Już niejeden filozof zauważył, i to nie ostatnio wcale, tylko już w latach 80., nawet, że świat tak przyspieszył, że liczy sie tylko nowe nowe nowe. Nawet nie nowoczesne już, tylko od rau ponowoczesne.
Jak to pasuje do Molenbeka! Który nie jest już nowoczesny, czyli atrakcyjny.
Potrzeba nam coś ponowoczesnego. Na szczęście trafiło się Fore. Zwane Forestem lub Vorstem w pisowni. Co razem daje Forest. Las, pomyślałby niejeden lub pomyślała niejedna.
A wcale nie!
Forest to nowy Molenbek. Tak mówi prasa i inne media ponowoczesno-nowoczesne.
No tak, kolejna sensacja, inaczej się nie da, kręci nosem Ana Martin. Wszystko niby tak samo, jak przed obławą, a jednak inaczej już.
Ale słuchajcie, między Forestem a Molenbekiem są różnice przecież, nie bądźmy takie lub tacy. Już samo to, że Forest jest na górze i na dole, to nic, pikuś?
Owszem, potwierdza komisyjnie Roman. Forest górny i dolny. Jeden na wysokości 100 metrów nad morzem, drugi niżej, a jeśli chodzi o bogactwo - to nawet poniżej poziomu morza.
Depresja czyli, kątempluje Ana.
Pełna depresja w marcowo-kwietniowym słońcu, bo jak inaczej wytłumaczyć to, co się stało?
Tym chociażby, że na górze bogato i hipstersko fajnie, late w knajpie i te sprawy, a na Sandenisie - stare domy, złe szkoły, brak perspektyw i pracy. Dwa światy. Dwa lasy. Każdy to widzi.
Nie każdy czy każda, protestuję. Oto pani z rządu dzielnicowego mówi, że Forest na pewno nie jest żadnym Molenbekiem, chociażby dlatego, że nie ma w nim czy na nim takich skupisk narodowościowych, jak na Molenbeku. 55 tysięcy luda i najbardziej zielona dzielnica Brukseni. W tych 55 tysiącach - 33% to emigranci. Którzy stali się leśnymi migrantami. Emi zawsze idzie w parze z imi w końcu.
Ale w ostatnich czasach nie są już oni imi, tymi nimi imi, lecz raczej cudzoziemcami lub obcokrajowcami czasami.
Stara emigracja i nowa, tak idzie podział; znad jednego morza głównie, co nie oznacza, że z tej samej wysokości, czy depresja, czy nie.
Czyly?
Stare emigranty to Włochy, Hiszpania, Portugalia, Grecy. Nowe - Maroko. A co to, od dziś mieszkasz na Sanżilu, czy co, że tak cie to dziwi, dziwi się z kolei zdziwieniu ślubnej Roman.
W sumie nie. Okoliczności ludzkie i geograficzne są, jakie są, w tym u nas.
Bo to w sumie okolicznościowo bardzo blisko Sanżila. Mianowicie ten sam rogalik. Ubogi ci on.
Rogalik? zwariuje z wami, denerwuje się nieco.
Jaki rogalik Ksenio, wtrąca swe ubogie czy grosze Iwonek. Płasą rogali czy krłasą?
Krłasą powr. W pisowni: croissant pauvre. Czyli dzielnice biedy: Molenbek, Anderlecht, Sanżos, no i właśnie fragmenty Skarbka, Forestu i nasze sanżilowskie. Te same problemy, bo ten sam brak pieniędzy i inwestycji. Beznadzieja. Depresja.
I nawet ulica Rogalikowa się znajduje na Foreście, przypomina sobie Ana. Koło Wilsa. Superlokalizacja! I ulica słynna, spektakl o niej powstał.
Jednego z mieszkańców. Emi-imi.
Lokalizacja lokalizacją, a okolice-okolicznościami.
Niedaleko pada bomba od okoliczności, resztę znacie, nie opisuję.
Monday, 4 April 2016
Monday, 21 March 2016
(413) dragi
Drogi ty mój, i to wcale nie ukochany. I nie ta liczba. Drogi wy moje, tak się dziś mówi. W Antwerpii najczęściej w Belgii.
Hę, mruczę? Wszystkie drogi prowadzą do Antwerpii nagle?
Drogi nie, ale ślady w ściekach tak, komplikuje wszystko Roman.
Hę - teraz nie rozumie nic i Ana Martin.
Taką zagadkę zadaje z rana Roman w zimowo-wiosenny jakby poranek na Sanżilu, przed wyruszeniem w drogę oczywiście.
Dobra, widzę, że wam nie idzie: otóż okazuje się, że Antwerpia wreszcie przebiła Bruksenię.
Brawo, mruczę pod nosem, bo co, Unię z naszym sobie tam przenoszą?
