Tego lata dotąd głównie leje, więc oto mamy supertrawę.
W sam raz na ojro, wtrąca Ana.
Na boisku? Owszem, na boisku pewnie też, bo pada raczej niemiłosiernie. Ale nie - pana supertrawę. O ile dobrze tłumaczę rzecz jasna. Supergrass, że przepiszę. To po arabsku.
Po arabsku Ksenio? A dlaczego?
Po co, czepia się znów Iwonek.
Po arabsku, nie po polsku chyba, gadają, a nie wiedzą. Przecież ten tu na zdjęciu to Arab, aż się paczy. Chyba że Włoch albo Hiszpan niejaki faktycznie, Abrini - Arabini.
To nie jeden z terrorystów od zamachów czasami? zastanawia się Ana.
Owszem, przecież ja o tym. Terrorysta trawiasty. Albo trawowy. Super.
Co na ma do trawy? Oprócz tego, że zanim go zwerbowali, to popalał pewnikiem. Jak inni koleżkowie nieroby.
Super to może i ona była, ta trawa, na Sanżilu i w okolicznościach znajdzie się wszystko. Ale że z angielska?
Abrini. Został tajnym współpracownikiem policji, oznajmia Roman.
Polis naszej? jestem w szoku. Tej, na którą robił zamachy?
Nie naszej. Poł-lis czasem, jakby się starać. Brytyjskiej zwanej z polska angielską.
Tej od breksytu?
Poniekąd.
Nic nie rozumiem.
Tato nie umie po francusku, co Ksenia?
Umie umie, bierze ślubnego w obronę Ana. Tatuś ma rację: Abrini, siedzący póki co na dzielnicy pod bokiem za zamachy, został tajnym współpracownikiem policji brytyjskiej. Za to mają go wypuścić.
Jak to, i belż wszyscy, ci z Walonii i Flamandii, tego chcą?
Obawiam się, że głos ludu tu się niewiele liczy. Nie chcą raczej.
Co on robi w tym breksycie?
Sypie.
Piasek sypie? serio? jak Groch? zaciekawia się Iwonek.
Kolegów sypie.
Nie mówi się kolegów, tyko po kolegach, poprawia Iwonek. To ludzie, koledzy, mamusiu są.
Nie synku, bo on inaczej sypie, nie w piaskownicy, tylko w więzieniu. Słowem. Mówi, który to pan był na tyle niemiły, że aż tramwaje nie mogły jeździć i zamknęli szkoły.
I on co teraz robi?
Pomaga policji. Poł-lis, która pomaga polis. Już podobno dzięki jego zeznaniom udała się jakaś tam akcja.
Taki świadek koronny, jak u nas od masy? przypominam sobie. To dawno było, w latach 90., jakem się rodziła, ale że to blisko geograficznie i temat w tiwi powraca, to i masa świadków mi się utrwaliła.
Coś a la świadek koronny, owszem. Ale nie całkiem chyba. Każdy system jest inny.
I on teraz będzie po wolności latał? przerażam się. Dobrze, że wszędzie są jego zdjęcia, to się na czas rozpozna!
Po wolności to może kiedyś, jak naprawdę się przyda. Zdjęcia się za to wtedy nie przydadzą na pewno. Bo o ile go zgodnie z obietnicą wypuszczą, to będzie miał inne nazwisko, a może i twarz.
Operacja go czeka czyly?
Na razie nas czeka operacja Abrini. Super to skomplikowane. Sjuper. Zupa. Siper.
Tuesday, 28 June 2016
Monday, 27 June 2016
(447) zakodowana
Nie mogę do ciebie przyjechać, Ana, oznajmia przez telefon taka miła i wysoka, co miała przyjechać autem. Be-em-ką, że dodam od siebie.
Ana pyta, że bo co, że strajk w piątek był i że już stib ruszył. O ile byś nie zauważyła była, bo praca ciężka na dyrektorskim stołku i w ogóle, to i czasami za okno nie ma jak wyjrzeć, że oto znów autobusy na ulicach.
Nie mogę, bo nastał owszem łykend, a mi prawko zabrali, na to ta miła i wysoka.
Ana na to, że coś ty, że niby co i dlaczego ale że stibem to jednak by mogła, bo się strajk skończył chwilowo, że Ana powtórzy.
Wysoka i miła nie słucha, bo w głowie ma mandat i kłopoty. Chce opowiedzieć. To niech mówi. Każdej i każdemu się przyda ta wiedza, bo w obliczu prawa wszyscy jednakowi i równi, jak dojdzie co do czego. Niby.
Zaczyna ta opowieść o przekroczeniu dozwolonej prędkości o 30 km na godzinę.
Jechałam 67 tam, gdzie wolno jechać 30, wspomina miła i wysoka. W listopadzie. Dawno temu czyly, dziwię się. A prawka nie masz teraz?
