Nowy rok - okres zmian, wiadomo. Niektórym przybywa, niektórym ubywa. W pasie, wzroście, kieszeni. W takim styczniu wszystko jest możliwe, potwierdza z poważną miną Ana. Okej, u ludzi, ale żeby się zmieniały rozmiary krajów, to już za dużo naprawdę, nawet na 2016 r.
Ciekawe, a w czym rzecz? podłapuje wątek Roman. No że Belgia zmaleje w tym roku o 10. Ha, tak napisali. Godzin? Nieee, niemożliwe. Ary? Ile to?
Hektary, Ksenio.
A, to jak u ojców, mam noworoczny powód do radości.
Mamo, ile to waży, te hektary, chce wiedzieć Iwonek.
To niewiele synku. Ale zaraz zaraz, o co chodzi ze zmianą rozmiaru kraju? Moza zmieniła bieg?
Jaka moza znowu, głupieję. Przecież o hektarach była mowa. Mowa, podkreślam, nie moza żadna.
Co to moza , ile to waży, znów uaktywnia się Iwonek.
Moza to rzeka w Belgii, Holandii i Francji. Lamez. Meeez, e z dziobem.
To moza czy lamez z dziobem, ludzie, dajcie żyć w 2016!
Moza po polsku. Ma polską nazwę, bo odegrała ważną rolę w historii, wojny itepe itede niestety. A więc ona zmienia koryto, a wraz z nią zmieniają się granice. W tym roku na niekorzyść Belgii, czytam tu.
Ojej, martwimy się wspólnie.
Eeee, jęczy Groch.
Tak, Belgia utraci 14 hektarów, i to nawet nie tyle przez rzekę, co przez rozumowe rozwiązanie sprawy. Co należy do rzadkości. Mianowicie ten kawałek ziemi historycznie należał do Belgii, ale od 1843 r. był uwięziony w holenderskim fragmencie rzeki. Gdy policja belż chciała sprawdzić, co się tam dzieje, musiała prosić o pozwolenie Holandię. Co wpływało na wydłużenie sprawy.
To nie byłoby nawet takim problemem, dodaje Ana, gdyby nie fakt, że z powodu utrudnionego dostępu był to taki fragment ziemni niczyjej. Przez co ukochali go sobie przestępcy, a przede wszystkim handlarze narkotyków. Jednym słowem - źli ludzie, jak to mawia Iwonek.
A teraz co z nimi się stanie? Zamkną ich tam na zawsze?
Nie, Holendrzy będą ich łapać, co Roman.
Na to wygląda.
Czyly u nas lepiej jednak, uff, oddycham z ulga. Czyly w 2016 r. na razie wszystko do przodu, tak?
Tak, i powiem więcej: ten fragment ziemi zajmował 14 hektarów. Tyle więc Belgia miała być stratna. Ale że dostanie 4 hektary gdzie indzie, w rezultacie wyjdzie, że to tylko 10. Teraz już tylko rządy muszą to klepnąć i już.
Już! Gotowe! cieszy się Iwonek. Słyszysz, Grochu? Gotowe!
Czyli w sumie Sanżil rośnie w siłę, co? żądam potwierdzenia.
Musowo!
A ja rosnę i rosnę i niedługo przerosnę mamę tatę i sosnę, przypomina sobie Iwonek. Mama, a co to sosna. To to drzewo przed domem. Aha. Ja też rosnę, mama, i Groch? Tak, wszyscy rosną w nowym roku. Nawet Belgia, mimo że maleje. Bo w styczniu noworocznym wszystko jest możliwe.
Wednesday, 13 January 2016
Tuesday, 12 January 2016
(378) miski
Mówią, że telewizja nie kształci. Dziwne. Ten, kto tak mówi, na pewno nie włączył w niedzielę tiwi belż, jak ci to leciała transmisja z konkursu misek. Takie tam mis polonia, tylko po tutejszemu. Ciekawie było i bardzo edukacyjnie, na moje rozeznanie.
Mis, a nawet miss polonia, bez polonii i nie w Polonii nawet, uśmiecha się Ana Martin. Swoją drogą zawsze mi się wydawało podejrzane, że w tzw. kraju miska była arcypolska, a nazwa - angielsko-łacińska. Potem dodali drugi konkurs, mis polski już, ale się nie przebił chyba. Zresztą oba równie denne.
Tu natomiast, wyjaśniam z dumą, nazwa właściwa, belżik albo belhje. Nie wstydzą się języka własnego.
Same labelż w konkursie, nawet jeśli rodzice nie byli belż zdecydowanie. Do wyboru, do koloru, dla każdego jurora coś miłego. Bo na tym się zasadzają takie konkursy, nowoczesna forma targów niewolnic. Wstyd to oglądać, Ksenia!
Ana, spasuje, uspokaja ślubną Roman, uczestniczki wyglądają na szczęśliwe, a nie niezadowolone. Nie wszystkie kobiety nie chcą być traktowane jak kury na wybiegu. Niektóre wręcza same się zgłaszają, dodaję ze znawstwem.
Może nie wszystkie, ale my na Sanżilu nie powinniśmy tego wspierać, stawki za reklamy im rosną dzięki klikalności Kseni! Nigdy się to nie skończy, bezsensowne konkursy z wymogami prawie że dziewictwa, a na pewno szczupłości, nienagannego makijażu, elegancji i uśmiechania się, choćby but się wpijał, a do oka wpadła sztuczna rzęsa. Brr, nienawidzę, Ksenio, za rok nie oglądaj proszę, a i ty Roman ani mi się waż, grozi palcem Ana.
I kto w ogóle wygrał? Pewnie jakaś lala bezmyślna?
Nie taka lala znów, wstawia się za miską Roman. Studentka medycyny. 20-latka. Lenty ma na imię. Trochę sztuczna, fakt, ale niech jej będzie.
