No to odbyliśmy ferie. Uff, na szczęście wiosna się zaczęła, więc ferie prawie skończyły i można wrócić do chodzenia do szkoły, nawet jeśli mimo marca nadal oznacza to wstawanie w ciemnicy. Nie szkodzi, nie szkodzi. Fajnie, że szkoła!
Cieszy się chyba sporo rodziców, co?
Dzieci raczej nie, ale wiadomo - dzieci i ryby głos mają i może, ale nie w przysłowiu, tylko w nowoczesnym rodzicielstwie bliskości i wegetarianizmie zaledwie. W życiu decyduje silniejszy, czyly rodzic.
Który ferie musi przeżyć sama lub sam, szczególnie jak babć brak. Ciałem głównie, które w ferie przydałoby się bardziej, niż duch, głównie jego oczy - do uważania - i rąk - do rysowania.
No ale jak nie ma, to organizujemy, organizujemy. Tu zabawy z tym, tu z tą, tu ikea i klopsiki, tu drukowanie koszulek u artystek, tu muzeum i jakoś tydzień mija.
A że tania środa muzealna wypadła, to jeszcze wpadliśmy do dinozaurów.
Wraz z nami na ten pomysł wpadło około miliona brukseńskich rodziców, mruknęła Ana Martin, patrząc na kolejkę kłębiącą się przed wejściem.
Koszmar jakiś.
No nic, wchodzimy, mruknęła do nas i znajomego macierzyństwa, co to żeśmy se razem zjechały z narybkiem. Już tylko zdjąć chłopaczarnię z dinozaura przed wejściem i można się bić o miejsce w szatni, przed gablotą, na nowoczesnej zabawie z kamerą, o ubikacji nie wspominając.
Potem frytura na Żurdanie. Czyli niepodziewany gratis i bonus dla dzieci.
Przy okazji westchnienia matczyne na widok stażystów, co to sobie beztrosko w pierwszy dzień stażu stoją i przedstawiają, łycz lengłyczi łots jor nejm, jakem dosłyszała, o beldze na fladze dysskutują, o tym, co robić będą.
Weri intrestin. Oł polent! Oł bulgarja! Oł spejn! Łonderful. I łoz der.
Mi tu!
Myślą, że coś zmienią, wzdycha znajoma matka, trochę umęczona chyba dziecięciem, co to na niej zwisa i jęczy.
Jeszcze zobaczą.
Kiwamy głowami ze zrozumieniem, że będzie to samo. Jak u nas.
Dla tych młodych w tym.
Ana budzi się: Nie narzekamy w 1. dzien kalendarzowej wiosny szczególnie. Cieszymy się, że młodzi wierzą! Że ferii nie mają właśnie, i lecieć nigdzie nie muszą! Na kolację przedwczesną chociażby, choć to można by na piwo się wybierać po pracy.
Na szczęście już tylko piątek! I szkoła juhuu!
No to odbyliśmy ferie.
Thursday, 2 March 2017
Friday, 24 February 2017
monako
Ilu Belgów zmieści się w jednym mieszkaniu? - taką zagadkę z rana zadaje nam znad lektury Roman.
Jak to? Jaka jest norma mieszkaniowa czyly? 2 plus 2 chyba, jak w Ojropie, a Polsce na pewno - zgaduję.
Ana, a ty? Na ile stawiasz?
No nie wiem, tu są większe rodziny, szczególnie te emi-imi, ale dajmy na to - pięcioro osób?
Słabo dziewczyny, ocenia nas Roman.
Ile tatusiu? 92 osów? cyfra jak tramwaj?
Aż tak dobrze synku, to jeszcze nie, ale blisko blisko. 21 osób. Cztery razy mniej, to niedużo.
W jednym domu? czy mieszkaniu? bo w wielkim domu, to jeszcze rozumiem - staram się zrozumieć. Za komuny tak było, ojce opowiadali.
Nie. W małym mieszkaniu. W Monako.
To kraj taki, dodaje dla mnie chyba Ana Martin. Jakbym nie wiedziała, wielkie sprawy.
Bo na skale w Monako głównie takie pobudowano, a i tak kosztują chyba najwięcej w świecie nawet. To się nazywa głowa do biznesu.