W tym sęk, że to trwa i trwa. Głupia płaci dwa razy.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie przy szkole tak grzałam. No ale nic, złapali, przysłali, co mieli przysłać, a mianowicie wezwanie do sądu. Bo jak się przekroczy o więcej, niż 30 km, to zawsze do sądu idzie, pamiętajcie.
W Ojropie, Breksicie czy tylko w Belgii, chcę wiedzieć?
Roman, to chyba przepisy krajowe, co?
Pewnie nawet nie krajowe, ale lokalne z Brukseni.
Ciężkie są, to pewne. Chaos o problemy niewyobrażalne. Ana, ile ja się nabiegałam za te 30 km! Mam za swoje.
37, poprawia Ana automatycznie.
Tak, racja. Wyobrażasz sobie? Sąd-gref - komuna- gref - sąd.
Miesiąc trwało bieganie. Oczywiście miesiąc po tym, jak mi przysali papiery. A w sądzie była w grudniu. Czyly pół roku.
I teraz co?
Teraz mam tymczasowe prawo jazdy belż za 30 ojro. Na które mogę jeździć przez pięć łykendów.
A skąd oni wiedzą, które to łykendy?
Ha, to też dobre było. Jak mi dawali to prawko, to urzędnik mówi: madam, tylko niech pani nie myśli, że może pani bezkarnie jeździć w sobotę! To wszystko jest zakodowane.
To i mi dzisiaj zakodowali. No i przyjechać nie mogę.
Za to opowiem drogę przez mękę po nowe zakodowane prawko. Gotowe?
Gotowe na wszystko!
Ana pyta, że bo co, że strajk w piątek był i że już stib ruszył. O ile byś nie zauważyła była, bo praca ciężka na dyrektorskim stołku i w ogóle, to i czasami za okno nie ma jak wyjrzeć, że oto znów autobusy na ulicach.
Nie mogę, bo nastał owszem łykend, a mi prawko zabrali, na to ta miła i wysoka.
Ana na to, że coś ty, że niby co i dlaczego ale że stibem to jednak by mogła, bo się strajk skończył chwilowo, że Ana powtórzy.
Wysoka i miła nie słucha, bo w głowie ma mandat i kłopoty. Chce opowiedzieć. To niech mówi. Każdej i każdemu się przyda ta wiedza, bo w obliczu prawa wszyscy jednakowi i równi, jak dojdzie co do czego. Niby.
Zaczyna ta opowieść o przekroczeniu dozwolonej prędkości o 30 km na godzinę.
Jechałam 67 tam, gdzie wolno jechać 30, wspomina miła i wysoka. W listopadzie. Dawno temu czyly, dziwię się. A prawka nie masz teraz?
W tym sęk, że to trwa i trwa. Głupia płaci dwa razy.
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie przy szkole tak grzałam. No ale nic, złapali, przysłali, co mieli przysłać, a mianowicie wezwanie do sądu. Bo jak się przekroczy o więcej, niż 30 km, to zawsze do sądu idzie, pamiętajcie.
W Ojropie, Breksicie czy tylko w Belgii, chcę wiedzieć?
Roman, to chyba przepisy krajowe, co?
Pewnie nawet nie krajowe, ale lokalne z Brukseni.
Ciężkie są, to pewne. Chaos o problemy niewyobrażalne. Ana, ile ja się nabiegałam za te 30 km! Mam za swoje.
37, poprawia Ana automatycznie.
Tak, racja. Wyobrażasz sobie? Sąd-gref - komuna- gref - sąd.
Miesiąc trwało bieganie. Oczywiście miesiąc po tym, jak mi przysali papiery. A w sądzie była w grudniu. Czyly pół roku.
I teraz co?
Teraz mam tymczasowe prawo jazdy belż za 30 ojro. Na które mogę jeździć przez pięć łykendów.
A skąd oni wiedzą, które to łykendy?
Ha, to też dobre było. Jak mi dawali to prawko, to urzędnik mówi: madam, tylko niech pani nie myśli, że może pani bezkarnie jeździć w sobotę! To wszystko jest zakodowane.
To i mi dzisiaj zakodowali. No i przyjechać nie mogę.
Za to opowiem drogę przez mękę po nowe zakodowane prawko. Gotowe?
Gotowe na wszystko!
Thursday, 23 June 2016
(446) ej laska!
Taka sytuacja: piątek wieczór. Szuman skończył pracować. Pustki na Tronie w i okolicznościach.
Ana Martin stoi sobie, podczytuje coś na boku, bo bez dzieciarni była się wyrwała na wyjście kobiece. W sukience stoi, a owszem, kiedy to wynosi w końcu, te wysłapowane rzeczy, jak nie w deszczowe lato. Innego nie będzie.
Stoi więc w sukience, na to kolor narzuciła w postaci marynarki, przydużawej co prawda, ale darowanej przez taką jedną uczoną w prawie, a że darowanemu koniowi w oczy się nie patrzy, to brała, co było. Tym bardziej, że choć biurowe, to akurat ładne i kolor wyrazisty, że aż zęby bolą, jak by powiedziała matuś Any. Ale Any nie bolą, a widać ją.