No dobrze, studiuje przynajmniej, Ana daje się trochę udobruchać. Może nie takie fjubździu pod jurorów faktycznie.
I nie potępiaj Ana samej idei misek, że polecę z łaciny, jak mispolonia jakaś dosłownie. Czego to ja się wczoraj nie dowiedziałam!
No tak, przecież była i sesja debilnych pytań i odpowiedzi, kątempluje Ana. Co tam ciekawego?
Och, już wiem, to o tym huczy internet od rana! Nie mogłem połączyć faktów - cieszy się Roman. Druga wicemiss dała czadu. Popatrzcie tu. Mianowicie, na pytanie jak z podstawówki: jaka jest stolica Flandrii? wice nr 2 odpowiedziała: Paul Magnette - w pisowni.
A co w tym śmiesznego, martwi się Ana. Biedna się zestresowała widać. Nie sądzę, by nie wiedziała. Wygrać chcila. Spięła się, bidulka, i nie dała rady.
Kto to Paul Magnette, chcę wiedzieć?
Polityk i profesor z Flandrii właśnie.
No to nie najgorzej strzelała. Wie, ze ktoś taki jest. Gorzej, jakby podała jakiegoś debila z konkursu dla pseudośpiewaków, co?
Ano.
I wiecie co? Opłaciło się do tego! Miska miską, wiadomo, ma koronę, ale ta wice wcale na błędzie źle nie wyszła. Korona mniejsza, nagordy gorsze, ale osiągnęła większą klikalność niż miska właściwa. Już jest gwiazdą, będzie ścianka i forsa jakaś z tego, czuję nosem. Widzisz Ana, nie ma to jak mispolonia, nawet jeśli belż i wice!
Mis, a nawet miss polonia, bez polonii i nie w Polonii nawet, uśmiecha się Ana Martin. Swoją drogą zawsze mi się wydawało podejrzane, że w tzw. kraju miska była arcypolska, a nazwa - angielsko-łacińska. Potem dodali drugi konkurs, mis polski już, ale się nie przebił chyba. Zresztą oba równie denne.
Tu natomiast, wyjaśniam z dumą, nazwa właściwa, belżik albo belhje. Nie wstydzą się języka własnego.
Same labelż w konkursie, nawet jeśli rodzice nie byli belż zdecydowanie. Do wyboru, do koloru, dla każdego jurora coś miłego. Bo na tym się zasadzają takie konkursy, nowoczesna forma targów niewolnic. Wstyd to oglądać, Ksenia!
Ana, spasuje, uspokaja ślubną Roman, uczestniczki wyglądają na szczęśliwe, a nie niezadowolone. Nie wszystkie kobiety nie chcą być traktowane jak kury na wybiegu. Niektóre wręcza same się zgłaszają, dodaję ze znawstwem.
Może nie wszystkie, ale my na Sanżilu nie powinniśmy tego wspierać, stawki za reklamy im rosną dzięki klikalności Kseni! Nigdy się to nie skończy, bezsensowne konkursy z wymogami prawie że dziewictwa, a na pewno szczupłości, nienagannego makijażu, elegancji i uśmiechania się, choćby but się wpijał, a do oka wpadła sztuczna rzęsa. Brr, nienawidzę, Ksenio, za rok nie oglądaj proszę, a i ty Roman ani mi się waż, grozi palcem Ana.
I kto w ogóle wygrał? Pewnie jakaś lala bezmyślna?
Nie taka lala znów, wstawia się za miską Roman. Studentka medycyny. 20-latka. Lenty ma na imię. Trochę sztuczna, fakt, ale niech jej będzie.
No dobrze, studiuje przynajmniej, Ana daje się trochę udobruchać. Może nie takie fjubździu pod jurorów faktycznie.
I nie potępiaj Ana samej idei misek, że polecę z łaciny, jak mispolonia jakaś dosłownie. Czego to ja się wczoraj nie dowiedziałam!
No tak, przecież była i sesja debilnych pytań i odpowiedzi, kątempluje Ana. Co tam ciekawego?
Och, już wiem, to o tym huczy internet od rana! Nie mogłem połączyć faktów - cieszy się Roman. Druga wicemiss dała czadu. Popatrzcie tu. Mianowicie, na pytanie jak z podstawówki: jaka jest stolica Flandrii? wice nr 2 odpowiedziała: Paul Magnette - w pisowni.
A co w tym śmiesznego, martwi się Ana. Biedna się zestresowała widać. Nie sądzę, by nie wiedziała. Wygrać chcila. Spięła się, bidulka, i nie dała rady.
Kto to Paul Magnette, chcę wiedzieć?
Polityk i profesor z Flandrii właśnie.
No to nie najgorzej strzelała. Wie, ze ktoś taki jest. Gorzej, jakby podała jakiegoś debila z konkursu dla pseudośpiewaków, co?
Ano.
I wiecie co? Opłaciło się do tego! Miska miską, wiadomo, ma koronę, ale ta wice wcale na błędzie źle nie wyszła. Korona mniejsza, nagordy gorsze, ale osiągnęła większą klikalność niż miska właściwa. Już jest gwiazdą, będzie ścianka i forsa jakaś z tego, czuję nosem. Widzisz Ana, nie ma to jak mispolonia, nawet jeśli belż i wice!
Monday, 11 January 2016
(377) praca czeka
Jest praca. Na Sanżilu, ale ci i te, te i ci, co mieszkają w okolicznościach, też się nadadzą. Byle ciachać umieli, sprzątać chcieli i nie kradli. Nawet po belgijsku nie trzeba, klientela z Polski starczy na cały dzień cięcia i utrwalania. No, kto się nada? Jazda!