21 osób w mieszkanku w takim bloczku? przyglądam się zdjęciu. To chyba im ciasno?
Jak oni śpią tam mamusiu? Chyba się nie zmieszczą ich uszka? A może piętrowe mają?
Wcale tam nie śpią. Ani nawet nie mieszkają. Pewnie raz do roku przyjeżdżają i meldują w jakimś urzędzie, by była podkładka dla podatków.
Nie rozumiem? bo nie rozumiem.
Chodzi o to, że kto mieszka w Monako - teoretycznie płaci tam podatki - i nie płaci ich w swoim kraju. Przykładowo w Belgii.
Ale dlaczego?
Bo tam jest łaskawy książę i można płacić mało. Nie to, co król belż, gdzie się płaci dużo. A że w Monako mało miejsca i drogo - to 21 Belgów się wzięło zorganizowało do kupy i postanowili razem coś wynająć.
A można tak?
Nie bardzo. No i przed podatkami też nieładnie uciekać, tym bardziej, jeśli się właściwie mieszka w kraju własnym swym, czyli Belgii.
Twierdzi tak też urząd podatkowy. Już się nimi zainteresowali. To aż 530 osób, i jako że nie wszystkie mieszkają razem - trochę im zejdzie.
Jak to? Jaka jest norma mieszkaniowa czyly? 2 plus 2 chyba, jak w Ojropie, a Polsce na pewno - zgaduję.
Ana, a ty? Na ile stawiasz?
No nie wiem, tu są większe rodziny, szczególnie te emi-imi, ale dajmy na to - pięcioro osób?
Słabo dziewczyny, ocenia nas Roman.
Ile tatusiu? 92 osów? cyfra jak tramwaj?
Aż tak dobrze synku, to jeszcze nie, ale blisko blisko. 21 osób. Cztery razy mniej, to niedużo.
W jednym domu? czy mieszkaniu? bo w wielkim domu, to jeszcze rozumiem - staram się zrozumieć. Za komuny tak było, ojce opowiadali.
Nie. W małym mieszkaniu. W Monako.
To kraj taki, dodaje dla mnie chyba Ana Martin. Jakbym nie wiedziała, wielkie sprawy.
Bo na skale w Monako głównie takie pobudowano, a i tak kosztują chyba najwięcej w świecie nawet. To się nazywa głowa do biznesu.
21 osób w mieszkanku w takim bloczku? przyglądam się zdjęciu. To chyba im ciasno?
Jak oni śpią tam mamusiu? Chyba się nie zmieszczą ich uszka? A może piętrowe mają?
Wcale tam nie śpią. Ani nawet nie mieszkają. Pewnie raz do roku przyjeżdżają i meldują w jakimś urzędzie, by była podkładka dla podatków.
Nie rozumiem? bo nie rozumiem.
Chodzi o to, że kto mieszka w Monako - teoretycznie płaci tam podatki - i nie płaci ich w swoim kraju. Przykładowo w Belgii.
Ale dlaczego?
Bo tam jest łaskawy książę i można płacić mało. Nie to, co król belż, gdzie się płaci dużo. A że w Monako mało miejsca i drogo - to 21 Belgów się wzięło zorganizowało do kupy i postanowili razem coś wynająć.
A można tak?
Nie bardzo. No i przed podatkami też nieładnie uciekać, tym bardziej, jeśli się właściwie mieszka w kraju własnym swym, czyli Belgii.
Twierdzi tak też urząd podatkowy. Już się nimi zainteresowali. To aż 530 osób, i jako że nie wszystkie mieszkają razem - trochę im zejdzie.
Thursday, 23 February 2017
smuta
Wielka smuta za oknem, smutno i smętnie nawet wręcz - narzeka nieco Ana Martin, choć miała się na pogodzie nie koncentrować, jak Polka jakaś z Sanżila normalnie. A tak pięknie było, jak żeśmy poszły w tany. I tak ciepło, że luty, a jakby maj, a już na pewno Alpy czy inne góry, bez smogu Tatry takie znaczy się.
Teraz za to zapłacić trzeba deszczem, wichurą i ciemnością.
Poradzić sobie jakoś z ciemnością trza.
Sposobami nowymi - jak na przykład upartym bieganiem po parku, widziałam takich z rana, pchając w ulewie wózek buzek - czyli zdrowie mimo wszystko.
