, zauważa Roman.
I nie szczotkują. Nie wyczesują. Trochę się poczochrają i przejdzie, chyba że ktoś ma  arfo, jak taka jedna, co to już ciąć musiała. Po czym ze spokojem do Any mówi: już nie mogłam patrzeć na te wszy, więc ścięłam.
Co zadziwia tylko i jedynie Polki i Polaków, to ten spokój. Może tak trzeba jednak, bez histerii, duma Ana? I bez higieny, podpowiada Roman. Nie wiem doprawdy, co gorsze i co nas najpierw pokona: alergie z higieny czy brud wszawy?

Tuesday, 3 November 2015

(347) t jak lież, t jak tokjo

T jak tokjo, to rozumiem, w sensie: widzę, że ty to ty, ale że ty to ly? Ty jak ljeż? I dlaczego nie te w ogóle? Wogle? 
Nic nie łapiecie? Ja też nie, ale może Ana Martin mnie oświeci. Oj, narobiło się. Wszystko przez te logo, loga właściwie, olimpiady, teatry; już nie raz ostrzegałam Anę, że z tej sztuki i myślenia to niewiele nam dobrego przyjdzie. Nam jako Polakom i lebelż też! Dwa bratanki czy inne baranki.
Wieszczyłaś, wieszczyłaś i wywieszczyłaś. Ale to akurat z braku myślenia i kultury nastało, wiecie sami o co chodzi, 25 października i te sprawy, szkoda słów, ech, macha ręką Roman i zostawia mnie w punkcie wyjścia, mianowicie co ma ty do ly?
Ale bałagan, mówi zachwycony Iwonek.
Ty do ly ma tyle, że Ljeż to miasto kultury właśnie, gdzie jest wspaniały teatr, cierpliwie tłumaczy Ana. Co już nas przybliża alfabetycznie do t. Ten teatr ma logo, bo w dzisiejszych czasach bez logo czy też loga ani rusz. Musi być wizerunkowa widzialność i nie ma szans, by jakiś dyzajner jeden z drugim na tym nie zarobił. Chyba że akurat przestanie kochać dyzajn, jak tytuł książki fajnej, co ją właśnie stojący Groch z półki wyciągnął.
Ta moda się dopiero zaczyna i jeszcze jej kres nie nadejdzie długo, wieszczy z kolei Ana. Skończą się za to dobre pomysły, a że w dobie internetu wszyscy wiedzą wszystko - to plagiatować nie ma jak. I co tu robić, by być na topie. I o to właśnie chodzi w awanturze na linii tokjo-ljeż.
Plakatować logo? o co chodzi, chciałabym wiedzieć. 
Plagiatować, czyli odgapiać.
Kto od kogo?
Japonia od Belgii. Tokjo od ljeż. Olimpiada od teatru. Wielkie pieniądze na sport przeciwko małemu budżetowi na spektakle. Dawid z Goliatem. Tak to widzę. Biblijnie, Ana, pięknie. Ho ho ho, pięknie mamusiu, potwierdza Iwonek.
Wytłumacz teraz mi, a nie Romanowi, dopraszam się. Tak mamo!
Już się robi. A więc teatr w Ljeż miał swoje logo. Bardzo ładne te/ty z kropkami. Czarne na białym i czarno na białym gołym okiem widać, że ładne. A olimpiada w Tokio nie miała logo, za to Tokjo to tokjo, więc też ma prawo do ty/te. No i jakaś wielka firma dyzajnerska wymyśliła je. To logo.
Rozumiem! Skradli te z ljeż?
No właśnie, aha, potwierdza Iwonek.
Awantura polega na tym, że logo to logo, może i skaradzione, może nie. Dyzajn to jednak ideologia. Każdy kit wcisną. Jak embieje z tiwi, wtrącam. Właśnie. I choć logo z tokjo jak czarne na białym przypomina to z ljeż plus kolory, ci z tokjo się tłumaczą, że to nie to samo wcale a wcale, ciągnie Ana. 
A nie?
No więc to chyba to samo z inną ideologią. 
A jaka jest ona, ta idełologia? Ta druga, nie nasza belż. 
Mianowicie, że ty to te, owszem, ale że pan projektant nie zaczął wcale od ty/te, tylko od kolumny. Też z te. Ta kolumna symbolizuje różnorodność. 
Ojej...zapiera mi dech. Pięknie powiedziane, ale...dlaczego? Nie wiadomo. I nie musi być, co gorsza. Kropka czerwona to bijące serce plus odniesienie do flagi Japonii, a samo te czy ty - to także angielskie słowa tumoroł i tim. 
Ana, w głowie mi się kręci od tych znaczeń, protestuję. Ojej Ksenia, ojej, uwaga, przejmuje się Iwonek. Kochany on ci jest. Jakie serce? jaka kula? jaka flaga? no i jaki angielski? A przynajmniej w ty/ly z ljeż ty to był teatr i tyle?
Tak naprawdę nie odgrywa to większej roli, pojawia się Roman. Tak naprawdę rolę odgrywa tylko fakt, czy to się sprzeda czy nie. Pieniądze pieniądze pieniądze. Olimpiada to wielki biznes i jak się nie wytłumaczą odpowiednio, to zapłacą nam tu. Lebelż i kulturalnym Polakom? Tak. Chyba. 
Brawo, to ja się cieszę! Widzicie, mówiłam, że i po 25 października zaświeci słońce. Że jeszcze nadejdzie piękny listopad i że nie ma co się martwić na zapas. Dla kultury jescze nie wszystko stracone, jak widać! O tetarach pisza, co tam, że o logo, skoro się słowo pojawia. Z ty czy ly, ważne, że tym to sposobem ljeż stało się nagle popularne. Na topie. 
Jeszcze ljeż zostanie drugą Japonią! Jak Polska omalże kiedyś, podpowiada Roman, ale to było na długo przed 25 października. Ale i tak świeci.