Nie zna pani czasami kogoś, kto by chciał się na fryzjerkę przyuczyć? Skaranie boskie z tymi pracownicami doprawdy, ta nowa dziewczyna świetna jest, nachwalić się nie mogę, ale co z tego, skoro wzięła zaciążyła, jak wspominałam, ledwo ślub wzięli? Nie rozumiem tego, powiem pani, kasę na wesele wywalili, że hej, góralskie było, to na bogato, wiadomo, że trochę odzyskali w prezentach i kopertach, ale na pewno to nie to samo.
A teraz to ja nie wiem, co ona zrobi, żadnego ubezpieczenia, nic. Do Polski pewnie zjedzie. 22 lata i tak się załatwiła. On na moje oko to tego dziecka jeszcze nie chciał, ale pewnie presja na wiosce była, by rodzić. To i urodzi.
No głupio, potwierdza Ana.
Głupio, myślę sobie. 22 lata to tyle co ja prawie. Młoda czyly, nie to co Ana Martin.
Szkołę ma?
Nie ma, ale fach zna. Kocha to po prostu. W palcach ma i kocha fryzjerstwo. I uczciwa, i nie głupia, klienta nie wypuściła żadnego, salon mogłam jej zostawić. Bo ja tu panie moje już wszystko widziałam. Głupie takie, że dziw. Pijące, że strach było zostawić, bo jeszcze se coś zrobi i na mnie będzie. Nieuczciwe. Kradnące. Nieprzychodzące do pracy. Takie, co to do lekarza trzeba było z nimi jeździć, bo nic nie rozumiały, że chore. Ile razy to ja przy porodzie byłam, karetka z przodu, ja w swoim aucie z tyłu. Z siedmioro dzieci tak odebrałam.
No i jeszcze te nieumiejące ciąć.
Bo teraz te szkoły takie porobili, że jedną przyuczą na strzyżenie, drugą na farbę, trzecią na balajaże. A ja pani sama do wszystkiego doszłam. Dziś też balajaży na odżywce uczę, a jak się tego inaczej nauczyć, pytam?
No i szkoły tak uczą, że albo damskie, albo męskie. A u mnie jednak dużo męskich jest. Znają mnie na dzielnicy i jak który ma przerwę, to wyskoczą.
Ale to się nie chce uczyć. Co za czasy.
A te stąd też nic nie umieją?
Też księżniczki. Kręcą nosem, że one fryzjerki, to sprzątać nie będą. To kto ma za nimi zamiatać, pytam się, ja niby? Czy też we włosach po kostki chcą chodzić. Mówię pani, skaranie boskie. problem będę miała normalnie, jak mi na macierzyński zjedzie. Nie zna pani nikogo?
Nie zna pani czasami kogoś, kto by chciał się na fryzjerkę przyuczyć? Skaranie boskie z tymi pracownicami doprawdy, ta nowa dziewczyna świetna jest, nachwalić się nie mogę, ale co z tego, skoro wzięła zaciążyła, jak wspominałam, ledwo ślub wzięli? Nie rozumiem tego, powiem pani, kasę na wesele wywalili, że hej, góralskie było, to na bogato, wiadomo, że trochę odzyskali w prezentach i kopertach, ale na pewno to nie to samo.
A teraz to ja nie wiem, co ona zrobi, żadnego ubezpieczenia, nic. Do Polski pewnie zjedzie. 22 lata i tak się załatwiła. On na moje oko to tego dziecka jeszcze nie chciał, ale pewnie presja na wiosce była, by rodzić. To i urodzi.
No głupio, potwierdza Ana.
Głupio, myślę sobie. 22 lata to tyle co ja prawie. Młoda czyly, nie to co Ana Martin.
Szkołę ma?
Nie ma, ale fach zna. Kocha to po prostu. W palcach ma i kocha fryzjerstwo. I uczciwa, i nie głupia, klienta nie wypuściła żadnego, salon mogłam jej zostawić. Bo ja tu panie moje już wszystko widziałam. Głupie takie, że dziw. Pijące, że strach było zostawić, bo jeszcze se coś zrobi i na mnie będzie. Nieuczciwe. Kradnące. Nieprzychodzące do pracy. Takie, co to do lekarza trzeba było z nimi jeździć, bo nic nie rozumiały, że chore. Ile razy to ja przy porodzie byłam, karetka z przodu, ja w swoim aucie z tyłu. Z siedmioro dzieci tak odebrałam.
No i jeszcze te nieumiejące ciąć.
Bo teraz te szkoły takie porobili, że jedną przyuczą na strzyżenie, drugą na farbę, trzecią na balajaże. A ja pani sama do wszystkiego doszłam. Dziś też balajaży na odżywce uczę, a jak się tego inaczej nauczyć, pytam?
No i szkoły tak uczą, że albo damskie, albo męskie. A u mnie jednak dużo męskich jest. Znają mnie na dzielnicy i jak który ma przerwę, to wyskoczą.
Ale to się nie chce uczyć. Co za czasy.
A te stąd też nic nie umieją?
Też księżniczki. Kręcą nosem, że one fryzjerki, to sprzątać nie będą. To kto ma za nimi zamiatać, pytam się, ja niby? Czy też we włosach po kostki chcą chodzić. Mówię pani, skaranie boskie. problem będę miała normalnie, jak mi na macierzyński zjedzie. Nie zna pani nikogo?
Thursday, 7 January 2016
(376) ciupas
Byłam umówiona na 10, wkracza dziarsko Ana Martin do fryzjerstwa, nowe włosy na święta muszą być! Ksenia też, o, ta tu, pokazuje. Obie byłyśmy, mówi ostrożniej już, bo już widzimy od wejścia, że nasz wizyta w salonie kłafjury centrum Sanżila nie w smak, oj nie w smak czy porę.