E tam, nie. Jest na ustach wszystkich w Europie. Albo nie, powiem inaczej: pod nosem! W nosie.
W nosie ktoś ją ma? W Walonii pewnie - ale i tak się muszą z nią liczyć.
Dobra, koniec z tymi zabawami, choć może niektórym i o zabawę chodzi w tej sytuacji ze sławą: mianowicie Antwerpia stanęła na najwyższym podium w Europie, jeśli chodzi o dragi. Dragi. Drogi czy dragi? Narkotyki! Ana, pomocy!
Oj, jam nie władna oceniać, jak się winno mówić, jako matka stronię od dragó i drogów, a nawet dróg. Zresztą zawsze chadzałam własnymi, to i pod tłum wciągających i wstrzykujących sobie to i owo się nie podpinam.
O co wam chodzi, nadal nie łapię, choć podobno mowa o moim pokoleniu iks.
Ksenia, wszystko jasne, patrz tu: Antwerpia na pierwszym miejscu pod względem ilości śladów amfy w ściekach. W innych kategoriach - kokaina, metamfetamina, ekstazy i trawa - też za każdym razie w pierwszej piątce.
Czyly co, brawo, biję jakoś niepewnie w ręce.
Brawo, krzyczy Iwonek, a Groch uderza miarowo w łapki.
No chyba nie brawo zdecydowanie, tylko wstyd wielki na całą Belgię, Ojropę, świat i wszech. Podobno wskaźniki kosmiczne.
Prowadzimy!
Nie tylko to. Jakaś dziwna zależność się wytworzyła między tym drugim dialektem a amfą. Mianowicie za Antwerpią Ajndhowen, pisane inaczej, bo Eindhoven, piąte Ninow, pisane Ninove. Wszystkie te miasta mają coś wspólnego.
Co, amfę?
Głupi jakiś ten Roman doprawdy, jak po koce jakiejś. Przecież nie to, tylko język, dialekt!
A może to dlatego, że ciężko się go nauczyć i ten czy ta, ów lub owa się wspiera nielegalnie?
E tam, bzdura. To mają wspólnego, że w Belgii przemyt i sprzedaż idą na wielką skalę. 213 mg w Antwerpii na głowę, w Eindhoven 204. Ninove już jednak dużo gorzej - zaledwie 124 mg. Reszta daleko w tyle.
Smutni - przegrali.
Wiem! Wpadam na pomysł. A może to kolejne oszustwo i tak naprawdę to ta sama amfa? Bo skoro język, to może i ścieki mają wspólne. Może to ta sama rzeka?
Droga wodna czyly. Choć nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, bo wszystko płynie.
Spływa do kanalizacji nawet, uściśla Ana.
Drogi czy dragi, wszyscy tam skończymy.
Hę, mruczę? Wszystkie drogi prowadzą do Antwerpii nagle?
Drogi nie, ale ślady w ściekach tak, komplikuje wszystko Roman.
Hę - teraz nie rozumie nic i Ana Martin.
Taką zagadkę zadaje z rana Roman w zimowo-wiosenny jakby poranek na Sanżilu, przed wyruszeniem w drogę oczywiście.
Dobra, widzę, że wam nie idzie: otóż okazuje się, że Antwerpia wreszcie przebiła Bruksenię.
Brawo, mruczę pod nosem, bo co, Unię z naszym sobie tam przenoszą?
E tam, nie. Jest na ustach wszystkich w Europie. Albo nie, powiem inaczej: pod nosem! W nosie.
W nosie ktoś ją ma? W Walonii pewnie - ale i tak się muszą z nią liczyć.
Dobra, koniec z tymi zabawami, choć może niektórym i o zabawę chodzi w tej sytuacji ze sławą: mianowicie Antwerpia stanęła na najwyższym podium w Europie, jeśli chodzi o dragi. Dragi. Drogi czy dragi? Narkotyki! Ana, pomocy!
Oj, jam nie władna oceniać, jak się winno mówić, jako matka stronię od dragó i drogów, a nawet dróg. Zresztą zawsze chadzałam własnymi, to i pod tłum wciągających i wstrzykujących sobie to i owo się nie podpinam.
O co wam chodzi, nadal nie łapię, choć podobno mowa o moim pokoleniu iks.
Ksenia, wszystko jasne, patrz tu: Antwerpia na pierwszym miejscu pod względem ilości śladów amfy w ściekach. W innych kategoriach - kokaina, metamfetamina, ekstazy i trawa - też za każdym razie w pierwszej piątce.
Czyly co, brawo, biję jakoś niepewnie w ręce.
Brawo, krzyczy Iwonek, a Groch uderza miarowo w łapki.
No chyba nie brawo zdecydowanie, tylko wstyd wielki na całą Belgię, Ojropę, świat i wszech. Podobno wskaźniki kosmiczne.
Prowadzimy!