Stoi Ana i czeka na taką inną na ef. W tym kolorze. To i ją wypatrzyli.
Podjeżdza be-em-ka co najmniej, o ile to nie bolbo w ogóle. Ana nie raguje, bo na co tu reagować, na auto wypasione? To Any nie znacie, jeśli myślicie, że ona się na to łapie. Nawet jakby z Łap była, to na pewno nie!
Auto poprawnie zwalnia, bo przed skrzyżowaniem - Any zdaniem, bo to Begia przecież, heloł, z prawej puszczamy.
Ale tu szok! Okazuje się, że be-em-ka zwalnia nie dla skrzyżowania, lecz dla niej, Any. Serio! TAka stara a jednak.
Uchyla się okno. W oknie pojawia łokieć, zimnym by go można zwać, gdyby nie był odziany w marynarkę, biurową, że hej no i akurat słońce nie wyszło o swoim własnym zachodzie.
Za łokciem głowa z brodą. I uśmiechem. Zadowolonym z siebie. I właściciel tego wszystkiego woła na cały Tron: ej laska!
Ana czyta dalej.
Głos donośniej: ej laskaaaa!
Ana podnosi wzrok.
Łokieć kiwa palcem.
Ana nie kiwnie palcem nawet, czyta dalej.
I nagle w śmiech uderza! Bo to na nią kiwali, a ona nie wiedziała.
Mamusiu, nie wiedziałaś, że to auto do ciebie podjechało, naprawdę? A co to za laski pan szukał ten?
Dobre pytanie. Bo skąd laska miała się tam znaleźć, co synku?
Właśnie! Mamusia to nie laska przecież tylko mamusia! Pan nie wie. Gupi pan.
Teraz już wiemy.
Matka może, to jest dowód!
Ana Martin stoi sobie, podczytuje coś na boku, bo bez dzieciarni była się wyrwała na wyjście kobiece. W sukience stoi, a owszem, kiedy to wynosi w końcu, te wysłapowane rzeczy, jak nie w deszczowe lato. Innego nie będzie.
Stoi więc w sukience, na to kolor narzuciła w postaci marynarki, przydużawej co prawda, ale darowanej przez taką jedną uczoną w prawie, a że darowanemu koniowi w oczy się nie patrzy, to brała, co było. Tym bardziej, że choć biurowe, to akurat ładne i kolor wyrazisty, że aż zęby bolą, jak by powiedziała matuś Any. Ale Any nie bolą, a widać ją.
Stoi Ana i czeka na taką inną na ef. W tym kolorze. To i ją wypatrzyli.
Podjeżdza be-em-ka co najmniej, o ile to nie bolbo w ogóle. Ana nie raguje, bo na co tu reagować, na auto wypasione? To Any nie znacie, jeśli myślicie, że ona się na to łapie. Nawet jakby z Łap była, to na pewno nie!
Auto poprawnie zwalnia, bo przed skrzyżowaniem - Any zdaniem, bo to Begia przecież, heloł, z prawej puszczamy.
Ale tu szok! Okazuje się, że be-em-ka zwalnia nie dla skrzyżowania, lecz dla niej, Any. Serio! TAka stara a jednak.
Uchyla się okno. W oknie pojawia łokieć, zimnym by go można zwać, gdyby nie był odziany w marynarkę, biurową, że hej no i akurat słońce nie wyszło o swoim własnym zachodzie.
Za łokciem głowa z brodą. I uśmiechem. Zadowolonym z siebie. I właściciel tego wszystkiego woła na cały Tron: ej laska!
Ana czyta dalej.
Głos donośniej: ej laskaaaa!
Ana podnosi wzrok.
Łokieć kiwa palcem.
Ana nie kiwnie palcem nawet, czyta dalej.
I nagle w śmiech uderza! Bo to na nią kiwali, a ona nie wiedziała.
Mamusiu, nie wiedziałaś, że to auto do ciebie podjechało, naprawdę? A co to za laski pan szukał ten?
Dobre pytanie. Bo skąd laska miała się tam znaleźć, co synku?
Właśnie! Mamusia to nie laska przecież tylko mamusia! Pan nie wie. Gupi pan.
Teraz już wiemy.
Matka może, to jest dowód!
Wednesday, 22 June 2016
(445) botszaft
Już widzę, jak się zaczynacie zastanawiać, co to za botszaft w tytule. I pewnie niewielu albo niewiele z was rozumie, że sam botszaft jest przekazem. Informacją. Wiem na pewno, bo Ana Martin mi to sama przekazała. Przetłumaczywszy. Z niemiecka. A dlaczego z niemiecka - o, to już naprawdę wyższy stopień wtajemniczenia. W stosunki międzynarodowe.