Panie drogie, do 10 muszę skończyć, bo do brata cepas przychodzi. Nogę se złamał i sprawdzić przychodzą, więc wolę, by za dużo to nie widzieli. A tak w ogóle, to jakby ze swoich dawali, co?
Ale wchodźcie panie, zapraszam, oni o 10 z szarlerła mają ruszyć, to pewnie tu przed 11 nie będą. Jeden kolor zdążymy. Jaki to ma być?
Blond, jak u pani, wypycha sama się do przodu Ana. Blond? Eeee...Nie widzę pani w blondzie, że szczerze powiem.
Blond, twardo obstaje przy swoim Ana. Bo ja to blondynka jestem. Byłam, znaczy się, zanim hormony, dzieci itepe. Ludzie normalnie mi nie wierzą, jak zdjęcia pokazuję sprzed 10 lat, gdziem blond właśnie. Sama pani mówiła, że na tych, co teraz, damy jasne, to będzie dobrze, przymila się Ana językiem Alsemberga.
Niech siada, pada rozkaz. Ana posłusznie ląduje w fotelu.
Nie tu, to do mycia pani siada, pokazują na mnie. A pani do farby to przecie w normalnym fotelu.
Ana zmienia fotel, ja też, krótki rozgardiasz i jest dobrze.
Co to ciupas, piskam cichutko.
Cepas cha cha.Publiczne centrum akcji społecznej, czyli pomocy, tłumaczy od razu na nasze Ana. Na dzielnicy: Centre public d'aide sociale, o, tu na wizytówce mam, usłużnie podsuwa Mariola. Jeszcze stara nazwa, bo teraz akcja zamiast pomocy wskoczyła, modne słowo ze ścianki.
Czyly co ten ciupas?
Pani to od nas chyba, po akcencie poznać, raduje się Mariola. Cepas, nie ciupas, widać, że pani wesoła, takim lżej cha cha. Czyly tacy, co niby badają, czy nie jest źle, ale tak naprawdę patrzą, czy nie za dobrze czasami. Ech, wszystko to samo, macha ręką.
A dzieci to gdzie pani zostawiła, interesuje się nagle Mariola.
Z ojcem są. O ten tam, łysy, na ulicy.
Dobrego se pani wzięła, ocenia Mariola. Ja to sama ze wszystkim zawsze. A teraz jeszcze ten cepas na kark się zwalił. Brat nogę złamał i do pracy nie chodzi, to sprawdzić przyszli. Nie chcę, by widzieli, czego nie trzeba, że powtórzę.
Czego nie trzeba, dopytuje niby niewinnie Ana. Znam ją.
Mariola udaje, że nie słyszy.
Co to jest cepas na nasze, pytam ja z kolei. Oj, woda gorąca, poproszę zimniej.
No to ci z szarlerła, co kontrolują, jak ktoś na zwolnieniu siedzi. On tu oficjalnie jest, ale nogę złamał, to i u mnie w kuchni siedzi. A ja nie chcę, by za dużo widzieli, mówiłam przecie.
To z szarelrła aż tu jadą? to Bruksenia swoich kontrolerów nie ma, dziwi się Ana spod farby.
Kochanieńka, stąd, z Sanżila jadą! Tu centralę mają przecie, to nie wie? Boże, ja to cały czas z nimi wojuję, ale co, jak tłumaczyć trzeba. Z szosy szarerlerła jadą, 81 i już.
Aaaa - Ana spod farby.
Aaaa - ja, bo woda gorąca.
Aaaa...zaraz wracam, mówi Mariola, bo dzwonek do drzwi. I znika.
Ana siedzi karnie, czyta, ale i trochę nerwowo kręci. Drapie tu i ówdzie, bo farba swędzi taka podobno. Marioli brak.
Wraca. Uśmiech kwitnie na twarzy.
No, zapraszam panią do mycia. I odżywkę damy. Darmowa! Ale jestem zadowolona. Poszło jak z płatka, ale w końcu nie ze swoich płacą, to i co mieli siedzieć. Jezu, jak dobrze, że nic nie widzieli.
Nawet wyszła pani ta farba. Już na ósemce jesteśmy.
A gdzie byłyśmy? nieśmiało chce wiedzieć Ana.
Na dziewiątce. Jeszcze trochę i będzie dobrze. No idźcie już kochanieńkie, bo ten łysy za oknem macha. Do zobaczenia w 2016!
Panie drogie, do 10 muszę skończyć, bo do brata cepas przychodzi. Nogę se złamał i sprawdzić przychodzą, więc wolę, by za dużo to nie widzieli. A tak w ogóle, to jakby ze swoich dawali, co?
Ale wchodźcie panie, zapraszam, oni o 10 z szarlerła mają ruszyć, to pewnie tu przed 11 nie będą. Jeden kolor zdążymy. Jaki to ma być?
Blond, jak u pani, wypycha sama się do przodu Ana. Blond? Eeee...Nie widzę pani w blondzie, że szczerze powiem.
Blond, twardo obstaje przy swoim Ana. Bo ja to blondynka jestem. Byłam, znaczy się, zanim hormony, dzieci itepe. Ludzie normalnie mi nie wierzą, jak zdjęcia pokazuję sprzed 10 lat, gdziem blond właśnie. Sama pani mówiła, że na tych, co teraz, damy jasne, to będzie dobrze, przymila się Ana językiem Alsemberga.
Niech siada, pada rozkaz. Ana posłusznie ląduje w fotelu.
Nie tu, to do mycia pani siada, pokazują na mnie. A pani do farby to przecie w normalnym fotelu.
Ana zmienia fotel, ja też, krótki rozgardiasz i jest dobrze.
Co to ciupas, piskam cichutko.