Albo sposobami jak najbardziej starymi - tradycja górą. Niestety nieco niedobrze to wygląda i pachnie też zapewne, bo ten stary sposób na A zdecydowanie nie nadaje się do reklamowania.
Na przykład w gazetach i tiwi, o fejsie nie wspominając.
Ale co zrobić, jak stare trzyma się tak mocno, że nawet ministerki nie mogą się mu oprzeć?
Hę? - nic nie rozumie Roman.
Paczcie. Kto to jest? - pokazuje palcem Ana na rudzielca jakiegoś.
No kto - bo nie wiemy.
Ministerka.
No jest. Od czego?
Edukacji. Młodzieży. Zdrowia jakby poniekąd, a już na pewno dawania dobrego przykładu.
A co, nie daje?
Nie bardzo. Dwa razy to na pewno, co potwierdzone policyjnym raportem, a może i więcej, tylko jej się udało przemknąć koło kontroli, a może żadnej nie było.
Kontroli czego?
Napojów wyskokowych. Mówię, że o alkoholu to jest odcinek. Prosto z Sanżila i okoliczności jak malowanie.
Ministerka jechała po pijaku?
I to już po raz drugi w ciągu 12 miesięcy. Najpierw po zamachach - 26 marca - a teraz po prywatnej kolacji.
Serio? Pijana ministerka za kółkiem? Jak w Polsce D nie przymierzając by być mogło, bo tam bardzo tradycyjnie?
Na ile pijana - to nie wiadomo. Ale na pewno podpita. A że dwa razy to o jeden raz co najmniej za dużo nawet w liberalnej Belgii - to sprawa trafiła do sądu.
A zanim do sądu - to do gazet.
I zrobił się kwas.
Sensacja przedwiosenna.
Tłumaczy się biedna Mario-Martyna po telewizjach i forach, że nie chciała, że to właściwie poza nią się stało, że nie wie itepeitede, ale że karę przyjmie oczywiście - ale problem zostaje.
Bo przykład miała dawać młodzieży i nie wyszło.
Nie.
A smutno i smętnie przez tydzień jeszcze będzie.
I radź tu sobie człeku.
Teraz za to zapłacić trzeba deszczem, wichurą i ciemnością.
Poradzić sobie jakoś z ciemnością trza.
Sposobami nowymi - jak na przykład upartym bieganiem po parku, widziałam takich z rana, pchając w ulewie wózek buzek - czyli zdrowie mimo wszystko.
Albo sposobami jak najbardziej starymi - tradycja górą. Niestety nieco niedobrze to wygląda i pachnie też zapewne, bo ten stary sposób na A zdecydowanie nie nadaje się do reklamowania.
Na przykład w gazetach i tiwi, o fejsie nie wspominając.
Ale co zrobić, jak stare trzyma się tak mocno, że nawet ministerki nie mogą się mu oprzeć?
Hę? - nic nie rozumie Roman.
Paczcie. Kto to jest? - pokazuje palcem Ana na rudzielca jakiegoś.
No kto - bo nie wiemy.
Ministerka.
No jest. Od czego?
Edukacji. Młodzieży. Zdrowia jakby poniekąd, a już na pewno dawania dobrego przykładu.
A co, nie daje?
Nie bardzo. Dwa razy to na pewno, co potwierdzone policyjnym raportem, a może i więcej, tylko jej się udało przemknąć koło kontroli, a może żadnej nie było.
Kontroli czego?
Napojów wyskokowych. Mówię, że o alkoholu to jest odcinek. Prosto z Sanżila i okoliczności jak malowanie.
Ministerka jechała po pijaku?
I to już po raz drugi w ciągu 12 miesięcy. Najpierw po zamachach - 26 marca - a teraz po prywatnej kolacji.
Serio? Pijana ministerka za kółkiem? Jak w Polsce D nie przymierzając by być mogło, bo tam bardzo tradycyjnie?
Na ile pijana - to nie wiadomo. Ale na pewno podpita. A że dwa razy to o jeden raz co najmniej za dużo nawet w liberalnej Belgii - to sprawa trafiła do sądu.
A zanim do sądu - to do gazet.
I zrobił się kwas.