Które na Sanżilu i okolicznościach - w konspekcie niemiecko - polskim albo polsko - niemieckim - wkroczyły były w nowa erę za sprawą, a jakże by mogłoby być - euro ojro w piłkę nożną.
Co, że się pobili niby nasi z Niemcami, spytałby niejeden nieuświadomiony politycznie? W postaci Romana albo Stefana, czyli potencjalnych kibiców. A nie, odpowiadamy zgodnie my obie, Ana z Ksenią, które na trybunach mogłyby jedynie błyszczeć makijażem lub obcisłym podkoszulkiem, choć i to wątpliwe, bo nie ma czego obciskać.
A więc byśmy powiedziały, że nowa era stosunków polsko-niemieckich i niemeicko-polskich tu u nas, w okolicznościach raczej, niż na Sanżilu, bo chyba na Woluwach, polega nie na biciu, a co najwyżej na wspólnym piciu. Piw narodowych lub neutralnie międzynarodowych w rodzaju belż, na terenie nie neutralnym zdecydowanie, bo niemieckim, wydartym jednakowoż czynszem z rąk belż.
Co? Polacy i Niemcy razem oglądali mecz?
Tak. Nasi dostali zaproszenie oficjalne z botszaftu. Nasi z Szumana, wyższe sfery oczywiście, nie jakiś lud tam maluczki z Anderlechtu. Tacy lepszawi w rodzaju komisyjny Roman.
Ślubnych też zaprosili, i nawet obyło się bez egzaminu z języka, który by to Ana zapewne zdała śpiewająco, lepiej niż ci komisyjni, że się za nią ujmę po kongresowemu na ef.
Jeszcze raz i jasno: Polacy i Niemcy oglądali mecz Polska - Niemcy/ Niemcy - Polska w ambasadzie. Nie naszej, za to niemieckiej - w Brukseni. Ambasada to po niemiecku botszaft w lekturze. Co oznacza także przekaz czy wiadomość.
Taka to zawiła informacja. Ana, co w mowach różnych uczona, politycznie uświadomiona, lecz nieusportowiona w sensie kibicowania nastolatkom ganiającym za piłką za grube miliony, była na nie. Nie poszliśmy więc.
My z Romanem za to już łaskawiej na to spoglądaliśmy, mianowicie dość się nam podobał pomysł, by pić razem piwo belż za niemieckie pieniądze. Romanowi dodatkowo podobał się pomysł ewentualnej porażki jednej lub drugiej drużyny, i co by było wtedy? Czy jednak w botszafcie można się lać, czy nie?
Mamy już odpowiedź gotową: woleli nie sprawdzać. Zagrali nudno i zremisowali. Tak było bezpieczniej dla tych zamkniętych w botszafcie.
Teraz można się szykować na ambasadę Szwajcarii. Też botszaft, ale w 1/3.
Które na Sanżilu i okolicznościach - w konspekcie niemiecko - polskim albo polsko - niemieckim - wkroczyły były w nowa erę za sprawą, a jakże by mogłoby być - euro ojro w piłkę nożną.
Co, że się pobili niby nasi z Niemcami, spytałby niejeden nieuświadomiony politycznie? W postaci Romana albo Stefana, czyli potencjalnych kibiców. A nie, odpowiadamy zgodnie my obie, Ana z Ksenią, które na trybunach mogłyby jedynie błyszczeć makijażem lub obcisłym podkoszulkiem, choć i to wątpliwe, bo nie ma czego obciskać.
A więc byśmy powiedziały, że nowa era stosunków polsko-niemieckich i niemeicko-polskich tu u nas, w okolicznościach raczej, niż na Sanżilu, bo chyba na Woluwach, polega nie na biciu, a co najwyżej na wspólnym piciu. Piw narodowych lub neutralnie międzynarodowych w rodzaju belż, na terenie nie neutralnym zdecydowanie, bo niemieckim, wydartym jednakowoż czynszem z rąk belż.
Co? Polacy i Niemcy razem oglądali mecz?
Tak. Nasi dostali zaproszenie oficjalne z botszaftu. Nasi z Szumana, wyższe sfery oczywiście, nie jakiś lud tam maluczki z Anderlechtu. Tacy lepszawi w rodzaju komisyjny Roman.
Ślubnych też zaprosili, i nawet obyło się bez egzaminu z języka, który by to Ana zapewne zdała śpiewająco, lepiej niż ci komisyjni, że się za nią ujmę po kongresowemu na ef.
Jeszcze raz i jasno: Polacy i Niemcy oglądali mecz Polska - Niemcy/ Niemcy - Polska w ambasadzie. Nie naszej, za to niemieckiej - w Brukseni. Ambasada to po niemiecku botszaft w lekturze. Co oznacza także przekaz czy wiadomość.
Taka to zawiła informacja. Ana, co w mowach różnych uczona, politycznie uświadomiona, lecz nieusportowiona w sensie kibicowania nastolatkom ganiającym za piłką za grube miliony, była na nie. Nie poszliśmy więc.