Nie tylko to. Jakaś dziwna zależność się wytworzyła między tym drugim dialektem a amfą. Mianowicie za Antwerpią Ajndhowen, pisane inaczej, bo Eindhoven, piąte Ninow, pisane Ninove. Wszystkie te miasta mają coś wspólnego.
Co, amfę?
Głupi jakiś ten Roman doprawdy, jak po koce jakiejś. Przecież nie to, tylko język, dialekt!
A może to dlatego, że ciężko się go nauczyć i ten czy ta, ów lub owa się wspiera nielegalnie?
E tam, bzdura. To mają wspólnego, że w Belgii przemyt i sprzedaż idą na wielką skalę. 213 mg w Antwerpii na głowę, w Eindhoven 204. Ninove już jednak dużo gorzej - zaledwie 124 mg. Reszta daleko w tyle.
Smutni - przegrali.
Wiem! Wpadam na pomysł. A może to kolejne oszustwo i tak naprawdę to ta sama amfa? Bo skoro język, to może i ścieki mają wspólne. Może to ta sama rzeka?
Droga wodna czyly. Choć nie da się wejść dwa razy do tej samej rzeki, bo wszystko płynie.
Spływa do kanalizacji nawet, uściśla Ana.
Drogi czy dragi, wszyscy tam skończymy.
Thursday, 17 March 2016
(412) obława
Gonią, gonią. Za króliczkiem, takie powiedzonko kiedyś zasłyszałam.
Nawet by pasowało wielkanocnie, bo las fore, Forest, już mamy, gdyby to były zajączki, a tak w ogóle i wogle: króle i zające. Bo za dorosłymi tu gonią po całym fore. Foreście, jak kto woli. Forście, w drugim dialekcie. I nie zające. Za to : terrorystów gonią. Dorosłych.
Tropią ich jak zające niby, a ci odkicowują co rusz, taki stan rzeczy, podsumowuje, choć to początek zaledwie, Ana.
Zaczęło się we wtorek. Bawimy się, lub udajemy, że bawimy, na jupiterze. Wszyscy obecni. w tym najważniejsi gracze: Iwonek, Bączek, Groch, Nuna. Wraz z nimi pionki: Ana Martin, Ksenia, czyly ja, Rita, Grabula i co tam się jeszcze matczynego znalazło. Nagle Iwonek podnosi palec i mówi: o, helikopter. Za chwilę Bączek: o, drugi jest. Za nim Nuna, Groch nawet i inny drobiazg dziecięcy. Bo też ci tych helikopterów leciało jak mrówków. Z całej Belgii chyba, a może i nato jakiegoś, tyle ich tam się normalnie pałętało po niebie.
Stoimy se, stoimy w piachu albo pod zjeżdżalnią, udajemy, że bawimy, za to na całego nabawiamy kataru w marcowej wichurze, a tu nagle wlatuje na plac kolejna matka i krzyczy: ludzie, szczelają się. Tak normalnie drze się i to z polska jeszcze, bo na jupiterze o Polaka czy Polkę A, B, a szczególnie C nietrudno, o Polkę nawet łatwiej, wszak drobiazg dziecięcy zajęciem polskim tradycyjnie kobiecym jest. Zwłaszcza w marcu, miesiącu kobiet.
Wracając do helikopterów: huczało, buczało, terkotało nie na darmo. Bo jak ta matka A B lub C tylko zakrzyczała była, kto żyw, mimo że to matki, kobiety czyly, więc żywa raczej, rzucił się do ajfona, choć odbiór na jupiterze zakłócony przez nie wiadomo co od dawna. Fale elektromagnetyczne, jak w Warszawie u ministra, czy coś.
Jednak jakieś info piąte przez dziesiąte te fale przepuściły, bo oto okazało się, że na Foresto-Forście dolnym, gdzie Rita z Bączkiem jeszcze mieszkają, policjanci poszczelali się właśnie co ze zbójami. Terrorystami tzw. Jednego zabili, dwóch uciekło. Jeden do szpitala, drugi na jakąś szosę. Szukają go nadal.
Obława to się nazywa, przypomina sobie wojenną polszczyznę, wyklętą ostatnio, Roman.
Tego dowiedziałyśmy się jednak później. O obławie co gdzie jak kiedy. Znaczy w środę, gdy już można było o tym mówić. Trzęsąc się ze strachu, co dalej.
I nie mogąc nigdzie dojechać tramwajem, bo w środę chyba chłopaki uciekali tunelami pod Sanżilem. Godzinę byłam szła, a wraz ze mną tłumy, przypomina Ana.
Znów W Belgii niemiło, jakoś. Wiosna coś niemrawo kroczy.
Nawet by pasowało wielkanocnie, bo las fore, Forest, już mamy, gdyby to były zajączki, a tak w ogóle i wogle: króle i zające. Bo za dorosłymi tu gonią po całym fore. Foreście, jak kto woli. Forście, w drugim dialekcie. I nie zające. Za to : terrorystów gonią. Dorosłych.