Sensacja przedwiosenna.
Tłumaczy się biedna Mario-Martyna po telewizjach i forach, że nie chciała, że to właściwie poza nią się stało, że nie wie itepeitede, ale że karę przyjmie oczywiście - ale problem zostaje.
Bo przykład miała dawać młodzieży i nie wyszło.
Nie.
A smutno i smętnie przez tydzień jeszcze będzie.
I radź tu sobie człeku.
Tuesday, 21 February 2017
miszcz burmiszcz
Jes!O jes! Jes i jest! Udało się, krzyczą od tygodnia Maliniaki wszelkie.
Czy Maliniacy?
Malinowscy.
Cieszą się w każdym razie jak szaleni w Malin, pisanym jako Malines, Malinowie belż takim, bo mają oto łinera. Prawdziwego! Światowego!
Burmiszcz wygrał konkurs na burmiszcza!
A nawet jeśli tylko europejskiego - o rany, to żadne wielkie rzeczy, tylko też czysta korzyść i przyjemność, że to właśnie my.
Znaczy się - oni, Maliniaki, ale na Sanżil i okoliczności też spada trochę sławy, czy splendoru, jak to nazywa niezrozumiale z angielska Ana Martin - bo to jednak miło mieszkać w kraju, gdzie rządzi miszczu burmiszczu, nawet jeśli nie wprost nami.
Może teraz powoli będzie miedzy nami, bo pewnie go porwie wielka polityka i zbliży się do Brukseni, kto wie, wieszczy Roman.
Czym wygrał?
Moim zdaniem punkt na wstępnie za sympatyczny wygląd, daje punkt na wstępie Ana.
To tak. Ale tak bardziej politycznie?
Za to, że z upadłego Malines zrobił nieupadłe dumne Malines, gdzie każdy się czuje jak u siebie. W tym liczni emi-imi-granci z Afryki Północnej, którym kiedyś tam podobno wcale nie było do śmiechu, bo jakoś tak niemiło się im tam żyło.
A już na pewno nie malinowo.
Przed 2001 r., kiedy to nastał nam łyner łiner.
Za to jak się nie zabierze do roboty! Jak nie powprowadza zmian - no to teraz już zupełnie coś innego! Każdy w Malies czuje się jak u siebie w domu - do tego stopnia, że nikt nie nawiał mu na żadną wojnę do żadnej Syrii czy innego Iraku.
Właśnie za to dostał nagrodę - że każdy się czuje z grubsza jak u siebie. Może pogoda nie ta, co w Afryce, ale równie miło.
Malinowo.
No to zdradzę imię i nazwisko na koniec. Bart Somers.
Za nim na podium Grek i niemiec. Gdzieś tam dalej Polak.
Brawooo!
Czy Maliniacy?
Malinowscy.
Cieszą się w każdym razie jak szaleni w Malin, pisanym jako Malines, Malinowie belż takim, bo mają oto łinera. Prawdziwego! Światowego!
Burmiszcz wygrał konkurs na burmiszcza!
A nawet jeśli tylko europejskiego - o rany, to żadne wielkie rzeczy, tylko też czysta korzyść i przyjemność, że to właśnie my.
Znaczy się - oni, Maliniaki, ale na Sanżil i okoliczności też spada trochę sławy, czy splendoru, jak to nazywa niezrozumiale z angielska Ana Martin - bo to jednak miło mieszkać w kraju, gdzie rządzi miszczu burmiszczu, nawet jeśli nie wprost nami.
Może teraz powoli będzie miedzy nami, bo pewnie go porwie wielka polityka i zbliży się do Brukseni, kto wie, wieszczy Roman.
Czym wygrał?
Moim zdaniem punkt na wstępnie za sympatyczny wygląd, daje punkt na wstępie Ana.
To tak. Ale tak bardziej politycznie?
Za to, że z upadłego Malines zrobił nieupadłe dumne Malines, gdzie każdy się czuje jak u siebie. W tym liczni emi-imi-granci z Afryki Północnej, którym kiedyś tam podobno wcale nie było do śmiechu, bo jakoś tak niemiło się im tam żyło.
A już na pewno nie malinowo.
Przed 2001 r., kiedy to nastał nam łyner łiner.