My z Romanem za to już łaskawiej na to spoglądaliśmy, mianowicie dość się nam podobał pomysł, by pić razem piwo belż za niemieckie pieniądze. Romanowi dodatkowo podobał się pomysł ewentualnej porażki jednej lub drugiej drużyny, i co by było wtedy? Czy jednak w botszafcie można się lać, czy nie?
Mamy już odpowiedź gotową: woleli nie sprawdzać. Zagrali nudno i zremisowali. Tak było bezpieczniej dla tych zamkniętych w botszafcie.
Teraz można się szykować na ambasadę Szwajcarii. Też botszaft, ale w 1/3.
Tuesday, 21 June 2016
(444) rojalty
Ktoś musiał być pierwszy. Któryś król albo królewna, jeśli chodzi o wysoko urodzonych. Krótko przebiegło mi przez myśl, że może to będzie u nas w okolicznościach w Brukseni Tysiącu, ale jednak ci zza kanału nas ubiegli. I pierwsi poszli do gejów. Może w kwestii zebrania głosów na wybory lub breksit, może prywatnie. Kto wie.
Zza kanału na Molenbeku?
Ależ skąd, że się żachnę, mowa dziś o wysokich sferach, gdzie Krym, gdzie Rzym, a gdzie Molenbek z Lakenem. Chociaż Laken tez królewskie, sama byłam u królewny w szklarni, to wiem na pewno.
Tu jednak chodzi o kanał angielsko-francuski, niebieski pasek na mapie. Czanel lub szanel. Który mógłby symbolicznie zabarwić się na tęczowo lub co najmniej różowo. W ramach tolerancji. Której wybitnym przejawem było pojawienie się królewicza na okładce pisma dla tych tam tego panie, no dobra, wypowiem to wprost: gejów. Homo. Zwanych często gorzej i brzydziej, choć to nieładnie kogoś wyzywać, gdyż samemu i samej można się tak nazywać, samemu nawet prędzej, wyjątkowo nierównościowo. Ponieważ niedaleko pada jabłko od jabłoni, jak wiemy.
W każdym razie temat jest niełatwy, co widać po wstępie. Zawiłym. Za to teraz wprost: na okładce magazyny dla gejów w Anglii ukazała się roześmiana twarz następcy tronu.
I co, wzrusza ramionami Roman.
Jak to co Roman, przełom! Prawie jak kopernikański!
Roman, toż to geje są od zawsze, oprócz Polski D, gdzie o niczym takim wielu nie słyszało, króle też, ale dotąd jakoś się nie połączyli razem!
Oficjalnie oczywiście, bo nieoficjalnie łączą się od zawsze w jedno.
Oczywiście, Iwonek pozwala sobie na użycie ulubionego słowa.
Oczywiście i rzeczywiście, jak się zastanowić, to rzadkość, przyznaje Roman. Aha, widzę. Okładka już na pierwszych stronach już i w Belgii.
Ale im nakład wzrośnie, chrząkam.
W słusznej sprawie odczarowywania mitów, więc wyjątkowo popieram takie zabiegi, na to Ana. Bo widzę, że królewicz opowiada się za eliminowaniem przejawów rasizmu, wszelkiej dyskryminacji, nielubienia kogoś za wygląd.
Co na to dwór królewski w Belgii? Nabrał wody w usta i szykuje odpowiedź, że zgadnę?
Milczy bez odpowiedzi raczej. Zamiast dworu wypowiadają się za to znawcy haj-lajfu. I twierdzą, że w Anglii było to bardziej naturalne.
Dlaczego?
Bo królewicz dorastał w środowisku, gdzie geje byli wszędzie. A w Belgii tak się nie dzieje. I nie wiadomo, kto miałby się wypowiedzieć.
To jak, w Anglii na dworze wszędzie, a w Brukseni i okolicznościach nie, dziwię się?
Właśnie, Ana uśmiecha się zagadkowo. Dobre pytanie. Dlaczego tak mówią?
Dodając, że w tysiącu lub Lakenie nie miałby się kto wypowiedzieć?
A to to już w ogóle ciekawe...znaczy się, na dworze królewskim nie ma gejów? Bo ze śmiechu pęknę, pęka ze śmiechu Roman.
Ale na niby tatusiu, niepokoi się Iwonek. Nie pękniesz, co?
Nie pęknę. Na razie. Pożyję, to i dożyję może, aż polska królewna się pojawi na okładce.
O, to by była równość dopiero, marzy się Anie. Polskie pochodzenie - katoliczka - dzieci - mąż - i okładka dla lesbijek. Ech. Za naszego życia to już pewnie nie, ale może chłopaków naszych? Gejów lub niegejów?
Zza kanału na Molenbeku?