Tropią ich jak zające niby, a ci odkicowują co rusz, taki stan rzeczy, podsumowuje, choć to początek zaledwie, Ana.
Zaczęło się we wtorek. Bawimy się, lub udajemy, że bawimy, na jupiterze. Wszyscy obecni. w tym najważniejsi gracze: Iwonek, Bączek, Groch, Nuna. Wraz z nimi pionki: Ana Martin, Ksenia, czyly ja, Rita, Grabula i co tam się jeszcze matczynego znalazło. Nagle Iwonek podnosi palec i mówi: o, helikopter. Za chwilę Bączek: o, drugi jest. Za nim Nuna, Groch nawet i inny drobiazg dziecięcy. Bo też ci tych helikopterów leciało jak mrówków. Z całej Belgii chyba, a może i nato jakiegoś, tyle ich tam się normalnie pałętało po niebie.
Stoimy se, stoimy w piachu albo pod zjeżdżalnią, udajemy, że bawimy, za to na całego nabawiamy kataru w marcowej wichurze, a tu nagle wlatuje na plac kolejna matka i krzyczy: ludzie, szczelają się. Tak normalnie drze się i to z polska jeszcze, bo na jupiterze o Polaka czy Polkę A, B, a szczególnie C nietrudno, o Polkę nawet łatwiej, wszak drobiazg dziecięcy zajęciem polskim tradycyjnie kobiecym jest. Zwłaszcza w marcu, miesiącu kobiet.
Wracając do helikopterów: huczało, buczało, terkotało nie na darmo. Bo jak ta matka A B lub C tylko zakrzyczała była, kto żyw, mimo że to matki, kobiety czyly, więc żywa raczej, rzucił się do ajfona, choć odbiór na jupiterze zakłócony przez nie wiadomo co od dawna. Fale elektromagnetyczne, jak w Warszawie u ministra, czy coś.
Jednak jakieś info piąte przez dziesiąte te fale przepuściły, bo oto okazało się, że na Foresto-Forście dolnym, gdzie Rita z Bączkiem jeszcze mieszkają, policjanci poszczelali się właśnie co ze zbójami. Terrorystami tzw. Jednego zabili, dwóch uciekło. Jeden do szpitala, drugi na jakąś szosę. Szukają go nadal.
Obława to się nazywa, przypomina sobie wojenną polszczyznę, wyklętą ostatnio, Roman.
Tego dowiedziałyśmy się jednak później. O obławie co gdzie jak kiedy. Znaczy w środę, gdy już można było o tym mówić. Trzęsąc się ze strachu, co dalej.
I nie mogąc nigdzie dojechać tramwajem, bo w środę chyba chłopaki uciekali tunelami pod Sanżilem. Godzinę byłam szła, a wraz ze mną tłumy, przypomina Ana.
Znów W Belgii niemiło, jakoś. Wiosna coś niemrawo kroczy.
Wednesday, 16 March 2016
(411) prawko
Ej, kiedyś to się jeździło po Belgii, westchnie niejeden lub niejedna, jak słyszy, ze wraz z autem kupowało się prawo jazdy. I gotowe, można było sunąć i straszyć przechodniów.
Ej, to były czasy.
Potem już coś tam trzeba było zdać, ale i tak było nieźle, na prawko samochodowe B można było bezkarnie jeździć motorem, jakby człowiek normalnie cały czas na nim jeździł, a przecież wcale nie.
Potem już nieco gorzej, ale nadal można było próbować różnych rozwiązań, mianowicie nie przepuszczać za nic w świecie tych z prawej, bo jak się raz nabrało prędkości, to nie trzeba było odpuszczać, tylko gnać przed siebie z zaciętą miną i z klapkami na oczach.
Potem przyszła unia i wspólne przepisy. Ale tylko niektóre.
Ej, nadal nie jest źle, twierdzi Ana. Duża wolność. Nie trzeba zdawać nawet praktyki, by jeździć. Wystarczy teoria i gid.
Gid? Gad?
Nie gid, guide się pisze. Przewodnik czyli albo przewodniczka, tylko wtedy z innym rodzajnikiem oczywiście.
To znaczy, że ktoś ci to auto prowadzi? Czy cię prowadzi w aucie?
Nie, siedzi koło ciebie.
I każdy może takim gidem zostać?
Ej, mówiłam, że są unijne przepisy. Nie, nie wszyscy. Jakoś tam Bruksela czuwa, choć tyle problemów z uchodźcami i w ogóle. Otóż na gida trzeba mieć osiem lat doświadczenia za kierownicą i zero wypadków na koncie.
To nie tak trudno, ocenia Roman. Mógłbym ja, mogłaby Ana, Ksenia by nie mogła.