Cepas cha cha.Publiczne centrum akcji społecznej, czyli pomocy, tłumaczy od razu na nasze Ana. Na dzielnicy: Centre public d'aide sociale, o, tu na wizytówce mam, usłużnie podsuwa Mariola. Jeszcze stara nazwa, bo teraz akcja zamiast pomocy wskoczyła, modne słowo ze ścianki.
Czyly co ten ciupas?
Pani to od nas chyba, po akcencie poznać, raduje się Mariola. Cepas, nie ciupas, widać, że pani wesoła, takim lżej cha cha. Czyly tacy, co niby badają, czy nie jest źle, ale tak naprawdę patrzą, czy nie za dobrze czasami. Ech, wszystko to samo, macha ręką.
A dzieci to gdzie pani zostawiła, interesuje się nagle Mariola.
Z ojcem są. O ten tam, łysy, na ulicy.
Dobrego se pani wzięła, ocenia Mariola. Ja to sama ze wszystkim zawsze. A teraz jeszcze ten cepas na kark się zwalił. Brat nogę złamał i do pracy nie chodzi, to sprawdzić przyszli. Nie chcę, by widzieli, czego nie trzeba, że powtórzę.
Czego nie trzeba, dopytuje niby niewinnie Ana. Znam ją.
Mariola udaje, że nie słyszy.
Co to jest cepas na nasze, pytam ja z kolei. Oj, woda gorąca, poproszę zimniej.
No to ci z szarlerła, co kontrolują, jak ktoś na zwolnieniu siedzi. On tu oficjalnie jest, ale nogę złamał, to i u mnie w kuchni siedzi. A ja nie chcę, by za dużo widzieli, mówiłam przecie.
To z szarelrła aż tu jadą? to Bruksenia swoich kontrolerów nie ma, dziwi się Ana spod farby.
Kochanieńka, stąd, z Sanżila jadą! Tu centralę mają przecie, to nie wie? Boże, ja to cały czas z nimi wojuję, ale co, jak tłumaczyć trzeba. Z szosy szarerlerła jadą, 81 i już.
Aaaa - Ana spod farby.
Aaaa - ja, bo woda gorąca.
Aaaa...zaraz wracam, mówi Mariola, bo dzwonek do drzwi. I znika.
Ana siedzi karnie, czyta, ale i trochę nerwowo kręci. Drapie tu i ówdzie, bo farba swędzi taka podobno. Marioli brak.
Wraca. Uśmiech kwitnie na twarzy.
No, zapraszam panią do mycia. I odżywkę damy. Darmowa! Ale jestem zadowolona. Poszło jak z płatka, ale w końcu nie ze swoich płacą, to i co mieli siedzieć. Jezu, jak dobrze, że nic nie widzieli.
Nawet wyszła pani ta farba. Już na ósemce jesteśmy.
A gdzie byłyśmy? nieśmiało chce wiedzieć Ana.
Na dziewiątce. Jeszcze trochę i będzie dobrze. No idźcie już kochanieńkie, bo ten łysy za oknem macha. Do zobaczenia w 2016!
Wednesday, 6 January 2016
(375) kamikadze
Z nowym rokiem same zmiany. Przede wszystkim na plus. Wiekowo. U Romana nowy roczek, u Grocha drugi roczek, wychodzi niby na to samo, a jednak nie. Inny plus to plus jeden w terroryzmie, jesteśmy niby na trójce, ale podobno to czwórka, a władze myślą i o piątce, ale nie wiedzą, jak ją wprowadzić do skali czterostopniowej. Więcej więcej więcej, a soldy przecież dopiero się zaczęły! Strach pomyśleć, co będzie, jak 2016 się rozhula.
Przykładowo takie gangi. Jeszcze nie dano raz na rok o nich napisali, że jakieś tam anioły na motorach z piekła rodem byli ci zjechali z Dunii, w drodze na festiwal zahaczyli o jakiś tam lokalny festiwal metalowy, napili się po bratersku z lokalnym gangiem, to i zbili lub czasami nawet zabili jakiegoś innego motocyklistę. Normalne porachunki, kątempluje Roman, choć normlnie to nie wygląda, fakt, poprawia się zaraz komisyjnie. Nie popieram, zaznacza, ale oni tak już mają.
Kto, pyta Ana.
Ci z gangów motocyklowych.
Dańczycy z Dunii pytam ciekawie?
Nie tylko Duńczycy, ale ogólnie wkręceni i zakręceni motocykliści. Wszędzie. Dlatego też media za wiele o nich nie pisały, tylko przy okazji większej rozróby, tłumaczy Roman. Jednak pod koniec 2015 się to zmieniło.
Wszystko przez terroryzm, niech zgadnę, zgaduje Ana.
Zgadza się. Bo o ile zawsze budziło zdziwienie, że Belgia jest terenem porachunków gangów dość jak na Bruksenię egzotycznych, jak indonezyjskie, lub tureckie, to sprawy załatwiali między sobą. Szast prast, nóż w plecy, motor spalony, ciało do rzeki i już plynie do morza kanałem. Czasami utykało gdzieś na mieliznie lub wyrzucało je na brzeg, wtedy prasa się interesowała. Jednak normalnie - kogo by tam obchodziły porachunki motorowych.
Tak więc cichaczem rośli sobie w siłę, niech zgadnę, ponownie zgaduje poprawnie Ana Martin. Skąd ona to wszystko wie?
Zgadza się. I tak urośli, że aż zainteresowali się nimi domorośli islamisto-dżihadyści. I albo do nich przystali, albo namówili do złego, albo w ogóle przejęli gang. A konkretnie - gang o nazwie jeźdźcy kamikadze. Kamikaze rajders po miejscowemu.
A ja myślałam, że to po chińsku, dziwię się.