Ależ skąd, że się żachnę, mowa dziś o wysokich sferach, gdzie Krym, gdzie Rzym, a gdzie Molenbek z Lakenem. Chociaż Laken tez królewskie, sama byłam u królewny w szklarni, to wiem na pewno.
Tu jednak chodzi o kanał angielsko-francuski, niebieski pasek na mapie. Czanel lub szanel. Który mógłby symbolicznie zabarwić się na tęczowo lub co najmniej różowo. W ramach tolerancji. Której wybitnym przejawem było pojawienie się królewicza na okładce pisma dla tych tam tego panie, no dobra, wypowiem to wprost: gejów. Homo. Zwanych często gorzej i brzydziej, choć to nieładnie kogoś wyzywać, gdyż samemu i samej można się tak nazywać, samemu nawet prędzej, wyjątkowo nierównościowo. Ponieważ niedaleko pada jabłko od jabłoni, jak wiemy.
W każdym razie temat jest niełatwy, co widać po wstępie. Zawiłym. Za to teraz wprost: na okładce magazyny dla gejów w Anglii ukazała się roześmiana twarz następcy tronu.
I co, wzrusza ramionami Roman.
Jak to co Roman, przełom! Prawie jak kopernikański!
Roman, toż to geje są od zawsze, oprócz Polski D, gdzie o niczym takim wielu nie słyszało, króle też, ale dotąd jakoś się nie połączyli razem!
Oficjalnie oczywiście, bo nieoficjalnie łączą się od zawsze w jedno.
Oczywiście, Iwonek pozwala sobie na użycie ulubionego słowa.
Oczywiście i rzeczywiście, jak się zastanowić, to rzadkość, przyznaje Roman. Aha, widzę. Okładka już na pierwszych stronach już i w Belgii.
Ale im nakład wzrośnie, chrząkam.
W słusznej sprawie odczarowywania mitów, więc wyjątkowo popieram takie zabiegi, na to Ana. Bo widzę, że królewicz opowiada się za eliminowaniem przejawów rasizmu, wszelkiej dyskryminacji, nielubienia kogoś za wygląd.
Co na to dwór królewski w Belgii? Nabrał wody w usta i szykuje odpowiedź, że zgadnę?
Milczy bez odpowiedzi raczej. Zamiast dworu wypowiadają się za to znawcy haj-lajfu. I twierdzą, że w Anglii było to bardziej naturalne.
Dlaczego?
Bo królewicz dorastał w środowisku, gdzie geje byli wszędzie. A w Belgii tak się nie dzieje. I nie wiadomo, kto miałby się wypowiedzieć.
To jak, w Anglii na dworze wszędzie, a w Brukseni i okolicznościach nie, dziwię się?
Właśnie, Ana uśmiecha się zagadkowo. Dobre pytanie. Dlaczego tak mówią?
Dodając, że w tysiącu lub Lakenie nie miałby się kto wypowiedzieć?
A to to już w ogóle ciekawe...znaczy się, na dworze królewskim nie ma gejów? Bo ze śmiechu pęknę, pęka ze śmiechu Roman.
Ale na niby tatusiu, niepokoi się Iwonek. Nie pękniesz, co?
Nie pęknę. Na razie. Pożyję, to i dożyję może, aż polska królewna się pojawi na okładce.
O, to by była równość dopiero, marzy się Anie. Polskie pochodzenie - katoliczka - dzieci - mąż - i okładka dla lesbijek. Ech. Za naszego życia to już pewnie nie, ale może chłopaków naszych? Gejów lub niegejów?
Monday, 20 June 2016
(443) taksi
Nie bywacie tam, mówić mi nie musicie. Sama rzadko kiedy wyściubiam nosa z Sanżila. Nie trzeba w sumie, okoliczności mamy tu na dzielnicy tak sprzyjające, że wystarczy, by żyć i pożyć i odetchnąć. Ale wcale nie żałuję, że udałam się nad kanał. Do tego taksówką.
Taksówką do taksi a-ha!
Do a-ha się udałaś? One na Molenbeku już działają, za kanałem; dzielne dziewczyny artystki z a-ha. Malarki i takie tam.
I odważne, dorzucam.
Do a-ha też owszem doszliśmy; po obraz szorowaliśmy wózkami z Izera, jak żeśmy już je wydostali z 51 - zwanego przez Iwonka starym tramwajem. Stary, jary niby na szynach, ale drzwi to ma niejare zupełnie, oj nie. Udało się jednak wózki wyrwać, z pomocą lokalnej młodzieży, tej co się jej pod hasłem emi-imi w Polsce D boją zresztą. Mili byli. Potem do a-ha po obraz. A potem taksówką na taksi. A-ha!
I odwagi nie trzeba było bynajmniej Ksenio, bo tam jest po prostu fajnie inaczej.
A-ha, krzyczą zgodnie Iwonek z grochem.
Aha, to chodzi o aha. Aha, rozumiem. Taksówką żeście jechali na turn i taksis. I aha, fajna gra słów wyszła.