A ja, dopytuje Iwonek?
Też jeszcze nie, synku.
A kiedy, ej, ja też chcę!
Jeszcze musisz trochę poczekać, ale kto wie, może razem prawko robić będziemy. Szczególnie, że takie rozwiązanie kosztuje o niebo mniej, niż to, co się działo w Polsce A B i C. Gdzie korupcja, płacenie, niezdawanie, zalewanie się łzami było w normie, jak słyszałam o udanie, a w większości nieudanie zdających.
Fakt, tu łatwiej i taniej. Choć kary i mandaty też kosztują.
Moje mandaty dużo kosztują, potwierdza Iwonek, który uwielbia się bawić w policjanta.
Tu też coraz więcej. Szczególnie, że przyjdzie zapłacić też za wykroczenia zagraniczne. Mianowicie, dotąd było darmowo, jak się byle jak sunęło lub parkowało w Holandii. Ale już nie. Już się dogadali. Już spływają pierwsze wnioski. Już mniej pieniędzy w niektórych portfelach.
To pierwsza taka umowa między Belgią a sąsiadem? Nie, już działa podobna z Francją. I chyba z Luksemburgiem.
Działa, potwierdza Ana, obciążona niedawno mandatem.
Najwyższa pora, surowo kiwa palcem komisyjny Roman. Teraz poczekajmy na wprowadzenie nowej dyrektywy. Krosborder się będzie zwać i karać tych, co popełnili ciężkie wykroczenia za granicą. Z gidem lub bez gida, nikt nie może być pewny.
Ej, to były czasy.
Potem już coś tam trzeba było zdać, ale i tak było nieźle, na prawko samochodowe B można było bezkarnie jeździć motorem, jakby człowiek normalnie cały czas na nim jeździł, a przecież wcale nie.
Potem już nieco gorzej, ale nadal można było próbować różnych rozwiązań, mianowicie nie przepuszczać za nic w świecie tych z prawej, bo jak się raz nabrało prędkości, to nie trzeba było odpuszczać, tylko gnać przed siebie z zaciętą miną i z klapkami na oczach.
Potem przyszła unia i wspólne przepisy. Ale tylko niektóre.
Ej, nadal nie jest źle, twierdzi Ana. Duża wolność. Nie trzeba zdawać nawet praktyki, by jeździć. Wystarczy teoria i gid.
Gid? Gad?
Nie gid, guide się pisze. Przewodnik czyli albo przewodniczka, tylko wtedy z innym rodzajnikiem oczywiście.
To znaczy, że ktoś ci to auto prowadzi? Czy cię prowadzi w aucie?
Nie, siedzi koło ciebie.
I każdy może takim gidem zostać?
Ej, mówiłam, że są unijne przepisy. Nie, nie wszyscy. Jakoś tam Bruksela czuwa, choć tyle problemów z uchodźcami i w ogóle. Otóż na gida trzeba mieć osiem lat doświadczenia za kierownicą i zero wypadków na koncie.
To nie tak trudno, ocenia Roman. Mógłbym ja, mogłaby Ana, Ksenia by nie mogła.
A ja, dopytuje Iwonek?
Też jeszcze nie, synku.
A kiedy, ej, ja też chcę!
Jeszcze musisz trochę poczekać, ale kto wie, może razem prawko robić będziemy. Szczególnie, że takie rozwiązanie kosztuje o niebo mniej, niż to, co się działo w Polsce A B i C. Gdzie korupcja, płacenie, niezdawanie, zalewanie się łzami było w normie, jak słyszałam o udanie, a w większości nieudanie zdających.
Fakt, tu łatwiej i taniej. Choć kary i mandaty też kosztują.
Moje mandaty dużo kosztują, potwierdza Iwonek, który uwielbia się bawić w policjanta.
Tu też coraz więcej. Szczególnie, że przyjdzie zapłacić też za wykroczenia zagraniczne. Mianowicie, dotąd było darmowo, jak się byle jak sunęło lub parkowało w Holandii. Ale już nie. Już się dogadali. Już spływają pierwsze wnioski. Już mniej pieniędzy w niektórych portfelach.
To pierwsza taka umowa między Belgią a sąsiadem? Nie, już działa podobna z Francją. I chyba z Luksemburgiem.
Działa, potwierdza Ana, obciążona niedawno mandatem.
Najwyższa pora, surowo kiwa palcem komisyjny Roman. Teraz poczekajmy na wprowadzenie nowej dyrektywy. Krosborder się będzie zwać i karać tych, co popełnili ciężkie wykroczenia za granicą. Z gidem lub bez gida, nikt nie może być pewny.
Tuesday, 15 March 2016
(410) koperty
Próbowaliście wysłać coś ostatnio? Święta idą, bedzie okazja. Postać w kolejce. Popchać się. Wepchać się. Pokłócić o miejsce. Nerwowo szukać numerka i przegapić swoją kolej. Wkurzyć się, że się zapomniało znaczka, pieniędzy, adresu. Albo kopertę ma niewłaściwą. Nie belgapost. Niewymiarową.