Dokładniej mówiąc, po japońsku i angielsku, ale że występują w Belgii - powiedzmy że po brukseńskiemu Ksenio.
I co z nimi, chcę wiedzieć.
Nazwa zdradza wszystko, niech zgadnę, zgaduje Ana.
Czyli co, bom niedoinformowana ze szkół.
Kamikadze to samobójcy. To z tego gangu rekrutowało się kilku samobojców - terrorystów. Gdy tylko to wykryto, a wiadomość się przedostała do mediów - Bruksenia oszalała.
I odtąd wszędzie tylko te gangi i gangi. Ciąg dalszy nastąpi, ale na razie policja i komisja nie pozwalają, to siedzę cicho i ja.
Przykładowo takie gangi. Jeszcze nie dano raz na rok o nich napisali, że jakieś tam anioły na motorach z piekła rodem byli ci zjechali z Dunii, w drodze na festiwal zahaczyli o jakiś tam lokalny festiwal metalowy, napili się po bratersku z lokalnym gangiem, to i zbili lub czasami nawet zabili jakiegoś innego motocyklistę. Normalne porachunki, kątempluje Roman, choć normlnie to nie wygląda, fakt, poprawia się zaraz komisyjnie. Nie popieram, zaznacza, ale oni tak już mają.
Kto, pyta Ana.
Ci z gangów motocyklowych.
Dańczycy z Dunii pytam ciekawie?
Nie tylko Duńczycy, ale ogólnie wkręceni i zakręceni motocykliści. Wszędzie. Dlatego też media za wiele o nich nie pisały, tylko przy okazji większej rozróby, tłumaczy Roman. Jednak pod koniec 2015 się to zmieniło.
Wszystko przez terroryzm, niech zgadnę, zgaduje Ana.
Zgadza się. Bo o ile zawsze budziło zdziwienie, że Belgia jest terenem porachunków gangów dość jak na Bruksenię egzotycznych, jak indonezyjskie, lub tureckie, to sprawy załatwiali między sobą. Szast prast, nóż w plecy, motor spalony, ciało do rzeki i już plynie do morza kanałem. Czasami utykało gdzieś na mieliznie lub wyrzucało je na brzeg, wtedy prasa się interesowała. Jednak normalnie - kogo by tam obchodziły porachunki motorowych.
Tak więc cichaczem rośli sobie w siłę, niech zgadnę, ponownie zgaduje poprawnie Ana Martin. Skąd ona to wszystko wie?
Zgadza się. I tak urośli, że aż zainteresowali się nimi domorośli islamisto-dżihadyści. I albo do nich przystali, albo namówili do złego, albo w ogóle przejęli gang. A konkretnie - gang o nazwie jeźdźcy kamikadze. Kamikaze rajders po miejscowemu.
A ja myślałam, że to po chińsku, dziwię się.
Dokładniej mówiąc, po japońsku i angielsku, ale że występują w Belgii - powiedzmy że po brukseńskiemu Ksenio.
I co z nimi, chcę wiedzieć.
Nazwa zdradza wszystko, niech zgadnę, zgaduje Ana.
Czyli co, bom niedoinformowana ze szkół.
Kamikadze to samobójcy. To z tego gangu rekrutowało się kilku samobojców - terrorystów. Gdy tylko to wykryto, a wiadomość się przedostała do mediów - Bruksenia oszalała.
I odtąd wszędzie tylko te gangi i gangi. Ciąg dalszy nastąpi, ale na razie policja i komisja nie pozwalają, to siedzę cicho i ja.
Tuesday, 5 January 2016
(374) 1200
1200. Tysiąc i dwieście. Dwieście i tysiąc z zagranicznego. Ani chybi Sanżil. Ani chybi okoliczności. Anderlecht? Iksel? Ukle lub Ikel chociażby? Przecie nie luksusowe Woluwy? Głowię się i głowię, gdzie to? mruczę se pod nosem
Toż to nie adres. To 1200 wiagr. Z tego słynie ostatnio Bruksenia, podpowiadają mi.
Zwariować idzie w tym 2016 r., wygłasza nagle Ana.
Wiagr? Wigor chyba, Ksenio? poprawia mnie Roman. Pyszny napój ukraiński, w książkach o nim piszą, a na Sanżilu na Alsembergu u ruskich też można było go nabyć. Są tacy, co go po komisjach w biurze pijają, sam na fejsie widziałem.
Póki się ruskim nie zbankrutowało był i na dzielnicy, potwierdzam. Ale mi nie o wigor chodzi, choć wspaniałą siłę zapewne daje, ale o wiagry. Ściśle mówiąc - o 1200 wiagr. Co to wiózł je taki jeden złapany na gorącym uczynku, choć do niczego z wiagrą nie doszo.
To dopiero ci siła! Niech się wigor schowa. Ale skąd wziąć Ksenio 1200 wiagr? Toż to warte majątek.
Właśnie o to się rozchodzi. Czyly jak zwykle o pieniądze. Głowi się nad tym policja belż, a pewnie i europol inter. Do tego dziarski 28-latek miał przy sobie dziesiątki kart kredytowych. I co z tym zrobić, podrapali się w głowę policjanci, a może mili.
Mili nie mili, ale co zrobili?
Po wiagrze wsadzili do kieszeni, uśmiecha się Ana. Co daje 1198 zarekwirowanych tabletek.
Dobrze, że do kieszeni wsadzili, a nie łyknęli od razu, uff, to by dopiero było dziwo na drodze, co? śmieję się. Nie takie historie o wiagrze u nas w Łapach pod kioskiem opowiadali, dodaję na dowód.
Choć wiagry na oczy nie widzieli, pewnikiem.
Widzieli widzieli, bronię swojaków. Od ruskich szło kupić. W promocji nawet dawali.