Aha, mamusia rozumie żarcik, cieszy się Iwonek. Brawo mama!
No tak, taksi żeśmy pruli, bo ulewa to była niezła w tę krwawą niedzielę. Ale że taksi na taksi - to się filologom nie śniło.
Tour & taxis. Tak zapisują to lokalni we wszystkich dialektach naraz. Przepisałam bez błędów. Stare poczty, magazyny, przestrzenie jakieś niesamowite, że taksówką można by jeździć, jakby się nóg na wózkach nie miało wyrobionych. Ładne!
I mało kto tam bywa, dopowiada Roman. A szkoda. Stoją takie domiszcza nieużywane, co rusz coś tam dobudowują, ale naród jakoś nie bywa. No może na festiwalach i w operze krwawej ostatnio. Ale tak - jakoś słabo.
Może to przez ten adres, zastanawia się Ana Martin.
Ale to dobry adres, odpowiada Roman. Bruksenia Tysiąc.
Może koniuszek tysiąca, odważam się wtrącić. Jakiś zagubiony wśród Molenbeków, Żetów dżetów i Lakenów. Nikt przy zdrowych polskich zmysłach A B C i D nie powie, że to tysiak, tylko dwa razy przeżegna, a co najmniej zastanowi, zanim tam podjedzie.
Ale że warto - to i piszę. Na prośbę Any, która chce odczarować miejsca. I ładnego pana z opery, który tam do czerwca za rok co najmniej porządzi. Kto wie, może się uda kogoś ściągnąć, nawet może z Uklów lub Woluwów. Tym bardziej że miejsca tam tyle, że nawet jakąś swojską majówkę by szło zorganizować.
A więc na początek - taksówką lub piechotą nad kanał do tur i taksis!
Taksówką do taksi a-ha!
Do a-ha się udałaś? One na Molenbeku już działają, za kanałem; dzielne dziewczyny artystki z a-ha. Malarki i takie tam.
I odważne, dorzucam.
Do a-ha też owszem doszliśmy; po obraz szorowaliśmy wózkami z Izera, jak żeśmy już je wydostali z 51 - zwanego przez Iwonka starym tramwajem. Stary, jary niby na szynach, ale drzwi to ma niejare zupełnie, oj nie. Udało się jednak wózki wyrwać, z pomocą lokalnej młodzieży, tej co się jej pod hasłem emi-imi w Polsce D boją zresztą. Mili byli. Potem do a-ha po obraz. A potem taksówką na taksi. A-ha!
I odwagi nie trzeba było bynajmniej Ksenio, bo tam jest po prostu fajnie inaczej.
A-ha, krzyczą zgodnie Iwonek z grochem.
Aha, to chodzi o aha. Aha, rozumiem. Taksówką żeście jechali na turn i taksis. I aha, fajna gra słów wyszła.
Aha, mamusia rozumie żarcik, cieszy się Iwonek. Brawo mama!
No tak, taksi żeśmy pruli, bo ulewa to była niezła w tę krwawą niedzielę. Ale że taksi na taksi - to się filologom nie śniło.
Tour & taxis. Tak zapisują to lokalni we wszystkich dialektach naraz. Przepisałam bez błędów. Stare poczty, magazyny, przestrzenie jakieś niesamowite, że taksówką można by jeździć, jakby się nóg na wózkach nie miało wyrobionych. Ładne!
I mało kto tam bywa, dopowiada Roman. A szkoda. Stoją takie domiszcza nieużywane, co rusz coś tam dobudowują, ale naród jakoś nie bywa. No może na festiwalach i w operze krwawej ostatnio. Ale tak - jakoś słabo.
Może to przez ten adres, zastanawia się Ana Martin.
Ale to dobry adres, odpowiada Roman. Bruksenia Tysiąc.
Może koniuszek tysiąca, odważam się wtrącić. Jakiś zagubiony wśród Molenbeków, Żetów dżetów i Lakenów. Nikt przy zdrowych polskich zmysłach A B C i D nie powie, że to tysiak, tylko dwa razy przeżegna, a co najmniej zastanowi, zanim tam podjedzie.
Ale że warto - to i piszę. Na prośbę Any, która chce odczarować miejsca. I ładnego pana z opery, który tam do czerwca za rok co najmniej porządzi. Kto wie, może się uda kogoś ściągnąć, nawet może z Uklów lub Woluwów. Tym bardziej że miejsca tam tyle, że nawet jakąś swojską majówkę by szło zorganizować.
A więc na początek - taksówką lub piechotą nad kanał do tur i taksis!
Thursday, 16 June 2016
(442) gwizdki
Było przyjść na kongres i brać gwizdek, mówiłam! Wszystkie mogły brać - Polki z Sanżila i okoliczności, a przecież i dla labelż by starczyło. Wiadomo, że kobiety robią to kobietom -to się podzielą i z zagranicą. Która nie przyszła - sama sobie winna tak czy owak, bo wybitnie interesująco było, ale w aspekcie gwizdków- toż to woła o zemstę do nieba.