Za to jak się nie zabierze do roboty! Jak nie powprowadza zmian - no to teraz już zupełnie coś innego! Każdy w Malies czuje się jak u siebie w domu - do tego stopnia, że nikt nie nawiał mu na żadną wojnę do żadnej Syrii czy innego Iraku.
Właśnie za to dostał nagrodę - że każdy się czuje z grubsza jak u siebie. Może pogoda nie ta, co w Afryce, ale równie miło.
Malinowo.
No to zdradzę imię i nazwisko na koniec. Bart Somers.
Za nim na podium Grek i niemiec. Gdzieś tam dalej Polak.
Brawooo!
Thursday, 16 February 2017
manifa
Zatrważające wieści, zatrważa się Ana Martin.
Bo co?
Bo wyobraźcie sobie, jak źle mógł się skończyć nasz taniec.
Mianowicie? nagranie mogło nie przejść?
Gorzej. Na Sanżilu. Lub na Foreście. Ale nie z własnej woli, tylko w transporcie. Policyjnym.
Jak to? One bez granic, w tym my dwie, w więzieniu? Jezuuu, to ja się następnym razem poważnie zastanowię, zanim ruszę w tany, wzdrygam się cała. To już se tańczyć nie można? A może to przez te czapki? Z zazdrości, że takie ładne ci one?
Nie. To z nienawiści mężczyzn wobec kobiet, obwieszcza Ana Martin.
Hę? Ana, ty to zawsze w jedną śpiewkę feministyczną na ef uderzasz.
A tak. Ktoś musi, kto jak nie ja, kto jak nie my bez granic.
Co się stało w ogóle?
A to, że w sobotę szła sobie przez miasto, centrum prawdziwe najbrukseńskie z brukseńskich, manifa.
Jak manifa, to dziewczyny, domyślam się, domyśla się Roman.
Owszem. Szły sobie, normalnie zjednoczone brukseńskie kobiety zewsząd. Trochę lokalek, trochę Sanżilówek, trochę Maroka, trochę Ameryki. Krzyczały sobie, jak to na manifie. Normalne hasła, takie dla wszystkich ludzi: równość, brak dyskryminacji, trochę o prawach do aborcji i przeciwko przemocy; to co zawsze i to co zagrożone w wolności, a w wolności kobiet- to już w ogóle.
I nagle szok. Bo oto wyszła na nie policja.
I co, bili?
Tego chyba nie, ale otoczyli je kręgiem. Femnistki na ef te. I zaczęli spisywać normalnie. Niby, bo graffiti robiły.
Grafity? dziwię się, bo to niespecjalnie wygląda na zajęcie na ef.
graffiti. Napisy na murach takie.
A robiły?
Pewnie jakaś nieuważna i głupio odważna coś tam wymalowała na murze. Młodość, do tego radykalna, ma swoje prawa. Nie sądzę, by policja brała się do roboty bez powodu.
A gdzie indziej graficiarzy to nie było? odparowuje Ana Martin. Nie, mój drogi, powód jest inny - nienawiść wobec kobiet. Zawsze ta sama pod każdą szerokością geograficzną i długością też zresztą.
Co dalej, chcę wiedzieć. Spisali i wsadzili do nas do więzienia?
Nie, to to chyba nie. Ale nastraszyli.
Zaczęli akcję przed 8 marca. Nie chcą mieć kobiet na ulicach. Po co. Przecież podobno jest równo i fajnie.
A nie jest.
Nie jest - i dlatego tańczymy przeciwko przemocy. I za rok znowu. A jeszcze wcześniej - 8 marca. Trzeba! Się nie bać przede wszystkim.
Wednesday, 15 February 2017
14 lutego
Siedzi sobie wczoraj Ana Martin na schodach i patrzy na Bruksenię.
Nie, nie na mnie, na miasto takie, o rany, to co, to już się tak samo nie można nazywać niby czy co, wielkie halo, heloł!
To już pewnie wiecie, gdzie siedzi. Koło muzeów licznych i takich tam, gofrów, turystów i pięknych widoków, co to się rozpościerają.
Nadchodzą. Na razie bez czapek, mruczy Ana, ale czemu się dziwić, jak nam Walenty przygrzał słońcem, to już tylko mniejszości, w rodzaju Sanżilaki i Maroko oraz ci z innym kolorem na wizażu przyoblekają czapki, w tym dzieciarni niestety, co to czerwona i nieszczęśliwa się robi.