Wiecie, co jest najciekawsze w tej historyjce z Belgii, by wrócić na Sanżil? Że wiagra, i to nie ruska podróbka żadna, by sobie spokojnie dojechała, gdzie miała trafić, czyly może do Łap nawet, gdyby nie komputery. Bo ten, co ją wiózł, tak bardzo uwierzył w swój wigor i moc, że jedną ręką kierował, a drugą laptopował. Świeciło z auta na niebiesko, to i do kontroli go zatrzymali, ufo czy kie licho nie wiedzieli.
Po ruskiej też można było pewnikiem na niebiesko świecić, kątempluje Roman. Ciekawe, ciekawe - a najbardziej interesujące to, że w czasach terroryzmu cały kraj żyje taką historią. Widać nie da się bać cały czas, i to jest dobry znak na 2016 r.
Toż to nie adres. To 1200 wiagr. Z tego słynie ostatnio Bruksenia, podpowiadają mi.
Zwariować idzie w tym 2016 r., wygłasza nagle Ana.
Wiagr? Wigor chyba, Ksenio? poprawia mnie Roman. Pyszny napój ukraiński, w książkach o nim piszą, a na Sanżilu na Alsembergu u ruskich też można było go nabyć. Są tacy, co go po komisjach w biurze pijają, sam na fejsie widziałem.
Póki się ruskim nie zbankrutowało był i na dzielnicy, potwierdzam. Ale mi nie o wigor chodzi, choć wspaniałą siłę zapewne daje, ale o wiagry. Ściśle mówiąc - o 1200 wiagr. Co to wiózł je taki jeden złapany na gorącym uczynku, choć do niczego z wiagrą nie doszo.
To dopiero ci siła! Niech się wigor schowa. Ale skąd wziąć Ksenio 1200 wiagr? Toż to warte majątek.
Właśnie o to się rozchodzi. Czyly jak zwykle o pieniądze. Głowi się nad tym policja belż, a pewnie i europol inter. Do tego dziarski 28-latek miał przy sobie dziesiątki kart kredytowych. I co z tym zrobić, podrapali się w głowę policjanci, a może mili.
Mili nie mili, ale co zrobili?
Po wiagrze wsadzili do kieszeni, uśmiecha się Ana. Co daje 1198 zarekwirowanych tabletek.
Dobrze, że do kieszeni wsadzili, a nie łyknęli od razu, uff, to by dopiero było dziwo na drodze, co? śmieję się. Nie takie historie o wiagrze u nas w Łapach pod kioskiem opowiadali, dodaję na dowód.
Choć wiagry na oczy nie widzieli, pewnikiem.
Widzieli widzieli, bronię swojaków. Od ruskich szło kupić. W promocji nawet dawali.
Wiecie, co jest najciekawsze w tej historyjce z Belgii, by wrócić na Sanżil? Że wiagra, i to nie ruska podróbka żadna, by sobie spokojnie dojechała, gdzie miała trafić, czyly może do Łap nawet, gdyby nie komputery. Bo ten, co ją wiózł, tak bardzo uwierzył w swój wigor i moc, że jedną ręką kierował, a drugą laptopował. Świeciło z auta na niebiesko, to i do kontroli go zatrzymali, ufo czy kie licho nie wiedzieli.
Po ruskiej też można było pewnikiem na niebiesko świecić, kątempluje Roman. Ciekawe, ciekawe - a najbardziej interesujące to, że w czasach terroryzmu cały kraj żyje taką historią. Widać nie da się bać cały czas, i to jest dobry znak na 2016 r.
Monday, 4 January 2016
(373) sylwek
Panie, to był rok, ten 2015. Panie, w głowie się nie mieści, co to się działo. Strajki, strzały, szkoły, kresze, szkarlatyny i ospy wieczne na koniec. Okej, nie wieczne może, ale wietrzne jak najbardziej, na koniec roku na Sanżilu wieje tak, że głowę może urwać. Do tego kongresy, złamania i deprechy. Ana Martin twierdzi, że nigdy jeszcze nie słyszała o tylu złamanych rękach i losach.
Ale się działo w tym 2015, pani.
Jedno się nie działo za to, w Brukseni na pewno. Mianowicie Sylwek.
E, żartujecie sobie tam na tym zachodzie, skrzywili się przez telefon matuś i ojce, jakem im obwieściła przez telefon, że nici z wyjścia na rynek na koncert dody czy innej gwiazdy. E, to my nie jedziemy, obrazili się. Szkoda, bo złotówki, co to im byłam posłałam w formie ojro, by se bilety na busik wykupili, stracone. Nikt za bilety nie zwraca. Nie jedziesz - samaś sobie winna. Winien i nie ma, by zmienić hasło zasłyszane u Any w radiu.
A po co my będziemy się ruszać, jak taka sama bieda, co w Łapach. Też się na sylwka nic nie dzieje, może tylko pijani śpiewają, tych może być nawet więcej, niż u was na tym zachodzie, słusznie prognozują ojce. E, to zostaniemy na starych śmieciach, marylę z dodą w tele pooglądamy. Taniej, cieplej i po naszemu.
Słusznie mówią, co nie zmienia faktu, że ojro przepadły, a zabawy nie będzie. Anulowali, że się posłużę lokalną mową.
Co to ja słyszę, wynurza się Roman. Nie będzie sztucznych ogni? Ano nie, burmistrz ostatecznie odwołał. Żadnego świętowania wybuchowego wokół debrukera i granplasu. Zero ogni. Zero kolorów.
Zero to ile jest mamusiu, chce wiedzieć Iwonek. O tyle?
O tyle synku, Kółko takie. Nic czyli.