Nie martwcie się, nie tylko wam się to zdarzyło.
Popatrcie, do czego ostatnio doszło na Woluwach.
W belgapoście, a jakże. Przecież poczty polskiej tu nie ma, kto to widział, ani na Sanżilu ani w okolicznościach nie uświadczysz.
Po godzinie stania!
Oto, co donoszą. W pierwszej osobie piszę, choć to nie Ksenia. Za to równie pouczająco.
----------------------
Ja też nie mogłam swoich listów wysłać od razu, bo przecież musi być jakiś problem. Okazało się, że koperta o nieprzepisowym wymiarze była i dopłata - trzykrotność normalnej opłaty. No to ja proszę, żeby mi sprzedać kopertę o wymiarze akceptowanym przez belgapost i znaczek odpowiedni do niej.
A baba mi na to, że tam są, niech sobie poszuka na stojaczku. To ja idę do stojaczka, jest cala paczka kopert, 20 sztuk (bo jednej nie można kupić), ale i tak kosztuje to mniej niż znaczek na nieformatowa kopertę. wiec muszę odejść od okienka, przełożyć do normatywnej koperty moje papiery, zaadresować i jeszcze raz do okienka po znaczek...
Godzinę trwało, nerwów się najadłam, ale w końcu wysłałam.
A baba mi na to, że tam są, niech sobie poszuka na stojaczku. To ja idę do stojaczka, jest cala paczka kopert, 20 sztuk (bo jednej nie można kupić), ale i tak kosztuje to mniej niż znaczek na nieformatowa kopertę. wiec muszę odejść od okienka, przełożyć do normatywnej koperty moje papiery, zaadresować i jeszcze raz do okienka po znaczek...
Godzinę trwało, nerwów się najadłam, ale w końcu wysłałam.
I biegiem do innej kolejki wyjaśniać fakturę, o czym już było.
----
To teraz wasza kolej. I kolejka. Świąteczna.
----
To teraz wasza kolej. I kolejka. Świąteczna.
Monday, 14 March 2016
(409) tłumaczę
Tłumaczę i tłumaczę wam tu przecież od lat, że nie tak łatwo być tłumaczem w Belgii, nawet jeśli bym była i tak tłumaczką, tłumaczy nam i się przy okazji jakby trochę Ana Martin. Nie chcą nas! Myślą, że sami sobie poradzą.
Ale kto, nie mogę zrozumieć tych tłumaczeń.
Urzędy! Sądy! Ale dobrze im tak. Jest afera. Na lotnisku niby się zdarzyła, ale okoliczności sprawiły, że sprawa trafiła nie do Zawentem, nie na Sanżil nawet, lecz do Hal-Vilvorde. Gdzieś to jest po drodze gdzieś tam, nie pytajcie mnie gdzie. Nazwy też nie idzie przetłumaczyć na nasze, więc niech już będzie po lokalnemu, tzn. w tym drugim dialekcie, nieprzetłumaczalnym tak czy owak.
Idzie o to mianowicie, że Belgia, i nie wiem, czy chodzi tu o poszczególne kraiki w rodzaju Walonii czy Flandrii, nie chce płacić za tłumaczy w czasie przesłuchań. I nawet nie wie, czy tłumacze są. Na liście przysiegłych.
Ale kogo oni to przesłuchują? Tak sobie?
Nie tak sobie, póki co, choć idzie gorsze w Europie i świecie, o Polsce A B i C nie wspominając. Póki co jednak - obcokrajowców, którzy popełnią przestępstwo, cierpliwie tłumaczy Roman, do tłumaczeń nadający się zdecydowanie bardziej od Any. Otóż zgodnie z prawem, każdy ma prawo do przesłuchań w języku, który rozumie.
No tak, potwierdzam, nie wszyscy mówią w tym dialekcie głównym, mniej głównym oraz trzecim niemieckim. O angielskim czy polskim nie wspominając.
To to jeszcze nic. Na przykład ta ostatnia afera z lotniska. Chodzi o łotewski.
A kto mówi takim językiem, co to o nim pierwsze słyszę, a drugie to maksymalnie na pewno?
Łotysze. Mieszkańcy Łotwy.
A gdzie to jest?
Niedaleko Łotwy?
E tam. Bo na ły niby?
Nie, bo geografia.
Ale gdzie obok Łap niby?
Koło Litwy.
Jak to, ruskie czyli?
Nie ruskie, tylko łotewskie.
Ale tam gdzieś?
Tak. Gdzie Rosja dziś. A Łapy niedaleko. I rosyjski króluje w sumie, ale ten Łotysz akurat, co to z 4 kilo kokainy zlądował z - uwaga uwaga - Dubaju - domagał się tłumacza lub tłumaczki z łotewskiego. W sądzie panika. Nie ma!