Ale wracając do tematu: siedzi Ana i patrzy. Pojawia się Ikselska. Za nią Prezydentka. Potem Fotografka z wózkiem buzkiem, z przygodną Nianią w niebieskich jak niebo okularkach. Jest i Stasiowa z Liliową, do tego Amerykańska z Grecką, Oskarowa, Pisarka, Ikona, Cała w Lokach - w niebieskich jak niebo cekinach, do znudzenia to będę powtarzać; no i Choreografka z kawą, Operator z megafonem, ludzie, nie zliczę, ile nas tam było!
Do tego turystyka wszelkich maści i wieków, oglądająca tę naszą Bruksenię jak my zupełnie, z tym że my do niej chwilowo plecami się ustawiamy, bo tak lepsze światło podobno do nagrania.
Które to już rozbrzmiewa, a brzmi to, jak muzezin. Z muzeum się urwał ci on chyba. Śpiew płynie na Sanżili, Tysiaka i okoliczności, że hej.
Muezin się to zwie i faktycznie te pipki tak brzmią, zgadza się Ana Martin, jakby to nie Polska sanżilowska, lecz Turcja jakaś była normalnie. Mogłaby zresztą, bo to taniec miliardowy dla miliarda kobiet zewsząd.
Jakie pipki?
Bo to Prezydentka twierdzi, że pipki śpiewają. Co nie jest prawdą, bo panie.
Płyną już w świat próbne dzięki fantazji. Ana zaczyna się wyginać. Podobno nieźle jej idzie, chwalą córki Liliowej.
Talent, a jakże. I niejeden, dodaje skromnie Ana.
Cha cha.
Wszystko dzieje się to w czapkach już, bo w międzyczasie one były je sobie powyrywały na wyścigi bez granic. Czarne i różowe były, ale na koniec tylko różowe, bo takie to zmyślne one bez granic są, że se je powywracały normalnie.
Bo to one bez granic tańczyły.
Kroki poznały, spamiętały i odtańczyły normalnie grupowo jak jakiś majkeldżekson, prawie bez pomyłek.
Dla miliarda kobiet ze 20 Polek z Sanżila i okoliczności.
Piękne to było i wzruszające.
I klaskano wokół, i filmowano.
I pójdzie mesydż w świat, pójdzie.
Jedna za miliard - miliard za wszystkie. Przeciwko przemocy wobec kobiet.
Za rok - będzie nas więcej. Prawda?
Nie, nie na mnie, na miasto takie, o rany, to co, to już się tak samo nie można nazywać niby czy co, wielkie halo, heloł!
To już pewnie wiecie, gdzie siedzi. Koło muzeów licznych i takich tam, gofrów, turystów i pięknych widoków, co to się rozpościerają.
Nadchodzą. Na razie bez czapek, mruczy Ana, ale czemu się dziwić, jak nam Walenty przygrzał słońcem, to już tylko mniejszości, w rodzaju Sanżilaki i Maroko oraz ci z innym kolorem na wizażu przyoblekają czapki, w tym dzieciarni niestety, co to czerwona i nieszczęśliwa się robi.
Ale wracając do tematu: siedzi Ana i patrzy. Pojawia się Ikselska. Za nią Prezydentka. Potem Fotografka z wózkiem buzkiem, z przygodną Nianią w niebieskich jak niebo okularkach. Jest i Stasiowa z Liliową, do tego Amerykańska z Grecką, Oskarowa, Pisarka, Ikona, Cała w Lokach - w niebieskich jak niebo cekinach, do znudzenia to będę powtarzać; no i Choreografka z kawą, Operator z megafonem, ludzie, nie zliczę, ile nas tam było!
Do tego turystyka wszelkich maści i wieków, oglądająca tę naszą Bruksenię jak my zupełnie, z tym że my do niej chwilowo plecami się ustawiamy, bo tak lepsze światło podobno do nagrania.
Które to już rozbrzmiewa, a brzmi to, jak muzezin. Z muzeum się urwał ci on chyba. Śpiew płynie na Sanżili, Tysiaka i okoliczności, że hej.