Aha, to ja nie chcę, decyduje Iwonek. Ja chcę kolory, tam gdzie pan na targu ma światła na najolbrzymszej choince. Takiej wielkiej, do nieba, olbrzymiej bardzo. Tam gdzie jest żłobek na dworze, ale nie mój, tylko taki inny jakby.
My też byśmy chcieli, wzrusza się Ana, ale nie ma jak synku. Pan dyrektor miasta zabronił, bo źli panowie, przez których zamknęli szkoły i tramwaje nie jeździły, jeszcze nie są w więzieniu. I lepiej, by ich nie kusić.
No tak, a cierpimy my, zwykły lud. Zero rodziców, zero sztucznych ogni, zero dody. Zły imydż, kiwam głową z dezaprobatą, czy jak się to uczucie nazywa.
----
I tak było. Jak imydż ma być dobry, skoro Sylwka nie było, pytam. Wszystkie miasta przeleciały w tiwi, a Brukseni nie uświadczyli. Austria najpierw, ta z drugiej strony kosmosu, potem ruskie śnieżynki z Moskwą, Berliny i Njujorki. A Brukseni nie dali. Pech ech.
Chociaż nie, mylisz się Ksenio. Leciała Bruksenia, leciała. Mianowicie w dziale ciekawostek. Bo granplas tak doświetlili, że zrobiło się na nim jasno, jak w dzień. Jakby to Austria była, dopytuję, i dzień był w nocy?
Australia Ksenio, jeśli już, no tak, coś a la Australia. Z tym że nie słońce dawało jak lampa, ale lampy jak słońce. Wszystko po to, by nikt nie podłożył bomby, nie chciał sobie postrzelać itepe itede. I kontrole wprowadzili, i plecaki trzepali.
Czyli jednak była bombowa atmosfera, uff, odpuszcza mi. Najważniejsze, że nas pokazali w tiwi. Bo imydż to imydż, obraz to obraz, słowa nieważne. Jak cię nie widać - to cię nie ma. Wiadomo w marketingu, że tego się nie odpracuje, na to embieje latami pracują. Uff, jednak jesteśmy. Bruksenio, nie wszystko stracone.
Ale się działo w tym 2015, pani.
Jedno się nie działo za to, w Brukseni na pewno. Mianowicie Sylwek.
E, żartujecie sobie tam na tym zachodzie, skrzywili się przez telefon matuś i ojce, jakem im obwieściła przez telefon, że nici z wyjścia na rynek na koncert dody czy innej gwiazdy. E, to my nie jedziemy, obrazili się. Szkoda, bo złotówki, co to im byłam posłałam w formie ojro, by se bilety na busik wykupili, stracone. Nikt za bilety nie zwraca. Nie jedziesz - samaś sobie winna. Winien i nie ma, by zmienić hasło zasłyszane u Any w radiu.
A po co my będziemy się ruszać, jak taka sama bieda, co w Łapach. Też się na sylwka nic nie dzieje, może tylko pijani śpiewają, tych może być nawet więcej, niż u was na tym zachodzie, słusznie prognozują ojce. E, to zostaniemy na starych śmieciach, marylę z dodą w tele pooglądamy. Taniej, cieplej i po naszemu.
Słusznie mówią, co nie zmienia faktu, że ojro przepadły, a zabawy nie będzie. Anulowali, że się posłużę lokalną mową.
Co to ja słyszę, wynurza się Roman. Nie będzie sztucznych ogni? Ano nie, burmistrz ostatecznie odwołał. Żadnego świętowania wybuchowego wokół debrukera i granplasu. Zero ogni. Zero kolorów.
Zero to ile jest mamusiu, chce wiedzieć Iwonek. O tyle?
O tyle synku, Kółko takie. Nic czyli.
Aha, to ja nie chcę, decyduje Iwonek. Ja chcę kolory, tam gdzie pan na targu ma światła na najolbrzymszej choince. Takiej wielkiej, do nieba, olbrzymiej bardzo. Tam gdzie jest żłobek na dworze, ale nie mój, tylko taki inny jakby.
My też byśmy chcieli, wzrusza się Ana, ale nie ma jak synku. Pan dyrektor miasta zabronił, bo źli panowie, przez których zamknęli szkoły i tramwaje nie jeździły, jeszcze nie są w więzieniu. I lepiej, by ich nie kusić.
No tak, a cierpimy my, zwykły lud. Zero rodziców, zero sztucznych ogni, zero dody. Zły imydż, kiwam głową z dezaprobatą, czy jak się to uczucie nazywa.
----
I tak było. Jak imydż ma być dobry, skoro Sylwka nie było, pytam. Wszystkie miasta przeleciały w tiwi, a Brukseni nie uświadczyli. Austria najpierw, ta z drugiej strony kosmosu, potem ruskie śnieżynki z Moskwą, Berliny i Njujorki. A Brukseni nie dali. Pech ech.
Chociaż nie, mylisz się Ksenio. Leciała Bruksenia, leciała. Mianowicie w dziale ciekawostek. Bo granplas tak doświetlili, że zrobiło się na nim jasno, jak w dzień. Jakby to Austria była, dopytuję, i dzień był w nocy?
Australia Ksenio, jeśli już, no tak, coś a la Australia. Z tym że nie słońce dawało jak lampa, ale lampy jak słońce. Wszystko po to, by nikt nie podłożył bomby, nie chciał sobie postrzelać itepe itede. I kontrole wprowadzili, i plecaki trzepali.
Czyli jednak była bombowa atmosfera, uff, odpuszcza mi. Najważniejsze, że nas pokazali w tiwi. Bo imydż to imydż, obraz to obraz, słowa nieważne. Jak cię nie widać - to cię nie ma. Wiadomo w marketingu, że tego się nie odpracuje, na to embieje latami pracują. Uff, jednak jesteśmy. Bruksenio, nie wszystko stracone.
Subscribe to:
Posts (Atom)