W końcu przyjechała pani z ambasady, pomogła. Nagadała się i nagadała, nie na darmo, ale za darmo.
No to się udało?
Ale to był dopiero wstęp. I jak chcieli dalej go przesłuchiwać, bo cztery kilo to trochę dużo jednak - okazało się, że nie ma kto tłumaczyć. I że pan szmugler - udawanie lub nie - nie rozumie. W związku z czym musieli go wypuścić.
I tak biega z tą kokainą? Czyly jest przestępstwo? Czyly można go wsadzić do paki i już?
Nie juz, w tym rzecz. Na razie musili go wypuścić, bez kokainy. Teraz sąd się może odwołać. Ale szanse na znalezienia tumacza są nikłe. Za darmo nikt nie chce, a nawet jakby zapłacili - to i tak nie ma żadnego tłumacza przysięgłego z łotewskiego na liście. A kokainista, jak każdy obywatel, ma prawo zrozumieć, co mu się zarzuca i co mu grozi.
Hmm. I co teraz będzie?
Dwa scenariusze. Albo znajdą tłumacza, zapłacą mu lub jej, albo za dwa tygodnie trzeba będzie Łotysza wypuścić na wolność na dobre.
Kokainę też oddadzą?
To akurat nie. Co nie zmienia faktu, że w Belgii znów rozgorzała dyskusja, co począć z tym fantem. Bo tłumacze są nieopłacani od dawna, a listy nieaktualizowane. Kilku rzezimieszków już się wymknęło w ten sposób sprawiedliwości. Prawdopodobnie, ponieważ ich adwokaci doskonale wiedzieli, że sądy nie znajdą tłumacza w ich języku i należy się upierać, że bez tłumaczeń ani rusz.
Toż to samo powtarzam przecież. Bez tłumaczy ani rusz. Rację mam znów. Nie przetłumaczysz jednak uparciuchom.
Ale kto, nie mogę zrozumieć tych tłumaczeń.
Urzędy! Sądy! Ale dobrze im tak. Jest afera. Na lotnisku niby się zdarzyła, ale okoliczności sprawiły, że sprawa trafiła nie do Zawentem, nie na Sanżil nawet, lecz do Hal-Vilvorde. Gdzieś to jest po drodze gdzieś tam, nie pytajcie mnie gdzie. Nazwy też nie idzie przetłumaczyć na nasze, więc niech już będzie po lokalnemu, tzn. w tym drugim dialekcie, nieprzetłumaczalnym tak czy owak.
Idzie o to mianowicie, że Belgia, i nie wiem, czy chodzi tu o poszczególne kraiki w rodzaju Walonii czy Flandrii, nie chce płacić za tłumaczy w czasie przesłuchań. I nawet nie wie, czy tłumacze są. Na liście przysiegłych.
Ale kogo oni to przesłuchują? Tak sobie?
Nie tak sobie, póki co, choć idzie gorsze w Europie i świecie, o Polsce A B i C nie wspominając. Póki co jednak - obcokrajowców, którzy popełnią przestępstwo, cierpliwie tłumaczy Roman, do tłumaczeń nadający się zdecydowanie bardziej od Any. Otóż zgodnie z prawem, każdy ma prawo do przesłuchań w języku, który rozumie.
No tak, potwierdzam, nie wszyscy mówią w tym dialekcie głównym, mniej głównym oraz trzecim niemieckim. O angielskim czy polskim nie wspominając.
To to jeszcze nic. Na przykład ta ostatnia afera z lotniska. Chodzi o łotewski.
A kto mówi takim językiem, co to o nim pierwsze słyszę, a drugie to maksymalnie na pewno?
Łotysze. Mieszkańcy Łotwy.
A gdzie to jest?
Niedaleko Łotwy?
E tam. Bo na ły niby?
Nie, bo geografia.
Ale gdzie obok Łap niby?
Koło Litwy.
Jak to, ruskie czyli?
Nie ruskie, tylko łotewskie.
Ale tam gdzieś?
Tak. Gdzie Rosja dziś. A Łapy niedaleko. I rosyjski króluje w sumie, ale ten Łotysz akurat, co to z 4 kilo kokainy zlądował z - uwaga uwaga - Dubaju - domagał się tłumacza lub tłumaczki z łotewskiego. W sądzie panika. Nie ma!
W końcu przyjechała pani z ambasady, pomogła. Nagadała się i nagadała, nie na darmo, ale za darmo.
No to się udało?
Ale to był dopiero wstęp. I jak chcieli dalej go przesłuchiwać, bo cztery kilo to trochę dużo jednak - okazało się, że nie ma kto tłumaczyć. I że pan szmugler - udawanie lub nie - nie rozumie. W związku z czym musieli go wypuścić.