Muezin się to zwie i faktycznie te pipki tak brzmią, zgadza się Ana Martin, jakby to nie Polska sanżilowska, lecz Turcja jakaś była normalnie. Mogłaby zresztą, bo to taniec miliardowy dla miliarda kobiet zewsząd.
Jakie pipki?
Bo to Prezydentka twierdzi, że pipki śpiewają. Co nie jest prawdą, bo panie.
Płyną już w świat próbne dzięki fantazji. Ana zaczyna się wyginać. Podobno nieźle jej idzie, chwalą córki Liliowej.
Talent, a jakże. I niejeden, dodaje skromnie Ana.
Cha cha.
Wszystko dzieje się to w czapkach już, bo w międzyczasie one były je sobie powyrywały na wyścigi bez granic. Czarne i różowe były, ale na koniec tylko różowe, bo takie to zmyślne one bez granic są, że se je powywracały normalnie.
Bo to one bez granic tańczyły.
Kroki poznały, spamiętały i odtańczyły normalnie grupowo jak jakiś majkeldżekson, prawie bez pomyłek.
Dla miliarda kobiet ze 20 Polek z Sanżila i okoliczności.
Piękne to było i wzruszające.
I klaskano wokół, i filmowano.
I pójdzie mesydż w świat, pójdzie.
Jedna za miliard - miliard za wszystkie. Przeciwko przemocy wobec kobiet.
Za rok - będzie nas więcej. Prawda?
Tuesday, 14 February 2017
miliarderki
Nadszedł właśnie dzień, kiedy wydawałoby się, że kto żyw zaopatrzył się w dodatkowe serce z papieru, pluszu lub kwiatów, lub przynajmniej z hamburgera, jak to ma miejsce w maternelu Iwonka. Tak by można myśleć, że to jakieś walentynki czy coś.
Tymczasem to u nas naszedł dzień, kiedy się tańczy przeciwko przemocy i basta, jak mawia Iwonek tenże, mimo że pomysł serca z hamburgera całkiem mu podchodzi do gardła i serca zarazem.
Flesz mob ci on nasz.
Miliardowa akcja dla miliarda kobiet razem i każdej jednej z osobna - głosi Ana od początku lutego. Tak już niech zostanie na Sanżilu i w okolicznościach, a w tych dalszych można ją nawet zwać bilionową, co zdaniem Romana wypada na więcej nawet, ale czy mężczyźnie można wierzyć w takich sercowych momentach?
W walentynki to co innego może, na jeden dzień by można dać się kupić.
Można Ksenio, bo to sprawa wspólna. Wszyscy razem przeciwko przemocy wobec kobiet. Mężczyźni i kobiety. Bilion to miliard w sumie, ale bilionem też może być. Co język, to obyczaj.
Gdzie tańczy się mamusiu? Czy ja też mogę?
Możesz synku oczywiście, i Groch też, ale może lepiej, jak będziecie trochę starsi. Dziś mamusia. Ksenia i inne panie, ciocie i nie tylko, w czapkach: różowo-turkusowo-czarnych lub na odwrót, spotkają się bowiem w czasie twojego walentynkowego obiadu, Na Mont des Arts, litera po literze, o godz. 12. 30, i zatańczą coś takiego, o zobacz, jakie piękne pląsy:
https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=10155225100134050&id=692909049&__mref=message_bubble
Ojej, mamusiu, ale pięknie tańczycie! Ojej, to wy taki umiecie z Ksenią? A gdzie się nauczyłyście?
W studiu tanecznym.
I jak te kroki się nazywają?
Bardzo łatwo: siła-siła
Impreza-impreza
Kościół-kościół
Gitara-gitara
Szklanka-szklanka
Siła-siła
Konik-konik
Moje ciało.
To faktycznie nic trudnego, mamusiu. Zgadza się.
Ksenio, dobrze robię? Noga o tu?
Tu, zgadza się Groch. O tu!
Bardzo dobrze, Iwonku. Będą z ciebie ludzie.
Miliard ludzi, mamusiu, miliard! I z Grocha też.
--
One Billion Rising - Jedna za miliard/miliard za jedną - taniec w wersji flash mob. Wtorek, 14 lutego, Mont des Arts, start: 12:30.
Subscribe to:
Posts (Atom)