Gwiżdże o pomstę, poprawia mnie Ana. Gwizdki antyprzemocowe przydatne, wiadomo, ale skąd ten apel?
Euro się zaczęło, oto odpowiedź. Wraz z euro - picie. Pewnie i bicie, ale przede wszystkim - przemoc w słowie. Werb coś tam, szło na kongresie.
Przemoc werbalna, podpowiada Roman. W komisyjnych dokumentach tak się to się zwie, co to Ana Martin się ich natłumaczyła, że hej.
Poczekajcie, tu coś piszą, faktycznie, szuka wzrokiem Ana. Chodzi o tę belgijską dziennikarkę zaatakowaną we Francji.
O tę samą, przytakuję.
Bo ja nie wiem, nie wie Roman.
Kręciła sobie ona we Francji reportaż o kibolach, co to się tam byli przemieścili z Brukseni i okoliczności na mecza. Z Włochami grali czy innymi z północy. A że dopiero pod wieczór grali - to i dużo czasu mieli, by się napić. Czego dokonali.
No tak, ale przemoc?
Zaraz zaraz. Napili się i wylegli na ulice, by się drzeć, coś tam rozwalić, kogoś zaczepić czy obrzygać. Jak to kibice.
Bydło, ocenia krótko Ana. W Polsce D czy w Belgii - dno ogółem.
Dokładnie tak, że użyję modnego zwrotu.
Więc jedna labelż, z tiwi krajowej, jedynki, pojechała na mecza - a nawet na przedmecza, by pogadać z kibicami, co oni na tych Włochów. Ale nie udało się, bo byli pod wpływem. A dodatkowo - nastrojeni wyjątkowo agresywnie.
To miło czy niemiło, mamusiu?
Bardzo niemiło synku.
A co zrobili?
Głupie rzeczy mówili do tej pani. I gesty robili.
I ona się obraziła?
Nie tylko obraziła, tylko do sądu podała. Skargę złożyła. I kamerą nakręciła. Że kibice obrazili nie tylko ją, ale wszystkie kobiety. Że to nie pierwszy raz. Że należałoby zadbać, by tego nie było.
I nie będzie?
Będzie niestety. Dlatego gwizdki są tak przydatne. Różowe, zielone, żółte - gwiżdżmy ile sił.
A mecz jak?
Przegrali belż.
Widać nie ma akcji bez reakcji. Palec nieboży jakiś.
Gwiżdże o pomstę, poprawia mnie Ana. Gwizdki antyprzemocowe przydatne, wiadomo, ale skąd ten apel?
Euro się zaczęło, oto odpowiedź. Wraz z euro - picie. Pewnie i bicie, ale przede wszystkim - przemoc w słowie. Werb coś tam, szło na kongresie.
Przemoc werbalna, podpowiada Roman. W komisyjnych dokumentach tak się to się zwie, co to Ana Martin się ich natłumaczyła, że hej.
Poczekajcie, tu coś piszą, faktycznie, szuka wzrokiem Ana. Chodzi o tę belgijską dziennikarkę zaatakowaną we Francji.
O tę samą, przytakuję.
Bo ja nie wiem, nie wie Roman.
Kręciła sobie ona we Francji reportaż o kibolach, co to się tam byli przemieścili z Brukseni i okoliczności na mecza. Z Włochami grali czy innymi z północy. A że dopiero pod wieczór grali - to i dużo czasu mieli, by się napić. Czego dokonali.
No tak, ale przemoc?
Zaraz zaraz. Napili się i wylegli na ulice, by się drzeć, coś tam rozwalić, kogoś zaczepić czy obrzygać. Jak to kibice.
Bydło, ocenia krótko Ana. W Polsce D czy w Belgii - dno ogółem.
Dokładnie tak, że użyję modnego zwrotu.
Więc jedna labelż, z tiwi krajowej, jedynki, pojechała na mecza - a nawet na przedmecza, by pogadać z kibicami, co oni na tych Włochów. Ale nie udało się, bo byli pod wpływem. A dodatkowo - nastrojeni wyjątkowo agresywnie.
To miło czy niemiło, mamusiu?
Bardzo niemiło synku.
A co zrobili?
Głupie rzeczy mówili do tej pani. I gesty robili.
I ona się obraziła?
Nie tylko obraziła, tylko do sądu podała. Skargę złożyła. I kamerą nakręciła. Że kibice obrazili nie tylko ją, ale wszystkie kobiety. Że to nie pierwszy raz. Że należałoby zadbać, by tego nie było.
I nie będzie?
Będzie niestety. Dlatego gwizdki są tak przydatne. Różowe, zielone, żółte - gwiżdżmy ile sił.
A mecz jak?
Przegrali belż.
Widać nie ma akcji bez reakcji. Palec nieboży jakiś.
Subscribe to:
Posts (Atom)