I tak biega z tą kokainą? Czyly jest przestępstwo? Czyly można go wsadzić do paki i już?
Nie juz, w tym rzecz. Na razie musili go wypuścić, bez kokainy. Teraz sąd się może odwołać. Ale szanse na znalezienia tumacza są nikłe. Za darmo nikt nie chce, a nawet jakby zapłacili - to i tak nie ma żadnego tłumacza przysięgłego z łotewskiego na liście. A kokainista, jak każdy obywatel, ma prawo zrozumieć, co mu się zarzuca i co mu grozi.
Hmm. I co teraz będzie?
Dwa scenariusze. Albo znajdą tłumacza, zapłacą mu lub jej, albo za dwa tygodnie trzeba będzie Łotysza wypuścić na wolność na dobre.
Kokainę też oddadzą?
To akurat nie. Co nie zmienia faktu, że w Belgii znów rozgorzała dyskusja, co począć z tym fantem. Bo tłumacze są nieopłacani od dawna, a listy nieaktualizowane. Kilku rzezimieszków już się wymknęło w ten sposób sprawiedliwości. Prawdopodobnie, ponieważ ich adwokaci doskonale wiedzieli, że sądy nie znajdą tłumacza w ich języku i należy się upierać, że bez tłumaczeń ani rusz.
Toż to samo powtarzam przecież. Bez tłumaczy ani rusz. Rację mam znów. Nie przetłumaczysz jednak uparciuchom.
Thursday, 10 March 2016
(408) polity-ko-biety
Kobyła ma mały bok. Każdy niby zna, wte i wewte słyszał, ale skąd to pochodzi?
Od kobiety.
Od Ewy? śmieje się Roman. Od mały prędzej.
Wszędzie kobiety w tym tygodniu normalnie.
I tak wciąż za mało, narzeka Ana Martin, ale słusznie zda się. Fakt, statystyki nie kłamią. Oto co 8-marcow napisano o politykobietach.
---------
Z dossier przygotowanego przez francuskojęzyczną gazetę codzienną Le Soir wyłania się obraz, dający dużo do myślenia szczególnie pod względem uczestnictwa kobiet w polityce, zarówno na szczeblu federalnym, jak i regionalnym (w Belgii sytuację komplikuje fakt, że istnieje rząd i parlament na poziomie federalnym oraz 5 rządów i parlamentów „dodatkowych” - przypisanych do wspólnot językowych). Przypatrzmy, jak rozkłada się cyfrowo udział kobiet i mężczyzn:
Rząd belgijski: 27% kobiet, parlament: 38%
Flandria: rząd: 44% kobiet, parlament: 43%
Walonia/Bruksela: rząd: 28% kobiet, parlament: 42%
Walonia: rząd: 8% kobiet (!) , parlament: 41%
Bruksela: rząd: 50% kobiet, parlament: 42%
Niemieckojęzyczni: rząd: 25% kobiet, parlament: 32%
Jak widać, prawdziwy parytet został osiągnięty tylko w rządzie regionu Bruksela, a więc zasięg jego oddziaływania nie jest zbyt szeroki. Uwagę zwraca praktyczna nieobecność kobiet w rządzie regionalnym Walonii.
Od kobiety.
Od Ewy? śmieje się Roman. Od mały prędzej.
Wszędzie kobiety w tym tygodniu normalnie.
I tak wciąż za mało, narzeka Ana Martin, ale słusznie zda się. Fakt, statystyki nie kłamią. Oto co 8-marcow napisano o politykobietach.
---------
Z dossier przygotowanego przez francuskojęzyczną gazetę codzienną Le Soir wyłania się obraz, dający dużo do myślenia szczególnie pod względem uczestnictwa kobiet w polityce, zarówno na szczeblu federalnym, jak i regionalnym (w Belgii sytuację komplikuje fakt, że istnieje rząd i parlament na poziomie federalnym oraz 5 rządów i parlamentów „dodatkowych” - przypisanych do wspólnot językowych). Przypatrzmy, jak rozkłada się cyfrowo udział kobiet i mężczyzn:
Rząd belgijski: 27% kobiet, parlament: 38%
Flandria: rząd: 44% kobiet, parlament: 43%
Walonia/Bruksela: rząd: 28% kobiet, parlament: 42%
Walonia: rząd: 8% kobiet (!) , parlament: 41%
Bruksela: rząd: 50% kobiet, parlament: 42%
Niemieckojęzyczni: rząd: 25% kobiet, parlament: 32%
Jak widać, prawdziwy parytet został osiągnięty tylko w rządzie regionu Bruksela, a więc zasięg jego oddziaływania nie jest zbyt szeroki. Uwagę zwraca praktyczna nieobecność kobiet w rządzie regionalnym Walonii.
Subscribe to:
Posts (Atom)